Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VI Przejście Smoka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VI Przejście Smoka. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Smoka faza zejściowa

Noc z soboty na niedzielę była za krótka. Wstałam, ale bliżej było mi do zombie, niż homo sapiens. Zakończenie odbyło się w stylu klasycznym, czyli: przemowa dyrekcji (ludzkim głosem), odczytanie wyników, wręczenie nagród, chwila dla fotoreportera.
Moment po zakończeniu formalności uczestnicy zniknęli niczym kamfora, bo każdy gdzieś tam musiał dojechać. My zresztą też się sprężaliśmy, na ile kto miał siły, bo przecież czekało nas jeszcze zbieranie lampionów.
Moją trasę udało się w miarę szybko zdjąć samochodowo, niestety do lasu po lampiony T. nie dawało się wjechać:-( T. pokazał na mapie palcem pionową (niewidoczną) linię i zarządził - ja z prawej, ty z lewej (albo może i odwrotnie). Na szczęście linia nie dzieliła obszaru na pół i mój kawałek był zdecydowanie mniejszy. Mimo to, po zebraniu swojego przydziału, czułam się jakbym ten las przeorała ręcznie i jeszcze zagrabiła. Oczywiście moje marne samopoczucie wynikało raczej z chronicznego niewyspania niż pracy włożonej w zdejmowanie lekkich w końcu kartek z drzew.
Wreszcie zebraliśmy ile się udało znaleźć i można było ... nie, nie wracać:-( Mieliśmy do zrobienia jeszcze trino. Oczywiście, że nie wygłupialiśmy się z lataniem pieszo - robiliśmy krótkie wypady z samochodu, wypychając się wzajemnie - teraz ty, twoja kolej! Im bliżej końca, tym mniej myśleliśmy o szukanych obiektach, a więcej o potencjalnym obiedzie. Padło na KFC, bo człowiek musi czasem zjeść coś niezdrowego. Niestety, nie wstrzeliliśmy się w odpowiednią drogę i musieliśmy się obejść smakiem. Życie uratowały nam hot-dogi na stacji benzynowej - trochę małe, ale za to chyba bardziej niezdrowe. T. zasypiał za kierownicą tak samo jak przy powrocie z Nocnych Manewrów i w efekcie zwiedziliśmy tych stacji benzynowych całą masę, bo T. na każdej chciał sobie podrzemać. Strasznie wydłużyło to powrót do domu, ale za to wciąż jesteśmy żywi i w jednym kawałku.





A taką traskę zrobiliśmy sobie w sypialni. Punkt mylny to ten z najdłuższym sznurkiem, punkt stowarzyszony, to ten z krótszym, a właściwy jest dla utrudnienia bez kredki:-))



wtorek, 13 października 2015

Smocza sobota.

Ponieważ w nocy i tak nie dało się spać z powodu zimna, uroczyste rozpoczęcie imprezy o ósmej trzydzieści tym razem nie wydało mi się barbarzyńsko wczesne. Autorzy etapów od razu po nim ruszyli organizować starty, a ja dostałam polecenie służbowe zostać w bazie do ostatniego zawodnika, a potem zamknąć drzwi na klucz i iść w las rozstawiać swoją nocną trasę.
Kiedy dobrze po dziesiątej ostatni startujący już wyszli, wciągnęłam na siebie wszystkie najcieplejsze rzeczy jakie miałam, a wszystko zwieńczyłam kurtką puchową. Zarzuciłam plecak, w garść wzięłam torbę z lampionami i oprzyrządowaniem wieszalnym, pozamykałam co miałam pozamykać i poszłam. Już przy drugim lampionie pozbyłam się rękawiczek. Przy trzecim okazało się, że czapka nie jest mi potrzebna. Przy kolejnych rozsuwałam wszystkie zamki. Z pogodnego nieba lał się żar, temperatura na zewnątrz mnie musiała dochodzić gdzieś do dwudziestu stopni w słońcu, wewnątrz mnie  musiała być niższa niż czterdzieści dwa, bo białko jeszcze mi się nie ścinało, ale na pewno była niewiele niższa. Zastanawiałam się czy nie porzucić kurtki w najbliższym rowie, ale zaraz przypominałam sobie noc i jakoś nie mogłam się zdecydować na tak drastyczny krok. Ociekając potem i słaniając się na nogach jakoś rozstawiłam te tysiąc sześćset pięćdziesiąt (jak mi się wydawało) punktów i ostatkiem sił doczołgałam się do bazy. W bazie padłam na materac i chciałam tak w miłym chłodku zostać już na zawsze.  Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy'ego, już po kilku minutach zadzwonił telefon i oczywiście leżał w najdalszym zakątku sali. Okazało się, że zawodnicy A. K. już wrócili z trasy i miałam się ich niebawem spodziewać w bazie. Na szczęście mogłam się ich spodziewać na leżąco, bo jakiejś specjalnej obsługi nie wymagali. Przezornie położyłam się z telefonem pod ręką i moja przezorność została nagrodzona - po chwili zadzwoniła B. S. z wiadomością, że tezety lada moment dotrą do bazy, a ona nie zdąży z metą (czyli zegarem) przed nimi. Miałam więc czujnie odbierać karty startowe i wpisywać godzinę z zegarka. Wzięłam więc materac i poduszkę w zęby i przeniosłam legowisko na parter, blisko drzwi. Uznałam, że nawet jeśli przysnę, to jak będą chcieli oddać kartę startową,  narobią rabanu i obudzę się. Tymczasem tuż przed pierwszym zawodnikiem na metę wpadła B. z zegarem w ręku i moje czuwanie okazało się zbędne. Niemniej pozostałam na posterunku, bo już nie chciało mi się uskuteczniać kolejnej wędrówki.Trochę polegując, trochę pomagając na mecie doczekałam do obiadu, a pora była najwyższa, bo ssało mnie w dołku strasznie. Kotleta z odrobinką ziemniaków i surówki zassałam w try miga i niespecjalnie poczułam jego obecność w sobie. Zaraz jednak przeliczyłam kotleta na kalorie i od razu wydało mi się, że porcja była wręcz za duża.
Po obiedzie mieliśmy zwiedzanie Muzeum Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. Raptem dwie salki tego muzeum, ale przewodnik ciekawie opowiadał, poczerpaliśmy sobie papier, podrukowali na nim, przystemplowali pieczątki i nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć wycieczką, bo muzeum było tuż przy naszej bazie.
W końcu nadszedł czas mojego etapu. Teoretycznie start miał być spod wiaty, ale aura nie zachęcała. Bardzo nie zachęcała, zwłaszcza mnie. Zawodnikom niespecjalnie robiło różnicę skąd ruszają, bo i tak musieli wyjść na zewnątrz. Po upalnym dniu oczywiście już nie było ani śladu i zimno sączyło się każdą szczeliną. Ledwo wyszli ostatni startujący, a niektórzy już zaczęli wracać. Okazało się, że pewne młode osoby (litościwie nie będę wskazywać palcem) poszły tylko na kilka najbliższych punktów bo ... zimno. Większość jednak bohatersko przebyła całą trasę, a niektórzy nawet znaleźli wszystkie PK.
W oczekiwaniu na powrót moich zawodników trenowałam weryfikację książeczek. Z każdą kolejną szło mi coraz lepiej, a weryfikację urozmaicałam sobie sprawdzaniem kart osób wracających z trasy. Pilnie przykładałam się do obu tych czynności, bo to niedługo kursy na Pinokia i jakąś wiedzą trzeba się będzie wykazać, a wiadomo - repetitio est mater studiorum.
Ledwo uporałam się z kartami, a tu już masa osób zaczęła dopytywać się o scorelaufa. Dyrekcja zajęta obliczaniem wyników końcowych nie miała za bardzo czasu, autorzy tras nocnych jeszcze byli w lesie, więc z pewną taką nieśmiałością zaczęłam wypuszczać kolejne osoby na bieg. Ba, wręcz zachęcać tych co bardziej opornych. W efekcie towarzystwo tak się rozochociło, że końca nie było widać, a tu północ zbliżała się wielkimi krokami.
Chociaż padałam ze zmęczenia, jakoś nie porywała mnie wizja kolejnej nocy przedygotanej z zimna. Odwlekałam więc moment pójścia spać ile się dało. Na szczęście kółko gitarowe działało i tej nocy, miałam więc co ze sobą zrobić. Do tego wreszcie ktoś grał wszystkie hiciory mojej młodości, których już od lat nie słyszałam, więc korzystałam z okazji. Przyznaję się - wiedziałam, że inni chcą spać, a śpiewy im w tym przeszkadzają, ale ostatecznie spać to można każdej nocy, a ja pośpiewać swoje ulubione piosenki mogę ostatnio raz na kilka lat. Niestety, gitarzyści też ludzie i w końcu poczuli się zmęczeni i trzeba było zakończyć imprezę.
Tym razem do snu od razu ubrałam softshell, kamizelkę, komin, a na śpiwór zarzuciłam kurtkę puchową. Czy wreszcie było mi ciepło? Bynajmniej. Trzęsłam się może i mniej niż poprzedniej nocy, ale o jakimkolwiek komforcie trudno powiedzieć.

Będzie chyba dość tego pisania, bo mi tasiemiec wyszedł, a nie wpis.

c. d. n.


poniedziałek, 12 października 2015

Kiedy Smok zieje mrozem ...

Z piątku pamiętam wyrywki. Nie żeby coś, na trzeźwo i bez używek, ale w lekkim amoku. W drodze do Białegostoku telefon od B. S.:
- Przed Supraślem w parku tezetów ...
No kurka! Jakim parku tezetów????? Już się dorobili parku swojego imienia??? Jeszcze nawet na trasę nie wyszli!
Dopiero T. udało się dojść do porozumienia z B. i okazało się, że chodzi o parking, gdzie będzie start trasy TZ. Mówiąc skrótem - tam się spotkaliśmy i razem pojechaliśmy do bazy. Na parkingu czekał już D. M. z A. K. Przydzielony nam na bazę budynek miał, jak każda rzecz, swoje zady i walety. Waletem była duża przestrzeń do dyspozycji, zadem - brak dostępu do hali sportowej oraz (albo przede wszystkim) parametry sal noclegowych - jedna ciemna i zatęchła, ale z temperaturą trochę powyżej zera stopni Celsjusza, druga jasna, zamykana na klucz, ale z temperaturą trochę powyżej zera bezwzględnego.  Ze względu na kluczowe kwestie, czyli zamek w drzwiach, dla siebie wybraliśmy tę drugą (w końcu trzeba strzec map i wzorcówek). Bardzo potem tego żałowaliśmy, ale nie mieliśmy wyboru.
Mi i T. przypadła rola przygotowania bazy na przyjęcie uczestników, reszta pobiegła do lasu stawiać swoje trasy. Zrobiliśmy co w naszej mocy żeby stworzyć przytulną, rodzinną atmosferę: Nakazaliśmy pisemnie zmienić obuwie od razu po wejściu paru kroków w głąb korytarza,  opisaliśmy drzwi, za którymi robi się siku i dokonuje ablucji (ważne żeby nie robić tego byle gdzie), oznaczyliśmy pomieszczenia, w których się śpi, żeby nam jakieś zombi po nocach nie wędrowało korytarzami, no i rzecz najważniejsza - założyliśmy biuro zawodów. Jeszcze tylko przebiegłam się po terenie zewnętrznym znacząc (nie, nie moczem) drogę dojścia od wjazdu do bazy i prawie wszystko było gotowe. Coś tam w biegu jeszcze przełknęliśmy z naszych zapasów i już czekaliśmy w blokach startowych, żeby iść rozwiesić trasy T. W końcu doczekaliśmy się zmienników i ... ogary poszły w las! To znaczy my poszliśmy, ale ogary fajnie brzmi.
T. usiłował jakoś sensownie podzielić teren, gdzie kto ma się wieszać, ale i tak sporą część trasy przeszliśmy razem. Końcowy odcinek to już obowiązkowo razem, bo zastał nas zmrok, a mieliśmy tylko jedną latarkę. Z tej ciemnoty jeden lampion powiesiliśmy niezbyt dokładnie, bo jak g.... widać na wzorcówce, to i efekty takie.
Kiedy wreszcie, po ciągnącym się w nieskończoność czasie, wyszliśmy z lasu, mój żołądek trawił sam siebie. Od razu skierowaliśmy się więc do Jarzębinki, a tam właściciele już stali z kluczem w ręku żeby zamknąć bar. Ale wiadomo - biznes is biznes, a klient nasz pan, więc wrócili jeszcze do kuchni dać nam na wynos, co tam mieli. W tym zamieszaniu, jak się w bazie okazało, dostaliśmy zamiast dwóch porcji, aż trzy. Nie zmarnowały się oczywiście:-)
W końcu zaczęli przybywać pierwsi uczestnicy, których po obdarowaniu pakietem startowym (te dylematy - brać odblask różowy, czy niebieski?) od razu usiłowaliśmy, w swej wredności, wypchnąć za drzwi, namawiając, a to na trino, a to na mini InO. Trzeba przyznać, że ze sporymi sukcesami, chociaż podejrzewam, że na ich decyzję mogły mieć też wpływ wspomniane parametry sal, w których przyszło nam wszystkim przebywać. A dodam, że na korytarzach temperatura była tylko o pół stopnie wyższa. Nadszedł jednak moment kiedy wszyscy wrócili i można było iść spać.
Z kranów i natrysków lała się ciepła woda i każdy chciał przebywać w łazience jak najdłużej. Do tego stopnia, że niektórzy przenieśli tam swoje legowiska! Padła też propozycja, żeby zostawić odkręconą wodę na całą noc, to może baza trochę się ogrzeje. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn, propozycja ta upadła:-(
Przezornie do śpiwora weszłam w leginsach, grubych skarpetach i i ocieplanej bluzce z długim rękawem. Po półgodzinie wstałam naciągnąć jeszcze softshell. Próba zaśnięcia nie powiodła się jednak i po kolejnej półgodzinie wyciągnęłam z plecaka szybki mózg (w sensie komin) na głowę. Przedygotałam kolejny odcinek czasu i sięgnęłam po ostatnią deskę ratunku - ocieplaną kamizelkę, którą narzuciłam na śpiwór. Amplituda drgań zmniejszyła mi się do akceptowalnego poziomu.


Kiedy przestałam dzwonić zębami i zagłuszać tym inne dźwięki, doszły mnie gdzieś z korytarza dźwięki gitary i śpiewy. Od razu przypomniały mi się młode lata w Kolibie, czy innych chatkach studenckich i bazach namiotowych, gdzie był to naturalny odgłos towarzyszący nad ranem zasypianiu. Poczułam się od razu trzydzieści lat młodsza, energicznie rozprostowałam całego człowieka i ... mało nie wrzasnęłam z bólu - zmęczone dygotaniem mięśnie złapał skurcz - tak będzie od pasa w dół, a przynajmniej takie miałam odczucie. Obolała i wyczerpana w końcu zasnęłam, a po chwili zadzwonił telefon (tak, wywiesiłam swój numer telefonu na drzwiach wejściowych - he, he), bo kolejni uczestnicy właśnie dojechali i koniecznie chcieli wejść do budynku. Tak, jakby w budynku było cieplej niż na zewnątrz. Litościwie Z. M. zeszła do nich i nie musiałam opuszczać letniego (bo przecież nie ciepłego) śpiworka. Znów udało mi się zasnąć, żeby już po chwili zerwać się na dźwięk budzika.
Nastał nowy, piękny, zimny dzień.

c. d. n.

niedziela, 11 października 2015

Smok

Ale chyba nie spodziewacie się, że dzisiaj będę miała siłę coś napisać? Zasypiam na stojąco, padam na twarz, nie ma mnie....

czwartek, 8 października 2015

Hej ho! Hej ho! Na Smoka by się szło!

Mapy gotowe, wzorcówki prawie gotowe, lampiony zrobione, przydział obowiązków dokonany, dyrekcja trzyma rękę na pulsie. Im bardziej wszystko wygląda na dopięte na ostatni guzik, tym bardziej jestem ciekawa o czym ważnym zapomnieliśmy:-)


Smok przechodzi!  Bestia zła
zjada wszystko, co się da,
Więc zważajcie moi mili
I nie traćcie ani chwili:
Do lampionów się skradajcie
Lecz przed smokiem uciekajcie.
Gdy zbierzecie kody wszystkie
Wtedy zły czar smoka pryśnie.
Wasze bohaterskie czyny
Pójdą w świat z gminy, do gminy,
Was okryje wieczna chwała,
Kiedy zginie ta zakała,
I nie będzie już żarłoka!
Do ...  przyszłego "Przejścia Smoka".