Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oswój Smoka!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oswój Smoka!. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2020

Mafia Wołomińska kontra smok z Pruszkowa

Smok kusił dojściówką. Dojściówką nietypową. Bo "Na mapie zaznaczono miejsca, w których stołuje się puszkowski smok&quot. Dalej był opis co taki smoka zjada (jak by ktoś się pytał to koty, jelenie, żaby i inne stworzenia, byle nie mniejsze niż 10cm;-)
Część dojściówki dało się wyczaić przy pomocy StreetView (czego to nie można zrobić przy pomocy tego narzędzia) ale, że aktualność zdjęć była taka sobie, to nie wiadomo czy to smocze pożywienie się nie przeterminowało i trzeba było sprawdzić wszystko osobiście;-)

Pojechaliśmy chwilę wcześniej i metodą moto-pieszą przemieszczaliśmy się pomiędzy punktami, a gdzie nie dawało się dojechać autem wysyłaliśmy zwiad pieszy;-). Na trasie usiłowałem rozjechać Przemka gdzieś koło PK 8. Na koniec zaparkowaliśmy w okolicy startu i i zaliczyliśmy ostatnie PK, a następnie drogą okrężną – wprawiając w zdziwienie innych uczestników dojściówki, bo poruszaliśmy się pod prąd – dotarliśmy na miejsce startu.


Miejsce startu - w głębi wyspa - zastanawialiśmy się czy na niej będzie lampion

Miejsce startu położone na malowniczo wysuniętym przyczółku na Stawie Potulickich. Szybko pobraliśmy kartę i ruszyliśmy na trasę.
Startujemy
 Tzn. ruszyliśmy dopasowywać wycinki. Nawet całkiem sprawnie udało się znaleźć miejsce połączeń, ale zabrakło nam weny twórczej i nożyczek by zrobić całościowy obraz mapy z optymalnymi przejściami pomiędzy punktami. Trochę wyższej matematyki pozwoliło ustalić priorytety – z małych wycinków trzypunktowych bierzemy wszystko bo musimy, podobnie PK 5A a pozostałe 25 pp trzeba rozłożyć na 4 wycinki (czyli po 6 lub 7 pp z wycinka). Wydawało się to osiągalne, więc ruszyliśmy na trasę, by zaliczyć choć jeden PK i być klasyfikowanym;-) Po PK 28 narzucał się wycinek parkowy i PK 1E. I tu mała konsternacja – potwierdzenie to suma cyfr z obiektu, ale znaleźliśmy dodatkowy napis pracowicie wydrapany na kamieniu "Tu byłem 21-I-2001" czy jakoś tak (cytowane z pamięci). Czy miesiąc "I" to cyfra? Niby tak, ale jakaś taka inna, więc jak ją liczyć? Na wszelki wypadek wpisaliśmy sumę cyfr arabskich + "I";-).

Dalej było prosto, punkty z wycinka banalne. Wychodziło nam, że po tej stronie ul. B. Prusa więcej PK nie ma i wszystko kręci się wokół stawów. Logika mówi, że powinno być coś blisko, tylko co? Przeszliśmy pod mostem razem z biegiem Utraty (trochę po śladach konkurencji) i zobaczyliśmy, że wyczesali oni jakiś lampion na przepuście. Chwila burzy mózgów i dopasowaliśmy wycinak w kształcie gwiazdki, który wiedzieliśmy, z którym innym się łączy, ale nie mieliśmy go zlokalizowanego względem startu – oszczędziło nam to masę czasu i chodzenia;-)
Wycinki obowiązkowe (te trzypunktowe) mamy zaliczone. Teraz trzeba kalkulować, które PK brać, by uzbierać brakujące 27 pp. Podbiliśmy 3I, 3H, z tego wycinka zostaje 1H, który jest daleko, i po drodze zaliczymy PK z kolejnego wycinka. Tylko które? Kilka razy zmieniając decyzję (bo wynik sumowania wychodzi różny w zależności od wielu czynników) chwilę pomotaliśmy się po parku i totalnie naokoło zaliczyliśmy PK 5K, 3K i 2K i 1K z innego wycinku, docierając do wspomnianego wcześniej PK 1H. Wyszło nam, że jesteśmy w punkcie trasy najbardziej oddalonym od startu. Powrót przez wycinek z PK 2C, 2D i 3C był formalnością, tym bardziej, że wokoło krążyły inne zespoły.

Został nam wycinek ze startem i do podbicia z niego 2 PK. Sęk w tym, że ten wycinek był daleko i bezproduktywnie musieliśmy przejść przez teren który już wcześniej zwiedziliśmy.
Obowiązkowy PK 5A sprytnie schował się w nienarysowanej na mapie bramie – tu chwilę szukaliśmy go zwiedzając okoliczne podwórka.
Gdzieś tu ukrył się PK 5A
 Został jeszcze jeden PK i mało czasu. Trzeba trochę podbiec, bo marszem ciut się spóźnimy, a tak mamy realną szansę na komplet PK w czasie!
Co tu dużo mówić, łatwo nie było, ale zdążyliśmy (i mamy oficjalnie pierwsze miejsce – oczywiście nie sami, bo ten smok był wyjątkowo łagodny) – nawet udało się zapozować do zdjęcia z oddawaniem karty startowej;-)
Oddawanie karty startowej - zdjęcie pozowane

Smok puszkowski - taki nam wyszedł na mapie - trochę chyba przypomina pieska...

niedziela, 14 stycznia 2018

Swojski Smok

Dawno, dawno temu, za górami i za lasami…
No dobra, nie tak dawno temu pojawił się smok. Taki nieoswojony AD 2018. Na Bródnie, czyli całkiem niedaleko. Udaliśmy się go oswajać.  Co tu dużo pisać, smok był jakiś taki całkiem niepodobny i strasznie gwiazdorzył! Wiadomo jak to jest z tymi gwiazdami, niby wszyscy je widzą, a dotrzeć do takiej, to nie lada kłopot. My także z kłopotami dojechaliśmy na start  - no, na odcinku 3 ulic (ze 300m) znaleźliśmy aż trzy budowle wyglądające na szkoły (a start miał być pod szkołą), otoczone typowymi dla szkoły znakami drogowymi dziewczynki z balonikiem.
Dzięki mapom gogle jakoś się udało i dotarliśmy. Opłaciliśmy się i poszliśmy w świat, znaczy polecieliśmy na jakieś tam gwiazdy. Najwięcej problemów sprawiała gwiazda ze startem (no dobra, startu – takiego prawdziwego trójkącika - na gwieździe zabrakło), tak nas zakręciła, że poszliśmy w drugą stronę. Potem zawróciliśmy i chyłkiem przemknęliśmy obok startu, by nikt nas nie dojrzał. Przy pierwszym PK trafiliśmy na problem natury kaligraficznej  - kto teraz pamięta jak pisze się greckie litery? W filmach to słyszy się tylko wojskowe wersje alfabetu greckiego:  Alfa, Bravo, Delta… No tak, na dodatek okazuje się, że Bravo to wcale nie jest greckie!
Już przy pierwszym PK widzieliśmy jak jakiś zespół bierze stowarzysza. Przy kolejnym PK lampion się wyraźnie komuś się nie spodobał (lub raczej spodobała się kredka) bo leżał smutny i z lekka porozrywany pod płotem. Potem odkryliśmy kolejną (niebieską) gwiazdę i kolejną, trochę miotając się bez sensu po firmamencie w te i we w te, pomiędzy podwójnymi PK. Dalej skok nadprzestrzenny na kolejne skupisko gwiazd. Tu włączyliśmy napęd międzyplanetarny i na azymut, na wprost przez wszelakie okoliczne górki oraz suche zbiorniki wodne, o mało nie rozdeptując plażującej Sylwii, przemierzając przestrzeń nieregularnymi skokami zabraliśmy co się dało. Kilka razy udało się przeczołgać przez krzaki (jakieś zapuszczone ogrodniczo te gwiazdy były).
PK ukryty w krzakach wymagał wczołgania się!
Także dokonaliśmy kalkulacji, z których wynikało, że do ogona Smoka (Alfa, Kappa) wcale lecieć nie musimy. Wróciliśmy więc w kierunku głowy smoka. Tu znowu co nieco zakręciły nas te niebieskie gwiazdki. W szczególności taka o wdzięcznym oznaczeniu Epsilon. No bo miała być tylko „uatrakcyjniona kosmicznym fioletem”, a nie poddana inwersji! Z gwiazdki którą dostaliśmy w żaden sposób nie wynikało, że to białe co wygląda jak ściany, wcale ścianami nie jest! W dobrej wierze znaleźliśmy nawet właściwy PK tuż przy ścianie budynku, ten którego autor nie postawił i który nie został nam zaliczony! To normalnie jakaś kosmiczna granda! :-) Zgłaszam niniejszym formalny wniosek o potraktowanie naszego BPK jako PS-a! (a co -  skoro nie ma zasad, to do końca niech ich nie ma! Jak nic nasz BPK był stowarzyszony, bo stał w odległości 2-5mm od właściwego PK!)
W każdym razie ten BePeK tak nas zakręcił, że zamiast nie ryzykować (bo poznaliśmy wcześniej Sylwię z zadania) i wpisać zadanie, odpuścić sobie ostatni PK i z kompletem 44 pp zmieścić się w czasie, jak głupi pobiegliśmy gdzieś „na koniec świata” szukać ostatniego brakującego PK. Oczywiście w drodze na metę znowu się zgubiliśmy przy szkole stowarzyszonej (jak nic, szkoła ogłupia!)
Schemat smoka
No cóż Smoka nie oswoiliśmy, ale głupio by było tak go od razu na starcie oswoić, bo co byśmy robili w kolejnych odsłonach?

piątek, 25 sierpnia 2017

Smok

Tak się ostatnio rozdługodystansiłam, że jak nadszedł Oswój Smoka, to wpadam w panikę - czy ja jeszcze ogarnę?! W sensie - czy mapę ogarnę. Bo na tych długich, to mapa taka bardziej TP, czyli kawa na ławę, kombinować nie trzeba, tylko iść. Na szczęście zapisałam się razem z Tomkiem, więc jakby co, to sądziłam, że on zapanuje nad mapą.
Mapa okazała się być.... hmm, niebanalna. To znaczy w pewnym sensie banalna - wycinki mające wspólną część, ale znalezienie tych części nie było takie od pierwszego rzutu oka, bo pochodziły z różnych map i były w różnych skalach.
Zaplanowaliśmy zacząć od PK 14, bo był z leśnych najbliżej startu, a postanowiliśmy iść najpierw w las, póki w miarę jasno. Nooo, to nie udało się go znaleźć i doszliśmy do PK 74. Też dobrze. W drodze na 40 Tomek wynalazł coś po drodze z innego wycinka, ale co? - nie mam pojęcia, bo do tego momentu nie udało mi się jeszcze ogarnąć całości. No dobra, przyznam się od razu - do samego końca nie udała mi się ta sztuka. Skoro i tak nie wiedziałam gdzie iść, postanowiłam iść za Tomkiem i robić mądre miny, kiedy będzie się odwracał, co i tak nie miało sensu, bo mnie zna i wie, kiedy wiem, a kiedy nie wiem. No więc tak sobie szliśmy z rzadka biorąc jakiś punkt, robiło się coraz ciemniej, Tomek przestał ogarniać (on się nie przyzna, ale jak czesze las po całości, to naprawdę znaczy, że tylko mniej więcej wie co i gdzie).

Prawdę mówiąc wpadłam w lekką frustrację. Za trudny ten Smok był, no za trudny. Jako TZ to w porządku, ale na TO idą ludzie od początkujących, do zaawansowanych. Początkujący mieli szansę na raptem kilka punktów. Jak się nastawili na fajną zabawę, to ja wiem czy taka fajna była. Ja to przynajmniej wiem, że cienka jestem i choćbym sto lat chodziła to pewnego poziomu nie przekroczę i większych złudzeń nie miałam. Takie malutkie tylko. A i one umarły...
Do  "miejskiej" części trasy przenieśliśmy się, kiedy skończył się nam czas podstawowy i po kilka wybranych punktów polecieliśmy już biegiem. Tutaj przynajmniej wiedziałam gdzie jestem i dokąd iść. Wiedziałam tak mniej więcej, bo szczegółów mapy to za bardzo po ciemaku nie widziałam, a na głowie miałam tylko malutkie bździdło dające pare lumenów światła.
Tego całego przeliczania punktów, to w ogóle nawet nie próbowałam pojąć, bo co to ma wspólnego z orientacją?
Na mecie okazało się, że sporo osób nie dało rady wziąć wymaganych 126,5 PP i teraz z niecierpliwością czekam na wyniki, bo ciekawa jestem, czy faktycznie było trudno, czy to mi poziom tak podupadł.

piątek, 28 sierpnia 2015

Powakacyjne oswajanie. Także Smoka.

Po miesięcznej przerwie od InO trzeba było się oswoić. Z mapą i ze Smokiem.
Wzięłam mapę do ręki i ... uświadomiłam sobie, że nie wiem co z nią zrobić! Składanie mapy z reguły należy do mnie, a tu - katastrofa! Nawet nie pamiętałam jak zacząć!  Najwyraźniej nie mam jeszcze tego we krwi i nawet krótka przerwa zakłóca mi działanie. Na szczęście T. trochę znał teren, więc dwa jaja umiejscowił mniej więcej w przybliżonych okolicach smoka.
Ruszyliśmy. Najpierw jak to dziecko we mgle kurczowo trzymałam się T., ale po chwili blokada puściła i zauważyłam, że to co na mapie, jest też w rzeczywistości. Jakieś zapadnie w mózgu się pootwierały i udało mi się przypasować ostatnie jajo. Ruszyliśmy ostro z kopyta, czyli biegusiem. (Dygresja o bieganiu będzie na końcu. A jak zapomnę, to nie będzie.)
Trochę mnie dziwiło, że nigdzie nie spotykamy innych inowców, ale uznałam, że póki lampiony wiszą na drzewach we właściwych miejscach, to nie ma powodów do niepokoju.
Już na początku trasy daliśmy się złapać na punkt podwójny i musieliśmy wracać, na szczęście niezbyt daleko. W związku z powrotem, zmieniliśmy trochę koncepcję przejścia i jak zawsze wyszło nam, że znowu pójdziemy mało optymalnie. No tak już mamy.
Póki było jasno, w zupełności ogarniałam, gnałam z punktu na punkt, a T. podliczał i decydował które zbieramy. Kiedy zrobiło się ciemniej i trzeba było wyjąć latarki, przestałam nadążać z ogarnianiem, bo T. poganiał, a ja żeby patrzyć w mapę po ciemaku to muszę mieć odrobinę luksusu i czasu. Wobec takiego zbiegu okoliczności już tylko gnałam, a T. liczył, decydował i prowadził. Zresztą wcale tak bardzo nie prowadził mapą, tylko znał teren i wiedział gdzie co jest.
Przy podwójnym 31/44 wreszcie spotkaliśmy "naszych" i tym razem nie daliśmy się nabrać na podwójność punktu - spisaliśmy od razu jak trzeba.
Ponieważ z braku czasu na studiowanie mapy straciłam kontakt ze smoczą rzeczywistością, trochę zaczęło mi się nudzić, bo oprócz przemieszczania się szybciej lub wolniej, jedynym moim zadaniem było pilnowanie kompasu i latarki, które bambylały mi przypięte do plecaka. Ewentualnie mogłam jeszcze obserwować grupy kibiców, które zapełniały każdą wolną przestrzeń i wywoływały we mnie uczucie niepokoju.
W końcu z wymaganą ilością punktów, ciut przed limitem czasu dotarliśmy na metę. Jak miło po przerwie zobaczyć te wszystkie orientalne gęby:-) Co prawda Leśnego Dziada to zobaczyłam tak z połowę (chyba w ramach oszczędności sił raz na zawody idzie jedna połowa, raz druga), D. W. też wydał mi się jeszcze bardziej wiotki niż zwykle, M. G. nieustannie jak przecinek... Co z tymi facetami???? Jacyś w zaniku! Bo z kobitkami wszystko w normie mi się wydało. I gdzie tu sprawiedliwość???

Obiecana dygresja:
No bo tak ogólnie, to zaczęliśmy na poważnie biegać. T. wynalazł jakiś plan treningowy typu: "od kwękacza do biegacza" i zaczęliśmy go wdrażać w życie. T. długo nie nawdrażał, bo jedna nóżka bardziej, ale ostatnio olał nóżkę i znowu trenuje.
Tak się cieszyłam, że biegam, biegam, BIEGAM!!! Aż tu któregoś dnia przeglądając internety, dowiedziałam się, że to co z takim wysiłkiem i samozaparciem robię, to wcale nie jest bieganie. To nawet nie jest jogging. To jest slow jogging! Czyli "bieg" wolniejszy od spaceru...
Na pocieszenie piszą, że od tego slow traci się kalorie szybciej niż przy szybkim biegu. W moim przypadku jeszcze jakoś tego nie widać, ale na razie się nie poddaję.

środa, 17 czerwca 2015

Cztery Syrenki i Smok piąty.

Wciąż obolała po triathlonie poważnie zastanawiałam się czy iść oswajać tego Smoka razem z T. wyczynowo, czy lepiej sama, ale za to rekreacyjnie - tyle ile nogi dadzą radę. Zaryzykowałam pójście z T. zakładając, że w znanym terenie może nie będziemy się błąkać, tylko raz dwa zbierzemy co trzeba i szybko wrócimy.
Jak zawsze, najtrudniejsze było podjęcie decyzji - od czego zaczynamy i w którą stronę idziemy. W związku z tym po zgarnięciu najbliższego punktu ruszyliśmy najpierw w jedną stronę, potem (po zmianie koncepcji) w drugą, następnie w trzecią i pozostaliśmy przy czwartej. Albo piątej, nie pamiętam, bo się pogubiłam w liczeniu.
Mimo, że mapa była łatwa, z podpisanymi ulicami, ze znanym (choćby z biegów) terenem, nijak nie mogłam połączyć tych Syrenek do kupy. A składanie mapy to na ogół moja działka. Chyba mi ten triatlon zaszkodził nie tylko na nogi...
Wspomagając się znajomością terenu jakoś zaczęliśmy gromadzić te wymagane pięćdziesiąt punktów. Po drodze spotkaliśmy chyba ze sto osób z mapami, mimo, że oficjalnie na liście było ciut ponad pięćdziesiąt. A może tylko ja podwójnie widziałam? W niektórych miejscach w ogóle nie trzeba było szukać punktów, bo wystarczyło iść za tłumem.
Jakieś wredne budowniczki trasy (nie będę pokazywać palcem, bo to nieładnie, ale one niech się poczuwają) tak kombinowały z trasą, żeby przelecieć się po chyba wszystkich okolicznych schodach. A wiadomo, że z obolałymi kończynami krocznymi jest to ból. Wielki ból! Zaciskałam więc z bólu zęby i bohatersko parłam dalej.  Nie wiem czy nie należy mi się jakieś specjalne wyróżnienie za hart ducha!
Na sam koniec, kiedy zaczęliśmy już wracać, T. po raz kolejny podliczył punkty i co się okazało? No co? Zamiast nadmiaru , jak wynikało z dotychczasowych wyliczeń, mieliśmy niedomiar. Musieliśmy wrócić po jeszcze jeden punkcik. Na szczęście mieliśmy spory zapas czasu, który jeszcze wzrósł po podbiciu ostatniego  PK. W związku z koniecznością spóźnienia się na metę o dziesięć minut (spryciarze, spryciarze) zaliczyliśmy powolny spacer w stronę mety, zwiedzanie stacji metra z wykorzystaniem dwóch wejść do niej, kontemplację Syrenki. A na koniec odczekaliśmy jeszcze parę minut na samej mecie.


A potem to już tylko festiwal ciast. Załapałam się na cztery różne.
Ale po pół kawałka, żeby nie było!
Syrenka pomagała kroić ciasta, bo co się jej miał miecz marnować

A przepis na zielone będzie w odrębnym wątku.

środa, 20 maja 2015

Jak oswajałam Smoka

Po poprzednim Smoku, T. usiłował wyjaśnić mi zawiłe zasady zbierania punktów, ale niespecjalnie go słuchałam wychodząc z założenia, że drugi raz nie zrobią tego samego. A jednak! Jakaś nowa świecka tradycja...
Obejrzałam i przeczytałam mapę i teoretycznie rozumiałam o co chodzi, natomiast za nic nie byłam w stanie obliczyć, które punkty najlepiej zebrać. Poczułam się jak Miś o Bardzo Małym Rozumku:-( W związku z tym, czym prędzej wyparłam myśl o liczeniu, skupiłam się na zachodzeniu map i usiłowałam jakoś połączyć trójkąty do kupy. O ile te z podpisanymi ulicami nie wyglądały groźnie, to orto nie pasowało do niczego. T. dawno wytypował PK do zebrania i razem hipnotycznie wpatrywaliśmy się w środkowy trójkąt. Ponieważ czas uciekał, a patrzenie nie przybliżało nas ani trochę do celu, postanowiliśmy zaliczyć trójkąt ze startem, a potem jakoś to będzie.T. nieco ogarniał teren, więc w miarę szybko podejmował decyzję, gdzie iść dalej. Samo znajdywanie PK w terenie, na pełnej mapie, już nie stanowiło problemu.
Zaliczyliśmy trójkąt lewy, trójkąt prawy, a o orto dalej nie mieliśmy pojęcia, gdzie ono jest w terenie. Na 47 PK spotkaliśmy A. N. i M. P. Na standardowe pytanie, czy znaleźli orto , któreś z nich rzuciło, że właśnie stamtąd idą. Za nic w świecie nie chcieli więcej powiedzieć, no bo wiadomo - każdy chce wygrać, więc zdradzanie cennych tajemnic konkurencji byłoby głupotą. T. chciał ich przycisnąć do muru i zasypać gradem pytań, ale odciągnęłam go od niedoszłych ofiar. Mój chytry, naprędce wymyślony plan zakładał udanie się w rejony skąd przyszła konkurencja, a tam już na pewno coś wypatrzymy. Ruszyliśmy więc w nieznane i po chwili kluczenia wśród budynków wyszliśmy na jakąś większą ulicę, przy której wypatrzyłam park. Na parki byliśmy wyczuleni, bo był nam potrzebny jeden konkretny. I faktycznie - ten park idealnie wpasował się w naszą koncepcję. Byliśmy uratowani!
T. nauczony doświadczeniem poprzedniej edycji Smoka wiedział, że trzeba się mocno sprężać żeby wyrobić się w czasie, zaczął więc poganiać i poganiać. W drodze na piętnastkę zrobiłam nową życiówkę w długości jednorazowego przebiegu i tak sobie myślę, że nie od rzeczy zacząć rozglądać się za jakimś maratonem. Biegłam, biegłam i biegłam - aż T. musiał mnie powstrzymywać, bo przeleciałabym punkt, nawet nie wiedząc kiedy - tak mnie poniosło.
Im bliżej mety, tym częściej T. przeliczał punkty i czas. Jakieś tam zależności między nimi były, dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
- Szybciej! Biegnij! - dyszał mi w kark T. żeby na metę wpaść w określonej minucie. A kiedy byliśmy już na miejscu, to odmówił oddania karty startowej, bo okazało się, że jesteśmy za wcześnie. I było mnie tak poganiać????

czwartek, 30 kwietnia 2015

Smok ma wielkie oczy.

T. sobie zasmoczył:
 
Smok ma wielkie oczy w ilości szt. 4. Wielkie i kwadratowe, a w dodatku „jedno bardziej”. Bardziej czyli zlustrowane;-) Zresztą ten smok kojarzy mi się z cybersmokiem z Cyberiady - bo każe liczyć. Wprawdzie tylko dodawać, ale bez kalkulatora do niego nie podchodź. A i tak podchodź ostrożnie, bo ten Smok przegoni Ciebie co nieco;-)
Co jeszcze wiemy o smoku:
·         Jak to każdy porządny smok, pożera on niewinne dziewice – tym razem chciał pożreć organizatorki, które jednak zręcznie  klucząc wymknęły się smoczym zębom i lekko spóźnione dotarły na start
·         Smok jest skalowalny i to fragmentami – każdy jego kawałek jest w innej skali!
·         Smok lubi kwieciście się wysławiać i zmusza uczestników do wysiłku intelektualnego przebrnięcia przez więcej niż 3 zdania opisu! I o zgrozo – zdania złożone!
·         Smok lubi bawić się lampionami. Czasem przewiesi takowy na sąsiednie drzewo, albo na drugą stronę wału. Ot, taki smok-dowcipniś
·         Smok ma długie nogi, stawia wielkie kroki i każe uczestnikom przebiegać długie odcinki pomiędzy PK
·         Punkty podwójne to to, co Smok lubi najbardziej!
·         Smok lubi być karmiony łakociami na mecie, w szczególności ciastem w odmianie ciemnej
A tak ogólnie fajnie i lekko męcząco. Wespół z D. M. udało nam się wykończyć A. M., bo dla bezpieczeństwa dłuższe przebiegi postanowiliśmy pokonać kurcgalopkiem;-). Poza pierwszym PK, po którym diametralnie zmieniliśmy kierunek i koncepcję przemieszczania się (bo właściwie przy pierwszym PK skończyliśmy sumować co warto by zebrać) i w efekcie cichaczem przemykaliśmy się obok startu (no bo wstyd tak miotać się na oczach organizatorów w jedną i drugą stronę) jakiś większych wpadek nie było.  Nie ulegliśmy podszeptom D. M. aby w PK wpisać NIK bez patrzenia na tablicę, jakoś udało nam się dotrzeć do zamaskowanej w gąszczu niby-uliczek 24-ki, która zresztą okazała się 17-stką. Nie daliśmy się skusić na PK 27, który był, a jakoby go nie było (znaczy nie wisiał na wskazanym drzewie tylko jakoś tak zauważalnie dalej). Biegiem łamaliśmy przepisy przebiegając przez ulice w niedozwolonych miejscach, nie daliśmy się skusić na stowarzysza ukrytego w krzakach przy grocie smoka Wawelskiego. Słowem bardzo pozytywna i fajna impreza intelektualno-podbiegowa przed długim weekendemJ