

Na to trino tak się wyrwaliśmy od razu, bo jak przyjechaliśmy na start Zimowego 2x2, to w bazie nie było żywego ducha. Za to po powrocie z trina w sekretariacie kłębił się tłum młodzieży. Jakoś udało nam się wyszarpnąć mapę pierwszego etapu i poszliśmy. Muszę pochwalić Piotrka, że etap był naprawdę na poziomie. To znaczy na moim poziomie, czyli łatwy i nawet ja nie byłabym w stanie się zgubić. Mało tego, nawet gdybym poszła samiuteńka, to i tak pewnie wróciłabym z kompletem punktów (choć nie wykluczam, że byłyby tam i jakieś stowarzysze, ale w końcu klub zobowiązuje).

Po etapie obowiązkowo zaliczyliśmy ognisko i pieczoną kiełbasę, a na mnie rzuciła się musztarda. Wyglądałam jak obrzygana sirota, ale w las trzeba było iść bez względu na wygląd.
Etap drugi również był na poziomie, choć już wymagał odrobiny pomyślenia, ale bez przesady. Nasze nietypowe podejście do kierunków najścia na punkty uratowało nas przed wzięciem stowarzysza i to podwójnego punktu. Swoją zasługę miał tu Darek, który stanowczo odmówił przedzierania się przez młodnik żeby z PK 13 wrócić na nasza główną drogę. W efekcie musieliśmy kawał drogi wracać po PK 6 i przy okazji mogliśmy porównać położenie PK 5/8 oraz stowarzysza (czy mylniaka, jak tam kto uznał). Jednym słowem - nie ma tego złego, co by nam nie wyszło....
Dla namiętnych zbieraczy punktów do książeczki były jeszcze dwie mini trasy i nie omieszkaliśmy z nich skorzystać - jedna "trasa" wiodła po wiacie i nie było w niej większości punktów, bo pewnie nikomu nie chciało się wspinać na górne belki, druga trasa wiodła po terenie placu biwakowego i była wszystkomająca.
I tym sposobem, małym nakładem sił i środków, w pół dnia zdobyliśmy po 7 punktów do odznaki. Tomek z Barbarą po jeden punkcik zasuwali caluteńki dzień - od świtu do nocy. Na dodatek my wygraliśmy nasze zawody, ani swoich - nie.
Cieniasy, normalnie cieniasy ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz