Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TRInO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TRInO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2024

Nocna porażka czy MP Bliżyn

Nadeszła sobota i ruszyłem w Świętokrzyskie do Bliżyna. Wieczorem MP w nocnym BnO, ale wcześniej – oficjalny trening. Docieram do Bliżyna koło godziny 13-tej. Leśny parking, trochę zapakowanych samochodów, samotny stolik z mapami i piękny, przebieżny las widoczny z drogi. To lubię! 

Las zapowiadał się całkiem przyjemnie

Niestety nie ma pomiaru. Trochę słabo jak na „Oficjalny trening”. W porównaniu np. z WawelCup pod tym względem impreza przegrywa – tylko jedna trasa (ale w 2 skalach) i brak jakichkolwiek numerków na lampionach, o braku pomiaru czasu już pisałem. 

Na start daleko. W miarę dojścia las zaczyna być mniej przyjemny. Może i wzrok sięga daleko, ale grunt pokryty jagodami, wyraźnie nierówny i widać sporo „śmiecia” na podłożu. 

Na starcie las już nie wygląda tak dobrze

Docieram na start, „pikam” dla dodania sobie animuszu i ruszam… wpław przez pobliski strumyk. Po lesie biegać trudno z powodu podłoża (oczywiście nie przeszkadza to jakimś harpaganom z M21). Lampiony widoczne z daleka, aż miło. Tylko teren coraz bardziej „nierówny”, także i na drogach (koleiny, zaschłe błoto). Wreszcie docieram do kopczyków pogórniczych. Tu zasugerowany jakimś konkurentem zamiast na PK 6 idę na PK 9. Trafiam idealnie (w odróżnieniu od konkurencji), ale orientuję się, że to nie ten PK co miał być i zaczynam szukać PK 6. Szukam, szukam i nic. Po dłuższej chwili cofam się do drogi i namierzam się raz jeszcze - w to samo miejsce, gdzie byłem kilka razy. Chwila wpatrywania się w ślady na ziemi i odkrywam niepozorną gęstwinkę z kolejnym zestawem kopczyków i jest wreszcie lampion. Tak to jest z tym terenem – małe przeoczenie i od razu katastrofa.

Najpierw trafiłem na PK9, ale dalej to już katastrofa

Jeszcze przebieg PK 9-10-11 daje się we znaki – tylko na azymut, a teren wyjątkowo niezachęcający do przemieszczania się. Na końcówce podłączam się do jakichś szybkobiegaczy i dobiegam na metę. 

 

A to mapa treningowa

Do wieczora jeszcze sporo czasu. Postanawiam coś przetrącić i przy okazji zrobić TRInO w pobliskiej Sielpi. Google coś mówiło o 20 km, a tu nawigacja gogle pokazuje prawie 40! Ale skoro czas, to jadę. TRInO takie nudnawe – spacer wokół zalewu, ledwo co zrewitalizowanego (czyli „gołe” wyspy, kilka mostków i martwy poza sezonem turystyczny deptak z kramami. Gdy kończę TRInO zegarek odgrywa mi pochwałę za 10 tys. kroków. 

 

Martwy sezon w Sielpi Wielkiej

Powrót do Bliżyna, wmeldowanie się na nocleg na sali gimnastycznej (jak za dawnych dobrych czasów) i nierozważna wycieczka do biura zawodów po numer startowy. Nierozważna, bo do biura jest 1,6 km w jedną stronę. Czyli tam i z powrotem daje 3.2 km. Potem dojście na etap nocny: 1,6 km do biura + 1,3km na start, że o powrocie na nocleg nie wspomnę! W efekcie na starcie etapu nocnego zegarek pokazuje dobrze ponad 20 tys. kroków!!! Dobrze, że to nie zawody w Longu;-) 

Oznaczenia "Do Centrum Zawodów" całkiem porządne, tylko strasznie daleko

 Straty etapów nocnych są widowiskowe. Gdy wszyscy zapalają latarki, a grupa startujących jest duża, robi się w nocnym lesie jasno jak w dzień! 


Ja startuję w trzeciej fali – obejrzałem więc starty dwóch poprzednich grup. Wreszcie nadchodzi nasz pora: odliczanie i start. Najpierw biegnie się za wszystkimi. Przy lampionie start chwila zastanowienia i już w mniejszej grupce ruszam w kierunku PK 1. Najpierw biegniemy rządkiem, potem zaczynamy się rozpraszać. W efekcie na dość przeziernym lesie widać dziesiątki lub wręcz setki ludzi biegających w zasięgu wzroku w różne strony, każdy świeci przed siebie, każdy biegnie w innym kierunku i każdy szuka niepozornego stojaka z odblaskiem. 

W takim zgiełku, gdy wszystko w lesie błyska, odblasku oczywiście nie widać, chyba że o niego się potkniesz. Udaje mi się w miarę sprawnie zlokalizować pierwszy stojak z odblaskiem. Na pierwszym PK od razu następuje rozbicie na motylki. Specjalnie się nie spieszyłem, bo ciągle kuruję staw skokowy po kontuzji, więc grupa biegnących moim wariantem nie jest specjalnie liczna. I konkurenci wybierają inny wariant, więc można powiedzieć, że jestem sam w lesie. Po drodze do PK 3 zaczynam spotykać jakieś „obce” lampiony. W każdym razie idzie mi coraz lepiej - zaliczam jedno skrzydełko motylka, ruszam na drugie. PK 6 bez problemu. Na PK 7 łatwizna – ustawiam azymut i ruszam. Po pewnym czasie po lewej jakiś lampion nad mokradełkiem – sprawdzam – obcy. Ruszam dalej. Pojawiają się jakieś drogi (na mapie nie ma takowych), kilka bardzo charakterystycznych karp (na mapie także ich nie ma), co chwila w terenie jakieś gęstwinki (na mapie są całe dwie w okolicy). Kierując się gęstwinką szukam lampionu – kolejny obcy. Szukam coraz bardziej. Wszyscy biegają zdezorientowani i szukają czegoś tam. Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Przeszukuję wszystkie gęstwinki (mokradełko miało być tuż obok) znajduję kolejny lampion, a na końcu ciek wodny. Znaczy jestem za daleko. Kilka kolejnych prób szukania i wreszcie wracam w kierunku poprzedniego PK. Tak trafiam na lampion znany – punkt węzłowy PK1/5/8. Tu ustawiam uważnie azymut i wolno idąc znajduję właściwy lampion. Wszystko fajnie, tyle że zamiast 2 minuty, zajęło to prawie 22! 

Poszukiwania PK7 - to ten u dołu po prawej

PK 9 i 10 wchodzą dobrze. Doganiam, a nawet przeganiam jakąś konkurencję. PK 11 - kolejny punkt węzłowy. I tu uskrzydlony sukcesem przegonienia konkurencji ruszam nie na to skrzydełko co trzeba: zamiast na PK 12 lecę na PK 15! Przy powrocie na punkt węzłowy znowu mnie znosi i pozwalam się zbliżyć konkurencji. Przyspieszam i lecę na PK 18. I nie trafiam. Chwila szukania, ale nie 20-stominutowa;-) 

Na PK 20 droga prosta (na azymut). Przecinam drogę i wpadam w chaszcze. Tu dołącza się do mnie jakiś konkurent z innej kategorii – szuka innego kodu lampionu, ale także nad bagienkiem. Przedzieramy się przez krzaki. Chwilami jest mokrawo, widoczność w krzakach zerowa. Coś za długo to trwa. Wreszcie wypadam na porządną drogę. Chwila konsternacji – musiałem przebiec lampion. Znajduję charakterystyczne rozgałęzienie i na spokojnie kierując się azymutem znajduję dół z wodą. Teraz zostaje przebiec przez bagno obwiedzione gruba czarną linią (nie było wcale mokro), wdrapać się na górę i finiszować w świetle jupiterów. 

Dobieg do mety - w świetle jupiterów

Dumny idę sczytać chipa, a tu wynik świeci się na czerwono: NKL/MP. Przemek zerka na wydruk i mówi: brak 132 i 145. Chwila analizy mapy i rzeczywiście – nie przypominam sobie szukania tych kodów.
Ech, tyle biegania się zmarnowało – bo ja lubię biegać po nocy. Zniechęcony wracam na nocleg. Zegarek pokazuje ponad 31 tys. kroków – nieźle! 

Trochę się nadreptałem!

Po prysznicu w lodowato zimnej wodzie – śledzę wyniki live na komórce. Czas mija, a w lesie dwóch znajomych Piotrek i Bartek. Mija czas zamknięcia mety – Piotrek wrócił, ale Bartka nie ma. Sprawdzam jeszcze po północy - Bartek ciągle biega w/g wyników. Ale nagle Bartek pojawia się w drzwiach witany okrzykami radości przez cały Team360 – chyba spisali go już na straty! Jak się później okazało Bartek zdążył na metę w ostatniej chwili – do limitu czasu (150 minut) zostało mu 8 sekund! Zresztą fajne wyniki są M 50 – pierwszy Marcin, ostatni Bartek – bracia. Czas Marcina 50 minut, Bartka prawie 2,5 godziny! 

No cóż, pora spać - jutro kolejny bieg – muszę bardziej uważać by nie mieć MP.

 


czwartek, 22 sierpnia 2019

Jak zdobyć puchar w tempie 30 min/km.

Na Łapiguza zapisaliśmy się tak z głupia frant, bo wcale, ale to wcale nie planowaliśmy ganiania po górach na dystansie 50 km. Przecież wiadomo, że ja nie daję rady. Ale co? Mieliśmy w długi weekend siedzieć w domu jak jakieś niemoty, co sobie czasu nie potrafią zorganizować?? Zapadła więc szybka decyzja - jedziemy! W piątek wyruszyliśmy dość wcześnie, żeby po drodze zatrzymać się w Legnicy, gdzie jest aż 5 tras TRInO. Warto było i bardzo polecam.

Żywa reklama TRInO:-)

Spotkanie z Julkiem.

To też Legnica.

Łapiguz okazał się imprezą kameralną i w bazie nie było większego tłoku. Bez problemu załapaliśmy się nawet na materac gimnastyczny, więc była szansa na wygodny sen. Jeszcze wieczorem przygotowaliśmy całe wyposażenie, żeby rano zebrać się bez pośpiechu.

Gotowi na wszystko.

Start naszej trasy przewidziany był na dziewiątą rano, a o ósmej startowali rowerzyści. Z rozbawieniem obserwowaliśmy ich konsternację, kiedy zamiast mapy dostali nieduże zalaminowane prostokąciki z wycinkiem jakiegoś terenu i zastanawiali się czy na taką krótką trasę to w ogóle warto jechać.
Źródło konsternacji:-)

Mina nam zrzedła kiedy i my dostaliśmy nasze "mapy" - dokładnie takie same jak te rowerzystów. Okazało się, że to jedynie "dojściówka" do miejsca wydawania prawdziwych map i jednocześnie wstępna selekcja - kto wdrapie się na Górę Szybowcową, ten ruszy na dalszą trasę:-)

Przed startem. (Fot. ze strony Avalanche Sklep Górski)

Na sygnał startu ruszyliśmy biegiem, ale ponieważ od razu było pod górę, po kilku krokach wymiękłam. Coraz więcej osób nas wyprzedzało i już się zaczęłam bać, czy organizatorzy z mapami poczekają na nas.

Lezę pod górę.

Ufff... poczekali. i chyba nawet nie doszliśmy tak całkiem ostatni. Teraz trzeba było podjąć decyzję w jakiej kolejności bierzemy punkty. Nie było żadnej jednoznacznej opcji, bo punkty były chaotycznie porozrzucane po całej mapie. Wyszło nam, że trzeba będzie chodzić zakosami. W każdym razie na końcówkę zostawiliśmy sobie to, co było najbardziej płaskie, bo wiadomo, że wtedy już nie ma sił na wdrapywanie się na górki. Co prawda ani przez moment nie zakładałam, że tam w ogóle dojdziemy, ale uznałam, że jeszcze za wcześnie na mówienie o tym Tomkowi:-)
Zaczęliśmy od najbliższego PK 1 na niewielkiej górce. Ponieważ większość zrobiła to samo, przy punkcie był spory ruch. Po dwójce i trójce wykombinowaliśmy, że pójdziemy na czwórkę, a potem skoczymy za drogę po piętnastkę, żeby nie odbijać po nią na powrocie.
Do osiemnastki, którą wzięliśmy po piętnastce, szło nawet nieźle, bo chociaż było góra - dół, to jeszcze dawało się przeżyć - jakiś wielkich podejść nie było.
W drodze na dziewiętnastkę spotkaliśmy grupę rowerzystów. My zbiegaliśmy z górki, oni prowadzili rowery pod górę. Byli skłonni zamienić się z nami na trasy, ale akurat my mało rowerowi jesteśmy:-) Dziewiętnastka była położona na zakręcie strumienia i wreszcie mogłam zamoczyć czapeczkę, umyć twarz i ręce. Co za ulga!
Zaraz za dziewiętnastką - skalna ściana przy drodze.

Dwudziestkę wzięliśmy trochę głupio w tym sensie, że musieliśmy na nią wytracić wysokość, a potem się wspinać, ale z drugiej strony inny wariant wymuszał nadkładanie drogi. Nie wiadomo co lepsze.
Po dwudziestce nadeszło najgorsze. Wspinaczkę na Lastek zniosłam wyjątkowo źle. Po drodze zaczęłam składać sobie obietnice, że nigdy, nigdy, ale to nigdy w życiu nie wybiorę się już w góry, szczególnie na tak długi dystans i w ogóle, absolutnie nie ma dyskusji! W pewnym momencie spojrzałam na zegarek. Osiemnasta piętnaście????? A my mamy dopiero siedem punktów??? I Tomek taki spokojny??? Kiedy za jakiś czas spojrzałam ponownie, zegarek wskazywał trzydziestą czterdzieści. Zaraz! Nie ma takiej godziny! To nie godzina, to było moje tempo. Trzydzieści minut na kilometr - to cała trasa nam zajmie.... jakieś 25 godzin. A limit tylko do 23-ciej:-( No dobra, chwilami będzie w dół i po płaskim, to można pobiec, ale i tak nie da rady zrobić całości. Jak pokazał potem gps, moje najwolniejsze tempo sięgnęło pięćdziesięciu minut na kilometr. Co prawda na krótkim odcinku, ale wyobrażacie sobie jak to musiało wyglądać. Najwolniejsze zwierzęta świata to ukwiały. Żyją w morzach i poruszają się z prędkością 2 centymetrów na godzinę. Potem już jestem ja.
Dwudziestka dwójka litościwie była w dolinie, a te parę metrów, które trzeba było podejść, jakoś zniosłam z godnością. Przed dwudziestką trójką (wciąż w dolinie) podjęłam decyzję - nie idę na dwadzieścia cztery, bo znowu trzeba się wspinać, tylko od razu z dwadzieścia trzy na siedemnastkę. Tylko jak to powiedzieć Tomkowi???? No, nie odważyłam się. I poszłam dalej.

PK 24 zdobyty - trudny, ale jeden z ładniejszych.

Kolejne postanowienie dotyczące powrotu podjęłam między PK 17, a PK 16. Byłam wykończona i prawie bez wody do picia. Od szesnastki można było wrócić do bazy asfaltem - daleko, ale chociaż wygodnie. Jakoś bym dałam rade, bałam się tylko, że Tomek czułby się zobowiązany wrócić ze mną i zmarnowałaby mu się impreza. Znowu nie odważyłam się zaproponować odwrotu.

PK 17

Na sadzawce z PK 16 bardzo się zawiodłam. Marzyłam, że znowu  zmoczę czapeczkę, schłodzę twarz i ręce, a tu chała - zamiast sadzawki z krystaliczną wodą zastaliśmy zarośnięte rzęsą bajoro:-( Nie można było od razu tak wpisać w opisie punktów? Przynajmniej nie miałabym złudzeń.
Po szesnastce byliśmy już oboje prawie bez wody i nerwowo rozglądaliśmy się za jakimś sklepem. W końcu w oddali zobaczyliśmy jakiś budynek, a przed nim parkujące samochody. Może sklep? Okazało się, że to restauracja, tylko trochę długo trzeba czekać na obiad. Z braku czasu musieliśmy zadowolić się colą i wodą. Dobre i to.

Co by tu zamówić?

Cola trochę postawiła mnie na nogi, a bliskość punktu żywieniowego podnosiła na duchu. Wcześniej jednak musieliśmy się wspiąć na przełęcz między Kobyłą a Ogierem. W sumie to ta przełęcz powinna się nazywać Źrebak:-) Strasznie wysoko robią te przełęcze i znowu moje tempo spadło do 30 min/km.
Czternastka była punktem, który trzeba podbijać bardzo szybko. Dlaczego? Budowniczy trasy wymyślił, że powiesi lampion na ogrodzeniu mrowiska. Wiecie co to znaczy.... Podbiliśmy więc i w nogi. 
A po czternastce wreszcie nastąpiło to, o czym już od wielu kilometrów marzyliśmy - bufet. Na odprawie organizator mówił, że punkt żywieniowy będzie w połowie wariantu, jaki on uważa za optymalny. Nam wyszedł dużo za połową, bo jakieś 10 km przed metą. Baliśmy się, czy będzie jeszcze czynny jak dotrzemy i czy jakieś resztki dla nas jeszcze zostaną, bo różnie to bywa. Tymczasem pod wiatą czekała na nas prawdziwa uczta: arbuz, banany, pomarańcze, cztery rodzaje ciastek i wody ile kto chce. Ja przyssałam się do arbuza i dopiero po pięciu kawałkach poczułam się nawodniona i najedzona. Chciałabym takie bufety na każdej pięćdziesiątce.

Same pyszności!

Jedenastka leżała trochę na uboczu i może lepiej było brać ją przed dwunastką, ale trudno - przepadło. Znowu było pod górę i znowu umierałam na podejściu. Przy życiu trzymała mnie myśl, że to ostatnia góra i potem będzie już bardziej po równym.
Punkt dziesiąty wydawał się łatwy, ale Tomek źle policzył groble, bo na mapie były ledwo widoczne i oczywiście weszliśmy o jedną za wcześnie. Ja nie miałam na tym etapie sił już nawet patrzeć na mapę. Co myśmy się nałazili na tych stawach... Aż nas zastał tam czterdziesty czwarty kilometr, co oczywiście uczciliśmy selfikiem.

Klubowy 44 kilometr.

Podobno na całej trasie mieliśmy piękne widoki, ja niestety nie miałam czasu ich podziwiać, bo przez większość trasy walczyłam głównie o przetrwanie i nie w głowie mi było rozglądać się dookoła. Jedyne piękne jakie zauważyłam, to ogromna łąka żółtych wysokich kwiatów (czy raczej chwastów) przez które przedzieraliśmy się do PK 9. Dodatkowo zachodzące słońce fantastycznie podbijało żółtą barwę. Cud miód.
Po ósemce musieliśmy wyciągnąć czołówki, bo robiło się coraz ciemniej. I tak mieliśmy jasno godzinę dłużej niż się spodziewałam, bo przecież byliśmy sporo na zachód od naszego miejsca zamieszkania. Przy szóstce spotkaliśmy rowerzystę. Jak ja się wtedy cieszyłam, że jestem na trasie pieszej. Zresztą przy każdym takim spotkaniu cieszyłam się z wyboru trasy:-)

PK 6

Wyglądało na to, że weźmiemy wszystkie punkty i jeszcze zmieścimy się w limicie. Nooo, takiej wersji zdarzeń to ja w ogóle nie brałam pod uwagę. Ponieważ warunki na to pozwalały, sporo teraz biegliśmy i na piątce, naszym ostatnim punkcie, mieliśmy aż godzinę na dotarcie na metę. Nawet pełznąc można się wyrobić, a my przecież biegliśmy - wszędzie tam gdzie było płasko lub w dół.

Meta! Meteczka! Metunia!

Na mecie okazało się, że nie jesteśmy ostatni i jeszcze kilka osób jest na trasie. Tradycyjnie zapozowaliśmy do pamiątkowej fotki, a potem pognaliśmy pod wiatę, gdzie dawali jeść. Ja jak zawsze marzyłam o kotlecie z ziemniakami i jak zawsze dostałam makaron z sosem i mięsem. Ale w sumie co to za różnica - grunt, że można się w końcu napchać po kokardę.
Organizatorzy zaczęli szykować dekorację kobiet, bo wszystkie trzy dotarłyśmy już na metę. Kobiety jak to kobiety - brudne przecież na podium nie polecimy, więc najpierw wykąpałyśmy się i dopiero mogłyśmy nadstawiać pierś po medale. I wiecie co się okazało? Tylko ja z żeńskiej trójki zaliczyłam wszystkie punkty. Oczywiście, że nie jest to moja zasługa, tylko Tomka, bo bez niego zeszłabym z trasy najdalej na PK 23. Więc w sumie ten puchar, który dostałam, należy się jemu.

Trzecia koleżanka wyjechała wcześniej. Szkoda.

Po dekoracji padłam jak mucha, tylko musiałam spać bardzo ostrożnie, żeby nie łapały mnie skurcze. Co prawda przed snem nafaszerowałam się magnezem i natarłam wszelakimi maściami od bólu, zmęczenia i zła tego świata, ale to nigdy nie wiadomo.

Podsumowując: zrobiliśmy prawie 59 km, jakieś 2000 m przewyższeń, na trasie spędziliśmy ok. 13 i pół godziny. Ponadto upewniłam się, że góry i ja to nie jest dobre połączenie, ale przy tym satysfakcja, że dotarłam na metę o własnych siłach - bezcenna.
Łapiguz okazał się bardzo sympatyczną imprezą i polecam ją wszystkim na przyszły sezon!

Dla ilustracji dorzucam mapę:


piątek, 26 lipca 2019

Model Event 2

Drugi trening też odbywał się w Lesie Wolskim, ale tym razem dookoła Kopca Piłsudskiego i na start trzeba było podejść ponad kilometr. Kiedy wreszcie doszliśmy na miejsce, byłam już totalnie wykończona i myśl, że muszę jeszcze gdzieś biec, była co najmniej przerażająca. Tym razem teren miał być mniej zjarany, a bardziej skałkowy. Mając w pamięci skałki z ubiegłorocznego Wawel Cup, gdzie totalnie się gubiłam, to nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona.
Znowu ruszyłam pierwsza, ale tym razem od razu założyliśmy, że każde biega po swojemu. Już na pierwszy punkt wyszłam bezbłędnie, aczkolwiek pomału, bo ja na początku dość długo wczuwam się w mapę. Drugi punkt, podobnie jak pierwszy, jeszcze był na górze jaru, ale potem zaczęły się obiecane skałki. Trójka była przy pojedynczej, sporej, widocznej z daleka skale, więc trudno byłoby nie trafić. Kolejne skałki też okazały się łaskawe i nie nastręczały większych trudności. Były na tyle duże, że widoczne z daleka, a na tyle małe, że nie trzeba było ich okrążać kilometrami, jeśli punkt stał po drugiej stronie. Nawet, o dziwo, przypomniałam sobie, że w opisach punktów mam zawarte informacje czy lampion znajduje się u góry, czy na dole i z której strony. Nie powiem, bardzo to ułatwia. Jeśli się o tym pamięta. Z opisów korzystam rzadko, bo po pierwsze na ogół nie pamiętam, a po drugie i tak połowy tych śmiesznych znaczków nie znam. Usiłowałam wpruć je na pamięć, ale jakoś nie trzymają się głowy. Te podstawowe, często używane, owszem - reszta jest dla mnie chińszczyzną.
Szło dobrze i zastopowało mnie dopiero przy PK 8. Niby punkt był banalnie prosty, blisko od poprzedniego, ale zamiast patrzeć w mapę zasugerowałam się człowiekiem biegnącym przede mną. A kiedy zniknął mi z oczu, nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem, no bo nie śledziłam mapy. A zawsze sobie powtarzam, żeby nie biegać za facetami, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Parę minut pokręciłam się wśród skałek, w końcu postanowiłam zejść do ogrodzenia i od niego się namierzyć. To była dobra decyzja, bo po drodze natknęłam się na lampion, który stał przy  niższej skałce, a nie przy tej, gdzie szukałam.
Z pozostałymi punktami nie miałam już problemów nawigacyjnych, co nie znaczy, że trasę przeleciałam raz, dwa. Ciągle było góra - dół i decyzje - lecieć na azymut, czy ścieżkami, obchodzić, czy złazić i wspinać się, wytracać wysokość, czy iść zboczem? Zasadniczo na początku wybierałam azymut, ale potem spokorniałam i przeprosiłam się ze ścieżkami. Pod koniec trasy to nawet natrafiłam na tę, którą była poprowadzona dojściówka na start. I faworki były. I od razu się poczułam tak bezpiecznie:-)
Na metę doleciałam ledwo żywa, bo gorąco było niemiłosiernie, na szczęście tym razem mieliśmy ze sobą wodę i nawet jakąś przekąskę, więc mogłam się ciut zregenerować. Zresztą musiałam, bo po biegu mieliśmy w planach kolejne TRInO. Tym razem wybraliśmy się na Kazimierz, przy czym co najmniej pół godziny szukaliśmy miejsca, gdzie można by zaparkować. Zresztą jazda po totalnie rozkopanym Krakowie to w ogóle horror. Jakoś się udało i ruszyliśmy w teren. Mimo, że przed laty mieszkałam w Krakowie, to Kazimierz mało znam i spacer był dla mnie sporą atrakcją. Polecam!


Ławeczka Jana Karskiego.


Księgarnia Austeria


Jedno z podwórek.


Przed zabytkowym kirkutem. 

wtorek, 8 maja 2018

Jedziemy na Rudawską Wyrypę!

Piątek przed Rudawską Wyrypą mieliśmy wolny, bo to dłuuuugi weekend, więc do Janowic wyruszyliśmy świtkiem koło południa zgarniając po drodze Krzysztofa, czyli ukonstytuowaliśmy się w standardowy zestaw turystyczny. Ponieważ nudno tak jechać i jechać, więc najpierw zatrzymaliśmy się w celu nagromadzenia kalorii:

Gdzie ładowaliśmy kalorie, to widać w tle.

A potem zatrzymaliśmy się we Wrocławiu w celu utraty zgromadzonych wcześniej kalorii. Pomocne w tym było TRInO, bo wymusiło na nas kilkukilometrowy spacer. Warto było, bo niektóre miejsca były bardzo urokliwe.
 Prawda, że śliczne miejsce?


 Zadowoleni z wycieczki!


Sama radość.


Za nami dąb im. Jana Dzierżonia.

W końcu dotarliśmy i do bazy. Do sali gimnastycznej nawet się nie ładowaliśmy, bo napchane tam było setkowiczów, a Tomek miał doświadczenia z innych rajdów, że oni wracają w środku nocy na chwilę, hałasują i w ogóle. Od razu poszliśmy więc na pięterko i zajęliśmy miejscówkę przy pokoju nauczycielskim.
Po kolacji i przygotowaniu plecaków na sobotnie wyjście (woda, żarcie, zapasowe ubrania) poszliśmy pokibicować setkowiczom. Nasz klub miał dwóch przedstawicieli - Marcina i Przemka, ale trzymaliśmy kciuki za wszystkich wychodzących na trasę. Organizator najpierw zamknął ich w osobnym pomieszczeniu, potem rozdał im mapy i przetrzymywał ich w tym odosobnieniu w nieskończoność. Pod drzwiami zaś stał tłum uczestników krótszych tras usiłując zapuścić żurawia do wnętrza. Tomkowi udało się wetknąć rękę z kamerką, nagrać film i cyknąć parę fotek:

Nie wiem co przeskrobali, że im organizator kazał klęczeć na twardej podłodze.

Siedzieli tam i siedzieli i już nawet zastanawialiśmy się czy nie wzywać jakiś oddziałów specjalnych od uwalniania więźniów, ale w końcu pojedyncze sztuki zaczęły chyłkiem wymykać się na zewnątrz. Strasznie żal mi ich było, że tak muszą iść w ciemną noc, no ale sami wybrali taki los. W końcu wyszedł ostatni uczestnik i można było oddalić się na zasłużony wypoczynek, nabierać sił przed własną poniewierką:-)
A w sobotę rano...

c. d. n.

poniedziałek, 30 października 2017

Przed Podkurek

Na Podkurek planowaliśmy dojechać w sobotę rano, bo od nas to raptem pół godzinki jazdy, ale w piątek Andrzej poprosił o przywiezienie do bazy kilku rzeczy, więc postanowiliśmy zrobić małą wycieczkę połączoną ze zrobieniem kilku punktów z nowego TRInO, co to się tuż przed imprezą pokazało. TRInO ma prawie 15 kilometrów długości i w zasadzie jest takie bardziej rowerowe, ale nasz Maluś to przecież taki trochę większy rower (bo przecież nie samochód:-)), więc uznaliśmy, że spokojnie wszędzie wjedziemy.
Dwa pierwsze punkty zaliczyliśmy bez problemu. Przy trzecim wyskoczyłam z samochodu, bo zza szyby nijak nie mogliśmy dojrzeć ile wynosi suma cyfr nad wejściem. Mało tego - nie mogliśmy dojrzeć żadnego wejścia. Chciałam podejść do krzyża, bo może chodziło o jakiś napis, a nie fizyczne wejście, ale jedynym skutkiem było ugrzęźnięcie w gliniastej mazi po kostkę. Ziemia dookoła krzyża była jednym miękkim grzęzawiskiem. Odpuściliśmy i pojechali dalej.
Między trójką, a czwórką droga wiodła ewidentnie coraz mniejszymi drogami aż do ścieżki włącznie. Miałam wątpliwości co do możliwości przejazdu tamtędy, ale Tomek twardo twierdził, że Maluś da radę  Nawet do połowy odległości nie udało się nam dotrzeć, gdy zakopaliśmy się z błocie. Autko warczało rozpaczliwie, koła buksowały, błoto leciało spod kół, a ja cieszyłam się, że w pobliżu są domostwa i w razie potrzeby może uda się uzyskać jakąś pomoc. Próbowaliśmy metodą w przód, w tył, w końcu ja warczałam za kierownicą, Tomek na przemian pokrzykiwał żeby skręcać to w prawo, to w lewo i jednocześnie wypychał z błocka. Jakoś się udało, ale do kolejnych punktów pojechaliśmy już naokoło. Czwórka była na swoim miejscu, a na piątce bezskutecznie szukaliśmy podków pod kluczem. Podkowy pod kluczem na krzyżu nijak nam się nie komponowały, ale bo to wiadomo. Odpuściliśmy piątkę.

Po piątce zaczęliśmy z innej beczki, bo wiedzieliśmy już, że jednak Maluś nie wszędzie wjedzie. Zaliczyliśmy PK 13, 12, 11, 10, 7 i 8. Tym razem na wszystkie pytania znaleźliśmy odpowiedzi, nigdzie się nie zakopaliśmy i w nic nie wpadliśmy. Trochę żałowałam, że było ciemno, bo trasa wyglądała na piękną widokowo, ale cóż - "ciemność, widzę ciemność" tylko... Jak by ktoś się wybierał, to naprawdę polecam rowerem lub pieszo i za dnia. I przy ładnej pogodzie, bo w deszczu to tak sobie...
W końcu dotarliśmy do bazy. Od razu zaatakowaliśmy autorkę TRInO pytaniami o trójkę i piątkę i okazało się, że jednak to nie my jesteśmy ślepe niedojdy, tylko przypadkiem do trina zaplątały się pytania z innej trasy. Uff. Drugie podejście Do PK 3 i 5 postanowiliśmy zrobić w sobotę, bo i tak zostało nam jeszcze kilka niezrobionych punktów.
W bazie tymczasem roiło się od organizatorów i powoli zaczynali zjeżdżać się uczestnicy. No, ale ponieważ my byliśmy tylko przejazdem, więc szybko przekazaliśmy, co było do przekazania Andrzejowi i wróciliśmy do domu wyspać się przed sobotnimi wyzwaniami.

C. D. N.

niedziela, 3 września 2017

Pizza z czerwonego pieca kontra namiot NS

 I w końcu nadszedł przełomowy dzień w mojej turystyczno-sportowej karierze - wyjazd na pierwszą pełnowymiarową pięćdziesiątkę. Tradycyjnie wyjechaliśmy w miarę wcześnie, żeby po drodze zaliczyć jakieś trina. Tomek odebrał mnie w południe spod Instytutu i pojechaliśmy po Roberta. Drogę do Olsztyna przeleżałam na tylnej kanapie samochodu odurzone "odświeżaczem" powietrza, za pomocą którego Tomek najwyraźniej chciał się mnie pozbyć z tego świata. 
Powiew świeżego olsztyńskiego powietrza postawił mnie jednak na nogi i mogliśmy iść zwiedzać. "Spacer po Starym Mieście" i "Wokół Starego Ratusza" robiliśmy synchronicznie i to były bardzo dobre trina, bo jedno miało 1,6 km, a drugie tylko 400m. Nie żebym nie lubiła dłuższych tras, ale po zrobieniu tych dwóch mieliśmy coś zjeść. A sami wiecie jak to się zwiedza z pustym żołądkiem...


 W Olsztynie wypada mniej więcej jedna knajpa na jednego mieszkańca, więc było w czym wybierać. I niewiele brakowało, a byłoby jak z osiołkiem, co to mu w żłoby dano - za nic nie mogliśmy się zdecydować co i gdzie zjeść. W końcu padło na włoską pizzę z czerwonego pieca opalanego drewnem. Wybór był trafny, bo pizza była smaczna, ludzkich rozmiarów, a czerwony piec bardzo malowniczy.


Po posiłku zrobiliśmy jeszcze trzecie trino, a potem ruszyliśmy do bazy. Przyjechaliśmy kilka minut przed drugą naszą ekipą, która wyjechała z Warszawy sporo później, ale jechała bez postojów.
Abentojra słynie z noclegów w namiotach wojskowych i może nawet byłoby to całkiem fajne gdyby nie panująca aura. I ilość łóżek w namiocie. I braku bezbłotnego miejsca na bagaże. Ponieważ jednak nie było alternatywy, wybraliśmy namiot stojący na skraju, blisko parkingu i usiłowaliśmy się jakoś w nim pomieścić. Było z przepychem. To znaczy - do prycz ustawionych w głębi namiotu trzeba się było przepychać, bo przejścia praktycznie nie było. Co gorsza nie było też światła, bo poza czołówkami nikt nic nie wziął. Ten problem na szczęście szybko rozwiązali organizatorzy dostarczając do każdego namiotu po lampce.
Wybrałam sobie łóżko tuż przy wejściu, bo coś miałam przeczucie, że będę chciała stamtąd uciec, a poza tym wstaję w nocy do toalety, więc z kraja bliżej. No właśnie - toalety... Rząd toj-tojek ustawiony na końcu świata, oddzielony od namiotu rozrastającym się bagnem. Gdzieś - podobno, za górami, za lasami były nawet prysznice, ale tak daleko nawet nie planowałam się wybierać.
Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Jak nic jestem już za stara na takie warunki. Trzydzieści lat temu pewnie byłabym zachwycona, ale teraz zdecydowanie preferuję nocleg pod solidnym dachem, z łazienką i ciepłą wodą.
Jakoś udało się Tomkowi namówić mnie na przygotowanie sobie plecaka na następny dzień, tak żeby rano tylko go wziąć i iść. Aaallleee... Czy to prawdziwa kobieta może się spakować z takim wyprzedzeniem?? A czy ja wiem, czy mi się rano nie zmieni koncepcja, co wziąć ze sobą? A czy wciąż będę chciała mieć w tym plecaku tak samo poustawiane? W końcu coś tam powkładałam do środka, przypięłam numer startowy, przyczepiłam kartę startową, żeby jej nie zapomnieć i odstawiłam plecak na wolne łóżko, na którym zrobiliśmy sobie przechowalnię rzeczy. Bidony z wodą i sokiem, za radą Tomka, wyniosłam do samochodu.
W końcu jako tako wszyscy się oporządziliśmy i poszliśmy się zrelaksować przy ognisku. Organizatorzy dostarczyli pod wiatę pizzerinki, pączki i ptysie w ilości nie do przejedzenia, ale próbowaliśmy sprostać wyzwaniu. Nie dało rady. Poza nami uczestników było jeszcze niewielu, bo ludzie dopiero przyjeżdżali, a tambylczy zawodnicy mieli dotrzeć rano. Dość szybko wróciliśmy do namiotu, bo start następnego dnia miał być stosunkowo wcześnie i trzeba było się wyspać. Kiedy już wszyscy zawinęliśmy się w śpiwory, zrobiło się zupełnie jak w wierszu:
O namiot deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny...

c. d. n.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Wokół PeKiNu

TRInO. Zrobiliśmy sobie w niedzielę TRInO w Warszawie.
Nie byłoby to epokowym wydarzeniem, gdyby nie fakt, że akces do niego zgłosiła Agata. Bo wiecie, przypomniało się jej, że do małej srebrnej brakuje jej tylko 5 punktów, z czego 4 zdobędzie na Sercu z Lampionem w niedzielę. Żeby nie spłoszyć cudem odzyskanej inoczki zaproponowaliśmy najkrótsze z dostępnych trin, czyli wokół Pajaca Kultury. I to był strzał w dziesiątkę, bo trino nie dość, że krótkie, to fajne z tymi zdjęciami łebków z rzeźb. Polecam każdemu, kto z jakiegoś powodu musi chwilę poczekać w centrum - na kogoś, na pociąg, na jakieś wydarzenie w okolicy.

O, tak się bawiliśmy:


niedziela, 25 czerwca 2017

Grassować można i w Kutnie!

Na Grassora wybraliśmy się w aż sześć osób, za to dla urozmaicenia - w dwóch turach dojazdowych. W piątek rano ruszyła ekipa samochodowa, czyli my dwoje, Barbara i Krzysztof, po południu ekipa szynowa - Michał i Paweł.
Jak wiadomo, nie ma udanego wyjazdu bez zrobienia przynajmniej jednego trina, a tym razem trafiła nam się gratka - mieliśmy przetestować aż trzy trina w Kutnie. Barbara przygotowała z nich kompilację na jednym wydruku żeby nie nosić kilku kartek i ruszyliśmy w teren. Trochę się obawiałam tych trzech tras, bo moje nogi od dłuższego czasu nie miały szansy na regenerację, a Kutno mogło tylko pogorszyć sprawę. Zaczęliśmy od okolic rynku i okazało się, że odległości są śmiesznie małe, więc wiele się nie nachodziliśmy.

Pierwsza trasa płynnie przeszła nam w kolejną i mieliśmy okazję zwiedzić "Miasto nie tylko róż". Miasto okazało się ciut większe od okolic rynku i tu już trochę musieliśmy pochodzić. A żeby nie było gołosłowności z różami, jednym z zadań było policzenie róż na pomniku. I wcale nie było to banalne zadanie, bo po kilku liczeniach przez trzy osoby, za każdym razem wychodził inny wynik. Na pomoc przyszła nadworna dokumentalistka wydarzeń - Barbara i po kolejnych trzech liczeniach ustaliliśmy wynik. Uff - można było iść dalej. Ponieważ co chwilę przypominałam grupie o konieczności oszczędzania nóg, w końcu ustaliliśmy, że zbierzemy punkty tylko do rzeczki, a na kolejną część podjedziemy samochodem, zaparkujemy przy największym skupisku PK i oblecimy je raz dwa. Przespacerowaliśmy się więc po Parku Wiosny Ludów, prawie załapaliśmy się na zakończenie roku szkolnego w szkole muzycznej oraz starliśmy się z panią muzealniczką, która własną piersią broniła wejścia na schody muzeum bez wykupionego biletu. A wszystko było nieporozumieniem, bo Krzysztof chciał tylko ze schodów fotkę cyknąć. Do rozlewu krwi nie doszło, ale niewiele brakowało:-) Ostatnie trzy punkty już sobie odpuściłam, bo czułam kilometry w nogach, reszta ekipy twardo zaliczyła wszystko.
Po Kutnie planowaliśmy jechać już prosto do Reptowa, żeby zdążyć przed przyjazdem pociągu z resztą ekipy, której obiecaliśmy: Michałowi - transport całokształtu, Pawłowi - transport bagażu. Jedyny dłuższy przystanek planowaliśmy tylko na zjedzenie obiadu, którym oczywiście musiała być pizza, zgodnie z tradycją zapoczątkowaną przez Barbarę i Tomka.
W końcu dotarliśmy do bazy. Szybko powyrzucaliśmy bagaże, bo Tomek musiał od razu jechać do Stargardu na stację. On pojechał, a my we trójkę zaczęliśmy się zagospodarowywać. W moim wykonaniu wyglądało to po prostu na zrobieniu swojskiego bałaganu. Potem odebraliśmy nasze numery i karty startowe. Ale jakie bajeranckie! Takie typu: nie gniotsja, nie łamiotsja - zrobione z materii darcioodpornej, wodoodpornej, a kto wie - może i ognioodpornej, ale o to zapomniałam spytać. Numer startowy był dodatkowo spersonalizowany - z imieniem i miejscowością, z której się przyjechało. Taka dopieszczona się poczułam:-)

Potem wrócił Tomek z Michałem i Pawłem i mogliśmy zacząć wieczorny relaks. O, taki:


c. d. n.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Ewolucja nie przygotowała nas do wysiadywania godzinami na kawałku plastiku!

"Zwykły rower jest pojazdem napędzanym siłą mięśni. Rower jadący pod górę jest pojazdem napędzanym siłą woli."

Kuba G. zrobił długaśne, dziesięciokilometrowe trino w Lasach Wawerskich i to trino nie dawało spać Tomkowi. Co jakiś czas namawiał mnie na zrobienie go rowerowo i ja się nawet zgadzałam, bo zawsze wypadała jakaś inna impreza uniemożliwiająca wycieczkę, albo też udawało mi się wolny czas zapełnić niecierpiącymi zwłoki czynnościami domowymi. No, ale dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie. Nadszedł dzień kiedy zabrakło mi wymówek.
Ostatnio na rowerze siedziałam ze dwa lata temu, ale stwierdziłam - ujedziemy ze trzy, cztery kilometry, wymięknę i wrócimy. Pożyczyłam rower (bo przecież nawet swojego nie mam) i ruszyliśmy. Zanim dojechaliśmy do Mokrego Ługu bolały mnie już nogi i jakoś niewygodnie mi się siedziało. Coś tam pomrukiwałam, ale uznałam, że na razie za wcześnie na protest. Kiedy przeszliśmy za tory w Rembertowie, w zasadzie można już było zacząć stawiać bierny opór, ale ból nóg jakoś minął. Nadal siedziało się niewygodnie, ale szło wytrzymać. Zaryzykowałam dalszą jazdę. Główną traumą była dla mnie jazda po asfalcie, obok śmigających samochodów. Gdzie się dało, starałam się jechać po chodniku, ale wiadomo jakie to wygodne.
Zupełnie nie wiem jakim cudem udało mi się dojechać do CZD, gdzie znajdował się pierwszy punkt trino. Zatrzymaliśmy się na lody. Nawet nie żeby mi się chciało, ale zawsze to pretekst do dłuższego postoju, bo trzeba wybrać, postać w kolejce do kasy, a potem zjeść.
Po drugim PK wjechaliśmy w las. Samochodów nie było, ale zaczęły się korzenie i piachy i górki i dołki. Zanim dojechaliśmy do PK 3 opanowałam zmianę biegów. Całych trzech. Dobrze, że pożyczyłam rower od mamy, a nie od córki, bo miałabym ich znacznie więcej. Podobno. Tak mówił Tomek, bo ja się nie znam. Przy PK 3 tyłek bolał mnie już konkretnie, a przy czwórce musiałam chwilę posiedzieć na ławeczce, ale tak bokiem, półgębkiem, bo normalnie już się nie dało.


W zasadzie byłam już gotowa wracać, ale zrobiło mi się szkoda, bo poza bólem to było całkiem przyjemnie, no i nie chciałam Tomkowi odbierać przyjemności zrobienia trino. Pomyślałam sobie: Co, ja nie dam rady? To się jeszcze okaże!
Najdalszy PK 12 mieliśmy już zaliczony, bo był na trasie któregoś InO, więc trasa trochę się nam skróciła. Co prawda nie na tyle żeby robiło mi to różnicę, bo od PK 6 zaczęłam trochę konkretniej wymiękać. Tomek nawet zaproponował, żebym została na dziesiątce, a on pojedzie po PK 11, ale jak razem robimy trino, to razem. Choćbym miała na pysk paść. Punkty 8, 7, 9 zaliczyłam już siłą woli, próbując jechać na stojąco, ale to też zaczęło być problematyczne, bo rozbolały mnie uda. PK 8 był nam dobrze znany, bo tam robiliśmy kurs PInO.
Ostatni punkt trino nie był dla mnie żadnym pocieszeniem, bo wciąż byliśmy daleko od domu, sił już nie miałam, a sama myśl o siodełku wyciskała mi łzy z oczu. A do tego wszystkiego znowu musieliśmy jechać jezdnią, obok samochodów, a nawet autobusów! Tomek cisnął na pedały ile wlezie, a ja zostawałam coraz bardziej z tyłu. W końcu poddałam się, zjechałam na przystanek autobusowy, oflagowałam się i zastrajkowałam. Po chwili Tomek zorientował się, że nie jadę za nim i zawrócił. Na żaden cud na tym przystanku nie liczyłam, bo do naszej dziury to żadna logiczna komunikacja nie dociera i wiedziałam, że wcześniej czy później będę musiała się ruszyć. Ale wolałam raczej później. Na rower wsadził mnie zdrowy rozsądek, bo wiedziałam, że to jedyny sposób dostania się do domu. Od Rembertowa byłam już gotowa pchać rower i wracać na nogach, ale to jednak daleko.
Dojechałam. Końcówka była już dramatyczna, a o odprowadzeniu roweru do rodziców w ogóle nie było mowy. Cała moja cielesna styczność z siodełkiem paliła żywym ogniem, rwała, pulsowała i czułam się tak, jakby mnie cała ruska armia przeleciała. Do tego uda miałam sztywne, a kolana bolały przy każdym kroku. Tomek pokazał mi licznik i dobrze, że dopiero na miejscu, bo chyba umarłabym na jego widok na trasie. Ponad 37 km!
Noc okazała się nie mniej dramatyczna, jak sam przejazd. Praktycznie nie spałam, bo nie sposób było znaleźć wygodną pozycję, a każde zgięcie lub wyprostowanie nóg bolało. O, jak bardzo bolało! Poranna próba pionizacji trwała kilka minut, a składały się na nią: siadanie bokiem z podparciem, ręczne ściąganie nóg z łóżka na podłogę, smarowanie maścią przeciwbólową, podciąganie do pionu z pomocą Tomka.
W tym kontekście dzisiejsza prezentacja nowego obuwia stoi pod wielkim, wielkim znakiem zapytania.

poniedziałek, 29 maja 2017

Gdy nie jedziesz na Remola

"Starego Remola" postanowiliśmy sobie odpuścić bo daleko, drogo, a po akcjach z odwoływaniem w ostatniej chwili, woleliśmy nie ryzykować powtórki z rozrywki. Żeby jednak nie zostać z niczym, wynaleźliśmy sobie imprezę zastępczą. Padło na Pomorski Rogaining dla Tomka oraz Borowiacki Marsz na Orientację dla mnie. Mój niezawodny partner - Darek oczywiście dołączył do mnie i razem ambitnie mieliśmy wystartować w TM, bo taka była przewidziana najwyższa kategoria na imprezie.
Zaplanowaliśmy sobie, że wyjedziemy w piątek koło południa i po drodze zrobimy kilka trin. W czwartek coś Tomka tknęło i zajrzał do regulaminu imprezy, a tam - niespodzianka! Zawody miały zacząć się od soboty i noc z piątku na sobotę mogliśmy sobie spędzić pod mostem, albo na ławce w parku, albo w samochodzie, albo co. Od razu więc Tomek wysłał maila do organizatorów (a w zasadzie do sędziego głównego - Radka) z zapytaniem: ale jak to? Nie można przyjechać w piątek???
Potem odbyli naradę telefoniczną i zapalono nam zielone światło - przyjeżdżajcie!
W piątek o trzynastej Darek podjechał po nas i ruszyliśmy. Wydawało nam się, że w południe ludzie powinni siedzieć w robocie, a nie blokować dróg, a tu od razu wpadliśmy w koszmarny korek.
Okazało się, że na moście były dwa wypadki, wyjeżdżaliśmy więc z Warszawy koszmarnie długo.
Pierwsze TRInO mieliśmy w Nidzicy. Wjeżdżając zgarnęliśmy trzy punkty, przy okazji przekonując się, że radio, telewizja i meteo ICM kłamią, przynajmniej w temacie pogody. Zatrzymaliśmy się w centrum i po zebraniu punktów dookoła kościoła postanowiliśmy przeczekać deszcz w restauracji. Kotlet Tomka nie dorastał do pięt kotletowi z Oleśnicy, moje pierogi były super, a Darek po zjedzeniu zamówionych naleśników musiał czym prędzej iść do sklepu kupić sobie coś do jedzenia:-)

TRInO było strasznie długie. Liczyliśmy różne otwory, poziomy, na których są okna, dopasowywaliśmy zdjęcia, a Darek co chwilę robił sobie sesje fotograficzne na tle różnych obiektów związanych z protestantyzmem, żeby mieć dokumentację do odznaki. W sumie to i ja się załapałam na modelkę i jak by trzeba udokumentować przebycie trasy, to proszę bardzo.
Na ostatnie skupisko punktów podjechaliśmy samochodem, bo daleko i deszcz. Tak narzekaliśmy na pogodę, a tymczasem dzięki niej zostaliśmy uraczeni widokiem niesamowitej tęczy - podwójnej i tak intensywnej, jak chyba jeszcze nigdy takiej nie widziałam.
Następny trinowy przystanek zaplanowaliśmy w Olsztynku. Trasa znowu była długa i składała się z głównego skupiska punktów i dwóch wysuniętych placówek. Oblecieliśmy główne skupisko, chociaż ja przy ostatnich dwóch czy trzech punktach odpadłam i osiadłam na ławeczce czekając na powrót chłopaków. Dlaczego nie zaliczyliśmy tych oddalonych punktów - nie pamiętam. Czy zapomnieliśmy, czy zrobiło się późno i trzeba było jechać?
Kiedy wsiedliśmy do samochodu i panowie poustawiali swoje nawigacje okazało się, że jesteśmy gdzieś tuż za połowa trasy, a godzina późna. Co prawda wiedzieliśmy, że Radek przewiduje do 22-giej wieszać lampiony, ale nam i tak wychodziło, że dotrzemy koło północy.
Wreszcie dotarliśmy. Okazało się, że organizator nie mając co z nami zrobić, przygarnął nas do własnego domu - odstąpił kanapę, otworzył lodówkę, udostępnił łazienkę - jednym słowem: full serwis. Trochę nam się głupio zrobiło, że tak się wprosiliśmy do w sumie obcych (wtedy) ludzi i jeszcze kazaliśmy tak długo na siebie czekać.
Radek i jego żona okazali się przemiłymi gościnnymi ludźmi i bardzo, bardzo im dziękuję za ugoszczenie nas!

c. d. n.

P. S.
Jeszcze w gratisie dwie fotki z tras trina (od Darka):