Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXV Mistrzostwa Polski w Nocnych MnO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXV Mistrzostwa Polski w Nocnych MnO. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

Kraków dniem i nocą - cz.3

Sobota zapowiadała się pracowicie. Mieliśmy wydrukowany cały plik trin , a oprócz nich od organizatorów dostaliśmy trasę krajoznawczą do zrobienia. Pewien problem zaistniał rano przy próbie uniesienia się do pionu - organizm odmówił współpracy i w pierwszej chwili wyglądało, że dzień spędzę w łożu boleści. Pominąwszy ból wszystkich mięśni, powstanie uniemożliwiał ból głowy spowodowany niwyspaniem. Ale jak tu się wyspać, kiedy pół nocy spędziłam w lesie, a drugie pół na walce z chrapaczami, co to ich trzeba było tarmosić i okładać kapciem. Nie, nie jednorazowo, tylko co pół godziny. Na kolejnym wyjeździe poproszę o izolatkę!
Po łyknięciu małej niebieskiej i odleżeniu jeszcze chwilę, w końcu jakoś wygramoliłam się ze śpiwora. Śniadanie dodało mi energii i o własnych siłach doszłam do samochodu.
Plany mieliśmy wielkie, ale okazało się, że wcale tak szybko nam te trina nie idą. Po zmoknięciu, zmarznięciu i zrobieniu części Plantów, całej Floriańskiej i części trasy krajoznawczej mieliśmy dość i tak chyłkiem boczkiem przemieszczaliśmy się w stronę knajpy z obiadem. Po obiedzie skończyliśmy jeszcze krajoznawczą, żeby oddać organizatorom i wróciliśmy do bazy. Ostatecznie przed kolejnymi etapami nocnymi trzeba było trochę odpocząć. Po trzech pierwszych etapach zajmowaliśmy trzecie miejsce (w swojej kategorii), ale z  praktycznie nieodrabialną stratą i walczyć mogliśmy jedynie o utrzymanie pozycji. Czasu na odpoczynek mieliśmy dużo, bo na start jechaliśmy ostatnim autobusem. Wreszcie miałam okazję wyspać się bez dźwięków charczącego traktora w tle.
Ponieważ organizatorzy wysyłali w teren jedną drużynę na E4, drugą na E5 i tak na przemian, nam wypadło zacząć od etapu piątego. Wreszcie było coś, co lubię, czyli zwykła składanka z zachodzącymi na siebie elementami. Szybko znaleźliśmy wszystkie elementy wspólne, Tomek zaznaczył je na mapie i poszliśmy. Już przy pierwszym punkcie dotarło do nas jak niewygodnie jest co chwilę przykładać moje wycinki do tomkowych, postanowiliśmy więc zrobić użytek z nożyczek i taśmy klejącej. Tym sposobem w dalszą drogę poszliśmy praktycznie z pełną mapą. W porównaniu do poprzednich etapów teren był płaski jak naleśnik i wreszcie nie miałam problemów z podejściami.
Po jakimś czasie między krzakami zaczął nam się pojawiać Darek M. i wyglądało, że nas śledzi. Ja rozumiem jak Tomek mnie pilnuje kiedy idę z Darkiem, ale w drugą stronę????  Darek chyba również zauważył absurdalność tej sytuacji, bo  gdzieś w połowie trasy już oficjalnie wylazł z krzaków i dołączył do nas. Z podwójną obstawą to już miałam całkowity luzik - w sumie głównie pilnowałam karty i spisywałam kody.
Na kolejny etap od razu poszliśmy we trójkę, to znaczy Darek wystartował przed nami i planowo nie nabierał prędkości. Mapa czwartego etapu nie wyglądała jakoś przerażająco, do tego autor krótko i treściwie powiedział o co biega, a nawet zdradził, co znaczy tytuł:-)  Na tym etapie już było  trochę chodzenia pod górkę, ale głównie do skałek, przy których stały punkty, więc przekazałam Tomkowi kartę startową, a sama czekałam na ścieżce, kiedy oni się wspinali. To znaczy pilnowałam, żeby ktoś nie zajumał ścieżki pod ich nieobecność, no bo gdzie by wrócili? Bardzo odpowiedzialna funkcja. Darek pozazdrościł Wojtkowi "sławy" człowieka zjeżdżającego w jar głową w dół i postanowił przynajmniej spaść ze skałki, ale cienias jest - daleko nie poleciał. W ogóle jakiś taki trend się zrobił i moda na poobijanie i co chwilę na tych zawodach plątali się jacyś inwalidzi.
Na mecie, zarówno po pierwszym, jak i drugim etapie, organizatorzy zaoferowali nam .... bułkę drożdżową z cukrem!  Czy oni obrabowali jakąś monokulturową piekarnię???  Po tych zawodach chyba już do końca życia nawet nie popatrzę na drożdżówkę. A tyle jest pysznych ciastek na świecie... taka kiełbasa z ogniska na przykład ...
Zgodnie z przewidywaniami nie odrobiliśmy straty do drugiego miejsca i co wywalczyliśmy pierwszej nocy, to nam zostało. W niedzielę rano na zakończeniu imprezy otrzymaliśmy więc dyplomy za trzecie miejsce, wybraliśmy sobie książki z nagrodowego stolika, spakowali klamoty, pomachali organizatorom i pojechali. Oczywiście do Krakowa, żeby dokończyć Planty. Resztę trin już sobie odpuściliśmy, bo i tak żeby zrobić wszystkie, trzeba przyjechać odrębnym kursem.
Powrót do domu wyglądał mniej więcej jak z nocnych mistrzostw organizowanych przez nasz klub w ubiegłym roku czyli dopalacz, drzemka na stacji benzynowej, zmiana kierowcy i tak w kółko co parę kilometrów. Zeszło strasznie długo, ale dojechaliśmy w całości.
Bardzo się cieszę, że wreszcie pojawiły się imprezy w Krakowie, bo tego mi bardzo brakowało. I nawet jak pomarudziłam na niektóre etapy i buły z cukrem, to i tak jestem zadowolona i organizatorzy mają u mnie plusa. I za stolik kawowo-herbaciany też mają plusa. I za te drzwi z pisuarem w gratisie:-)
I zróbcie coś ogólnopolskiego w przyszłym roku!
c. d. n. n.

środa, 16 listopada 2016

Dookoła ZOO - Kraków, cz.2

Trzeci etap przyprawił nas o palpitacje serca już przy jego omawianiu na odprawie, bo od razu skojarzył się nam z etapem z Nocnych Manewrów w Dębem, gdzie też były planety i księżyce i gdzie najlepszy zespół miał coś ponad 700 punktów karnych. Ale nic to. Bohatersko stawiliśmy się na starcie, gdzie każdy zespół otrzymywał wraz z mapą aż 15 minut gratisowego czasu na jej rozkminienie. To już było podejrzane, bo co to za mapa, którą trzeba tyle czasu rozszyfrowywać. Przeczytaliśmy opis i... nic nie zrozumieliśmy. To znaczy poszczególne słowa tak, ale jako całość nie miało to większego sensu. Tomek od razu wyszedł z siebie i chciał zamordować autorkę, a przynajmniej wymyślnymi torturami wydobyć z niej wiedzę, o co chodzi. Ja przezornie nie wdawałam się w bijatykę, bo nie lubię rozlewu krwi. Pod koniec tych darowanych piętnastu minut wreszcie ktoś inny z obsługi startu zlitował się  i przystępnie wytłumaczył, że opis to tylko sztuka dla sztuki, a potrzebne informacje mamy na kartkach leżących na ławce. Kiedy wreszcie mogliśmy zabrać się do wykreślania kątów przesunięcia planet, nasze piętnaście minut minęło i zostaliśmy wyrzuceni ze strefy komfortu (czyli ławek). Mi udało się jedynie zlokalizować położenie satelity, ale poza tym kompletnie nie rozumiałam o co chodzi, więc tylko dyktowałam Tomkowi potrzebne do obliczeń liczby, nie wnikając w ich sens.
W końcu ruszyliśmy. Przez pierwsze dwa punkty leżące blisko startu jeszcze orientowałam się co robimy, potem już tylko Tomek wiedział gdzie i po co idziemy. Poza wszystkim byłam już zmęczona po dwóch pierwszych etapach i chciało mi się spać. Każde kolejne podejście (a trochę ich było) wymagało ode mnie dużego samozaparcia, ale ponieważ nie pomagałam w myśleniu, to chciałam przynajmniej nie przeszkadzać w chodzeniu. Zaciskałam więc zęby i parłam przed siebie.
Autorka zrobiła nas w konia także numeracją punktów. Widząc niedaleko startu punkt podpisany 17 ucieszyliśmy się, że nie musimy zbierać wszystkiego, bo potrzeba nam tylko trzynaście PK. Tak gdzieś w połowie drogi zorientowaliśmy się w perfidii nazewnictwa, które wprowadzało w błąd, bo zebrać jednak musieliśmy wszystko. Ponieważ ja już ledwo powłóczyłam nogami, Tomek zostawił mnie w środku lasu i wrócił po opuszczone punkty. Wykorzystałam czas na krótką drzemkę i nawet nie obchodziło mnie, czy nie zaatakuje mnie jakiś głodny lew, czy inne zwierzę. W ogóle, tej nocy spanie  przy każdym drzewie, o które można się oprzeć podczas choćby sekundowego przystanku opanowałam do perfekcji. W krótkich chwilach bezsenności czytałam sobie mapę i dzięki temu jako jeden z dwóch zespołów mieliśmy zrobione zadanie. Pozostałe zespoły nie miały tyle determinacji, żeby doczytać długi i abstrakcyjny tekst do końca:-)
Miałam wrażenie, że ten upiorny marsz w górę i w dół nigdy się nie skończy, kręgosłup zwinie mi się w precel, kolana odpadną, a ja w końcu padnę trupem, ale w pewnym momencie Tomek oznajmił, że meta blisko. Ustawił mnie twarzą do kierunku marszu, wydał komendę:
- Idź na metę! - a sam pobiegł podbić jeszcze jeden punkt.
Musiałam wyglądać jak kupka nieszczęścia, bo zespól młodych ludzi idących w tym samym kierunku, zainteresował się, czy żyję i czy dojdę. Na metę to ja zawsze dojdę, więc uspokoiłam ich, że nie planuję zejścia śmiertelnego i mogą skupić się na mapie.
Na metę nadeszłam równo z Tomkiem, choć każde z innej strony. A co czekało na mecie? Oczywiście, że buły drożdżowe z cukrem. Oraz perspektywa półtorakilometrowego spaceru do bazy.

c. d. n.

wtorek, 15 listopada 2016

Kraków dniem i nocą - cz.1

W czwartek nie mogłam wziąć urlopu i swoje monitorogodziny musiałam odsiedzieć. Do Krakowa ruszyliśmy więc o piętnastej, wprost spod bramy mojego instytutu. Oczywistym jest, że nie robiliśmy pustego, bezproduktywnego przelotu, tylko po drodze zaliczyliśmy trino w Warce. Potem trafiliśmy na roboty drogowe, objazdy, ruch wahadłowy i w efekcie w Krakowie byliśmy na tyle późno, że jedyne co nam pozostało do roboty, to iść spać. Poza tym perspektywa nadchodzących dwóch kolejnych nocy w lesie jedynie utwierdzała nas w słuszności decyzji. Drobny kłopot  kąpielowy radośnie obwieściły mi koleżanki z innych ekip - łazienka z damskimi prysznicami nie posiadała żadnych drzwi ani zasłonek i każdy przechodzący korytarzem mógł podpowiadać kąpiącym się, co mają jeszcze umyć:-) Na szczęście nasz łaźniowładny kierownik imprezy do rana rozwiązał problem i w damskiej łazience pojawiło się dwoje drzwi. W gratisie dostałyśmy także pisuary:-)
Na piątek mieliśmy zaplanowane odwiedziny u rodziny, ale żeby nam się dzień nie zmarnował orientalistycznie, to wstaliśmy bladym świtem (w listopadzie może nie jest to żaden wyczyn) i przed wizytą zaliczyliśmy ulicę Karmelicką i część mojego trina po Łobzowie. Po wizycie dokończyliśmy Łobzów i pora była wracać do bazy na oficjalne rozpoczęcie imprezy.
Jeszcze przed oficjałką mieliśmy chwilę czasu na udział w MiniInO po boisku szkolnym. Niby mały teren, a ulataliśmy się jak głupi, bo częściowo była pamięciówka, a ja stara sklerotyczka więcej jak dwa PK na raz nie mogłam zapamiętać.
Start na etapy nocne miał być stosunkowo wcześnie, więc była nadzieja, że do świtu zdążymy wrócić. Moja nadzieja wzrosła, kiedy okazało się, że mamy czwartą minutę startową. Na rozgrzewkę, do startu trzeba było przejść jakieś półtora kilometra i to pod górę, ale spoko. Mapa pierwszego etapu, zgodnie z deklaracją złożoną przez autora na odprawie, była łatwa. Nawet powiedziałabym - podejrzanie łatwa. Nic nie trzeba było składać, nie było luster ani innych przekrętów. Jedynie drogi narysowano jednakową kreska, bez względu na ich rozmiar. Poszliśmy. Punkty oczywiście  w większości były ustawione tak, że zaznaczone drogi niespecjalnie prowadziły do nich, ale ja na miejscu autora zrobiłabym tak samo, więc nie mam mu za złe.  Mniej więcej wiedziałam gdzie idę, Tomek uszczegółowiał położenie punktu w terenie i to mnie satysfakcjonowało. Meta etapu była pod samym kopcem i nawet baliśmy się, że będzie na szczycie, ale na szczęście nie. Posililiśmy się drożdżówką i gorącą herbatą i gdzie nas organizatorzy wykierowali? Oczywiście - na kopiec, bo tam sobie umyślili start kolejnego etapu. Ot, taka  drobna atrakcja jak na naszych dmp-ach start za rzeką:-) Z drugą mapą zeszliśmy na dół, bo na górze wiało (jak to na górze) i dopiero tam popatrzyliśmy co nas czeka. Autorka poszatkowała mapę, powyrzucała część treści z wycinków i litościwie tylko jeden obróciła. Poskładanie tego do kupy okazało się nawet dość łatwe, gorzej było potem. Teren okazał się mocno niepłaski, a ponieważ oprócz przewidzianego trasą włażenia i złażenia zrobiliśmy dodatkowo kilka podejść, w połowie etapu miałam z lekka dość. Kiedy mieszkałam w Krakowie, wydawało mi się, że wszędzie jest płasko, a do gór kawałek drogi. Teraz przekonałam się, że mieszkałam w samym sercu Himalajów.
Wszystko szło w miarę dobrze (poza podejściami) aż do wycinka z PK 1, 2, 3 - tam przestało nam się totalnie zgadzać. Kręciliśmy się chyba z godzinę chodząc tam i z powrotem, co oczywiście przekładało się na: chodząc w górę i w dół. Kiedy już byliśmy niemal pewni, że zgubiliśmy się, uzmysłowiliśmy sobie, że zrobiliśmy błąd przy wrysowywaniu wycinka do schematu i obsunął się nam o jedną kratkę. Teraz to się wreszcie zgodziło. Okazało się, że biegamy dookoła dwójki i trójki, a po jedynkę trzeba trochę podejść. Niestety, to wszystko trwało strasznie długo, za długo i w efekcie wpędziło nas w ciężkie minuty:-(
W drodze na siódemkę spotkaliśmy konkurencję z naszej trasy, która to konkurencja zgubiła mapę i usiłowała trafić na czuja dalej. Człowiek był bardzo ambitny, bo zamiast iść prosto na metę, to postanowił zapamiętać mapę (którą mu pokazaliśmy) i jeszcze coś zebrać po drodze. To się nazywa prawdziwy inowiec!
Na mecie czekała na nas tradycyjnie gorąca herbata i znowu drożdżowa buła z cukrem. Po porannych wizytach u ciotek zasłodyczona byłam po czubek kokardy i marzyłam raczej o ogórku kiszonym, chrzanie, czy musztardzie, a przynajmniej o zwykłej kanapce z żółtym serem. Poza tym byłam zmęczona, śpiąca i nigdzie nie chciało mi się iść dalej.

c. d. n.