Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XLVI Maraton MnO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XLVI Maraton MnO. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lutego 2017

Nocna masakra?


Do dopełnienia tego niepełnego Maratonu został etap nocny. Od razu po ujawnieniu autora trasy – czyli przed zawodami,  wszyscy tego etapu najbardziej się bali. Oj, znamy nocne etapy Michała, które masakrowały uczestników!
Wywieszono listy startowe i zgodnie z tendencją tych zawodów, minuta zerowa została znacznie przyspieszona w stosunku do komunikatu technicznego. A że na start było 3 km i ta minuta zerowa już za chwilę, to część rzuciła się do gorączkowych przygotowań. Druga część nieświadoma zmiany godziny startowej oddawała się miłemu lenistwu. Na szczęście gdy już pierwsi tłoczyli się w wyjściu wciągając na nogi obuwie, po raz kolejny zmieniono minutę zerową tym razem dano nam troszkę czasu na zebranie się.
Na start pojechaliśmy autem – gotowi i zwarci do szybkiego powrotu do domu. Nie ma to jak spać we własnym łóżeczku, a że do domu niezbyt daleko, to powinno udać się i wyspać.  Dołączył do nas Paweł (tzn. do szybszego powrotu) – pewnie w nocy dał mu do wiwatu skrzypiący potępieńczo wentylator (za dnia ciężko wytrzymać, a spać przy czymś takim…).
Na start, o dziwo, udało się trafić. Dobrze że jechaliśmy autem, bo rzeczywiście daleko. Na starcie już w dobre rozwija się Impreza Jubileuszowa Skrótów. Co chwila zespoły oglądające mapy próbują zadeptać ludzie niosący gorące napoje do stolika. Widać kogoś zadeptali, bo kolejność na starcie zmienia się dynamicznie – kto pierwszy ten lepszy. Wreszcie dostajemy nasze mapy. Wyglądają ciężkawo jak na noc – dużo ciemnych trójkątów, a wiadomo - nocą wszystko i tak jest czarne. Wychodzimy na zewnątrz bo w tym ścisku ciężko się skupić, a opisu sporo.  Szukamy północy – bo jak rozumieć zdanie „Północ: krótszy brzeg kartki”? Znaczy północ jest w kierunku krótszego brzegu kartki? Którego? A, że startowy trójkąt może być obrócony i zlustrowany….
Chyba udaje się odgadnąć intencje autora. Ruszamy na pierwszy PK – taki na mapie BnO. Róg granicy kultur przy rozwidleniu cieków. Lampion jest. Niedaleko jest PK 9, zastanawiamy się czy tam iść, ale krzaki skutecznie nas zniechęcają. Pewnie można obejść je z lewej i nawet widzimy - idą tam światełka Mojej Drugiej Połowy i D. M. Ale zniechęceni krzakami postanawiamy iść z drugiej strony. W międzyczasie dopasowujemy wszystkie trójkąty – jakoś dziwnie proste to się wydaje – i wiemy, że trasa układa się w pętelkę z pustym środkiem. Logiczne. Gdzieś tu dorywa Barbarę telefon „służbowy”. Ona gada i gada (ile można) ja podbijam kolejny PK. Przy następnym PK 13 kończy rozmowę – zawsze lepiej jest skonsultować swój wybór z partnerem. Nawet jak nie widać żadnych stowarzyszy w okolicy. Hmm, to podejrzane, że tych stowarzyszy nie widać… zabrakło lampionów czy co? Przy PK 14 jakiś tłumek. O i pierwszy stowarzysz na horyzoncie! Dalej do drogi. Lampion do PK 18 źle wisi. Ogólnie wg mapy „punkt na niczym”, gdzieś „obok skrzyżowania”, a lampion także „obok” tyle, że na tym drugim „obok”. Tym bardziej, że było gdzie lampion powiesić. Tak patrzymy dokładniej na mapę – sporo jest kółeczek, w których geometrycznym środku „nic nie ma”. Autor rysował je na drzewkach gdzie zawiesił lampiony, czy co?
Koło PK 15 pojawia się ekipa krakowska. Znowu biega kurcgalopkiem w dziwnych kierunkach. I będzie tak biegała zanim zniknie przez kilka najbliższych PK.
PK 11 znowu wisi jakoś tak „mało dokładnie”, a przy skali 1:5000 i dokładnej mapie lidarowej można by lepiej. PK 1 ... wskazuje na środek prostej drogi, potem PK 10 wskazuje… na drzewo w przebieżnym lesie? Oj, chyba jakieś okulary korygujące by się autorowi przydały! Chwilami aż by się chciało wbić BPK-a, ale użeranie się potem z protestami…
W każdym razie etap okazał się łatwy. Kolejny na poziomie standardowego TU. Czyli nie będzie zróżnicowania wyników i zostanie 3-cie miejsce.

Na mecie wyżerka. Całkiem dobra. Nie planowałem obżarstwa, ale musieliśmy zaczekać na Pawła więc coś tam uszczknęliśmy. Moja Druga Połowa i DM jak wynika z zeznań nie wytrzymali i wbili na swoim etapie TU BPK-a na źle postawiony lampion.  Z tego co widziałem na mapie i słyszałem wyjaśnienia autora trasy, mieli do tego pełne prawo. Ale Darek zaspał i się nie wnosił protestów pisemnych, a SG zaliczył go im wbrew przepisom jako PM. Zdarza się, choć niesmak zostaje.  I w dodatku będę musiał teraz bronić DM przed Renatą, która grozi mu „jesienią średniowiecza” za tego BPK-a. Choć z drugiej strony ciekawe jak taka jesień wygląda?
W ramach podsumowania (bo kiedyś zmieszałem Maraton z błotem) – tym razem się organiaztorom udało. Wprawdzie wkurzyła mnie wpadka z podwyższaniem ceny już po zamknięciu zapisów, bez żadnej alternatywy, ale rzeczywiście jedzenie było dobre i widać, że wszystkim smakowało. Trochę zbyt asekuracyjnie łatwe etapy – w TZ tylko jeden powodował jakieś zróżnicowanie wyników. Ale za to wszystkie „do przejścia” - nikt nie miał wątpliwości jak ruszyć i gdzie iść, by trafić na metę. Gdyby wszystkie były jak ten pierwszy, byłoby idealnie. Sprawne liczenie i publikowanie wyników.
Ze uwag krytycznych – puszczenie TU i TZ po tych samych trasach z mapami, które mogły pomóc i „niestaranność” przy ustawieniu lampionów w E3. I szkoda, że mapy krajoznawcze po Skaryszewie pojawiły się zbyt późno, bo z chęcią bym zrobił wycieczkę po mieście.

Kwadratura bepeka.

Dobrze, że Maraton MnO był maratonem tylko z nazwy i nie zaserwowano nam dwóch etapów nocnych, bo po obfitym obiedzie nie chciało mi się iść nawet na jeden. Ale jak tu nie iść kiedy po dwóch dziennych etapach zajmuje się pierwsze miejsce i jest szansa wygrać całe zawody? No dobra, w takiej samej sytuacji było jeszcze kilka innych zespołów, ale tym bardziej trzeba było walczyć. Na start pojechaliśmy samochodem, już w wszystkimi gratami, bo po etapie mieliśmy od razu wracać.
Nasz etap to 16 kwadratów powycinanych ze zwykłej mapy, ortofoto, hipso i pokrycia terenu i jeszcze dla lepszego efektu niektóre kwadraty obrócono lub zamieniono miejscami. Dobrze, że autor zapomniał o lustrowaniu, bo tego najbardziej nie lubię.
Już na pierwszym kwadracie okazało się, że są stowarzysze, których tak nam brakowało na etapach dziennych:-) W związku z tym, aby namierzać się odległościami, pracowicie wyliczyliśmy z parokroków skalę mapy, żeby po chwili zorientować się, że skala jest podana jawnym tekstem. Ale przynajmniej poćwiczyliśmy przeliczanie i mogliśmy się skalibrować.
Darek rozpracował wycinek z PK 6 i 7 stwierdzając, że w naturze jest tak jak na mapie. Natury to ja w nocy nachalnie nie widziałam, ale ponieważ punkty stały, tam gdzie przewidział, więc musiał mieć rację. Dwójka, trójka i czwórka nie sprawiły problemów, a na jedynce mało się nie pokłóciliśmy, bo nastawiali tyle stowarzyszy, że ciężko było ustalić wspólny pogląd na to, który lampion jest tym właściwym. Każde obstawało przy swoim, ale ponieważ ja jestem mniej awanturująca się, więc wpisałam darkowy. Jak się okazało miał chłopak rację, a mnie okręciło przy obieganiu dołka totalnie. Piątka zamieniona była z dziesiątką, a na ósemce.... Na ósemce lampion stał parę metrów od zaznaczonego na mapie miejsca, ale w okolicy nie było widać innego. Już miałam go spisać, kiedy Darek ostro zaprotestował.  W innych miejscach też punkty bywały rozstawione tak sobie, ale  akurat teraz poczuł w sobie powołanie pedagogiczno-wychowawcze i oznajmił, że trzeba nauczyć organizatorów wieszania lampionów i koniecznie musimy w tym celu wbić bepeka. Trochę zgłupiałam, bo jak dla mnie te parę metrów nie robiło aż takiej różnicy, zwłaszcza, że innych dołków nie było w okolicy i wszyscy brali ten jedyny. Wbij bepeka i wbij bepeka. Na moją odpowiedzialność! No, tak był przekonywujący, że wbiłam. Wbiłam i od razu straciłam serce do dalszej zabawy. Nawet już nie patrzyłam w mapę tylko szłam, byle do mety. Nasza wygrana poszła się paść.... Jeszcze trochę chwilami miałam wątłą nadzieję, że może dla świętego spokoju uznają i BPK-a jak im Darek zacznie nawijać za uszami i molestować, ale większych złudzeń nie miałam.
Na mecie czekała już na nas super wyżerka, bo to podwójne świętowanie się odbywało i dla samej tej wyżerki warto było przyjechać. Objadłam się po czubek kokardy i wszystkie stracone przez cały dzień kalorie nadrobiłam z nawiązką. Nie szło się oprzeć. Piwo wzięłam już na drogę, bo nawet płyny przestały mi się mieścić.

W niedzielę rano z pewną nieśmiałością zajrzałam do internetów żeby zobaczyć wyniki.Zgodnie z moimi przewidywaniami zajęliśmy ostatnie miejsce na etapie i przedostatnie w całej imprezie.

Jak radzicie? Zrobić Darkowi jesień średniowiecza, czy wybaczyć?

niedziela, 12 lutego 2017

2/3 z 3/4 Maratonu


Po raz drugi maraton w TZ-tach. Poprzednio to był spontan i gubiliśmy się w spontanicznie dobranej ekipie świeżynków TZ. Tym razem bardziej planowo z samą Panią Prezes, która ostatnio zabłysła wygraną w zawodach PP po .. dojeździe 150 km rowerem na te zawody! Czyli z jakimiś tam szansami na powalczenie (choć jak wiadomo w TZ i PP to czołowa dziesiątka przechodzi bezbłędnie trasę na mapie, której nie ma…).
Sam maraton w wersji „soft” tylko 3 etapy zamiast tradycyjnych 4. Więc co to za „maraton”?
Na zawody jechaliśmy z „duszą na ramieniu”, bo do tej pory autorzy tras zapowiedzeni w komunikacie miewali na tyle dziwaczne pomysły, że nawet ta 10-tka liderów PP wymiękała…
Etap pierwszy. Koty. Siedzą i machają ogonkami. Pierwszy rzut oka – wydaje się, że trzeba będzie latać nie wiadomo po co w koło. Coś się udało dopasować i koty z prawej strony kółka zaczęły znikać. Nie jest źle. Nawet moje niewprawne oko coś tam w stanie jest dopasować. Idziemy na pierwszy PK- jest. Zresztą jak to zimą - ścieżka wydeptana w śniegu. Kolejny PK z drugiej strony dziury już na kocie do dopasowania. Z naprzeciwka biegiem mija nas ekipa Orientopu. Strony im się pomyliły? I czemu biegiem. W międzyczasie odkrywamy o co chodzi – kolejne koty trafiają na swoje miejsca i wiemy, że jeden PK jest kilkadziesiąt metrów bliżej. Właściwie to mamy już wszystkie koty dopasowane, nawet z tym który nie łączy się z innymi – nanosimy je na schemat i klaruje się kolejność zaliczania punktów. Właściwie do ostatnich wycinków robi się etap bez historii. Czasami pojawia się biegający tu i tam Orientop albo ekipa krakowska, która co chwila pojawia się z dziwnej strony i znika biegnąc w jeszcze dziwniejszym kierunku, jakiś większy tramwaj na wydmach się przetacza. Punkty stoją. Stowarzyszy jak na lekarstwo – pewno nie chciało się autorowi stawiać, bo gdyby postawił, mógłby kilka zagwozdek zrobić. Zabawa zaczyna się dopiero przy ostatnich kotkach. PK 20 – jest lampion, ale części dróg z mapy brakuje, albo inaczej przebiegają. Ale miejsce w terenie, to co na mapie. Lekki tłum błąkających się bezradnie, ale bierzemy, bo pewnie autor chciał dobrze, a że drogę zajumali…  Potem z rozpędu zajumali PK 21. Kradzieje;-) I dalej decydujące ostatnie 2 PK.  Z kalkowania wyszło nam, że PK 1 i PK 16 są obok siebie. Idziemy gdzieś w kierunku tych miejsc. Jest pas młodników, ale coś droga chyba nie ta. Słyszymy jakieś „głosy” tak jakby z lewej – więc idziemy w lewo. Cos tam niby się zgadza, ale nie do końca. Znajdujemy niespodziewany koniec wydmy. Znaczy źle. Znowu jakieś głosy z drugiej strony. Chyba coraz gorzej z nami, skoro głosy słyszymy, ale idziemy w tym kierunku. O, jest kolejna wydma! Chyba ta właściwa. Jest lampion i się zgadza. I drugi brakujący! Do mety podbiegamy „ścigając” się z Orientopem. Oni wyszli znacząco przed nami, więc nie jest źle! Meta w kilkunastu chudych minutach. Wkrótce pojawiali się inni – i wszyscy w chudych minutach! Niby prosty etap, od startu było wiadomo gdzie iść i jak  dotrzeć na metę, ale sprawił troszkę problemów i fajnie!
Na ognisku próbuję upiec kiełbaskę. Wychodzi bardziej wędzenie i o mało nie tracę posiłku, gdy zdesperowany Pączek dorzuca stertę mokrych gałęzi do ognia próbując go zadusić. Gdy chcę już zrezygnować z „wędzenia” (oczy łzawią i te sprawy) coś się rozpala – wtykam szybko kiełbasę w ogień gdzie szybko skórka strzela i zjadam ją zanim znowu Pączek zacznie mnie zadymiać.

Etap nr 2. Opis skomplikowany i wygląda groźnie. Ale cóż, trzeba iść. Pierwszy PK zawsze najtrudniejszy, ale o dziwo udaje się szybko dopasować drugi element układanki.  W pobliżu przemyka Kuba z TU w oddali majaczy Moja Druga Połowa. Wyraźnie idziemy tą samą trasą. Na drugim PK doganiamy Sławka i Wojtka z TU, którzy się rozdzielili i wyraźnie pogubili. Dopasowujemy kolejny fragment… każe nam bezsensownie wracać po śladach. I tu spotykamy Krakowiaków – coś nas prześladują na tej imprezie! Kilka PK dalej znowu spotykamy Wojtka i Sławka. Wyraźnie zagubionych. Pokazujemy im gdzie są. Rzeczywiście mają tę samą trasę tylko mapę o wiele pełniejszą niż TZ. Trochę to psuje zabawę. Element składający się z fragmentów drożni do dopasowania – raczej banalny. Przechodzimy do drugiej części etapu – coś w rodzaju LOP-ki i fragmenty do dopasowania we wskazanych miejscach. Tak 10-tka powiększona do piątki. Pierwszy punkt – pierwszy wybór. Właściwie pasuje tylko jeden wycinek. Do drugiego wycinka na azymut pomijając LOP-kę. I tu konsternacja – jakby nic nie pasowało. W terenie masa dziur w ziemi, a nic takiego na mapie nie ma. Okazało się, że dopiero idąc granica kultur (LOP-ką) widać dwie dziury zaznaczone na mapie. Tych, co dodatkowo znaleźliśmy, ani śladu na tej mapie. Zresztą powiększanie skali mapy przez proste „resize” wprowadza sporo niedokładności i można by się czepiać dokładności rozstawienia lampionów. Ale, że znowu zabrakło stowarzyszy, to zakładaliśmy dobre intencje autora.
Ta skala dała się we znaki przy PK 18 i 20. Na mapie zabrakło części tego co było w terenie i 18-stkę z pewną doza niepewności wpisywaliśmy. Ale na 20-tce okazało się, że wszystko OK. Właściwie wyszedł etap dość banalny, tak na poziomie niezbyt trudnego TU.

Na mecie Czekała już Moja Druga Połowa. Barbara w ramach wyrabiania norm poszła do bazy piechotą, a my zaczekaliśmy na Darka z jego autem.
W bazie Żona szybko zeszła, a my próbowaliśmy doprosić się o etap krajoznawczy. Bezskutecznie. Zaginęły. Jakoś wszystko dziwnie ginie w tym Skaryszewie!
Wkrótce zaczęły pojawiać się wyniki. W pierwszym etapie czynnikiem decydującym był czas. Nikt nie przeszedł „na czysto”. Gdybyśmy w drodze na PK 1/16 posłużyli się kompasem, byśmy wygrali. A tak - trzecie miejsce (co tu marudzić, wyrównałem swój rekord etapu PP z poprzedniego maratonu, gdzie miałem 3-cie miejsce na 3-cim etapie!). Niedługo pojawiły się wyniki etapu 2 – zgodnie z przewidywaniami większość przeszła „na czysto”. Wszystko miał rozstrzygnąć etap nocny, a wiadomo autor jest znany z zawiłych etapów…

Ślimak ślimaczy sie po elipsie, a z ogniem krucho... czyli Maraton MnO (cz.1)

Na Maraton do Skaryszewa postanowiliśmy jechać w sobotę rano, a po zawodach od razu wrócić do domu. Kiedy rano, przed piątą, zadzwonił budzik, za nic nie mogłam przypomnieć sobie czym umotywowaliśmy taką decyzję. A jeszcze kiedy Tomek odczytał dane z termometru zza okna, sytuacja zrobiła się co najmniej absurdalna. Każdy normalny człowiek przekręciłby się na drugi bok i już. Koniec dyskusji. Nie powiem, przeszła mi przez głowę taka myśl, ale trochę się bałam ją wyartykułować, więc nie pozostało mi nic innego jak wstać. Z umówionego miejsca pobraliśmy jeszcze Panią Prezes (łubudubu) i już godzinę od wyjechania z Zielonki zaczęliśmy oddalać się od Warszawy. Po drodze usiłowałam trochę drzemać, ale co samochód osiągał trzecią prędkość kosmiczną i odrywał się od ziemi (czyli jakieś 130 km./godz. w tym egzemplarzu) budziło mnie przeciążenie wgniatające w fotel. Do bani takie spanie.
Na miejscu okazało się, że mojego partnera jeszcze nie ma, a start został przyspieszony o jakąś godzinę. Udało się do Darka dodzwonić dopiero tuż przed odjazdem autokaru - był dopiero w Radomiu i nie pozostawało mu nic innego, jak jechać od razu na start. Na szczęście mieliśmy trzydziestą minutę startową, czy coś koło tego.
Etap pierwszy okazał się  na poziomie (moim) - wszystko pięknie się składało, elementy wspólne wycinków i ścieżek wyraźnie rzucały się w oczy, nie trzeba było kombinować, czesać, czy szukać ratunku u napotkanych zawodników - wystarczyło liczyć mijane ścieżki. Jak ja od razu polubiłam budowniczego...:-)
Już na pierwszym fragmencie mapy dogoniliśmy Kubę, który wracał po przegapiony punkt podwójny i dalej poszliśmy razem, bo nawet przy szczerych chęciach na takiej trasie trudno iść różnymi wariantami, więc nie tworzyliśmy fikcji. No i zawsze można podpatrzeć u konkurencji techniki wyszukiwania punktów, czy czytania mapy:-)
Limit czasu na ten etap mieliśmy 120 minut, ale już po godzinie zameldowaliśmy się na mecie. To znaczy meta była dopiero w stadium zalążka i od razu padło pytanie - co tak wcześnie?? O zapowiadanej kiełbasie z ogniska w ogóle nie było jeszcze mowy, ba - samo ognisko prezentowało się żałośnie - kilka patyczków, które za nic nie chciały się palić. Wokół krążył zjeżony Pączek groźnie potrząsający siekierą słysząc jakikolwiek komentarz dotyczący ognia.

Przybywały kolejne zespoły, ale ponieważ pogoda była pięknie słoneczna (choć nienachalnie upalna), okoliczności przyrody romantyczne i urzekające, więc nikt nie marudził z powodu oczekiwania na kiełbaski.
Na kolejny etap nie opłacało się nam wychodzić zbyt szybko, bo z następnej mety miał nas odwozić do bazy autokar, ale dopiero po powrocie większości zawodników. Umówiliśmy się z Kubą, że drugi etap też zaliczymy po tramwajarsku i ruszyliśmy na trasę w odstępie paru minut.
Drugi etap już nie był tak prosty jak pierwszy, ale jak się ostatecznie okazało, do przejścia. Zastopowało nas już na pierwszej elipsie, bo musieliśmy wybrać jeden wycinek z dziesięciu, a pasowały ze trzy. I jeszcze mapy nie można było ciąć:-( Na szczęście Darek ma jakąś tam wyobraźnię i wykoncypował, która elipsa jest właściwa. Ja zaczęłam się rozkręcać dopiero od czwartego wycinka, ale u mnie normalne, że mam długą rozbiegówkę. Z każdym kolejnym wycinkiem było łatwiej, bo wybór coraz mniejszy, a doświadczenie coraz większe. Dla zmylenia ekip idących za nami zajęliśmy się  produkcją fałszywych śladów, wiodących w różne dziwne kierunki. Rozchodziliśmy się w trzy strony albo udeptywaliśmy śnieg przy stowarzyszach. Stowarzyszy swoją drogą na obu etapach było jak na lekarstwo, no chyba, że my tak od razu bezbłędnie trafialiśmy na właściwe punkty.
Na koniec musieliśmy wymyślić odpowiedzi na trzy zadania, z których najtrudniejsze było: podaj nazwiska trzech prezesów KInO Skróty. Musieliśmy wykonać telefon do przyjaciela, bo moje internety nie chciały nam odpowiedzieć. Za to nie mieliśmy problemów z czterema imprezami cyklicznymi, w czym wydatnie pomogły nam 2x2 w każdej porze roku:-)
Przez większość trasy, tuż za nami, kryjąc się po krzakach, a chwilami całkiem jawnie podążał Tomek, a za nim Pani Prezes. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież mieliśmy już przyzwoitkę w postaci Kuby, zresztą bo to raz szliśmy razem i nic z tego nie wyniknęło.  Co prawda w Radomiu, kiedy dzwoniliśmy popędzać Darka, ponoć odgrażał się, że udusi Tomka, a mi zrobi 500+, ale wtedy jeszcze Tomek o tym nie wiedział. Jakie to musi być ciężkie zadanie iść dwoma trasami (TU i TZ) na raz... I, że też Barbara się na takie coś godzi?
Na metę znowu przyszliśmy na początku stawki i zapowiadało się długie czekanie. Poziom niecierpliwości u Darku gwałtownie wzrósł i pogonił go do samochodu zaparkowanego trzy kilometry dalej. Poziom niecierpliwości Barbary wzrósł jeszcze bardziej, bo postanowiła iść piechotą do samej bazy - jakieś sześć kilometrów. Chociaż ją motywuje też specjalny zegarek, który co chwilę każe jej się ruszać, bo jak nie... Nawet wolę nie wiedzieć, co on jej wtedy robi, ale chyba coś strasznego skoro wolała nie czekać ani na autokar, ani na Darka z samochodem. My z Tomkiem poczekaliśmy i zajechaliśmy do bazy luksusowo i przed wszystkimi. A, że do obiadu była jeszcze masa czasu wzięłam sobie i padłam w ramach regeneracji przed etapem nocnym.
c. d. n.