Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XX Nocne Manewry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XX Nocne Manewry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2016

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Po dojściu do bazy bynajmniej nie padłam gdzie stałam, chociaż miałam straszną ochotę. Podjęłam się bohaterskiej próby przejścia miniInO, a jak się okazało na starcie, reszta mojego zespołu także. No to poszliśmy razem.
Tradycyjnie mapa miniInO była po całości zlustrowana, ale nie zawracałam sobie głowy myśleniem, tylko podświetliłam latarką. Podczas gdy ja szukałam jednego punktu, Zuza już lokalizowała drugi, a Kuba wpisywał do karty. Tym sposobem raz dwa uwinęliśmy się z całą zabawą i wreszcie mogliśmy odpocząć. 
W jadalni, przy cieście i herbacie trwały dyskusje nad mapami poszczególnych tras, porównywanie, kto miał gorzej i jak komu poszło. Tak nam wyszło, że TP miało trudność trasy TT, TU trasy TZ, a TZ to już w ogóle kosmiczny odlot.
Kiedy już opadły pierwsze emocje, napełnione ciastem brzuchy rozleniwiły nas, a wizja złapania paru godzin snu zamajaczyła na horyzoncie, wybuchała bomba - zaginął jeden z uczestników. Jego towarzysze z zespołu zaraportowali, że oni, owszem wrócili do domu, ale kolega odłączył się i przepadł. Co prawda kolega miał prawo sam wracać do domu, dowolnie okrężną drogą i w dowolnym czasie, ale jednak... Nigdy nic nie wiadomo, a głupio tak zakończyć imprezę ze stratami w ludziach. Darek zawisł na telefonie i trwał tak w nieustającym kontakcie z rodziną zaginionego, jego towarzyszami z zespołu i policją. My tymczasem staraliśmy się być w jakiś sposób pożyteczni i wizja upragnionego snu odeszła w niebyt. W końcu, już nad ranem, nadeszła upragniona wiadomość, że delikwent dotarł do domu i wszyscy odetchnęli z ulgą. Mi to tak ulżyło, że gdzie stałam, tam padłam w locie łapiąc jedynie poduszkę pod głowę. Miałam to szczęście, że stałam na dywanie, a nie gołej ziemi, ale i tak było twardo i połamana jestem do dzisiaj.
Rano na zakończenie przybyły różne ważne osoby, bez których impreza nie byłaby tak imponująca i odbyła się oficjałka. Darek gadał, gadał, gadał, w końcu się zreflektował, że może inni też by chcieli, a poza tym wszyscy czekali na losowanie nagród. Tak po cichu marzyłam o plecaczku, bo mój już się pruje, ale załapałam się na butelkę. Dobre i to:-)
W drodze powrotnej jeszcze mieliśmy zebrać część trasy, ale Tomek widząc moją marną kondycję zostawił mnie w samochodzie i sam poszedł w las. Za to potem ja wyskakiwałam po lampiony z dojściówki, bo na tyle było mnie jeszcze stać.
Strasznie jestem ciekawa jak z naszą połową punktów z trasy wyglądamy na tle innych zawodników naszej kategorii - będzie wielki wstyd, czy mały:-)
Sędzio! Wyniki!!!!!

poniedziałek, 7 marca 2016

Vivat Dembe!!!

Mapę naszej trasy w przelocie widziałam już przed startem (u innych zawodników) i jej układ od dawna mnie niepokoił. Niepokoiła mnie także spora gromada wystartowanych osób uporczywie siedzących w bazie i wpatrujących się w mapę. My tylko z grubsza dopasowaliśmy wycinki (oprócz jednego), resztę postanowiliśmy rozkminiać na miejscu.
Jako pierwszy pasował nam wycinek z punktem K. Drogą dedukcji doszliśmy do wniosku, że to musi być lustro i ruszyliśmy wzdłuż rowu. Na jego skrzyżowaniu odbiliśmy w prawo i pewni siebie ruszyli na drugą granicę kultur. Teren jednakże okazał się niezbyt kulturalny i ani pierwszej, ani drugiej kultury nie znaleźliśmy. Spotkaliśmy za to na innych poszukiwaczy. Nie wróżyło to dobrze, biorąc pod uwagę dziesięciominutowe odstępy między kolejnymi zespołami.
Jako, że od strony rowu się nie udało, postanowiliśmy zajść punkt od d.... strony, czyli od drogi. Ponownie natknęliśmy się na spotkany chwilę wcześniej zespół, a po chwili poszukiwań i na lampion.
PK 1 był dla ludzi i zgarnęliśmy go nie przerywając marszu. A tacy jesteśmy! Po długim bezpunktowym przelocie dotarliśmy do wycinka A, B, C. Kiedy już ustaliliśmy, że mamy kolejne lustro, zaczęliśmy szukać charakterystycznego drzewa. W takiej odległości jak zaznaczono na mapie, to na pewno żadnego nie było, a przynajmniej żadnego z lampionem. Zaczęliśmy systematycznie przeczesywać  las, co było o tyle trudne, że poszycie składało się głównie z jeżyn i innej chwytliwej roślinności. Mało nie straciłam czołówki, czapki, a kto wie czy i nie głowy. Kiedy już udało mi się wyplątać z tej niezręcznej sytuacji oraz odzyskać nakrycie głowy i światło, byłam gotowa zrezygnować z tego punktu. Chyba wyczuwając moje negatywne nastawienie, drzewo z lampionem niemal wylazło nam na drogę, żebyśmy je w końcu znaleźli.
Do PK C teoretycznie było prosto, wzdłuż linii energetycznej. Pominąwszy złowrogo nastawioną roślinność, inna trudność stanęła przed nami. A nawet nie stanęła, a spłynęła. Rzeczka, niby niewielka, ale nieprzekraczalna suchą stopą, wiła się meandrami, a my wiliśmy się wraz z nią. W końcu dotarliśmy do mostka, co to go specjalnie na naszą (czyli uczestników imprezy) cześć straż pożarna zbudowała. A potem to już tylko myk, myk drogą, minąć cztery boczne dróżki, wdrapać się na wydmę i kolejny punkt nasz. Ja i Kuba namierzaliśmy się bardziej grzbietem wydmy, Zuza szła drogą. Co chwila znajdywaliśmy jakiś szczyt, ale lampionu nie było. Kiedy doszliśmy do drogi przecinającej wydmę, której nie było na wycinku, stwierdziliśmy że jesteśmy za daleko. Zeszliśmy na drogę do Zuzy i namierzyliśmy się tym razem z dołu. Po wdrapaniu się na górę, okazało się, że znowu jesteśmy w tym samym miejscu. Rozglądając się bezradnie dookoła zobaczyłam coś żółtego pod drzewem. Odruchowo podeszłam, a na odwrociu drzewa co wisiało??? Lampion! W tym miejscu chciałam bardzo podziękować osobie, która skórką od banana zaznaczyła punkt B.
Z B wróciliśmy nad rzeczkę, żeby kierując się schematem wejść na LOP-kę. Wydawało nam się to tak proste, że nie zawracaliśmy sobie głowy liczeniem odległości. W efekcie trafiliśmy pod linię energetyczna i uznaliśmy, że to nasza LOP-ka. Spotkaliśmy tam znajomy zespół i to utwierdziło nas w decyzji dalszego marszu. Po jakimś czasie Kuba zaczął wybrzydzać na kierunek LOP-ki i po synchronizacji kompasów musiałyśmy przyznać mu rację. Nie pozostało nam nic innego jak po raz kolejny wrócić nad rzeczkę i zacząć od nowa. Tym razem skrupulatnie odmierzałam kroki i kolejna LOP-ka wypadła nam rzeczywiście w innym miejscu. Po kilku krokach znaleźliśmy nawet lampion. Dobra nasza! A przynajmniej tak się nam wydawało. Początkowo szliśmy raźno, a widok światełek przed nami i za nami utwierdzał nas w słuszności wyboru trasy. Niestety, nasz entuzjazm gasił nieco grunt zmieniający się nam pod stopami ze stabilnego na coraz bardziej rozmokły, przechodzący w ciekły. Coraz częściej musieliśmy obchodzić rozlewiska, co zupełnie uniemożliwiało nam dokładne oszacowanie przebytej odległości. Kiedy według moich bardzo przybliżonych obliczeń przeszliśmy z dziewięćset metrów zamiast sześciuset i kiedy w butach już nam chlupotało, bo możliwości obchodzenia wody dawno się skończyły, okazało się, że droga w ogóle zanika i jesteśmy w ciemnej d.... Razem z nami kilka innych zespołów błąkających się na tym odcinku. Poza tym uświadomiliśmy sobie, że po drodze nie było ani jednego lampionu i tak coś wygląda, że znowu nasza LOP-ka nie jest LOP-ką. Postanowiliśmy wrócić do pierwszego lopkowatego lampionu. Oczywiście okazało się, że szliśmy drogą równoległą do LOP-ki!!! Na LOP-ce właściwej znaleźliśmy kolejny lampion, ale trzeciego już nie. Mieliśmy też wątpliwości i rozbieżność poglądów co do końca LOP-ki. Uznawszy pierwsze większe skrzyżowanie za to właściwe, zaczęliśmy szukać PK 2. Po chwili dołączył do nas inny zespół i w pięć osób przeczesywaliśmy las - listek po listku, trawka po trawce, drzewko po drzewku.  Dół to nawet i był, ale bez lampionu, a ponieważ nie byliśmy do końca pewni gdzie jesteśmy, nie biliśmy bepeka.
Stanęliśmy przed poważnym dylematem - co dalej? Wiedząc jedynie, że jesteśmy gdzieś w lesie, raczej trudno było nam namierzyć się na pozostałe punkty i w zasadzie najpewniejszą alternatywą był powrót do bazy po śladach. Ale tak po śladach??? Nie uchodzi! Postanowiliśmy iść na wschód, bo wiadomo - na wschodzie musi być jakaś cywilizacja. Poza tym doświadczenie z Zimowego 2x2 mówiło mi, że ze ścieżkami jest jak z rzekami - każda ścieżka wpada do większej ścieżki, ta z kolei do jeszcze większej i w końcu dochodzi się do Wisły, to znaczy do asfaltu. Połączenie tych dwóch reguł - wschodu i rzekościeżek doprowadziło nas do do wycinka z PK E i D. Teraz to byliśmy w domu! Co prawda szukanie paśnika zajęło nam co najmniej pół godziny, bo zamiast od razu wziąć go azymutem spod ambony, łaziliśmy po krzakach w różnych dowolnych kierunkach, konwersując telefonicznie z Anią na tematy nie związane. Za to PK E znaleźliśmy od pierwszego kopa! Dziewiątka i dziesiątka były już łatwe, a bezproduktywna dojściówka do bazy dała mi się we znaki. Wreszcie zobaczyliśmy upragniony budynek i w lekkich minutach, bez połowy PK  oddaliśmy kartę startową.

c. d. n.

Nocne Manewry - cz.1 i nie ostatnia.

Nocne Manewry zapowiadały się imponująco. Darek organizował je z rozmachem, stawiając na baczność wszystkie lokalne władze i organizacje. Ale ostatecznie 600-lecie miejscowości, w której odbywają się zawody, to całkiem dobry pretekst  do huczności.
Już o 15-tej wyjechaliśmy z domu żeby rozstawić dojściówkę i zdążyć zrobić TRInO w Dębem. Nawet tak błaha rzecz, jak rozstawianie dojściówki, może okazać się w pewnych sytuacjach wyzwaniem. A to nie było za bardzo na czym powiesić lampionu, a to dwa wielkie drzewa wrysowane w mapę okazywały się dwoma , dawno ściętymi  kłodami, a to na kapliczce nie było ani cyferki, czy literki, o które można by spytać uczestników, to na koniec zza bramy jednej z posesji wyskoczył właściciel drzewka (i jak się okazało kawałka lasku) i kategorycznie zażądał zdjęcia lampionu.
- Moje i nie dam! - tak można by streścić rozmowę z nim.
W efekcie błaha z reguły dojściówka stała się trudnym etapem i to, jak się przy liczeniu wyników okazało, nie tylko dla organizatorów, ale i dla uczestników:-)
TRInO było już łatwiejsze, chociaż mieliśmy pewne problemy z lokalną organizacją ruchu, bo trasę robiliśmy samochodowo. Po kilkukrotnym wjechaniu ludziom na podwórka, w końcu zaliczyliśmy wszystkie punkty, w tym jeden metodą eliminacji, bo nie udało się nam pod niego podjechać.
W bazie zawodów już krzątał się Darek i harcerze pod wodza Damiana. Wrzuciliśmy nasze rzeczy do sali i też wzięli się za robotę. Rozwiesiliśmy banery, oznakowali lampionami teren, zorganizowali sekretariat, a ja załapałam się na super fuchę - krojenie ciast. Co prawda zaśliniłam się po prawie po kolana, ale i przy okazji jakieś drobne okruszki zassałam.
W końcu pojawili się pierwsi uczestnicy. Zasiadłam w sekretariacie i usiłowałam ogarnąć sytuację. Na szczęście zanim pojawiła się największa fala zawodników, dotarła Zuza i wsparła mnie w tym. Dzięki temu obyło się bez kilometrowych kolejek i mam nadzieję, że i bez większych wpadek.
Tak przy okazji naszła mnie refleksja, że gdyby Darek wcześniej nie przydzielił minut startowych, to można by na nich zrobić biznes życia, czyli wystawić je na licytację. Wiadomo - każdy chciał jak najszybciej do lasu, więc - kto da więcej?! 
- Kto da więcej za dziesiątą minutę startową?!
- Pani  w czerwonej czapce, sto po raz pierwszy!
- Pan w granatowe kurtce - dwieście!
- Pan z zielonym plecakiem wygrywa!
I taki kolejne, aż do wyczerpania zapasów.
Ludzie do tego lasu wychodzili, wychodzili i wychodzili, bo odstępy między zespołami były aż dziesięciominutowe. I kiedy już zupełnie opadłam z sił i ogarnęła mnie senność, Zuza rzuciła hasło, że może i my byśmy poszły. No, patrz pan! A ja się łudziłam, że nikt nie zauważy i mi się upiecze. Zanim zdążyłam oprotestować, Zuza już załatwiła z Kubą, że połączymy siły w jeden zespół (dzięki czemu zdobędziemy bliską minutę startową) oraz Darkiem, że zwolni nas z posterunku.
I tak zostałam wyprowadzona w las ...

c. d. n.