Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody na orientacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody na orientacje. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 listopada 2018
GEZnO - dzień drugi i ostatni.
W niedzielę rano z wielką ostrożnością przeciągnęłam się w łóżku i delikatnie poruszyłam kończynami dolnymi. O dziwo działały. Próba przyjęcia pozycji pionowej także się powiodła, a nawet dwunożne przemieszczanie się zadziałało dość sprawnie. W tej sytuacji trudno byłoby odmówić wyjścia na trasę, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę, że poranne dobre samopoczucie może być rzeczą bardzo ulotną.
Tym razem startowaliśmy już o 7.30, a najlepsi nawet wcześniej (start handicapowy), co nas oczywiście nie dotyczyło. Trasa miała być krótsza i z mniejszymi przewyższeniami niż poprzedniego dnia, ale to wszystko można odrobić we własnym zakresie:-) Za to było zimniej, bo wiał wiatr.
Ponieważ kolejność zdobywania PK była obowiązkowa, w stronę pierwszego ruszyliśmy w dużej grupie. Większość trasy to asfalt, a pod sam punkt droga leśna. Miejsce docelowe zostało określone jako "mulda". Na osiem punktów, które mieliśmy zdobyć, sześć było muldami, a dwa rozwidleniami strumyków. Nuuda panie, nuuda. Chyba się inwencja twórcza autorowi mapy wyczerpała:-)
Do kolejnej muldy część zawodników pewnie poszła na azymut, ale nam niespecjalnie pasowało łażenie góra-dół-góra-dół i postanowiliśmy pomaszerować dookoła, ale drogami. Już w końcówce machnęliśmy się o jedną drogę, ale i tak musieliśmy zejść do strumienia, za którym był punkt, więc w sumie w którym miejscu zeszliśmy, nie miało większego znaczenia. Oczywiście pominąwszy fakt, że było trochę dłużej, bardziej stromo i po większej ilości krzaków. Ale na takie drobnostki to my nie zwracamy uwagi. Oczywiście to taki żarcik, trochę nawet nieśmieszny wziąwszy pod uwagę, że już przy tym drugim punkcie miałam dość, ledwo zipałam, a łydki miałam sztywne i ołowiane, czy co to tam jest takiego ciężkiego. Najchętniej to już wróciłabym do bazy, ale przecież trzeba było zaliczyć przynajmniej ponad połowę punktów.
Z dwójki kawał drogi musieliśmy wrócić po śladach, żeby dojść do rozwidlenia leżącego w środku trójkąta PK 1 - PK 2 - PK 3.
Bogata sieć dróg pozwoliła nam znowu podejść niemal na samo miejsce dość wygodnie, co oczywiście nie znaczy, że było mi lekko. Już stosunkowo blisko punktu spotkaliśmy Ulę z Bartkiem i razem szukaliśmy rozwidlenia strumyków. Do lampionu trzeba było zejść po pioruńsko stromym zboczu i praktyczniej było po prostu zjechać na tyłku, co też uczyniłam lądując docelowo w błotku nie wiedzieć czemu przednimi kończynami. Z kolei Tomek usiłując zatrzymać się przy lampionie zdewastował go wyrywając z ziemi z korzeniami. No dobra, patyk, na którym był zatknięty lampion może i nie miał korzeni i pewnie dlatego pozostał mu w ręku.
Odejście od punktu było zdecydowanie czterokończynowe, a z jaru wyszliśmy prosto na piknik ekipy UNTS-u. Na moment przysiadłam przy nich, że to niby ręce muszę wyczyścić, napić się, mapę poskładać, a najchętniej to już bym nie wstawała, ale nie z Tomkiem takie numery.
Do czwórki (kolejna mulda) niby nie było jakoś bardzo daleko ale szliśmy, szliśmy i szliśmy i końca nie było widać. Droga wiła się serpentynami i ciągle pod górę. Na polanach, już za tym morderczym podejściem, natrafiliśmy na tablicę z panoramką, ale przecież nie było czasu na dokładne porównanie jej z widokiem przed sobą. A szkoda.
Dochodząc do celu ze zdziwieniem zauważyliśmy, że ekipa UNTS-owska już zdążyła podbić punkt i idzie na kolejny, a przecież zostawiliśmy ich w środku pikniku, gdzie nic nie wskazywało na to, że w ogóle planują gdziekolwiek dalej iść. Czyżby posiedli dar translokacji??? Ja też chcę!!!
Miedzy czwórką a piątką była największa odległość ze wszystkich "międzypunkci", ale na szczęście przez sporą część trasy szliśmy porządnymi drogami, a tam gdzie było po równym lub lekko w dół (o dziwo, były i takie odcinki) to nawet biegliśmy. Zdobyłam się na to wyłącznie dlatego, żeby szybciej dotrzeć na metę i wcale, ale to wcale nie chodziło mi o wynik. Przy punkcie znowu ekipa UNTS-owska była przed nami, ale cóż - najwyraźniej obieraliśmy mniej optymalne warianty przejścia. Momentami wydawało mi się, że wręcz najmniej optymalne z możliwych. Ale ostatecznie nie byliśmy tam dla przyjemności:-)
Gdzieś w połowie drogi do szóstego punktu spotkaliśmy Anię z Markiem. Ania wyglądała zupełnie jak ja - coś pośredniego między człowiekiem a zombi. Czyli nie tylko ja dostałam w kość. Szóstka dla odmiany nie była muldą tylko rozwidleniem strumieni, a żeby nie było zbyt łatwo każde rozwidlenie miało jeszcze podrozwidlenie. Dzięki spotkaniu ekipy z innej trasy wiedzieliśmy gdzie nie iść szukać i szybciej weszliśmy we właściwe rozwidlenie.
Tym sposobem mieliśmy już zaliczoną wymaganą do klasyfikacji ilość punktów, ale co z tego - do bazy i tak nie było drogi na skróty i trzeba było iść na pozostałe dwa punkty - bez względu na to czy siły są, czy ich nie ma. Teoretycznie można było spaść do asfaltu i przejść nim przez całą Brenną, ale takiej opcji nawet ja nie brałam pod uwagę. Z szóstki zeszliśmy do asfaltu nadkładając drogi, ale wszelakie skróty były tak strome i zarośnięte, że zejście nimi zajęłoby nam dużo więcej czasu i zabrało resztkę sił (sił???? jakich sił???). Asfaltem zrobiliśmy ogromnego zygzaka, a końcówkę już na azymut. Przy punkcie spotkaliśmy Jacentego z Kamilą, którzy planowali odpuścić ostatni punkt i tym sposobem mieliśmy pewność, że mimo powolnego tempa i abstrakcyjnych wariantów przejścia nie zajmiemy ostatniego miejsca. Zakładając oczywiście, że nic niespodziewanego się nie wydarzy po drodze.
Z siódemki na ósemkę powtórzyliśmy manewr z poprzedniego przejścia czyli zygzak, asfalt, zygzak i tylko na końcówce poszliśmy nieortodoksyjnie, bo postanowiliśmy skrócić sobie drogę i przejść przez młodnik. Jak ja się cieszyłam po wyjściu z niego, że wciąż mam dwoje oczu i brak strat w odzieży. Kiedy wreszcie wyszliśmy na drogę zaczęłam słyszeć głosy. Nawet przez chwilę zaczęłam obawiać się o swoje zdrowie psychiczne, ale okazało się, że to tylko Ania z Ewą i Małgosia z Grzegorzem zbliżają się do nas. Wiadomo, że gdzie pojawia się Ania tam musi być hałas i zamieszanie:-)
Świadomość, że teraz to już tylko na metę dodała mi skrzydeł i puściłam się biegiem. Poniosło mnie do tego stopnia, że na ostatniej prostej wyprzedziłam silną grupę młodych biegaczy i dopadłabym bazy przed nimi, ale najwyraźniej wyprzedzająca ich weteranka mocno pojechała im po ambicji, bo przyspieszyli i zostałam w tyle.
Pomimo teoretycznie krótszej trasy niż poprzedniego dnia (nominalnie 12,4 km) nam udało się zrobić 23, czyli o kilometr więcej niż w sobotę. A nie mówiłam, że wszystko można nadrobić we własnym zakresie? :-) Z przewyższeniami też ciut zaszaleliśmy, ale do Rysów tym razem było już daleko - jedynie 1790 m.
Tak gdzieś od połowy trasy marzyłam o porządnym obiedzie i wizualizowałam sobie ogromnego kotleta, górę ziemniaków i pryzmę sałatki, a tymczasem w bazie spotkało mnie wielkie rozczarowanie - miseczka żurku, przeraźliwie tłustego i bez jaja. Myślałam, że tak przy okazji święta to jednak będzie coś bardziej wyrafinowanego, a tu taki zawód. Ale człowiek głodny po trasie zje wszystko, więc żurek zniknął w mgnieniu oka dopchany połową bochenka chleba i pysznym zimnym piwem.
Z tym świętem to też się trochę zawiodłam. Jakaś nawiedzona patriotka nie jestem, nie latam z flagą na marsze i wiece, ale udawanie przez organizatorów, że mamy normalny dzień było chyba leciutką przesadą. Można było niewielkim kosztem dodać jakiś akcent biało-czerwony - choćby na mapie, czy jakieś wstążeczki w klapę (no dobra, w stroju sportowym brak klapy), czy wspólne odśpiewanie hymnu przed startem. W końcu to setna rocznica.
Tym niemniej przez te dwa dni "bawiliśmy" się świetnie, o ile zabawą można nazwać poniewieranie i upadlanie się na własne życzenie:-) Szkoda tylko, że nie dało się prowadzić życia towarzyskiego, bo każdy mieszkał gdzie indziej, a po ciężkiej trasie to człowiek nie ma ochoty i sił na tułanie się jeszcze po całej wsi z odwiedzinami. Niektórych osób w ogóle nie udało mi się spotkać, mimo, że też były na tej samej imprezie.
W klasyfikacji końcowej zajęliśmy 6 miejsce na trzynaście drużyn w naszej kategorii i jak na debiut oraz moje fizyczne możliwości uważam to za całkiem satysfakcjonujący wynik. Oczywiście mówię tylko za siebie, bo dla Tomka pewnie znowu było poniżej jego możliwości. Ale tak to jest jak się startuje z kulą u nogi.
Tym razem startowaliśmy już o 7.30, a najlepsi nawet wcześniej (start handicapowy), co nas oczywiście nie dotyczyło. Trasa miała być krótsza i z mniejszymi przewyższeniami niż poprzedniego dnia, ale to wszystko można odrobić we własnym zakresie:-) Za to było zimniej, bo wiał wiatr.
I co to nam na dzisiaj przygotowali?
Ponieważ kolejność zdobywania PK była obowiązkowa, w stronę pierwszego ruszyliśmy w dużej grupie. Większość trasy to asfalt, a pod sam punkt droga leśna. Miejsce docelowe zostało określone jako "mulda". Na osiem punktów, które mieliśmy zdobyć, sześć było muldami, a dwa rozwidleniami strumyków. Nuuda panie, nuuda. Chyba się inwencja twórcza autorowi mapy wyczerpała:-)
Do kolejnej muldy część zawodników pewnie poszła na azymut, ale nam niespecjalnie pasowało łażenie góra-dół-góra-dół i postanowiliśmy pomaszerować dookoła, ale drogami. Już w końcówce machnęliśmy się o jedną drogę, ale i tak musieliśmy zejść do strumienia, za którym był punkt, więc w sumie w którym miejscu zeszliśmy, nie miało większego znaczenia. Oczywiście pominąwszy fakt, że było trochę dłużej, bardziej stromo i po większej ilości krzaków. Ale na takie drobnostki to my nie zwracamy uwagi. Oczywiście to taki żarcik, trochę nawet nieśmieszny wziąwszy pod uwagę, że już przy tym drugim punkcie miałam dość, ledwo zipałam, a łydki miałam sztywne i ołowiane, czy co to tam jest takiego ciężkiego. Najchętniej to już wróciłabym do bazy, ale przecież trzeba było zaliczyć przynajmniej ponad połowę punktów.
Czy ja coś mówiłam, że w niedzielę było zimno???
Z dwójki kawał drogi musieliśmy wrócić po śladach, żeby dojść do rozwidlenia leżącego w środku trójkąta PK 1 - PK 2 - PK 3.
Bogata sieć dróg pozwoliła nam znowu podejść niemal na samo miejsce dość wygodnie, co oczywiście nie znaczy, że było mi lekko. Już stosunkowo blisko punktu spotkaliśmy Ulę z Bartkiem i razem szukaliśmy rozwidlenia strumyków. Do lampionu trzeba było zejść po pioruńsko stromym zboczu i praktyczniej było po prostu zjechać na tyłku, co też uczyniłam lądując docelowo w błotku nie wiedzieć czemu przednimi kończynami. Z kolei Tomek usiłując zatrzymać się przy lampionie zdewastował go wyrywając z ziemi z korzeniami. No dobra, patyk, na którym był zatknięty lampion może i nie miał korzeni i pewnie dlatego pozostał mu w ręku.
Dewastator w akcji.
Odejście od punktu było zdecydowanie czterokończynowe, a z jaru wyszliśmy prosto na piknik ekipy UNTS-u. Na moment przysiadłam przy nich, że to niby ręce muszę wyczyścić, napić się, mapę poskładać, a najchętniej to już bym nie wstawała, ale nie z Tomkiem takie numery.
Do czwórki (kolejna mulda) niby nie było jakoś bardzo daleko ale szliśmy, szliśmy i szliśmy i końca nie było widać. Droga wiła się serpentynami i ciągle pod górę. Na polanach, już za tym morderczym podejściem, natrafiliśmy na tablicę z panoramką, ale przecież nie było czasu na dokładne porównanie jej z widokiem przed sobą. A szkoda.
Panoramka panoramy.
Dochodząc do celu ze zdziwieniem zauważyliśmy, że ekipa UNTS-owska już zdążyła podbić punkt i idzie na kolejny, a przecież zostawiliśmy ich w środku pikniku, gdzie nic nie wskazywało na to, że w ogóle planują gdziekolwiek dalej iść. Czyżby posiedli dar translokacji??? Ja też chcę!!!
Miedzy czwórką a piątką była największa odległość ze wszystkich "międzypunkci", ale na szczęście przez sporą część trasy szliśmy porządnymi drogami, a tam gdzie było po równym lub lekko w dół (o dziwo, były i takie odcinki) to nawet biegliśmy. Zdobyłam się na to wyłącznie dlatego, żeby szybciej dotrzeć na metę i wcale, ale to wcale nie chodziło mi o wynik. Przy punkcie znowu ekipa UNTS-owska była przed nami, ale cóż - najwyraźniej obieraliśmy mniej optymalne warianty przejścia. Momentami wydawało mi się, że wręcz najmniej optymalne z możliwych. Ale ostatecznie nie byliśmy tam dla przyjemności:-)
PK 5 - kolejna mulda.
Gdzieś w połowie drogi do szóstego punktu spotkaliśmy Anię z Markiem. Ania wyglądała zupełnie jak ja - coś pośredniego między człowiekiem a zombi. Czyli nie tylko ja dostałam w kość. Szóstka dla odmiany nie była muldą tylko rozwidleniem strumieni, a żeby nie było zbyt łatwo każde rozwidlenie miało jeszcze podrozwidlenie. Dzięki spotkaniu ekipy z innej trasy wiedzieliśmy gdzie nie iść szukać i szybciej weszliśmy we właściwe rozwidlenie.
Rozwidlenie strumyków
Tym sposobem mieliśmy już zaliczoną wymaganą do klasyfikacji ilość punktów, ale co z tego - do bazy i tak nie było drogi na skróty i trzeba było iść na pozostałe dwa punkty - bez względu na to czy siły są, czy ich nie ma. Teoretycznie można było spaść do asfaltu i przejść nim przez całą Brenną, ale takiej opcji nawet ja nie brałam pod uwagę. Z szóstki zeszliśmy do asfaltu nadkładając drogi, ale wszelakie skróty były tak strome i zarośnięte, że zejście nimi zajęłoby nam dużo więcej czasu i zabrało resztkę sił (sił???? jakich sił???). Asfaltem zrobiliśmy ogromnego zygzaka, a końcówkę już na azymut. Przy punkcie spotkaliśmy Jacentego z Kamilą, którzy planowali odpuścić ostatni punkt i tym sposobem mieliśmy pewność, że mimo powolnego tempa i abstrakcyjnych wariantów przejścia nie zajmiemy ostatniego miejsca. Zakładając oczywiście, że nic niespodziewanego się nie wydarzy po drodze.
Konkurencja przy PK 7
Z siódemki na ósemkę powtórzyliśmy manewr z poprzedniego przejścia czyli zygzak, asfalt, zygzak i tylko na końcówce poszliśmy nieortodoksyjnie, bo postanowiliśmy skrócić sobie drogę i przejść przez młodnik. Jak ja się cieszyłam po wyjściu z niego, że wciąż mam dwoje oczu i brak strat w odzieży. Kiedy wreszcie wyszliśmy na drogę zaczęłam słyszeć głosy. Nawet przez chwilę zaczęłam obawiać się o swoje zdrowie psychiczne, ale okazało się, że to tylko Ania z Ewą i Małgosia z Grzegorzem zbliżają się do nas. Wiadomo, że gdzie pojawia się Ania tam musi być hałas i zamieszanie:-)
Podbijamy ostatni punkt!
Świadomość, że teraz to już tylko na metę dodała mi skrzydeł i puściłam się biegiem. Poniosło mnie do tego stopnia, że na ostatniej prostej wyprzedziłam silną grupę młodych biegaczy i dopadłabym bazy przed nimi, ale najwyraźniej wyprzedzająca ich weteranka mocno pojechała im po ambicji, bo przyspieszyli i zostałam w tyle.
Żeby mi tylko ręki nie ucięła!
Pomimo teoretycznie krótszej trasy niż poprzedniego dnia (nominalnie 12,4 km) nam udało się zrobić 23, czyli o kilometr więcej niż w sobotę. A nie mówiłam, że wszystko można nadrobić we własnym zakresie? :-) Z przewyższeniami też ciut zaszaleliśmy, ale do Rysów tym razem było już daleko - jedynie 1790 m.
Tak gdzieś od połowy trasy marzyłam o porządnym obiedzie i wizualizowałam sobie ogromnego kotleta, górę ziemniaków i pryzmę sałatki, a tymczasem w bazie spotkało mnie wielkie rozczarowanie - miseczka żurku, przeraźliwie tłustego i bez jaja. Myślałam, że tak przy okazji święta to jednak będzie coś bardziej wyrafinowanego, a tu taki zawód. Ale człowiek głodny po trasie zje wszystko, więc żurek zniknął w mgnieniu oka dopchany połową bochenka chleba i pysznym zimnym piwem.
Z tym świętem to też się trochę zawiodłam. Jakaś nawiedzona patriotka nie jestem, nie latam z flagą na marsze i wiece, ale udawanie przez organizatorów, że mamy normalny dzień było chyba leciutką przesadą. Można było niewielkim kosztem dodać jakiś akcent biało-czerwony - choćby na mapie, czy jakieś wstążeczki w klapę (no dobra, w stroju sportowym brak klapy), czy wspólne odśpiewanie hymnu przed startem. W końcu to setna rocznica.
Tym niemniej przez te dwa dni "bawiliśmy" się świetnie, o ile zabawą można nazwać poniewieranie i upadlanie się na własne życzenie:-) Szkoda tylko, że nie dało się prowadzić życia towarzyskiego, bo każdy mieszkał gdzie indziej, a po ciężkiej trasie to człowiek nie ma ochoty i sił na tułanie się jeszcze po całej wsi z odwiedzinami. Niektórych osób w ogóle nie udało mi się spotkać, mimo, że też były na tej samej imprezie.
W klasyfikacji końcowej zajęliśmy 6 miejsce na trzynaście drużyn w naszej kategorii i jak na debiut oraz moje fizyczne możliwości uważam to za całkiem satysfakcjonujący wynik. Oczywiście mówię tylko za siebie, bo dla Tomka pewnie znowu było poniżej jego możliwości. Ale tak to jest jak się startuje z kulą u nogi.
Do zobaczenia za rok!
niedziela, 18 listopada 2018
piątek, 16 listopada 2018
GEZnO - dzień pierwszy, czyli w drodze na Rysy.
Początkowo wcale nie wybieraliśmy się na GEZnO. W planach mieliśmy Bieg Niepodległości, a potem rodzinną imprezę i pewnie wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie pojawiające się z każdej strony pytania czy jedziemy na GEZnO i ogromne zdumienie, że nie. Bo okazało się, że wszyscy jadą. Nooo, skoro wszyscy, to wszyscy - babcia też! Najwyraźniej nie wypadało nie jechać, więc żeby nie wyjść na jakieś dziwadła zmieniliśmy plany i też się zapisaliśmy. Co prawda już sama nazwa była dla nas przerażająca, bo nie dość, że impreza górska, to jeszcze ekstremalna, ale co tam - raz się żyje. Tradycyjnie jechaliśmy we czwórkę z Sylwią i Krzysztofem, a ponieważ do Brennej dość daleko, więc wyruszyliśmy już w piątek rano. Wieczorem dokonaliśmy formalności rejestracji, otrzymaliśmy pamiątkowe kubeczki oraz karty startowe w formie pasków do zapięcia na ręce.
Komunikat techniczny obiecał nam na sobotę 15 km trasy i 1570 m przewyższeń. Starzy wyjadacze od razu poradzili przemnożyć to razy półtora i nie łudzić się, że wyjdzie mniej. W zbyt jasnych barwach mojego udziału to ja nie widziałam.
W sobotę startowaliśmy wszyscy hurtem. Na boisku za bazą zgromadziło się coś ze czterysta luda, w tym cała masa znajomych. W naszej kategorii, czyli VMIX2, startowało 13 zespołów.
Na dany znak wszyscy rzucili się do pudełka z mapami, bo przecież każda sekunda była na wagę zwycięstwa:-)
Postanowiliśmy zacząć od PK 42, zrobić zygzaka i zakończyć na PK 69. Zaczęliśmy spokojnie, bez biegania. Najpierw asfaltem, potem mostek, a za mostkiem się zaczęło... pod górę wzdłuż strumienia, aż do jego początku. Szła nas cała duża grupa, bo kilka tras miało ten punkt, ale im wyżej, tym bardziej zostawaliśmy z tyłu. Na każdy krok trzeba było uważać, bo pod dywanem liści kryły się zdradliwe kamienie i gałęzie.
Kolejny zaplanowany punkt to PK 78 - najdalej wysunięty na wschód. Trafienie było łatwe, bo prawie na samo miejsce prowadziła droga, ale miała jedną zasadniczą wadę - nieubłaganie pięła się pod górę.
Coraz bardziej czułam ten ekstremalny przymiotnik z nazwy imprezy, bo niestety, ale w chodzeniu pod górę jestem absolutny i rekordowy cienias i nawet niewielkie nachylenie zbocza wywołuje u mnie paraliż nóg, palpitacje serca, zatrzymanie oddechu, zawał, wylew i udar. Ale żeby ktoś sobie nie myślał, że schodzenie w dół, do rozwidlenia strumyka było łatwiejsze - co to, to nie! Walka z grawitacją i niestabilnym podłożem pochłonęła większość moich sił.
Na szczęście do kolejnego punktu - 66 przez większość czasu było w dół i do tego drogą, za to końcówka dała mi do wiwatu. Niestety - to co tak radośnie schodziłam w dół, teraz musiałam odpracować i odzyskać wytraconą wysokość. Ja zupełnie nie rozumiem - dlaczego strumienie muszą mieć swój początek tak wysoko?
Przy punkcie spotkaliśmy Sylwię z Krzysztofem, co było dla nas sporym zaskoczeniem, bo im podchodzenie nie sprawia takich problemów jak mi i sądziliśmy, że są już znacznie dalej.
Cieszyłam się, że do następnego PK - 52 jest blisko, więc szybko pójdzie, a dodatkowo mieliśmy iść po poziomnicy i tylko lekko podejść w górę. Człowiek żyje już tyle lat, po górach w młodości łaził, a wciąż jest naiwny jak dziecko. Iść trawersem po stromym zboczu jest mniej więcej tak samo łatwo jak podejść na szczyt od samego podnóża. Szłam powoli, rozpaczliwie czepiając się roślinności i usiłując nie zsunąć się ze zbocza, a po drodze rozmyślałam jak by tu bezboleśnie poinformować Tomka, że możliwości wyjścia na trasę w niedzielę to ja raczej nie widzę. Nie ma opcji żebym po takim wysiłku była w stanie w ogóle wstać z łóżka, a co dopiero wyjść za próg.
Do PK 79 poszliśmy strasznymi zygzakami, ale po przejściu na azymut do poprzedniego punktu, zupełnie ta metoda nakierowywania się przestała być dla nas atrakcyjna. Namiętnie zapragnęliśmy dróg. Najpierw spadliśmy na dół do strumienia, który nawet udało się sforsować suchą nogą, a potem już nie było zmiłuj - pod górę.
Machnęliśmy się o jedną drogę, ale nie wpłynęło to specjalnie na efekt końcowy, bo ostatecznie ustaliliśmy gdzie jesteśmy. W pewnym momencie musieliśmy porzucić bity trakt i dalej przedrzeć się przez młodnik do kolejnej ścieżki. Do łażenia po młodnikach w zasadzie jestem przyzwyczajona, tyle że zawsze do tej pory były one na płaskim, a nie na zboczach, co zdecydowanie zmieniało komfort przedzierania się. W krzakach znaleźliśmy mapę i to nawet naszej trasy - czyżby ktoś miał już dość i porzucił zabawę?
Mozolnie wspinaliśmy się pod górę, żeby na końcu zejść po stromym zboczu do lampionu w dziurze opisanej jako mulda. Mulda jest w ogóle dla mnie tajemniczym słowem, bo całe życie byłam przekonana, że oznacza ona wybrzuszenie, a na trasie każda mulda była po prostu większą albo mniejszą dziurą. Jak sprawdziłam potem w słownikach - jedne twierdzą, że ja mam rację, drugie, że budowniczy trasy. No i bądź tu mądry.
Od lampionu musieliśmy z powrotem wspiąć się po niemal pionowym zboczu i było to zdecydowanie czterokończynowe podejście. Tak prawdę mówiąc to nawet wolę takie stromizny, bo na czworaka człowiek się mniej męczy.
Według pierwotnego planu po PK 79 mieliśmy iść na PK 75, ale po zastanowieniu się zdecydowaliśmy iść raczej na 44. No dobra - Tomek zdecydował. Ja doszłam już do etapu: jest mi wszystko jedno, niech mnie ktoś dobije.
Punkt 44-ty miał być naszym szóstym zdobytym PK i tym samym dawał nam pewność klasyfikacji, bo według regulaminu należało zaliczyć minimum połowę plus jeden. Poza tym punkt znajdował się blisko bazy i w razie gdybym nagle i niespodziewanie umarła, to zawsze można było szybko wrócić. Pod szczytem górki trwał piknik jakiejś ekipy, ale nie wzięliśmy z nich przykładu (a szkoda), szybko podbiliśmy punkt i ruszyliśmy dalej.
W pobliżu czterdziestki czwórki mieliśmy PK 69 i 72, ale niestety musieliśmy wrócić kawał drogi po zostawiony wcześniej 75. Nie wiem czy taki wybór trasy był optymalny, ale wtedy wydawało nam się, że tak. Jedynym pocieszeniem był fakt, że przynajmniej będzie dużo w dół, a do tego porządnymi drogami. Mimo, że dopiero co umierałam na podejściu, zdobyłam się na zwiększenie tempa aż do biegu. Do kamery to nawet udało mi się wykrzywić twarz na kształt uśmiechu, żeby nie było widać mojej rozpaczy:-) Już w pobliżu punktu ponownie spotkaliśmy Sylwię z Krzyśkiem, którzy mieli problem ze znalezieniem właściwej górki. A my byliśmy pewni, że oni zbliżają się już do bazy. To spotkanie ciut podbudowało moje morale i pobudziło żyłkę rywalizacji i przestałam już myśleć o odpuszczeniu jakiegokolwiek punktu. Bo co? Ja, ja nie dam rady? Może i jestem słaba, ale za to jaka zawzięta:-)
Do PK 55 szliśmy za Sylwią i Krzyśkiem nie odpuszczając im i na punkt dotarliśmy niemal razem. Po drodze znowu przeprawialiśmy się przez strumień i znowu udało się nie zamoczyć butów. Zresztą na tym odcinku strumieni mieliśmy ile kto chciał, a i sam lampion wisiał w środkowej części jednego z nich, jak głosił opis na mapie.
W stronę czterdziestki szóstki pognaliśmy asfaltem usiłując dogonić naszą konkurencyjną ekipę i nawet widzieliśmy w oddali ich plecy. Zbliżając się do rozwidlenia dróg zobaczyliśmy, że w odróżnieniu od nas wybrali wariant "dolny" czyli dalej asfaltem, a potem stromo w górę. Nasz plan wydawał się sprytniejszy - najpierw kawałek podejścia drogą, potem drogą po poziomnicy i na końcu zejście do strumyka. Teoria jak zwykle okazała się piękniejsza od realizacji. Pod pierwszą stromiznę wlokłam się jak za pogrzebem, potem zeszliśmy z drogi i trzeba było uważać żeby nie połamać nóg idąc po zboczu, a na koniec za wcześnie zeszliśmy do strumienia (ja się nie bawiłam w schodzenie, tylko zjechałam na tyłku porwana przez uciekające podłoże) no i potem musieliśmy iść w zarośniętym wąwozie, na szczęście bez wody, bo strumień był strumieniem tylko z nazwy. Straciliśmy dużo czasu i konkurencji już do końca trasy nie udało się dogonić:-(
Znowu musieliśmy wrócić do asfaltu i teraz zeszliśmy tą drogą, którą nie chcieliśmy wchodzić, a trzeba było. Asfaltem doszliśmy prawie do miejsca gdzie uprzednio z niego schodziliśmy, czyli zatoczyliśmy niemal pełne koło. Czy to miało sens?
Dalej, niemal pod sam punkt, doprowadziła nas leśna droga, a początek strumienia, gdzie wisiał lampion, wyjątkowo był w miejscu łatwo dostępnym i przyjaznym. Tak to ja lubię!
Został nam jeszcze tylko jeden jedyny punkt: 69 - róg ogrodzenia. Był stosunkowo blisko od poprzedniego i wydawało się, że raz dwa mykniemy najpierw drogą, potem kawałek poziomnicą i wyjdziemy idealnie na lampion. Jako, że w naturze nic nie jest idealne (a jeśli jest, to sprawa jest mocno podejrzana), więc i nasz plan nieco odbiegł od idealnych założeń. Najpierw zgubiła nam się droga którą szliśmy, potem wyszliśmy na jakąś, ale nie byliśmy pewni na którą, znaleźliśmy ogrodzenie, ale nie to co trzeba i dopiero po tych wszystkich przygodach trafiliśmy w odpowiednie miejsce.
Do mety było już niedaleko, a co ważniejsze wyłącznie w dół. Tak bardzo chcieliśmy już wrócić do bazy, że nie pitoliliśmy się z szukaniem ścieżek tylko złaziliśmy po prostej w dół do strumienia. Nie było to łatwe, bo oprócz stromizny trafiliśmy na wyjątkowo nieprzychylną roślinność z jeżynami włącznie. Nad rzeczkę wyszliśmy dokładnie w miejscu, które dzień wcześniej ujawniła nam jako skrót na drugi brzeg miła pani ze sklepiku. Tym sposobem nie musieliśmy się moczyć ani biec do mostka.
Na metę dotarliśmy przed końcem limitu z kompletem punktów. Zrobiliśmy 22 km w poziomie i 2315 m w pionie, czyli prawie wdrapaliśmy się na Rysy.
Podobno na trasie mieliśmy przepiękne okoliczności przyrody i ci którzy je zauważyli zachwycali się nimi, ale ja jedyne co miałam w pamięci to liście, gałęzie, kamienie i moje buty - jednym słowem: cały czas patrzyłam tylko pod nogi. Oglądając teraz zdjęcia i filmy strasznie żałuję, że całe to piękno mnie ominęło. I mam wrażenie, że przez to szukanie punktów na akord trochę mi się wycieczka zmarnowała:-(
Paski dziurkowano nam w piątek, ale zapiąć mieliśmy sami w sobotę rano.
Komunikat techniczny obiecał nam na sobotę 15 km trasy i 1570 m przewyższeń. Starzy wyjadacze od razu poradzili przemnożyć to razy półtora i nie łudzić się, że wyjdzie mniej. W zbyt jasnych barwach mojego udziału to ja nie widziałam.
W sobotę startowaliśmy wszyscy hurtem. Na boisku za bazą zgromadziło się coś ze czterysta luda, w tym cała masa znajomych. W naszej kategorii, czyli VMIX2, startowało 13 zespołów.
Na dany znak wszyscy rzucili się do pudełka z mapami, bo przecież każda sekunda była na wagę zwycięstwa:-)
Walka o mapy:-)
Postanowiliśmy zacząć od PK 42, zrobić zygzaka i zakończyć na PK 69. Zaczęliśmy spokojnie, bez biegania. Najpierw asfaltem, potem mostek, a za mostkiem się zaczęło... pod górę wzdłuż strumienia, aż do jego początku. Szła nas cała duża grupa, bo kilka tras miało ten punkt, ale im wyżej, tym bardziej zostawaliśmy z tyłu. Na każdy krok trzeba było uważać, bo pod dywanem liści kryły się zdradliwe kamienie i gałęzie.
Kolejny zaplanowany punkt to PK 78 - najdalej wysunięty na wschód. Trafienie było łatwe, bo prawie na samo miejsce prowadziła droga, ale miała jedną zasadniczą wadę - nieubłaganie pięła się pod górę.
Jeszcze lezę.
Coraz bardziej czułam ten ekstremalny przymiotnik z nazwy imprezy, bo niestety, ale w chodzeniu pod górę jestem absolutny i rekordowy cienias i nawet niewielkie nachylenie zbocza wywołuje u mnie paraliż nóg, palpitacje serca, zatrzymanie oddechu, zawał, wylew i udar. Ale żeby ktoś sobie nie myślał, że schodzenie w dół, do rozwidlenia strumyka było łatwiejsze - co to, to nie! Walka z grawitacją i niestabilnym podłożem pochłonęła większość moich sił.
Na szczęście do kolejnego punktu - 66 przez większość czasu było w dół i do tego drogą, za to końcówka dała mi do wiwatu. Niestety - to co tak radośnie schodziłam w dół, teraz musiałam odpracować i odzyskać wytraconą wysokość. Ja zupełnie nie rozumiem - dlaczego strumienie muszą mieć swój początek tak wysoko?
Przy punkcie spotkaliśmy Sylwię z Krzysztofem, co było dla nas sporym zaskoczeniem, bo im podchodzenie nie sprawia takich problemów jak mi i sądziliśmy, że są już znacznie dalej.
PK 66
Cieszyłam się, że do następnego PK - 52 jest blisko, więc szybko pójdzie, a dodatkowo mieliśmy iść po poziomnicy i tylko lekko podejść w górę. Człowiek żyje już tyle lat, po górach w młodości łaził, a wciąż jest naiwny jak dziecko. Iść trawersem po stromym zboczu jest mniej więcej tak samo łatwo jak podejść na szczyt od samego podnóża. Szłam powoli, rozpaczliwie czepiając się roślinności i usiłując nie zsunąć się ze zbocza, a po drodze rozmyślałam jak by tu bezboleśnie poinformować Tomka, że możliwości wyjścia na trasę w niedzielę to ja raczej nie widzę. Nie ma opcji żebym po takim wysiłku była w stanie w ogóle wstać z łóżka, a co dopiero wyjść za próg.
Wypłaszczenie na zboczu.
Do PK 79 poszliśmy strasznymi zygzakami, ale po przejściu na azymut do poprzedniego punktu, zupełnie ta metoda nakierowywania się przestała być dla nas atrakcyjna. Namiętnie zapragnęliśmy dróg. Najpierw spadliśmy na dół do strumienia, który nawet udało się sforsować suchą nogą, a potem już nie było zmiłuj - pod górę.
Łatwoprzechodliwy strumień.
Machnęliśmy się o jedną drogę, ale nie wpłynęło to specjalnie na efekt końcowy, bo ostatecznie ustaliliśmy gdzie jesteśmy. W pewnym momencie musieliśmy porzucić bity trakt i dalej przedrzeć się przez młodnik do kolejnej ścieżki. Do łażenia po młodnikach w zasadzie jestem przyzwyczajona, tyle że zawsze do tej pory były one na płaskim, a nie na zboczach, co zdecydowanie zmieniało komfort przedzierania się. W krzakach znaleźliśmy mapę i to nawet naszej trasy - czyżby ktoś miał już dość i porzucił zabawę?
Mozolnie wspinaliśmy się pod górę, żeby na końcu zejść po stromym zboczu do lampionu w dziurze opisanej jako mulda. Mulda jest w ogóle dla mnie tajemniczym słowem, bo całe życie byłam przekonana, że oznacza ona wybrzuszenie, a na trasie każda mulda była po prostu większą albo mniejszą dziurą. Jak sprawdziłam potem w słownikach - jedne twierdzą, że ja mam rację, drugie, że budowniczy trasy. No i bądź tu mądry.
Tam w dole widać lampion i tam musieliśmy zejść.
Od lampionu musieliśmy z powrotem wspiąć się po niemal pionowym zboczu i było to zdecydowanie czterokończynowe podejście. Tak prawdę mówiąc to nawet wolę takie stromizny, bo na czworaka człowiek się mniej męczy.
Według pierwotnego planu po PK 79 mieliśmy iść na PK 75, ale po zastanowieniu się zdecydowaliśmy iść raczej na 44. No dobra - Tomek zdecydował. Ja doszłam już do etapu: jest mi wszystko jedno, niech mnie ktoś dobije.
Punkt 44-ty miał być naszym szóstym zdobytym PK i tym samym dawał nam pewność klasyfikacji, bo według regulaminu należało zaliczyć minimum połowę plus jeden. Poza tym punkt znajdował się blisko bazy i w razie gdybym nagle i niespodziewanie umarła, to zawsze można było szybko wrócić. Pod szczytem górki trwał piknik jakiejś ekipy, ale nie wzięliśmy z nich przykładu (a szkoda), szybko podbiliśmy punkt i ruszyliśmy dalej.
Dziurkujemy nasze paski.
W pobliżu czterdziestki czwórki mieliśmy PK 69 i 72, ale niestety musieliśmy wrócić kawał drogi po zostawiony wcześniej 75. Nie wiem czy taki wybór trasy był optymalny, ale wtedy wydawało nam się, że tak. Jedynym pocieszeniem był fakt, że przynajmniej będzie dużo w dół, a do tego porządnymi drogami. Mimo, że dopiero co umierałam na podejściu, zdobyłam się na zwiększenie tempa aż do biegu. Do kamery to nawet udało mi się wykrzywić twarz na kształt uśmiechu, żeby nie było widać mojej rozpaczy:-) Już w pobliżu punktu ponownie spotkaliśmy Sylwię z Krzyśkiem, którzy mieli problem ze znalezieniem właściwej górki. A my byliśmy pewni, że oni zbliżają się już do bazy. To spotkanie ciut podbudowało moje morale i pobudziło żyłkę rywalizacji i przestałam już myśleć o odpuszczeniu jakiegokolwiek punktu. Bo co? Ja, ja nie dam rady? Może i jestem słaba, ale za to jaka zawzięta:-)
Tomek podbija punkt, a ja jeszcze w połowie podejścia.
Do PK 55 szliśmy za Sylwią i Krzyśkiem nie odpuszczając im i na punkt dotarliśmy niemal razem. Po drodze znowu przeprawialiśmy się przez strumień i znowu udało się nie zamoczyć butów. Zresztą na tym odcinku strumieni mieliśmy ile kto chciał, a i sam lampion wisiał w środkowej części jednego z nich, jak głosił opis na mapie.
Jak przyjemnie schłodzić opuchnięte dłonie!
W stronę czterdziestki szóstki pognaliśmy asfaltem usiłując dogonić naszą konkurencyjną ekipę i nawet widzieliśmy w oddali ich plecy. Zbliżając się do rozwidlenia dróg zobaczyliśmy, że w odróżnieniu od nas wybrali wariant "dolny" czyli dalej asfaltem, a potem stromo w górę. Nasz plan wydawał się sprytniejszy - najpierw kawałek podejścia drogą, potem drogą po poziomnicy i na końcu zejście do strumyka. Teoria jak zwykle okazała się piękniejsza od realizacji. Pod pierwszą stromiznę wlokłam się jak za pogrzebem, potem zeszliśmy z drogi i trzeba było uważać żeby nie połamać nóg idąc po zboczu, a na koniec za wcześnie zeszliśmy do strumienia (ja się nie bawiłam w schodzenie, tylko zjechałam na tyłku porwana przez uciekające podłoże) no i potem musieliśmy iść w zarośniętym wąwozie, na szczęście bez wody, bo strumień był strumieniem tylko z nazwy. Straciliśmy dużo czasu i konkurencji już do końca trasy nie udało się dogonić:-(
Punkt w rozwidleniu strumieni.
Znowu musieliśmy wrócić do asfaltu i teraz zeszliśmy tą drogą, którą nie chcieliśmy wchodzić, a trzeba było. Asfaltem doszliśmy prawie do miejsca gdzie uprzednio z niego schodziliśmy, czyli zatoczyliśmy niemal pełne koło. Czy to miało sens?
Dalej, niemal pod sam punkt, doprowadziła nas leśna droga, a początek strumienia, gdzie wisiał lampion, wyjątkowo był w miejscu łatwo dostępnym i przyjaznym. Tak to ja lubię!
Nasz przedostatni punkt!
Został nam jeszcze tylko jeden jedyny punkt: 69 - róg ogrodzenia. Był stosunkowo blisko od poprzedniego i wydawało się, że raz dwa mykniemy najpierw drogą, potem kawałek poziomnicą i wyjdziemy idealnie na lampion. Jako, że w naturze nic nie jest idealne (a jeśli jest, to sprawa jest mocno podejrzana), więc i nasz plan nieco odbiegł od idealnych założeń. Najpierw zgubiła nam się droga którą szliśmy, potem wyszliśmy na jakąś, ale nie byliśmy pewni na którą, znaleźliśmy ogrodzenie, ale nie to co trzeba i dopiero po tych wszystkich przygodach trafiliśmy w odpowiednie miejsce.
Ale wysoko nam ten lampion powiesili.
Do mety było już niedaleko, a co ważniejsze wyłącznie w dół. Tak bardzo chcieliśmy już wrócić do bazy, że nie pitoliliśmy się z szukaniem ścieżek tylko złaziliśmy po prostej w dół do strumienia. Nie było to łatwe, bo oprócz stromizny trafiliśmy na wyjątkowo nieprzychylną roślinność z jeżynami włącznie. Nad rzeczkę wyszliśmy dokładnie w miejscu, które dzień wcześniej ujawniła nam jako skrót na drugi brzeg miła pani ze sklepiku. Tym sposobem nie musieliśmy się moczyć ani biec do mostka.
Ostatnie metry dla fasonu pokonujemy biegiem.
Na metę dotarliśmy przed końcem limitu z kompletem punktów. Zrobiliśmy 22 km w poziomie i 2315 m w pionie, czyli prawie wdrapaliśmy się na Rysy.
Podobno na trasie mieliśmy przepiękne okoliczności przyrody i ci którzy je zauważyli zachwycali się nimi, ale ja jedyne co miałam w pamięci to liście, gałęzie, kamienie i moje buty - jednym słowem: cały czas patrzyłam tylko pod nogi. Oglądając teraz zdjęcia i filmy strasznie żałuję, że całe to piękno mnie ominęło. I mam wrażenie, że przez to szukanie punktów na akord trochę mi się wycieczka zmarnowała:-(
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























