Pomału po wakacyjnej przerwie zaczynają rozkręcać się kolejne imprezy. Dzisiaj Wielki Finał Lampionady, co to miał się odbyć przed wakacjami.
Odwykłam od chodzenia po lesie do tego stopnia,, że pierwsze co zrobiłam po zejściu z drogi w las, to padłam na mordę podcięta przez jakieś jeżyny czy korzenie. Pomięłam nowiutką mapę, pogięłam podkładkę, a moja rwa kulszowa przypomniała mi o swoim istnieniu. Szczęściem w nieszczęściu było, że nie połamałam paznokci. Dla kobiety to ważne.
Tradycyjnie na Lampionadzie, bez kompasu ani rusz. Ale dzięki temu mogłam sobie przypomnieć jak to urządzenie działa i będzie jak znalazł na kolejne imprezy. T. tradycyjnie machnął ręką, że pierwszy PK gdzieś tam (tu nastąpiło wskazanie) i ruszyliśmy. Po kilku długich minutach okazało się, że w przypadku Lampionady ta metoda nie działa i trzeba się namierzyć ze startu zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki. Pomogło.
Dzisiaj tylko jeden punkt był za rzeczką, a w promocji dostaliśmy niski stan wody i nie trzeba było ganiać na most, co zaoszczędziło nam trochę czasu i sił.
Do PK 10 szło gładko, lampiony stały na swoich miejscach, albo przynajmniej w ich pobliżu i zawsze można było je jakoś wyczesać. W spodziewanym położeniu dziesiątki natrafiliśmy tylko na B. S. i D. W., którzy podobnie jak i my twierdzili, że to musi gdzieś tu być. Z miejsca spotkania ruszyliśmy w cztery strony świata i każdy miał za zadanie przeryć przydzielony rejon i wydobyć lampion choćby spod ziemi. Niestety - pod ziemią lampionów nie było:-( Rozeszliśmy się więc szukać innych swoich PK, zostawiając dziesiątkę na potem.
Przy trzynastce T. uparł się, że punkt musi być w dołku. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo mapa jak wół pokazywała górkę. Czyżby aż tak nie miał zaufania do autora mapy? Że niby autor górki od dołka nie odróżnia? Ja tam swoje wiedziałam, ale jako posłuszna żona wlazłam w środek wyschniętego bagna i dopiero wtedy T. zgodził się uznać dołek za górkę. Czternastka na mapie widniała jako teren mocno mokry i życie ocaliła nam tylko panująca susza. Przy czternastce skonstatowaliśmy, że czas nam się kończy, ale przecież nie mogliśmy odpuścić nieznalezionej dziesiątce. Toż to nie honor! Znowu spotkaliśmy B. i D., którzy podobnie jak my próbowali ją namierzyć. Z uwagi na czas, oni szybko dali sobie spokój, a my bez względu na czas, ale skutecznie przeszukaliśmy teren. Była!
Zostały nam jeszcze tylko dwa punkty i chyba zero czasu, więc ruszyliśmy biegiem. Codzienne treningi wreszcie się przydały. Na metę wpadliśmy w momencie, kiedy pierwsi zawodnicy odbierali medale za cały cykl imprezy. No jak myślicie, kto dostał najwięcej medali i pozajmował większość pierwszych miejsc? No kto? Oczywiście, że Paprochy! Młode Paproszęta niby takie niewinne dzieciaczki, a w rzeczywistości to stare wymiatacze! Już dawno powinni biegać w kategorii M-30 i K-30 i do tego z marszową mapą tezetowską. Wtedy może inni mieliby jakieś szanse.
No, myśmy się też załapali na pierwsze miejsce, ale to głównie dzięki recydywie. Inni po prostu nie byli na wszystkich imprezach cyklu. W nagrodę (między innymi oczywiście) dostaliśmy fascynującą lekturę o reintrodukcji kuropatwy, zająca i bażanta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lampionada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lampionada. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 września 2015
niedziela, 7 czerwca 2015
Lampionada - bić autora!
Pojechaliśmy na Lampionadę w nadziei, że się trochę wyżyjemy na autorze, a tu chała. Zrobił nudną, przewidywalną trasę z wycinkami leżącymi na swoich miejscach, lampionami wiszącymi tam, gdzie zaznaczył na mapie (no, może z jednym malutkim wyjątkiem), nawet na mapie tym razem wypisał wszystkie potrzebne informacje - słowem nie było się do czego przyczepić. To po co myśmy taki kawał drogi jechali????
Na szczęście, żeby nie umrzeć z tych nudów, sami zafundowaliśmy sobie rozrywkę i zgubiliśmy się już na pierwszym punkcie. Niewiele brakowało, a zgarnęlibyśmy lampion biegaczy, ale T. postanowił zakończyć ten eksperyment i zarządził powrót w okolice startu i podejście do punktu już na poważnie.
Dla urozmaicenia pobytu, postanowiliśmy także zdezoptymalizować trasę przejścia i pobiegać trochę zakosami między punktami, robiąc nadprogramowe kilometry układające się w zbędną pętelkę. Rzeka trochę ułatwiła nam robotę, bo dla utrudnienia postanowiliśmy korzystać tylko z jednego mostu, bez względu na to, czy jest nam do niego bliżej, czy dalej.
Nie zadbał o atrakcje organizator, to trzeba było sobie jakoś radzić.
Przy żarze lejącym się z nieba, moje siły wyparowały bezpowrotnie gdzieś po dwóch trzecich trasy i większość punktów za rzeką przeszłam mało świadomie. Do siedemnastki, którą zostawiliśmy sobie na deser, już nie doszłam - T. poleciał podbić karty, a ja wlokłam się w stronę mety.
Zaczęłam się zastanawiać - po kiego czorta ja łażę na Lampionadzie na tezety, skoro na innych imprezach już przestałam??? Chyba tylko dla towarzystwa, bo żadnego innego racjonalnego uzasadnienia nie wymyśliłam. Ale ostatecznie Cygan dla towarzystwa dał się powiesić, to ja mogę potezetować, a co tam....
Na szczęście, żeby nie umrzeć z tych nudów, sami zafundowaliśmy sobie rozrywkę i zgubiliśmy się już na pierwszym punkcie. Niewiele brakowało, a zgarnęlibyśmy lampion biegaczy, ale T. postanowił zakończyć ten eksperyment i zarządził powrót w okolice startu i podejście do punktu już na poważnie.
Dla urozmaicenia pobytu, postanowiliśmy także zdezoptymalizować trasę przejścia i pobiegać trochę zakosami między punktami, robiąc nadprogramowe kilometry układające się w zbędną pętelkę. Rzeka trochę ułatwiła nam robotę, bo dla utrudnienia postanowiliśmy korzystać tylko z jednego mostu, bez względu na to, czy jest nam do niego bliżej, czy dalej.
Nie zadbał o atrakcje organizator, to trzeba było sobie jakoś radzić.
Przy żarze lejącym się z nieba, moje siły wyparowały bezpowrotnie gdzieś po dwóch trzecich trasy i większość punktów za rzeką przeszłam mało świadomie. Do siedemnastki, którą zostawiliśmy sobie na deser, już nie doszłam - T. poleciał podbić karty, a ja wlokłam się w stronę mety.
Zaczęłam się zastanawiać - po kiego czorta ja łażę na Lampionadzie na tezety, skoro na innych imprezach już przestałam??? Chyba tylko dla towarzystwa, bo żadnego innego racjonalnego uzasadnienia nie wymyśliłam. Ale ostatecznie Cygan dla towarzystwa dał się powiesić, to ja mogę potezetować, a co tam....
niedziela, 10 maja 2015
Lampionada - III runda
T. obudził się rano woniejąc w sposób naturalny, mogliśmy więc bez obciachu pojechać na trzecią rundę Lampionady. Pogoda co prawda nie była zachęcająca, ale w końcu nie jeździmy tam dla przyjemności. Organizator niezwykle ucieszył się na nasz widok i rozpromienił niczym zakazana żarówka stuwatowa. Jakiś masochista chyba, bo wiadomo powszechnie, że jeździmy na Lampionadę żeby bić autora.
Ja wam mówię, on musi być masochistą, bo specjalnie przygotował mapę, która już na wstępie, bez wyruszania w teren prowokowała do bicia - bez długości trasy i bez limitu czasu.
Ale najlepsze, wiadomo, czekało na nas na trasie.
Na białej kartce autor, w ramach oszczędzania tuszu w drukarce, zaznaczył 12 maleńkich wycinków, na kilku zaznaczył PK, a resztę mieliśmy sami znaleźć mając podane azymuty i odległości. Pomysł całkiem fajny, chociaż warunki atmosferyczne trochę utrudniały pracę z mapą i kątomierzem. Daliśmy radę, aczkolwiek niektóre linie wyszły nam obok zaznaczonych wycinków. No, ale kreślone na kolanie, to wiadomo. Przynajmniej tak nam się na początku wydawało.
Ruszyliśmy do wycinka położonego najbliżej startu. PK stał mniej więcej w okolicach wyznaczonej przez nas linii. Kolejny PK, też z azymutu, wydawał się prosty. Szliśmy wpatrzeni w nasze kompasy, a mój nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Igła zmieniła położenie o prawie dziewięćdziesiąt stopni, a po krótkiej chwili wróciła na swoje miejsce.
- Mój kompas zwariował - oznajmiłam.
T. uważniej zaczął obserwować swój.
- Mój też!
Nasze kompasy jeszcze kilkakrotnie próbowały wywieść nas na manowce, ale my uparcie trzymaliśmy się wyznaczonego azymutu.
Jak nic, organizator przywiózł jakiś potężny elektromagnes, żeby tylko utrudnić znalezienie lampionów. Dziwak jakiś, no mówię wam - uważajcie na niego!
W okolicach szukanego PK błąkało się już kilka osób, a punktu nie było widać po horyzont. Zastosowaliśmy klasyczne czesanie lasu, w końcu natknęłam się na lampion w miejscu mało spodziewanym. Pasowało tak sobie, ale z braku innego wbiliśmy go. Konkurencja, która właśnie nadeszła, miała większe obiekcje, została więc czesać dalej.
Kolejny azymutowy punkt nie sprawił raczej większych kłopotów, chociaż polanka przy której miał stać lampion była taka sobie, na słowo honoru. Ostatecznie jednak wszyscy krążący po okolicy biegacze i maszerowacze spotkali się w jednym miejscu, więc to na pewno musiało być tu.
Postanowiliśmy zaatakować jedynkę. Wiadomo było, że jest za rzeką, a mosty są rzadkością. Ruszyliśmy do jednego z nich, ale spotkany po drodze M. S. przekonał nas, że bliżej będzie po zwalonym pniu. Zawróciliśmy i faktycznie po chwili doszliśmy do prowizorycznej przeprawy. Obejrzeliśmy ją, oszacowaliśmy nasze szanse i ... ruszyliśmy szukać jednak mostu. M. S. został walczyć z rzeką.
W drodze do mostu zgarnęliśmy dwójkę i w końcu, sporo nadkładając drogi wzięliśmy i jedynkę. Do czwórki długi przebieg, ale za to porządną drogą, bez moczenia nóg w trawach i borowinie. Ścieżka, na końcu której stał punkt, była tak minimalistyczna, że niemal wydawała się złudzeniem. A jednak ktoś przed nami już tam był, bo widać było wydeptane miejsce wokół lampionu.
Trójkę autor postawił zupełnie od czapy - daleko, w oderwaniu od pozostałych punktów, zupełnie z innej bajki. Jeśli chciał być bity, tym punktem w zupełności sobie na to zapracował. Mój zapał całkiem ostygł, więc T. pobiegł podbić karty, a ja snułam się po drodze.
Po przejściu pierdyliona kilometrów zbliżyliśmy się w okolice siódemki. Tak na nią szliśmy, że w końcu okazało się, że bliżej nam do dziewiątki. W sumie, co za różnica. Spotkaliśmy Dużego Paprocha, który też gdzieś tam miał swój punkt (pewnie ten sam co my), ale on pobiegł, a my dostojnie maszerowaliśmy. Ja to już całkiem dostojnie, bo zapas sił drastycznie mi się skurczył. Naprawdę, od trzydziestki to ludziom już nie powinno przybywać lat!
Na szukaniu dziewiątki spędziliśmy długie minuty. Przedzieraliśmy się pod linią energetyczną przez najgorsze chaszcze, ale punktu nigdzie nie było. W końcu postanowiliśmy znaleźć piątkę i od niej się namierzyć. Piątka była, tam gdzie być powinna, ale namierzanie dziewiątki znów nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Od nowa wykreśliliśmy azymut i narysowana linia w żaden sposób nie chciała przejść przez wycinek. W końcu daliśmy sobie spokój. Impreza bez BPKa, to impreza stracona!
Z nieznalezionej dziewiątki dałam się doprowadzić do siódemki, a potem w miejsce spodziewanej dziesiątki. Doszłam do etapu, kiedy jest mi już wszystko jedno i marzę jedynie o mecie i powrocie do domu.
Wykreślony azymut znowu przebiegał obok wycinka, ale postanowiliśmy powalczyć. Rozsypaliśmy się w tyralierę i przeczesali teren. Natknęłam się na ubezpieczenie punktu, ale samego lampionu nie było. Telefonicznie (bo obszar poszukiwań był rozległy) ściągnęłam T. na konsultację. Z braku perspektyw postanowiliśmy spisać kod z dopiskiem BL (brak lampionu).
Ostatkiem sił dowlokłam się do szóstki i wreszcie pojawiła się perspektywa powrotu. Do mety było daaaleeekoooo, ale i tak nie miałam wyjścia.
Autor trasy to miał dzisiaj szczęście - po dojściu byłam tak padnięta, że nie miałam siły na bicie:-( Wyraziłam tylko swoją opinię, że za taką trasę, to na mecie powinien czekać na nas z szampanem, kawiorem i kwiatami, do tego w stroju krakowskim i pawim piórkiem w ... czym tam chce.
A tak wyglądały nasze rozminięte azymuty:
Ja wam mówię, on musi być masochistą, bo specjalnie przygotował mapę, która już na wstępie, bez wyruszania w teren prowokowała do bicia - bez długości trasy i bez limitu czasu.
Ale najlepsze, wiadomo, czekało na nas na trasie.
Na białej kartce autor, w ramach oszczędzania tuszu w drukarce, zaznaczył 12 maleńkich wycinków, na kilku zaznaczył PK, a resztę mieliśmy sami znaleźć mając podane azymuty i odległości. Pomysł całkiem fajny, chociaż warunki atmosferyczne trochę utrudniały pracę z mapą i kątomierzem. Daliśmy radę, aczkolwiek niektóre linie wyszły nam obok zaznaczonych wycinków. No, ale kreślone na kolanie, to wiadomo. Przynajmniej tak nam się na początku wydawało.
Ruszyliśmy do wycinka położonego najbliżej startu. PK stał mniej więcej w okolicach wyznaczonej przez nas linii. Kolejny PK, też z azymutu, wydawał się prosty. Szliśmy wpatrzeni w nasze kompasy, a mój nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Igła zmieniła położenie o prawie dziewięćdziesiąt stopni, a po krótkiej chwili wróciła na swoje miejsce.
- Mój kompas zwariował - oznajmiłam.
T. uważniej zaczął obserwować swój.
- Mój też!
Nasze kompasy jeszcze kilkakrotnie próbowały wywieść nas na manowce, ale my uparcie trzymaliśmy się wyznaczonego azymutu.
Jak nic, organizator przywiózł jakiś potężny elektromagnes, żeby tylko utrudnić znalezienie lampionów. Dziwak jakiś, no mówię wam - uważajcie na niego!
W okolicach szukanego PK błąkało się już kilka osób, a punktu nie było widać po horyzont. Zastosowaliśmy klasyczne czesanie lasu, w końcu natknęłam się na lampion w miejscu mało spodziewanym. Pasowało tak sobie, ale z braku innego wbiliśmy go. Konkurencja, która właśnie nadeszła, miała większe obiekcje, została więc czesać dalej.
Kolejny azymutowy punkt nie sprawił raczej większych kłopotów, chociaż polanka przy której miał stać lampion była taka sobie, na słowo honoru. Ostatecznie jednak wszyscy krążący po okolicy biegacze i maszerowacze spotkali się w jednym miejscu, więc to na pewno musiało być tu.
Postanowiliśmy zaatakować jedynkę. Wiadomo było, że jest za rzeką, a mosty są rzadkością. Ruszyliśmy do jednego z nich, ale spotkany po drodze M. S. przekonał nas, że bliżej będzie po zwalonym pniu. Zawróciliśmy i faktycznie po chwili doszliśmy do prowizorycznej przeprawy. Obejrzeliśmy ją, oszacowaliśmy nasze szanse i ... ruszyliśmy szukać jednak mostu. M. S. został walczyć z rzeką.
W drodze do mostu zgarnęliśmy dwójkę i w końcu, sporo nadkładając drogi wzięliśmy i jedynkę. Do czwórki długi przebieg, ale za to porządną drogą, bez moczenia nóg w trawach i borowinie. Ścieżka, na końcu której stał punkt, była tak minimalistyczna, że niemal wydawała się złudzeniem. A jednak ktoś przed nami już tam był, bo widać było wydeptane miejsce wokół lampionu.
Trójkę autor postawił zupełnie od czapy - daleko, w oderwaniu od pozostałych punktów, zupełnie z innej bajki. Jeśli chciał być bity, tym punktem w zupełności sobie na to zapracował. Mój zapał całkiem ostygł, więc T. pobiegł podbić karty, a ja snułam się po drodze.
Po przejściu pierdyliona kilometrów zbliżyliśmy się w okolice siódemki. Tak na nią szliśmy, że w końcu okazało się, że bliżej nam do dziewiątki. W sumie, co za różnica. Spotkaliśmy Dużego Paprocha, który też gdzieś tam miał swój punkt (pewnie ten sam co my), ale on pobiegł, a my dostojnie maszerowaliśmy. Ja to już całkiem dostojnie, bo zapas sił drastycznie mi się skurczył. Naprawdę, od trzydziestki to ludziom już nie powinno przybywać lat!
Na szukaniu dziewiątki spędziliśmy długie minuty. Przedzieraliśmy się pod linią energetyczną przez najgorsze chaszcze, ale punktu nigdzie nie było. W końcu postanowiliśmy znaleźć piątkę i od niej się namierzyć. Piątka była, tam gdzie być powinna, ale namierzanie dziewiątki znów nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Od nowa wykreśliliśmy azymut i narysowana linia w żaden sposób nie chciała przejść przez wycinek. W końcu daliśmy sobie spokój. Impreza bez BPKa, to impreza stracona!
Z nieznalezionej dziewiątki dałam się doprowadzić do siódemki, a potem w miejsce spodziewanej dziesiątki. Doszłam do etapu, kiedy jest mi już wszystko jedno i marzę jedynie o mecie i powrocie do domu.
Wykreślony azymut znowu przebiegał obok wycinka, ale postanowiliśmy powalczyć. Rozsypaliśmy się w tyralierę i przeczesali teren. Natknęłam się na ubezpieczenie punktu, ale samego lampionu nie było. Telefonicznie (bo obszar poszukiwań był rozległy) ściągnęłam T. na konsultację. Z braku perspektyw postanowiliśmy spisać kod z dopiskiem BL (brak lampionu).
Ostatkiem sił dowlokłam się do szóstki i wreszcie pojawiła się perspektywa powrotu. Do mety było daaaleeekoooo, ale i tak nie miałam wyjścia.
Autor trasy to miał dzisiaj szczęście - po dojściu byłam tak padnięta, że nie miałam siły na bicie:-( Wyraziłam tylko swoją opinię, że za taką trasę, to na mecie powinien czekać na nas z szampanem, kawiorem i kwiatami, do tego w stroju krakowskim i pawim piórkiem w ... czym tam chce.
A tak wyglądały nasze rozminięte azymuty:
wtorek, 14 kwietnia 2015
Lampionada II
Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki po powrocie z Kolbuszowej, a tu już trzeba było wstawać do Mińska, bo Lampionada czeka. Na pierwszą rundę nie pojechałam, bo padłam po "Krokusach", byłam więc bardzo ciekawa tej nowej imprezy.
Start zlokalizowano w pobliżu najstarszej sosny świata. To znaczy Polski. Swoją drogą niesamowicie jestem ciekawa kto miał tyle czasu, żeby zrobić inwentaryzację wszystkich sosen w kraju i określić ich wiek.
Startować mieliśmy w kategorii TZ, ale poprzednio mapa była prościutka, więc się specjalnie nie stresowałam. Organizator wcisnął nam dwie karty startowe i od razu wiedziałam, że całą uwagę zaprzątnie mi pilnowanie mojej.
Mapa typowo biegowa, ale dla urozmaicenia połowę punktów trzeba było sobie wyznaczyć samodzielnie, zgodnie z podanymi azymutami i odległościami. Przycupnęliśmy więc przy drodze, pomierzyli, wykreślili i nawet na obydwu mapach wyszły nam niemal te same miejsca.
Przebieżność lasu - marzenie! Przy dobrym wzroku można by listki policzyć na drzewie stojącym kilometr dalej. A przynajmniej tak mi się wydawało porównując las kolbuszowski i ten.
Ruszyliśmy na jedynkę. Po drodze uświadomiliśmy sobie, że musimy przejść niemal przy piętnastce, więc warto ją zgarnąć. Może i nieregulaminowo, ale za to jak praktycznie:-) Oba punkty znaleźliśmy bez problemów, a tuż obok w gratisie stała jeszcze dwójka. Na trójkę daleko - ponad 500 metrów. Na takiej odległości łatwo zejść z azymutu, ale idąc na dwa kompasy mogliśmy się wzajemnie korygować. Udało się i trójka nasza! Teren powoli zaczynał się zmieniać i pod nogami pojawiła się nadprogramowa roślinność, ale gdzie jej tam było to jeżyn z poprzedniej imprezy! Czwórkę autor mapy umieścił w dołkowym zagłębiu - normalnie dołek na dołku. I jak znaleźć ten właściwy? A jednak; w jednym z nich czerwienił się lampion.
Z czwórki na piątkę ruszyliśmy już bardziej drogami, bo ta roślinność... Piątki nigdzie nie było.Sczesaliśmy kilka hektarów, w końcu przyuważyłam, w które miejsce idzie najwięcej osób. Faktycznie, stał tam punkt, ale nam nie pasował do obliczeń. Miałam ochotę go podbić, bo dla mnie przesunięcie tak do pół kilometra, to żadna różnica, T. jednak (dla zasady) gardłował:
- Bepek! Bepek!
Męża należy wspierać i solidaryzować się z nim, więc pożegnałam się z lampionem i wpisałam tego bepeka. Oczywiście następny punkt stał w innym miejscu niż wynikało z naszych pomiarów i chociaż spodziewaliśmy się gdzie jest, zasady nie pozwoliły nam się nawet do niego zbliżyć. To znaczy, mi by pozwoliły, ale wspierałam i solidaryzowałam się.
Punkty od siedem do trzynaście były naniesione przez budowniczego trasy, więc już zgodnie z mapą - to drogą, to przełajem - ruszyliśmy po nie. Przy dwunastce autor nie pomyślał o powieszeniu lampionu, a z opisu na mapie wynikało, że jednak powinien być.Wpisaliśmy więc zadanie, które było do zrobienia oraz kolejnego bepeka. A niech ma!
Czternastka prościutka i już mieliśmy lecieć na metę, ale zorientowaliśmy się, że umknęła nam gdzieś jedenastka. Była nam zupełnie nie po drodze, ale żal zostawić, więc spięliśmy się i potruchtali po nią.
Potem już tylko na metę, bo wiadomo - trzeba bić autora! T. bił i bił, aż żal było patrzeć. Jak już spełnił swoją powinność i przykry obowiązek mieliśmy za sobą, można było z autorem przyjacielsko pogadać. Obiecaliśmy zjawić się na kolejnej, trzeciej rundzie i odbić sobie niepowodzenie w drugiej.
Sosno! Wkrótce znowu przybywamy!
Start zlokalizowano w pobliżu najstarszej sosny świata. To znaczy Polski. Swoją drogą niesamowicie jestem ciekawa kto miał tyle czasu, żeby zrobić inwentaryzację wszystkich sosen w kraju i określić ich wiek.
Startować mieliśmy w kategorii TZ, ale poprzednio mapa była prościutka, więc się specjalnie nie stresowałam. Organizator wcisnął nam dwie karty startowe i od razu wiedziałam, że całą uwagę zaprzątnie mi pilnowanie mojej.
Mapa typowo biegowa, ale dla urozmaicenia połowę punktów trzeba było sobie wyznaczyć samodzielnie, zgodnie z podanymi azymutami i odległościami. Przycupnęliśmy więc przy drodze, pomierzyli, wykreślili i nawet na obydwu mapach wyszły nam niemal te same miejsca.
Przebieżność lasu - marzenie! Przy dobrym wzroku można by listki policzyć na drzewie stojącym kilometr dalej. A przynajmniej tak mi się wydawało porównując las kolbuszowski i ten.
Ruszyliśmy na jedynkę. Po drodze uświadomiliśmy sobie, że musimy przejść niemal przy piętnastce, więc warto ją zgarnąć. Może i nieregulaminowo, ale za to jak praktycznie:-) Oba punkty znaleźliśmy bez problemów, a tuż obok w gratisie stała jeszcze dwójka. Na trójkę daleko - ponad 500 metrów. Na takiej odległości łatwo zejść z azymutu, ale idąc na dwa kompasy mogliśmy się wzajemnie korygować. Udało się i trójka nasza! Teren powoli zaczynał się zmieniać i pod nogami pojawiła się nadprogramowa roślinność, ale gdzie jej tam było to jeżyn z poprzedniej imprezy! Czwórkę autor mapy umieścił w dołkowym zagłębiu - normalnie dołek na dołku. I jak znaleźć ten właściwy? A jednak; w jednym z nich czerwienił się lampion.
Z czwórki na piątkę ruszyliśmy już bardziej drogami, bo ta roślinność... Piątki nigdzie nie było.Sczesaliśmy kilka hektarów, w końcu przyuważyłam, w które miejsce idzie najwięcej osób. Faktycznie, stał tam punkt, ale nam nie pasował do obliczeń. Miałam ochotę go podbić, bo dla mnie przesunięcie tak do pół kilometra, to żadna różnica, T. jednak (dla zasady) gardłował:
- Bepek! Bepek!
Męża należy wspierać i solidaryzować się z nim, więc pożegnałam się z lampionem i wpisałam tego bepeka. Oczywiście następny punkt stał w innym miejscu niż wynikało z naszych pomiarów i chociaż spodziewaliśmy się gdzie jest, zasady nie pozwoliły nam się nawet do niego zbliżyć. To znaczy, mi by pozwoliły, ale wspierałam i solidaryzowałam się.
Punkty od siedem do trzynaście były naniesione przez budowniczego trasy, więc już zgodnie z mapą - to drogą, to przełajem - ruszyliśmy po nie. Przy dwunastce autor nie pomyślał o powieszeniu lampionu, a z opisu na mapie wynikało, że jednak powinien być.Wpisaliśmy więc zadanie, które było do zrobienia oraz kolejnego bepeka. A niech ma!
Czternastka prościutka i już mieliśmy lecieć na metę, ale zorientowaliśmy się, że umknęła nam gdzieś jedenastka. Była nam zupełnie nie po drodze, ale żal zostawić, więc spięliśmy się i potruchtali po nią.
Potem już tylko na metę, bo wiadomo - trzeba bić autora! T. bił i bił, aż żal było patrzeć. Jak już spełnił swoją powinność i przykry obowiązek mieliśmy za sobą, można było z autorem przyjacielsko pogadać. Obiecaliśmy zjawić się na kolejnej, trzeciej rundzie i odbić sobie niepowodzenie w drugiej.
Sosno! Wkrótce znowu przybywamy!
niedziela, 29 marca 2015
Lampionada na ostro!
T. po Zawieprzycach wcale nie miał dość i wybrał się na Lampionadę:
Testuję nowa imprezę. Cykliczną, w Mińsku Mazowieckim.
Testuję samopas, bo Moja Druga Połowa czuje stanowczy przesyt po wczorajszych
wyczynach w Zawieprzycach i odmówiła współpracy.
Na pierwszy ogień trafienie do bazy. Jako że już kiedyś
błądziłem w okolicy, udało się całkiem sprawnie, bez wspomagania niedozwolonymi
środkami technicznymi. Na starcie organizator i pierwszy chętny do biegu. Ja
ruszam na TZ. Okazuje się, że ów TZ przypomina typowe TP. Jak zwał tak zwał –
podejrzewając jakieś podstępy budowniczego ruszam ostrożnie w teren, wyznaczam
skale i inne takie. Jakoś nie widzę żadnych niespodzianek. Delektuję się
przyrodą – pięknym drzewkiem na PK 9, najstarszą w Polsce sosną z PK5. Tzn. owa
sosna (trzeba było zapamiętać jej obwód - 360cm) w żaden sposób nie kolegowała
się z lampionem. Chodziłem tu i tam, zwiedziłem jakieś bagienko, przekopałem
pobliskie górki i nic. Zastanawiałem się czy na zapałki przerabiać pobliski
stos metrówek… Bo karta startowa była zafoliowana i BPKa nie było jak wpisać.
Olśniło mnie, że mam marker cd/dvd! Wpisałem BPKa i zniesmaczony poszedłem na
4-ke. Tu spotkałem idących pod prąd S.O. i M.S. M.S. na migi pokazuje mi „nie
ma”. Sławek potwierdza. Jak Tomasz nie wierzę i samodzielnie czeszę teren.
Rzeczywiście nie ma! Drugi pod rząd wrrr. Mijając kolejne grupy znajomych (jak
widać znowu poszedłem pod prąd), wesoło podbiegając, przemieszczałem się dalej
w kierunku mety. Tu oczywiście chciałem obić organizatora, ale że to pierwszy
jego raz, więc wspaniałomyślnie mu darowałem!
Jako że TZ pokonałem żwawo, została chwila do godziny
powrotu, którą wyznaczała mi MDP – akurat by się przebiec. Szybka zmiana stroju
i na start. Jako weteran, a co! I tu zaczęło się „na ostro”. Dokładnie po
pierwszym PK. Numerek drugi był dla mnie nowy, ale w charakterystycznym
miejscu, łatwy do zlokalizowania względem PK 11 z trasy TZ. Namierzyłam,
zakręciłem w krzaki gdzie trzeba i… trafiłem na dziką różę. Naprawdę ostrą!
Brocząc krwią z rozległych ran kłutych rozglądam się za lampionem. Nie ma!
Patrzę na mapę, kombinuje, namierzam z tej i z drugiej strony. A lampionu jak
nie było, tak nie ma. Całkiem zniechęcony postanawiam czesać dalej. Wreszcie
znajduję, ale skandalicznie daleko od miejsca gdzie być powinien – pewno
budowniczy wolał uniknąć kontaktu z kolcami – całkiem go rozumiem. Ogólnie
teren jest bardzo kolczasty i bieganie na azymut tylko w nielicznych
fragmentach lasu jest możliwe i często to, co wg mapy powinno być dobrze
przebieżne, jest dobrze kłujące. Po czasie straconym na PK2 straciłem chęć do
biegu. Biegowo i kondycyjne wykończyły
mnie długie przebiegi pomiędzy PK4-5-6. Unikając kolców pogubiłem się na PK 8
(trochę mapa mi się z terenem tu nie zgadzała 9-tka stała prawie przy linii SN
a 8 była od niej zbyt daleko). Potem bezsensowny przebieg z PK 11 na PK 12 (co
niektórzy forsowali „wodę nie do przebycia” po zwalonym pniu – i właściwie
powinni być zdyskwalifikowani! – ja pobiegłem przepisowo „na około”). A PK12
oczywiście nie było (tzn. leżał sam lampion bez perforatora, ale w innym
miejscu) – kolejne stracone minutyL.
Na metę już ostatkiem sił (dla mnie optymalne jest 3-3.5km a nie 6, które w
praktyce zmieniły się na 7kmL
). W każdym razie dobiegłem, choć czas raczej do najlepszych nie należy. Teraz
czas na regenerację i wyciąganie z ciała licznych fragmentów róży i jeżynJ
Subskrybuj:
Posty (Atom)

