Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zimowe 2x2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zimowe 2x2. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2017

Do Źródła ...

Tak się zbierało, zbierało i w końcu doszło do całkowitego rozpadu naszego małżeństwa. W sobotę Tomek pojechał z Barbarą do Bydlina, a w odwecie ja z Darkiem M. do Królewskich Źródeł. Tamci planowali spędzić ze sobą pięćdziesiąt kilometrów, my za to planowaliśmy dwa razy po dwa razy (to znaczy po dwa punkty). A żeby przypieczętować sprawę, dodatkowo poszliśmy do Źródła Miłości. Co prawda żadne z nas nie piło z niego, bo woda była lodowata, a w taką chłodną miłość to ja nie wierzę, ale zawsze. Tak w ogóle to zrobiliśmy całą trasę trino i zgodnie z obietnicami autora trasy "wędrując po ścieżce doznaliśmy wielu estetycznych wrażeń i poznaliśmy wyjątkowo piękne zakątki przyrody", żeby wręcz nie powiedzieć klasykiem: k...a, ale tam ładnie!
Na to trino tak się wyrwaliśmy od razu, bo jak przyjechaliśmy na start Zimowego 2x2, to w bazie nie było żywego ducha. Za to po powrocie z trina w sekretariacie kłębił się tłum młodzieży. Jakoś udało nam się wyszarpnąć mapę pierwszego etapu i poszliśmy. Muszę pochwalić Piotrka, że etap był naprawdę na poziomie. To znaczy na moim poziomie, czyli łatwy i nawet ja nie byłabym w stanie się zgubić. Mało tego, nawet gdybym poszła samiuteńka, to i tak pewnie wróciłabym z kompletem punktów (choć nie wykluczam, że byłyby tam i jakieś stowarzysze, ale w końcu klub zobowiązuje).
Od razu dopasowaliśmy wycinki we właściwe miejsca, a potem tylko szliśmy i metodycznie podbijaliśmy punkty. Dużym ułatwieniem był też dla nas wybór wariantu "pod prąd", dzięki czemu lampiony ukryte dla tych idących "z prądem", dla nas były widoczne z daleka. Drobną zagwozdkę mieliśmy z wycinkiem z PK 6 i 7, bo tak jakby lampiony trochę rozminęły się z mapą i ostatecznie  jeden punkt wzięliśmy zgodnie z przypuszczalną intencją autora, a drugiego wcale nie wzięliśmy, bo punkty były w nadmiarze i mogliśmy go olać.
Po etapie obowiązkowo zaliczyliśmy ognisko i pieczoną kiełbasę, a na mnie rzuciła się musztarda. Wyglądałam jak obrzygana sirota, ale w las trzeba było iść bez względu na wygląd.
Etap drugi również był na poziomie, choć już wymagał odrobiny pomyślenia, ale bez przesady. Nasze nietypowe podejście do kierunków najścia na punkty uratowało nas przed wzięciem stowarzysza i to podwójnego punktu. Swoją zasługę miał tu Darek, który stanowczo odmówił przedzierania się przez młodnik żeby z PK 13 wrócić na nasza główną drogę. W efekcie musieliśmy kawał drogi wracać po PK 6 i przy okazji mogliśmy porównać położenie PK 5/8 oraz stowarzysza (czy mylniaka, jak tam kto uznał). Jednym słowem - nie ma tego złego, co by nam nie wyszło....
Dla namiętnych zbieraczy punktów do książeczki były jeszcze dwie mini trasy i nie omieszkaliśmy z nich skorzystać - jedna "trasa" wiodła po wiacie i nie było w niej większości punktów, bo pewnie nikomu nie chciało się wspinać na górne belki, druga trasa wiodła po terenie placu biwakowego i była wszystkomająca.
I tym sposobem, małym nakładem sił i środków, w pół dnia zdobyliśmy po 7 punktów do odznaki. Tomek z Barbarą po jeden punkcik zasuwali caluteńki dzień - od świtu do nocy. Na dodatek my wygraliśmy nasze zawody, ani swoich - nie.
Cieniasy, normalnie cieniasy ...

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jak sprawdzić gdzie nas nie ma, czyli drugie 2 z 2x2.

Drugi etap miał być łatwy, po najbliższej okolicy ogniska. Tak zapewniał nas P. wydając mapy. Tylko radził się sprężać, bo niedługo mieli iść zbierać trasę.
Mapa składała się z siedmiu kawałków, z których cztery były zlustrowane, a wszystkie obrócone. Nie tracąc czasu na żadne wydumane kombinacje wyjęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i poskładaliśmy to jakoś do kupy. Co prawda wyszło nam pięć kawałków zlustrowanych, ale jeden w te czy we wte nie robi różnicy. D. wręczył mi ten efekt prac ręcznych i kazał prowadzić. Na szczęście najbliższy punkt - PK 3 - leżał blisko ostatniego z poprzedniej trasy i jeszcze pamiętałam jak tam dojść. Tak nie do końca mi pasowała jego szczegółowa lokalizacja w terenie, ale że nie było większego wyboru, to wzięłam. Na kolejny, ósemkę,  grzbietem, za "rzeczkę", na górce. Spoko.W międzyczasie oczywiście D. wysforował się do przodu i tyle w temacie prowadzenia. Dziewiątkę zlokalizowaliśmy, bądź też był to produkt dziewiątkopodobny. Dziesiątki i jedenastki nie było. Dziesiątka, czyli ósemka z poprzedniej trasy na pewno jeszcze niedawno była w miejscu gdzie się znajdowaliśmy (chociaż dla mnie  wszystkie drzewa są takie same, ale D. mnie przekonał), założyliśmy więc, że organizatorzy zebrali już lampiony. Po jedynkę została oddelegowana A., a my z D. kombinowaliśmy gdzie i jak iść dalej. Piątka wydała nam się najrozsądniejszym rozwiązaniem. Przyjąwszy założenie, że mapa została pocięta wzdłuż dróg, ruszyliśmy. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a piątki ani śladu. Wcale się nie zgubiliśmy, tylko im bardziej szliśmy, tym bardziej wiedzieliśmy gdzie nas nie ma, jak pięknie ujął to D. Kiedy już upewniliśmy się, że nie ma nas ani na piątce, ani na czwórce, ani na żadnym innym punkcie, postanowiliśmy iść przed siebie, w nadziei, że w końcu droga zaprowadzi nas do cywilizacji. Kiedy doszliśmy do jeszcze większej drogi, nasza nadzieja na cywilizację wzrosła. Ustaliliśmy kierunek marszu i chociaż  nie byliśmy pewni czy oddalamy się od mety, czy przybliżamy do niej, poszliśmy przed siebie, bo co będziemy stać. Ostatecznie:
"Wędrówką jedną życie jest człowieka;
Idzie wciąż,
Dalej wciąż,
Dokąd? Skąd?
Dokąd? Skąd?
Dokąd? Skąd?"
Kiedy już wydawało się, że nie dowiemy się "dokąd? skąd?", Opatrzność zlitowała się nad nami i zesłała nam drobną pomoc. Tym nadprzyrodzonym sposobem trafiliśmy do PK 6 - przydrożnego krzyża. Obok, na górce, miała być siódemka. Ponieważ w międzyczasie przechwyciłam naszą mapę-sklejankę, zarządzałam kierunkiem poszukiwań. Umknął mi tylko drobny fakt, że byliśmy na fragmencie zlustrowanym. W związku z tym bezskutecznie przeszukaliśmy niewłaściwą stronę drogi, po czym ruszyliśmy w przeciwnym do założonego kierunku. Teren coraz bardziej się nie zgadzał i w końcu zaczęło nas to zastanawiać. Kiedy brutalna prawda wyszła na jaw byłam gotowa zabić się własna pięścią. Nie jest to jednak takie łatwe jak by się wydawało, więc odpuściłam. Rozpaczliwie szukając jakiegoś wytłumaczenia zaistniałej sytuacji, bezradnie rozglądałam się po lesie, nie chcąc spojrzeć w oczy współtowarzyszom. Mój wzrok zatrzymał się na lampionie. I na niewielkiej skarpie.
- O! Czwórka! - sprytnie odwróciłam uwagę od swojej pomyłki.
- Gdybyśmy poszli we właściwą stronę, to nie mielibyśmy jej - przekonywałam dalej.
Łyknęli, albo nie chcieli mi sprawić przykrości i ucieszyli się z czwórki. Byliśmy już dokładnie zlokalizowani, wiedzieliśmy jak dojść do brakujących punktów, zaistniała tylko jedna drobna, nieprzewidziana przez nas okoliczność. Robiło się ciemno. Oczywiście, że nie mieliśmy latarek, bo trudno nazwać latarką maleństwo, które A. wyciągnęła z kieszeni. Musieliśmy podjąć bolesną decyzję - odpuszczamy piątkę na rzecz siódemki. Siódemka szukana już po właściwej stronie drogi odnalazła się od razu i pognaliśmy do dwójki, bo i tak była po drodze. A potem już prościutko na metę, gdzie P. czekał tylko na nas. W ostatecznym rozrachunku nie zebraliśmy tylko jednego punktu i jeszcze zmieściliśmy się w lekkich. Na mecie przystanęliśmy jedynie na niezbędną chwilę i co sił sił w nogach pomaszerowaliśmy dalej, bo do samochodu mieliśmy jeszcze kilometr przez las. Po ciemku, jakby ktoś nie pamiętał.
Już z samochodu odwoływałam akcję ratunkowo-poszukiwawczą, którą T. zaczął zupełnie niepotrzebnie organizować. No bo co? My się zgubiliśmy? My? My tylko nieco przedłużyliśmy pobyt w atrakcyjnych okolicznościach przyrody!

niedziela, 24 stycznia 2016

Długa, niebieska linia, czyli pierwsze 2 z 2x2.

Namawiał, namawiał i namówił. Znaczy T. namówił mnie na wyjazd do Pionek na Zimowe 2x2. Że to cztery punkty do książeczki, że jak to tak D. samego zostawię i w ogóle...
Tydzień przed wyjazdem prognozy pogody straszyły dwudziestostopniowym mrozem, ale na szczęście im bliżej imprezy, tym mniej tego zimna obiecywali. Mimo to ubrałam się jak na Sybir i miałam pewne problemy ze swobodnym poruszaniem się. Przed wyjazdem poszłam jeszcze do szmateksu i nabyłam najbrzydsze i najcieplejsze rękawiczki jakie kiedykolwiek posiadałam. W sklepach to wiadomo - ładne i cieniutkie tylko.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, impreza była dopiero w zalążku - pod lasem kręcili się zdezorientowani uczestnicy, nie bardzo wiedząc gdzie będzie start, organizatorzy zaś byli w lesie - dosłownie i w przenośni. Mapy były na mecie.
Kiedy już udało się zgromadzić w jednym miejscu uczestników, organizatorów i mapy, można było zaczynać. Naszą ekipę stanowiło troje świeżo upieczonych pinoków - A. K., D. M. i ja. Wiadomo - co trzy głowy .... W końcu dopchaliśmy się do map i średnio spodobało mi się to co zobaczyłam. Na ogół pierwszy rzut oka na mapę wprowadza mnie w stan paniki, tak też było tym razem. Dopiero kiedy po trzecim czytaniu i dziesiątym obejrzeniu wycinków zrozumiałam o co chodzi, odetchnęłam. Nie było tragicznie. Szczególnie, że autor narysował niebieską linię wiodącą od startu do mety i wystarczyło się jej trzymać żeby się nie zgubić. Niestety - niewolnicze trzymanie się tej linii uniemożliwiało zebranie większości punktów.
Najbliższy startu PK 15 klasycznie był łatwiutki, na skrzyżowaniu dróg. Potem zaczęły się schody. W sensie górki, a ja po górkach to słabo pomykam. Pierwszy napotkany na szczycie lampion wywołał w nas euforię. Bierzemy! A potem trzysta metrów grzbietem i powinien być następny. Teren tylko jakoś nie bardzo chciał się zgodzić z tym co pokazywał lidar. Postanowiliśmy przejść te trzysta metrów i zobaczyć co zastaniemy. Zastaliśmy inne ekipy błąkające się w poszukiwaniu PK 9. Lampion co prawda wisiał, ale po niewłaściwej stronie obniżenia. Ponieważ poza lampionem wszystko inne się zgadzało, wbiliśmy bepeka. Jednocześnie dotarło do nas, co przy poprzednim punkcie nam nie pasowało - wzięliśmy stowarzysza, a nie punkt właściwy. Ponieważ i tak planowaliśmy wrócić na niebieską linię, po drodze była okazja zrobić zmianę.
Jak i dlaczego znaleźliśmy PK 14 i PK 5 nie pamiętam. Najprawdopodobniej nie była to moja zasługa:-) Wiem, że potem szliśmy ulubioną niebieską linią i kombinowaliśmy gdzie by tu przypasować wycinek z PK 4 i 10. W efekcie zatrzymywaliśmy się przy wszystkich polanach, młodnikach, mokradłach i terenach w dowolny sposób odbiegających od normy. W międzyczasie weszliśmy na PK 7, który okazał się tak charakterystyczny, że nawet ja nie miałam problemów z rozpoznaniem go. A potem poszliśmy po dwunastkę. Uszliśmy kawałek na zachód, ale odwidziało nam się, bo na wschodzie był teren, gdzie potencjalnie mógłby leżeć nasz niezidentyfikowany wycinek. Warto więc było nadłożyć drogi i ewentualnie go znaleźć. Niestety, jedyne co znaleźliśmy to tylko kilka zastępów harcerzy, którzy mieli jakieś swoje manewry na tym samym terenie. Przynajmniej raźniej było widząc inne żywe dusze w lesie. Kiedy w końcu znaleźliśmy jakiś lampion na górce, umówiliśmy się, że to nasza dwunastka, bo nawet jeśli to stowarzysz, no to co? Kto nam zabroni wziąć stowarzysza?
Z dwunastki wróciliśmy prawie do siódemki, bo tak jakoś wyszło. W związku z tym do kolejnych punktów szliśmy, szliśmy i szliśmy. Bo daleko było. Poza tym znowu czesaliśmy teren na okoliczność czwórki i dziesiątki. W pewnym momencie mnie tknęło:
- A co z ósemką i jedynką?
Bylibyśmy o nich zapomnieli, ale tknęło mnie w idealnym momencie - na skrzyżowaniu, gdzie należało skręcić. Ponieważ A. wypełniała kartę startową i często sama podchodziła do punktu, podczas gdy ja i D. się relaksowaliśmy, postanowiliśmy zostawić ją na skrzyżowaniu żeby odpoczęła, a sami iść spisać kody.  Przy jedynce wymyśliliśmy, że nie ma co wracać, tylko trzeba od razu iść na jedenastkę. Na szczęście A. też to wymyśliła i doszła do nas. Z jedenastki na dwójkę to tylko na mapie było blisko, bo w rzeczywistości nie chcąc przedzierać się przez krzaki, musieliśmy obejść spory kawałek terenu. Żeby nie tracić czasu, D. poszedł szukać drogi do szóstki, a my z A. zebrać dwójkę. Szóstka stała na swoim miejscu, ale trójki znaleźć się nie udało. Lampion owszem - wisiał na drzewie, tyle tylko, że w pobliżu nie było żadnego dołka, w którym to miał być nasz punkt. Jak się okazało już na mecie, wszystkie nasze bepeki były spowodowane tym, że P. Z., który rozstawiał punkty dostał inną wzorcówkę niż my mapy. Ot, taki żarcik budowniczego trasy:-)
Metę przyjęłam z wielką ulgą, bo D. chyba zapatrzył się w Leśnego Dziada i parł do przodu jak maszyna. Mimo, że starałam się jak mogłam, co chwilę zostawałam w tyle, szczególnie kiedy było pod górę. Pochód nieodmiennie zamykała A. Czyli taki model arabski - D. z przodu, a jego kobiety kilka kroków za panem:-)
Zmęczona i wygłodniała przy ognisku rzuciłam się na kiełbasę, nie zwracając uwagi na to, że nie lubię, bo mi się przejadła. Jeszcze nie zdążyłam przełknąć ostatniego kęsa, a P. już zaczął wyganiać nas na drugi etap. Fakt, zrobiło się dość późno, ale ostatecznie gość ma swoje prawa. Ale co ja tam będę dyskutować ...

c. d. n.