Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mapa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2026

WesolInO, czyli jak się głupio zgubić w znanym terenie.

Skoro rozpoczęło się FalInO, to wiadomo było, że musi być też WesolInO, bo to imprezy sprzężone, przynajmniej tak się o nich myśli.  No i bach - w sobotę pojechaliśmy do Wesołej.
 
Przed startem.

Trasy były przyzwoitej długości - ani za długie, ani za krótkie, więc zapisałam się na B - teoretycznie ok. 4 km. Teren znany, obiegany milion razy, więc w zasadzie bezstresowo, bo nawet jak się człowiek zgubi, to się przecież nie zgubi. 
Baza zawodów była w szkole, ale start przy przedszkolu. Powinni jeszcze w okolicy wybudować jakąś placówkę oświatową, żeby i meta miała swoje miejsce:-)

Start.

Pierwszy punkt od razu na azymut, ale też od razu prowadziła do niego inostrada, mimo że startowaliśmy na początku stawki. Po drodze przegonił mnie Tomek, a ponieważ pierwszy punkt mieliśmy wspólny, to załapałam się na fotkę przy lampionie.

PK 1

Dwójka na górce, jeszcze po śladach, ale już nie tak porządnie wydeptanych, więc trzeba było kontrolować przebieg śladu z kompasem. Znowu zapomniałam o stuptutach i przed punktem zaczęło mi się robić mokro i zimno w butach, a tu jeszcze dziesięć innych punktów do zaliczenia. Do trójki kawałek ścieżkami, a potem wariantem autorskim, bez inostrad na punkt. I kolejna porcja śniegu w butach.
Czwórka, piątka i szóstka na azymut - trochę po śladach, a trochę autorsko, kiedy niespodziewanie ślady ginęły, bo robiący je ludzie nagle się dematerializowali.  No bo przecież nie odfruwali. Przedzieranie się przez dość grubą warstwę śniegu okazało się bardzo męczące i wyraźnie czułam każdą część nogi - od palców po pas, a nawet po szyję. Gdzieś tam po drodze dogoniłam Marysię i tak się później co chwilę spotykałyśmy.
Od szóstki do ósemki wreszcie można było pobiec ścieżkami, więc chociaż nie nabierałam nowego śniegu, tylko topiłam stary. No i kroki łatwiej stawiać kiedy cienka wierzchnia warstwa nie załamuje się przy każdym stąpnięciu.
Dziewiątka była po drugiej stronie wydmy i dotarłam do niej już na rezerwie, w tempie zawstydzającym. Od dziewiątki praktycznie szłyśmy z Marysią razem, choć wciąż udawałyśmy, że rywalizujemy. Im dalej byłyśmy, tym bardziej nie podobał mi się kierunek oraz uczestnicy biegu górskiego, biegnący po ścieżce, której nie powinno być. Maria szła obok i nic nie mówiła, to myślałam, że jednak jest OK. W końcu doświadczona osoba. Tymczasem jej też już coś nie pasowała i chyba myślała podobnie, że skoro idę, to musi być dobrze. W końcu jednak podzieliłyśmy się swoimi obawami, a kiedy zbliżyłyśmy się niemal do skrzyżowania ścieżek już wiedziałyśmy o co chodzi. Byłyśmy nie na tej odnodze wydmy, co trzeba. Kurczę, a tak dobrze się szło... Na mapie górka z punktem wyglądała na najwyższą, a w terenie na odwrót. Taki kawał drogi zrobiłyśmy niepotrzebnie, po to tylko, żeby się wracać:-(

Do dziesiątki naokoło.

Z pozostałymi punktami na szczęście nie miałyśmy problemów i po zgarnięciu jedenastki i dwunastki razem zameldowałyśmy się na mecie.
 
Meta.

No, nie powiem - łatwo nie było, głównie za sprawą śniegu, który wykańczał fizycznie. A jak człowiek zmęczony, to i głupoty robi. Tego etapu nie będę rozliczać wynikiem czasowym, tylko liczbą straconych kalorii, a tu dałam z siebie wszystko.


 Cała trasa.

środa, 14 stycznia 2026

FalInO, czyli powrót na wydmę.

Wreszcie wróciło bieganie po falenickiej wydmie. W ubiegłym roku teren był zamknięty z powodu mistrzostw rowerowych i snuliśmy się tylko gdzieś po obrzeżach lasu. W końcu świat wrócił do normy. Z tej radości i niecierpliwości przyjechaliśmy tak wcześnie, że organizator był jeszcze w lesie i musieliśmy czekać. 
Tym razem już pamiętałam żeby ubrać stuptuty, chociaż i tak baza w szkole dawała możliwość czekania w cieple. Ale po co ma mi się zimno wsypywać do butów?

Ja już gotowa do startu.

Tradycyjnie ja wybrałam trasę krótką, a Tomek najdłuższą, a ponieważ na FalInO biega się w formule scorelaufu, to potencjalnie mogliśmy nawet biec razem przez część trasy. Ale tylko potencjalnie, bo ja sobie truchtam, a Tomek pędzi.
Pierwszy problem to oczywiście konieczność wybrania 7 z 20 punktów. No, nie da się. Zacząć od jedynki, czy od siódemki? Brać punkty z północnej części mapy, czy raczej wschodniej? I w jakiej kolejności? W końcu zdecydowałam się zacząć od jedynki i oczywiście pobiegłam do niej mało optymalnie, choć przecież już dojeżdżając do szkoły widzieliśmy, gdzie wisi lampion. Tomek pobiegł lepiej i już czekał przy punkcie, chociaż ruszył chwilę po mnie.

PK 1 zaliczony.

Po jedynce znowu decyzja: co dalej? W pierwszej chwili wybrałam dwójkę, ale po drodze mi się odwidziało i skręciłam w stronę jedenastki. Niby wiedziałam, gdzie stoi punkt, ale i tak się zdziwiłam, gdy znalazłam się pod swoim domem. To znaczy domem, w którym kiedyś mieszkaliśmy. W pierwszym odruchu chciałam wyjść na ulicę i pooglądać, czy coś się zmieniło, ale przypomniałam sobie, że biegamy na czas i odpuściłam. Kolejna trudna decyzja - na trzynastkę i dwunastkę, czy raczej dziewiątka? W końcu postanowiłam kierować się raczej w stronę wydmy, bo skoro tyle za nią tęskniłam, to trzeba ją nawiedzić czym prędzej. Tak więc po dziewiątce wspięłam się po czwórkę i po przeliczeniu punktów wyszło mi, że najlepiej będzie wziąć jeszcze dwójkę, trójkę i siódemkę. Tak też zrobiłam. Po siódemce już była tylko meta i czułam lekki niedosyt - tak ze dwa punkty więcej by się przydały do pełni satysfakcji. Z kolei następna co do trudności trasa miała już 14 punktów i więcej kilometrów (za dużo dla mnie), a tu jeszcze trzeba było zachować siły na przeżycie reszty dnia.
Baza w szkole ma dużą przewagę nad bazą w lesie - nie dość, że ciepło, to jeszcze bufet zaopatrzony w różne smakołyki. Czekając na Tomka wciągnęłam sałatkę, ale ciasta już nie zdążyłam, bo za wcześnie wrócił. Nadrobię na kolejnej rundzie:-)

Na pożegnanie Falenicy wspólna fotka.
 

Taki wariant wybrałam.
 

sobota, 10 stycznia 2026

Dystans Stołeczny i znikający ludzie.

W poniedziałek odpoczywałam po niedzielnych kontaktach z UFO, ale już we wtorek znowu pojechaliśmy biegać, tym razem w okolice Beniaminowa. Choć moja trasa była dość długa, to punktów  jak na lekarstwo - zaledwie 11. No, ale inny organizator niż w niedzielę, to i inna koncepcja.  W sumie przy jedenastu punktach trudniej coś głupiego zrobić niż przy ponad dwudziestu:-)

Gotowi do startu

Na początek Tomek chciał mnie wyprowadzić w las, zamiast na start, ale nie dałam się, bo najważniejsze to dobrze zacząć. A początek od razu był azymutowy i trzeba było się skoncentrować. Jeszcze na starcie chwilę przeczekiwałam zawodniczkę przede mną, żeby nie sugerować się jej widokiem i wreszcie ruszyłam.

Start.

Biegło się dobrze. Już od startu w lesie były dziesiątki inostrad, więc postanowiłam trochę skorzystać. Zauważyłam, że co chwilę na mojej trasie pojawiał się pojedynczy ślad, ale tak idealny z moim azymutem, jakbym to ja sama przed sobą biegła. Normalnie to ludzie coś tam omijają, lecą mniej więcej, a potem korygują, a ja prę naprzód bez względu co mam na drodze. No i ten ktoś też tak biegł. Powiem, że dość dziwne uczucie. Ale żeby tylko to było dziwne? Te różne inostrady -  mniejsze, większe, czy wręcz pojedyncze ślady, co jakiś czas nagle ucinały się, kończyły w miejscu i dalej już był tylko gładki śnieg. No to co się działo z tymi biegaczami? Czy w całym lesie nagle zaczęli znikać ludzie? A jeśli ja też zniknę i będzie jak w niedzielę? Że nagle pojawiam się nie wiadomo skąd? Na szczęście tym razem nic mnie nie porwało i szczęśliwie, a co najważniejsze bezbłędnie przebiegłam całą trasę. No dobra - przebyłam, bo z tym bieganiem to raczej nie przesadzałam. Tyle, żeby było mi ciepło, szczególnie, że do butów nasypało mi się mnóstwo śniegu (znowu nie wzięłam stuptutów) i w butach mi chlupotało. No i teraz nadeszło najgorsze - czekanie na Tomka. Czekanie w zimnym samochodzie, w przemoczonych butach. Czekanie ponad godzinę! Już prędzej bym myślała, że katastrofa nastąpi gdzieś na trasie, ale żeby na mecie??? Niby mogłam odpalić samochód i się grzać, ale moje ekologiczne sumienie mi nie pozwoliło. Następnym razem muszę pamiętać o stuptutach i butach na przebranie. Koniecznie!

Moja trasa.

czwartek, 8 stycznia 2026

ZZK w Legionowie, czyli UFO lub amnezja.

Zaczął się kolejny rok - koniec z opierniczaniem się. Czwartego stycznia wybraliśmy się na ZZK do Legionowa. Zimno, śnieżnie, na drogach ślisko - no, nie ukrywam, że nie chciało się wyjść z ciepłego łóżeczka, ale poświąteczne kalorie pogroziły mi palcem i wstałam.
Moja trasa miała mieć ok. 4 km, ale napchana była punktami na bogato - aż 22.  Była jeszcze wersja bez dróg, ale w takie hardkory to już nie szłam. Nawet Tomek wziął sobie wersję z drogami, ale za to 6 km.
 
Przed startem.
 
Po obejrzeniu mapy miałam takie mieszane uczucia - wydawało mi się, że może być trudno, no i tak baaaardzo mi się nie chciało. Tomek mnie dopingował jak mógł i w końcu wystartowałam.
 
No to lecę.
 
Na szczęście początek był łatwiutki, bo od razu leśną drogą, równoległą do asfaltu, potem w prawo i zaraz jedynka. Do dwójki od razu poleciałam azymutem, choć można było sobie ułatwić, ale w sumie niewielka różnica. Gdzieś między drugim a czwartym punktem (nie pamiętam dokładnie) spotkałam Hanię i miałam wrażenie, że to ja ją dogoniłam. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej byłyśmy już skazane na siebie, bo tempo miałyśmy zbliżone, a wariantów dobiegu do punktów znowu nie tak dużo. Jak byśmy nie kombinowały, to raz jedna, raz druga była pierwsza na punkcie. Mnie takie bieganie okropnie dekoncentruje, bo podświadomie część odpowiedzialności za wybór trasy zrzucam na tę drugą osobę, nawet jeśli tego bardzo nie chcę. 
Oprócz tego, że biegałyśmy praktycznie we dwie, to jeszcze prowadziły nas inostrady, no bo śnieg. Na inostrady już się nauczyłam uważać i nie korzystam z nich tak bezrefleksyjnie. Już mi się zdarzyło dotrzeć na inny punkt niż planowany, więc teraz zawsze kontroluję, czy inostrada idzie po moim azymucie - jak nie to ją porzucam.
Przy PK 13 nie działała stacja bazowa i nie można było się odbić, więc ustaliłyśmy z Hanią, że jak by co (choć ponoć organizator o tym wiedział) to widziałyśmy się wzajemnie i zaświadczymy. Z trzynastki ruszyłam za Hanią, a następne moje wspomnienie to leśna droga, na której znalazłam się znikąd, na dodatek nie wiedząc skąd dokąd mam biec. Nie wiem czy mnie UFO porwało w tym lesie i nagle zwróciło, czy jakaś totalna amnezja mnie dopadła, ale wrażenie było przerażające. Widziałam oddalające się plecy Hani, ale miałam wrażenie, że powinnam biec w dokładnie przeciwnym kierunku. Stałam, rozglądałam się dookoła i usiłowałam sobie przypomnieć co ostatnio podbijałam. Miałam wrażenie, że powinnam biec na piętnastkę, ale czy na pewno? Po chwili minął mnie Bartek biegnący w tę samą stronę, gdzie i Hania. Więc może jednak tam? Gdzie by nie biegli oboje, to w razie czego wolę być z ludźmi niż sama - pomyślałam i pognałam za nimi. Podbiłam szesnastkę i zakładając, że najwyżej będę miałam nkl-kę trzymałam się już kurczowo Hani. Przy dwudziestce byłam przekonana, że wcale, ale to wcale i na 100 procent nie byłam na siedemnastce, ale co tam. Byle do mety. Z tego wszystkiego już nie miałam siły trzymać się mojej "przewodniczki", ale jakoś na metę jednak trafiłam. Przy sczytywaniu czipa - niespodzianka! Mam podbite wszystkie punkty! Jak to się stało?  Nie wiem. Czy zrobiłam to na autopilocie, czy jednak jakieś pozaziemskie siły zadziałały, czy co? Tak że uważajcie w lesie na UFO, uważajcie.

Jednak wszędzie byłam:-)
 

czwartek, 1 stycznia 2026

Dystans Stołeczny 1

Od Nocnych Manewrów jakoś nie po drodze było mi z orientacją - i chodzoną, i bieganą. Nie żebym nie chciała, tylko czas mi się tak dziwnie skondensował, że na nic go nie starczało. Wreszcie w drugi dzień Świąt odpuściło i pojechaliśmy na Dystans Stołeczny w Dąbkowiźnie. Ja tak skromniutko na trasę "maniak", ale też trasy były wyjątkowo długie i bałam się, że na dłuższej nie dam rady.
 
Przed startem.

I w las!

Pierwszy punkt mieliśmy z Tomkiem ten sam i choć ja wystartowałam pierwsza, to i tak mnie wyprzedził. Ale dobra, na początku nie ma się co spieszyć, trzeba powoli dostosować się do realiów, zasymilować z lasem, zaaklimatyzować, ogarnąć mapę i kompas. Pośpiech to tylko przy łapaniu pcheł jest wskazany.

PK 1.

Po jedynce ruszyłam już z większą pewnością, zwłaszcza, że teren nie był nowy i kilka razy już tu biegałam. Dwójka i trójka były na tyle charakterystyczne, że nie miałam obaw, ale przy czwórce już byłam bardziej czujna, dzięki czemu wyszłam idealnie na punkt.  Lampiony zresztą nie były jakoś poukrywane i w sumie już z daleka świeciły kolorem, więc  i tak wystarczyło wyjść mniej więcej w okolicę i rozejrzeć się. Do piątki nie udało mi się biec po kresce, tym niemiej nie miałam żadnych problemów z namierzeniem jej.

Gdzieś na trasie kolejne spotkanie z Tomkiem.

Duża część drogi do szóstki prowadziła ścieżkami, co było fajnie luksusowe, choć tak ogólnie na przebieżność lasu nie można było złego słowa powiedzieć. Siódemka i ósemka bez problemów, a do dziewiątki zachciało mi się naokoło drogami, bo na azymucie były górki. No, ja wiem, że to takie górki - nie górki, ale jednak. W sumie i tak mnie nie ominęły, ale po przeleceniu się drogami miałam do nich już inne nastawienie psychiczne.
Od dziewiątki już się nie oddalałam od mety, a wręcz zbliżałam (co prawda trochę zakosami) i to było bardzo motywujące.  Nie żebym była zdemotywowana, co to, to nie. Ale zawsze lepiej zbliżać się do celu, niż się od niego oddalać.
Kiedy już się zaczynałam cieszyć, że tak dobrze mi poszło - w miarę sprawnie biegowo i całkiem sprawnie nawigacyjnie, to oczywiście musiało się spierniczyć. I to na ostatnim punkcie. Za nic nie mogłam namierzyć trzynastki. Wiedziałam, że musi być gdzieś w okolicy, którą przeszukuję, ale przeszukiwania wcale nie ułatwiały pościnane drzewa i gałęzie, które zakrywały wszystko. Patrząc z górki w dół nie udało się, więc na nawrocie zrobiłam odwrotnie - poszłam dołem, patrząc nieco w górę. Pomogło i po chwili z kompletem punktów stanęłam na mecie. Jeszcze tylko oczekiwanie na Tomka umilone tajnym termosem organizatora i można było wracać do domu, do kolejnego świątecznego obiadu.

Mój przebieg.
 

piątek, 28 listopada 2025

Nocne Manewry SKPB, czyli jak nabrać awersji do rowów i cieków wodnych.

Wymyśliliśmy sobie, że tegoroczne Nocne Manewry będą gdzieś blisko - najlepiej w Lasach Celestynowskich i kiedy okazało się, że jednak nie, to byliśmy zbulwersowani. Nawet podwójnie zbulwersowani, bo okazało się, że zawody odbędą się tak daleko, że... w ciul daleko - aż w Pionkach. Od nas ponad dwie godziny jazdy. Dodatkowo naszą trasę robił "ulubiony" autor tras (w kooperacji z innym), więc zapowiadało się ciężko, żeby nie powiedzieć beznadziejnie. Bo jak Adam przygotuje mapę, to może kilka osób na świecie jest w stanie gdziekolwiek trafić i zmieścić się w limicie czasu. My do tej garstki geniuszów niestety nie należymy. A trzeba powiedzieć, że zaszaleliśmy i zapisaliśmy się na Himalajską, ale na szczęście krótką, w odróżnieniu od normalnej. Mimo tych "drobnych" niedogodności i tak cieszyliśmy się na myśl o nocy spędzonej w lesie. Ja tak jakby mniej niż Tomek, ale starałam się nie pokazać tego po sobie, choć nie wiem z jakim skutkiem.
 
W bazie zawodów.
 
Tym razem nigdzie nas nie wywozili autobusem (tzn. naszej trasy), co było pocieszające, bo znaczyło, że będziemy się kręcili gdzieś w okolicach bazy i jak by co, to będzie można wrócić. Na start pomaszerowaliśmy więc pieszo, jakieś 2 kilometry. Ot, taka rozgrzewka na początek. Ale prawdziwą rozgrzewką było dla mnie obejrzenie mapy i przeczytanie opisu. Aż pot pociekł mi po plecach. Nie dość, że tradycyjnie mapa była czarno-biała, stara (tak gdzieś z epoki trzeciorzędu), drobnym druczkiem, to jeszcze budowniczowie porombali ją na romby, a w tych rombach to narobili jeszcze kupę bałaganu: a to wycięli część dróg, a to dołki poobracali do góry nogami, to zlustrowali i najgorsze - poobracali o pi/2 i pi radiana. Rozumiecie? Radiana! No, nie mogli poobracać o stopnie? Nawet Celsjusza, jak innych nie było pod ręką. Już chyba szybciej bym ogarnęła niż te radiany. W ogóle, widział ktoś kiedyś radiana? Bo ja nie. Nawet tytuł nadali adekwatny- Zdezorientowana Supernowa.No, może nie do końca adekwatny, bo powinno być Superzdezorientowana Superstara. 
 

Opis naszej mapy.

Tak więc z opisu mapy nie ogarnęłam ani słowa, ale z dołączonych obrazków wywnioskowałam, że wycinki trzeba dopasować na swoje miejsce i tym się postanowiłam zająć. Ale nie zdążyłam. Bo Tomek zarządził, że od razu idziemy na PK 1, a dopiero potem będziemy kombinować. W sumie miało to sens, bo głupio tak stać na starcie jak jakieś niemoty - to już lepiej iść w krzaki. 
Jedynka była łatwa, bo najpierw ścieżką do skrzyżowania, a potem kawałek na azymut. Przy jedynce w końcu przyjrzałam się mapie i wyszło mi, że pierwszy wycinek jest bez punktu i można go olać, a kolejny powinien być z punktem I. 
 
PK 1
 
Postanowiliśmy iść wzdłuż rowu, na szczęście suchego. W końcu natrafiliśmy na jakiś lampion, ale był to tak ewidentny stowarzysz, że nawet ja bym się nie nabrała. Kawałek dalej, na drodze, której oczywiście na wycinku nie było, spotkaliśmy Adama z Arkiem z naszej trasy. Ich wynik poszukiwań był podobny to naszego, czyli żaden. Poszliśmy kawałek razem, ale ponieważ nasze koncepcje były rozbieżne, więc każdy zespół ruszył swoją droga. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że to jednak ich koncepcja była słuszna, a my tylko niepotrzebnie dołożyliśmy sobie dziesiątki metrów do trasy. Summa summarum w końcu znaleźliśmy właściwy lampion, ale zajęło nam to stanowczo za dużo czasu i sił.
 
Błąkaliśmy się bez ładu i składu.
 
 Następna była dwójka na głównej mapie, więc ufałam, że Tomek nas doprowadzi i tak też się stało. Ja to nawet nie zaglądałam jakoś specjalnie do mapy, bo nocą, na czarno-białym i w tak nieludzkiej skali, do tego bez okularów, to i tak przecież nic nie widzę. Powiem Wam, że może i ze znalezieniem niektórych punktów mieliśmy problem, ale za to w drodze na dwójkę,  w tym wielkim, ciemnym lesie udało mi się zauważyć przebiegającą myszkę. Może ja powinnam szukać myszy, a nie lampionów?
 
Zapozowała i pobiegła dalej do swoich spraw.
 
Kolejny wycinek dopasowaliśmy jako D, czyli zakręt rowu. Teoretycznie miało być prosto, bo blisko dwójki i tylko dwa rowy do wyboru. Nie wiedzieliśmy tylko czy wycinek nie został zlustrowany albo obrócony. Zeszliśmy z dwójki, wyszliśmy na otwartą przestrzeń i ruszyliśmy rowem. Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Jednym rowem, potem (jak się nam wydawało) drugim rowem, Tomek obleciał okolice zobaczyć czy nie ma więcej rowów. Jakiś lampion niby stał, ale przecież nie ma zakręcie. Ile myśmy się tam nałazili - chyba więcej niż przy poprzednim punkcie z rowem. W końcu wzięliśmy ten jedyny znaleziony lampion, choć już na odwrocie do kolejnego punktu, coś tam jeszcze w trzcinach wyhaczyliśmy równie, a może i bardziej abstrakcyjnego. Jak sprawdziliśmy potem na śladzie i wzorcówce, to nawet za bardzo nie zbliżyliśmy się do właściwego miejsca. Nieźle nam zamieszali tym wycinkiem.
 
Rowy wyjątkowo nam nie szły.
 
 Do trójki znowu Tomek doprowadził nas bezbłędnie i coś mi się zaczynało wydawać, że jedynie punkty z głównej mapy będziemy mieć pewne.
Minęły 3 godziny, a my nie byliśmy jeszcze nawet w 1/3 trasy. Limit podstawowy wynosił poniżej siedmiu godzin, więc już wiadomo było, że nie jest dobrze.
Z dopasowaniem kolejnego wycinka mieliśmy problem. Niby zgodnie z założonymi regułami wyszukiwania powinien by punkt F, tylko tak średnio pasował. W końcu Tomek zagłębił się mocniej w te nieszczęsne radiany i wyszło mu, że wycinki jednak mogą być obrócone, co zupełnie zmieniało naszą koncepcję dopasowań. Dobrze, że te poprzednie cudem pasowały do naszych wstępnych założeń.
Jak ogarnęliśmy kolejne punkty E, J, 4 i B zupełnie nie pamiętam, bo powoli zaczynałam mieć dosyć. Co chwilę Tomek zostawiał mnie samą gdzieś w środku ciemnego, obcego i zimnego lasu i biegał po okolicy namierzając punkty kontrolne, albo usiłując nas zlokalizować.
 
Gdzieś przy punkcie.
 
Punkty 5 i 6 były znowu na głównej mapie, co dawało nadzieję znalezienia nawet jeśli nie właściwego lampionu, to chociaż stowarzysza, ale Tomek doprowadził nas bezbłędnie. Ja z tego odcinka pamiętam tylko ciemność, chrupiące od mrozu podłoże, jeżyny łapiące za nogi, przedzieranie się przez gęstwiny i konieczność uważnego stawiania każdego kroku, bo pod warstewką liści kryły się różne pułapki. Tomek to akurat na to ostatnie wcale nie zwracał uwagi i podczas całej trasy zaliczył chyba z pięć gleb. Za każdym razem skóra mi cierpła ze strachu, bo gdyby za którymś razem nie wstał, to nie wiem co bym zrobiła. Ani zadzwonić po pomoc, bo przecież i tak bym nie wytłumaczyła gdzie jesteśmy (a i to pod warunkiem, że akurat jest zasięg), ani go nieść, ani pchać, ani ciągnąć, bo za ciężki, ani nawet zakopać, bo nie wzięliśmy saperki, zresztą lekki mrozek był, to ciężko kopać. Oj, nie są łatwe te zawody, nie są....
Przy punkcie szóstym byliśmy gdzieś w połowie trasy z czasem 5,5 godziny i ja już wiedziałam, że kilka punktów trzeba będzie odpuścić, a Tomek wciąż się łudził, że damy radę w minutach lekkich. Wieczny optymista. Mnie w tej chwili interesowało tylko dojście do PK 7 - punktu z ogniskiem. Niestety - przed siódemką były jeszcze trzy wycinki do dopasowania.
 
PK 6
 
Wycinki z punktami F i A dopasowałam szybko, ale chwilę nam zeszło zanim je znaleźliśmy. Tak w zasadzie to zanim Tomek je znalazł, bo to on obiegał okolice. Ja stałam tam, gdzie mnie postawił i robiłam za znacznik, gdzie powinien wrócić. Chwilami nie było go tak długo, że już myślałam, że jesteśmy dawno po rozwodzie, tylko nie zauważyłam. Ale nawet gdyby mnie zostawił, to z tych punktów już na ognisko sama bym trafiła. 
Został nam jeszcze jeden wycinek do dopasowania przed siódemką, ale nic tam nie pasowało i uznaliśmy, że to musi być wycinek bez punktu. A nawet gdyby się okazało inaczej, to trudno.
W końcu dotarliśmy do upragnionego ogniska i z wrażenia nie mogliśmy znaleźć lampionu, a głupio byłoby być i nie zaliczyć. W końcu ja poszłam się grzać (bo zmarzłam stojąc w lesie w oczekiwaniu na Tomka), a Tomek szukał lampionu. Potem już tradycyjnie - pieczenie kiełbasy, gapienie się w ogień i konsultacje z innymi zespołami. A, i jeszcze pyszny żurek mieli - taki z czarodziejską mocą stawiania na nogi. Przynajmniej na mnie tak podziałał.
 
Tomek przy ognisku.

Ta czarodziejska moc żurku niestety zemściła się na nas. Czasem nadmiar sił jest zgubny. Według wstępnego planu po ognisku mieliśmy wziąć jeszcze tylko punkty 8 i 11 i wracać na metę, Tymczasem rozochocona przypływem energii ochoczo zgodziłam się pójść jeszcze na dziesiątkę. Wydawało się, że PK 10 to będzie formalność, bo niemal pod sam punkt prowadziły przecinki i tylko na samej końcówce trzeba było wejść w las wzdłuż rowu. Tam, na jego końcu, na granicy kultur miał wisieć lampion. Doszliśmy gdzie trzeba, ale lampionu ani śladu - nawet stowarzysza. Przetrzepaliśmy wszystkie krzaki - nie ma. Tomek uparł się, że wpisze BPK, bo jak nie ma, to nie ma. Ja tam nie jestem fanką BPK, ale na wyniku mi niespecjalnie zależało, bardziej na zakończeniu wreszcie trasy. I oczywiście organizatorzy nie uznali nam tego PBK-a i jeszcze dowalili PM. Został jeszcze jeden, ostatni punkt - jedenastka. Najpierw przecinkami, potem wzdłuż cieku, na którym miał być punkt. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie woda. Ta pitolona rzeczka rozlewała się coraz szerzej i lawirując między mokradłami coraz trudniej było nawigować. Buty powoli nasiąkały, aż doszliśmy do momentu, że nie robiło różnicy którędy idziemy. Chlup, chlup, chlup. Chodzenie  po rzece w listopadową noc może i ma swój urok, ale jedynie w opowieściach przy kominku i to po kilku latach od zdarzenia. W końcu wspólnym wysiłkiem z Adamem i Arkiem, których ponownie spotkaliśmy namierzyliśmy jakiś lampion, który i tak okazał się stowarzyszem. Ale w sumie było nam wszystko jedno. Najważniejsze, że wreszcie mogliśmy wracać do bazy.
Taki ogólnie mieliśmy niefart, że nawet w szkole nie mogliśmy znaleźć stolika z metą, bo w pobliżu kłębił się tłum uczestników, którzy wrócili przed nami, a do tego Tomek miał zaparowane okulary. Dla nas zaś każda sekunda była ważna, bo byliśmy już w ciężkich minutach. W końcu udało się.  
 
Meta!


 Nasza sponiewierana karta startowa.
 
Już po drodze ustaliliśmy, że nie wracamy do domu, tylko nocujemy, bo niby wygodniej we własnym łóżku, ale dwie godziny dojazdu to trochę dużo po takiej ciężkiej nocy. Poza tym byłam ciekawa jak innym poszło na naszej trasie - zebrali wszystko, czy też mieli problemy? Rano, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, okazało się, że zajęliśmy piąte miejsce na 15 zespołów na naszej trasie, co moim zdaniem jest bardzo dobrym wynikiem, bo spodziewałam się, że będziemy gdzieś w ogonie. W końcu nie poszło nam za dobrze, żeby nie powiedzieć wręcz. Tomek może niekoniecznie podziela moje zadowolenie, bo wolałby być ciut wyżej, ale wyszło jak wyszło. Za to nasze klubowe koleżanki - Ania i Barbara zajęły drugie miejsce na trasie Himalajskiej długiej.
 
Brawo dziewczyny!
 
A przy rozdawaniu nagród wybrałam sobie taką książeczkę:
 
Będę trenować przed kolejnymi Manewrami!
 
A w ogóle to następnym razem nie idę w żadne Himalaje. W najgorszym wypadku Alpy i to tylko latem!
 
Ślad naszej wędrówki (a raczej bardziej Tomka).
 

wtorek, 17 grudnia 2024

ZZK, czyli trudna współpraca z kompasem.

Jakoś mi ostatnio nie po drodze z biegami, ale w końcu coś tam się trafiło. W niedzielę (jeszcze tę poprzednią) pojechaliśmy do Olszewnicy na ZZK. Tomek mi ciągle powtarzał, że już tam biegałam i że są tam śliczne kopczyki, więc mu wierzyłam, choć wcale nie pamiętałam. Więc w sumie dla mnie to jak nowy teren:-)
Ja wybrałam spokojną średnią trasę, za to Tomek jakąś taką fikuśną, co to na mapie prawie nic nie było, bo większość była wycięta i zostały tylko białe kształty. Ale co kto lubi.
Choć skala mapy była 1:5000, to wszystko i tak było jakoś tak drobnym druczkiem i za małe na moje niedowidzące oczy. Nic to. Wystartowałam.

Clear i te sprawy.

I ruszam w stronę lasu.
 
 Plan był taki, że na jedynkę biegnę ścieżką, a za zakrętem wchodzę w las. Już po kilku krokach zgubiłam ścieżkę, bo tak była zasypana liśćmi, że jakoś mi zniknęła. Pobiegłam więc na oko, ale po chwili  jakimś cudem ścieżka sama się znalazła, trochę na prawo ode mnie. Głupio byłoby zgubić się już na pierwszym punkcie.

 
Udało się.
 
Już przed jedynką przypomniało mi się, że faktycznie przynajmniej za dwa razy tu biegałam i aż się ucieszyłam, bo teren faktycznie bardzo widowiskowy.
Dwójka weszła bez problemu, podobnie trójka. Od jedynki biegłam z innym zawodnikiem (nie pamiętam jak ma na imię) i przez długi czas nie mogliśmy się oddalić od siebie, no bo te same punkty i zbliżone możliwości. Dopiero kiedy po piątce zniosło mnie z kursu i lekko pobłądziłam przy szóstce, zostałam z tyłu.

Zniosło.
 
Od samego początku zresztą miałam wrażenie, że ja biegam na innej mapie, a mój kompas na innej. W końcu przestałam mu wierzyć i bardziej kierowałam się ukształtowaniem niż jego wskazaniami, bo chwilowo były abstrakcyjne. Chociaż z drugiej strony, oglądając ślad, który pokazuje, że na niewielu punktach byłam, to może mapa jest do bani, albo punkty źle stały.
Siódemka, ósemka i dziewiątka poszły, o dziwo, niemal po kresce, ale przy dziesiątce schrzaniłam. Już nie pamiętam czy  odbicie w prawo za drogą to mój autorski pomysł, czy raczej mojego kompasu.
 
Trochę mnie zniosło przy dziesiątce.
 
Do czternastki znowu szło dobrze, choć ślad pokazuje, że na żadnym, z tych punktów nie byłam:-) Za to chwilę po ruszeniu z czternastki spadło na mnie jakieś zaćmienie i pobiegłam na dwójkę. Ale, żebym ja chociaż rzeczywiście planowała lecieć do tej dwójki. Ruszyłam na piętnastkę i naprawdę tego się trzymałam. Nie umiem wytłumaczyć co się stało i już się nawet zastanawiam, czy jakieś UFO mnie nie porwało, a po obejrzeniu porzuciło przy najbliższym lampionie i akurat to była dwójka. No bo jak inaczej?

Co tu się odwaliło?
 
 
Na szczęście kolejne punkty nie dostarczyły już żadnych atrakcji i bezproblemowo dotarłam do mety. Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka i do domciu.
 
 
Po biegu.
 
Wbrew temu co pokazuje poniższy ślad, mam zaliczone wszystkie punkty. Nawet jeśli teoretycznie nawet na nich nie byłam:-)

Cały przebieg.

 

sobota, 22 stycznia 2022

Niwka i plecy Konrada

Na niedzielnego ZZK-a (na mapie Niwka) jechałam z przekonaniem, że skoro ścigać się nie daję rady, to skupię się na przyjemnym spędzeniu czasu. 
Zaczęliśmy od zgubienia się, czyli pojechaliśmy na stowarzyszony start. Chwilę po zaparkowaniu zorientowaliśmy się, że coś nie gra, bo nigdzie nie było widać organizatorów, a i uczestników też nie. Za to na starcie właściwym uczestników było aż nadto i nie było gdzie się zatrzymać. Trudno było też wystartować w taki sposób, żeby nie ścigać kogoś z własnej trasy, albo nie być ściganym. Usiłowałam przeczekać Małgosię, ale ponieważ długo tłumaczyła komuś zasady BnO, postanowiłam ruszyć. 
 
Start.
 
Tak się skupiłam na Gosi, że przeoczyłam Konrada, który wystartował jakoś tak albo tuż przede mną, albo tuż za  mną, bo zobaczyłam go jeszcze przed pierwszym punktem. Niestety - nie biegam na tyle szybko, żeby go wyprzedzić, a on nie biega na tyle szybko żeby sprawnie oddalić się z mojego pola widzenia. Tym sposobem, w związku z niską wariantowością trasy, przez kilka początkowych punktów miałam wciąż jego plecy przed sobą, co może i jest wygodne jako dobry naprowadzacz na punkt, ale mimo wszystko - nie gustuję. To znaczy, nie żebym tak ogólnie miała coś przeciwko plecom Konrada (chyba są w porządku), ale wolę nawigować samodzielnie, bo to większa radocha. Wydaje mi się, że dopiero gdzieś za czwórką Konrad zniknął mi z oczu. W lesie ogólnie spotykałam masę ludzi, ale starałam się biec po swojemu, bo też i nigdy nie wiadomo kto jaką trasę biegnie. Dobra - większość biegła moją, bo ciągle ich spotykałam.  Nieustanne spotykanie konkurencji miało i dobre strony - bez przerwy albo usiłowałam kogoś dogonić, albo przegonić, albo głupio mi było wlec się powoli i tym sposobem bardzo sprawnie poruszałam się między punktami. 
 
W okolicach PK 2 tradycyjnie wypatrzył mnie Tomek.
 
Nawigacyjnie szło idealnie, tylko przed dziewiątką przegapiłam ścieżkę i pobiegłam za daleko. Szybko zorientowałam się, że jestem nie tam gdzie trzeba, kiedy natrafiłam na rowy i górkę, których nie powinno być na przelocie. 
W drodze na dziesiątkę spotkałam Hanię, która nagle zaczęła zawracać, twierdząc, że coś jej nie pasuje. Mi pasowało, więc pobiegłam dalej i to było słuszne. Zresztą akurat ten fragment mapy pamiętałam z którychś poprzednich zawodów i byłam pewna, że dobrze biegnę. Po dziesiątce starałam się przyspieszyć, żeby mnie Hania nie dogoniła (jak już ogarnie niepotrzebne zawracanie), bo ona biega dużo szybciej ode mnie i ogólnie ma lepszą kondycję. Tym sposobem na metę wbiegłam już na rezerwie i zastanawiałam się, gdzie najlepiej sobie umrzeć, żeby nikomu nie przeszkadzać. Na szczęście wystarczyło oprzeć się o drzewo, chwilę spokojnie pooddychać i już byłam w stanie iść się sczytać. 
Po chwili na metę dotarła Małgosia i kiedy porównałyśmy wyniki, okazało się, że byłam lepsza o niecałą minutę, ale zawsze! Ostatnie kilka razy to ja dostawałam od niej cięgi, więc bardzo podniosło mnie to na duchu. Ania również na trasie była dłużej niż ja, więc już zupełnie byłam dumna i blada, a Hania przybiegła po dość długim czasie. 
 
Dyskusja nad mapą.
 
To był mój najlepszy wynik od dłuższego czasu - dwudzieste piąte miejsce na czterdzieści sześć osób startujących. Może jednak warto startować "w kupie"? Zawsze to jakaś mobilizacja, albo do ucieczki, albo do gonienia.
 

Mój przebieg.

czwartek, 13 stycznia 2022

FalInO - reaktywacja

FalInO wróciło! W zeszłym roku pandemia zmiotła rywalizację w Falenicy, ale w końcu ile można bać się wirusa? Co prawda baza zawodów miała być na zewnątrz szkoły, a nie jak dawniej w środku, ale przecież nie siedzimy w bazie, tylko ganiamy po lesie. 
Przyjechaliśmy dość wcześnie i od razu zaczęliśmy szukać Jasia z mapami. "Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było." Im bardziej szukaliśmy, tym bardziej bazy zawodów nie było. Grupa poszukiwawcza coraz bardziej się rozrastała, aż w końcu Mistrzu (Marcin) powiedział nam, gdzie mamy szukać. Ale prawda była taka, że organizator późno rozłożył biuro i tyle.

Chodzimy dookoła szkoły szukając bazy.

W końcu udało się znaleźć bazę, pobrać mapy i można było ruszyć. Tradycyjnie ja pierwsza, po mnie Tomek.

W oczekiwaniu na pipnięcie zegara startowego.
 
Po pipnięciu wcale nie ruszyłam na pierwszy punkt tylko stałam i szukałam na mapie startu, a potem usiłowałam zlokalizować ten pierwszy punkt. Jakoś wydawało mi się, że po rozbudowie szkoły zmieniło się całe otoczenie, ale oczywiście wcale tak nie było. Po chwili niepewnie ruszyłam, bo wciąż miałam zaćmienie umysłu i nie dowierzałam mapie. W końcu coś się odblokowało i znalazłam jedynkę. Dwójka była przy kościele i widzieliśmy ją podjeżdżając do szkoły. Po dwójce wzięłam trójkę stojącą w tradycyjnym miejscu, w lasku przed szkołą, a potem... A potem dotarło do mnie, że nie muszę podbijać punków w kolejności, bo to scorelauf. 
Skoro nie musiałam już lecieć na czwórkę, trzeba było zastanowić się co brać, a co pominąć i jaką kolejność przyjąć. Okazało się, że to są strasznie trudne decyzje. Dobiegłam do skrzyżowania Podkowy z Kudowską i za nic nie mogłam zdecydować się co dalej. Stałam jak ta niemota i robiłam krok w jedną stronę, krok w drugą. Pewnie stałabym tam tak do końca świata, gdyby nie świadomość, że trzeba się sprężać, bo w domu należy polatać na szmacie i obiad ugotować. Wbiegłam w Kudowską, ale wcale jeszcze nie miałam planu co dalej robić. W końcu wykombinowałam, że wezmę 19, 17 i 18. Po dziewiętnastce przeliczyłam punkty i stwierdziwszy, że starczy mi tych u góry mapy, odpuściłam siedemnastkę. Osiemnastki nie mogłam znaleźć. Nawet już zwątpiłam w to, czy jestem tam, gdzie myślę, że jestem i pobiegłam do skrzyżowania, żeby to zweryfikować. Byłam tam, gdzie powinnam być, wróciłam więc czesać dalej. Oczywiście wcześniej przeszłam koło punktu, nie zauważając go w dołku. 
Z osiemnastki pobiegłam na czternastkę i nawet trafiłam bez problemu. Teoretycznie to wszędzie powinnam trafiać bez problemu, bo teren mam oblatany, a dodatkowo kilka lat mieszkałam tuż przy lesie w Falenicy, ale tym razem, po tej rocznej przerwie, czułam się jak w zupełnie nowym, nieznanym terenie.
Po czternastce stanęłam przed dylematem - biec do trzynastki, czy do szóstki? Wcale nie wiedziałam jak będzie lepiej, więc na początek pobiegłam ścieżką, z której mogłam skręcić potem albo w prawo, albo w lewo. Wreszcie zdecydowałam - szóstka, dziewiątka, piątka i dopiero na trzynastkę. Nie żeby decyzja była czymś uzasadniona, po prostu - bo tak. Z piątką miałam drobny problem, ale ze śladu wychodzi mi, że ona i tak źle stała. W każdym razie jakoś znalazłam.
Do trzynastki chciałam biec docelowo najgłówniejszą ścieżką, ale oczywiście mi się poptaszkowało i zeszłam gdzieś na manowce. Nie wiem czy nie poleciałam za biegaczami  ZBG, ale teraz nie pamiętam. Po chwili zorientowałam się, że coś mi mapa nie pasuje do terenu i przez wydmę przebiłam się do właściwej drogi. Miałam nadzieję, że wypatrzę ze ścieżki charakterystyczne drzewo i lampion, ale zamiast trzynastki wypatrzyłam piętnastkę po drugiej stronie ścieżki. Jak to mówią - lepszy wróbel w ręku niż cietrzew na sęku - wzięłam więc piętnastkę. Miałam jednak szczęście, bo wracając z powrotem do ścieżki przyuważyłam coś pomarańczowego w oddali przed sobą i to była trzynastka.
 
Może i mało optymalnie, ale skutecznie:-)
 
Po trzynastce to już wybrałam najdurniejszy wariant, bo zamiast wziąć 8, 10, 11, 4 i 7, to ja poleciałam po 12 i 16 nadkładając drogi i tracąc czas. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że przy okazji traciłam też kalorie. W sumie to tej wersji będę się trzymać. Kurczowo będę się trzymać.
Dwunastka i szesnastka były blisko zabudowań, więc łatwo było się orientować w terenie, a poza tym były tuż przy ścieżkach. Do dziesiątki niosło mnie trochę zakosami, ale taka wersja mi się podobała i już. Jedenastka i czwórka były całkiem proste, a potem już tylko dobieg do mety, który zresztą musiałam powtarzać, bo Tomek nie zdążył nakamerować.

Pierwszy (i na szczęście jedyny) dubel finiszu.
 
Cóż - skopałam, co tylko dało się skopać, ale ten scorelauf tak mnie wyprowadził z równowagi, że nie mogłam się nijak pozbierać. Podejmowanie decyzji okazało się za trudne dla tak niezdecydowanej osoby jak ja, a wielokrotne przeliczanie ilości już odbitych punktów zabierało masę czasu. Oczywiście zajęłam ostatnie miejsce z haniebnym czasem dwa razy dłuższym niż czas Karoliny, która wygrała.
Chyba pora wziąć się za siebie!


 

środa, 3 lutego 2021

Czekoladowa Zima na Pradze, czyli - czy można się zgubić w Parku Skaryszewskim?

Ten weekend różnił się od poprzednich. Nie żebyśmy w domu siedzieli, co to, to nie! Oczywiście, że biegaliśmy ale tym razem nie po lesie. W sobotę we trójkę wybraliśmy się na Zimę na Pradze. Fajna impreza, bo blisko domu, po bardzo miejskim parku, trasy zarówno marszowe, jak i biegowe - do wyboru, a na koniec jeszcze czekoladę dają. Szczególnie ten ostatni argument do mnie przemawiał:-) Zdecydowaliśmy się na bieganie, bo mnie po chodzeniu plecy bolą, Tomek się dostosował, a Agaty  przezornie nie pytaliśmy co woli. Byłam pewna, że jestem zapisana na trasę B, ale okazało się, że jednak na C. W sumie dobrze, bo C miała raptem 4,6 km. Nominalnie oczywiście.

Żeby dojść na start, musieliśmy obejść jeziorko.
 
Zaparkowaliśmy pod Wedlem, co jak się potem okazało, było pozycją strategiczną, bo blisko sklepu, gdzie po biegu można było odebrać należne kalorie.
Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza, po mnie Agata, a Tomek na końcu, bo filmował, a i tak szybciej od nas biega.

Pierwsze kroki na trasie:-)
 
Biegania po Parku Skaryszewskim się nie bałam, bo już dość dobrze go znam, więc ruszyłam pełna animuszu. Daleko nie ubiegłam, a już zaczęło mnie stopować. Nogi miałam jakoś dziwnie ciężkie, jakby z ołowiu i każdy krok był mordęgą. Chyba te ostatnie biegania po lasach tak mnie sponiewierały. Truchtałam sobie więc pomalutku, delektując się piękną zimą. Przy drugim punkcie dogonił mnie Tomek i pomknął dalej.

PK 2
Do PK 7 szło dobrze, aczkolwiek strasznie wolno. Przy ósemce pomyliły mi się gęstwinki i bardzo zdziwiłam się na widok pomnika, którego przy ósemce nie powinno być. No, ale przynajmniej wiedziałam w którą stronę dalej biec. Podobny numer zrobiłam przy dwunastce, ale bo też te krzaki wszystkie do siebie podobne!
Najlepiej biegało mi się tam, gdzie nie można było po alejkach (to znaczy można, ale bez sensu), tylko na azymut. Wiecie dlaczego? Bo były już wydeptane ścieżki:-))) Cha, cha, cha....
Na piętnastce zaczęłam robić głupoty. Oczywiście nie specjalnie (choć po biegu padły podejrzenia, że jednak specjalnie, żeby było o czym pisać:-)) Podbiłam piętnastkę, po czym zamiast na PK 16, ustawiłam azymut na PK 6. Azymut to był mi potrzebny dla określenia mniej więcej kierunku, bo raczej starałam się korzystać ze ścieżek.Po chwili coś mi przestało pasować, ale jeszcze nie wiedziałam co. Azymut miałam ustawiony na PK 6, ale na mapie patrzyłam na PK 16 jako punkt docelowy. Mój biedny mózg odbierał sprzeczne informacje i za nic nie mógł sobie z nimi poradzić. Zaczęłam kierować się na północ, no bo tam szesnastka, potem jednak na zachód, no bo kompas tak mówił, a potem stanęłam bezradnie nie rozumiejąc co się dzieje. W tym momencie niczym wybawienie pojawiła się Agnieszka. Schowałam wstyd do kieszeni i zadałam sakramentalne pytanie: gdzie ja jestem??? Agnieszka owszem - pokazała, tyle, że na swojej mapie i zanim popatrzyłam znowu na moją, to już zapomniałam co pokazywała. No to poszłam tak mniej więcej. Na azymucie "mniej więcej" zamajaczył mi jakiś lampion. Byłam uratowana. Co prawda nie była to szesnastka, tylko siódemka, ale przynajmniej byłam dokładnie zlokalizowana. Na szesnastkę z siódemki i tak poleciałam głupio, bo zamiast alejką, to na przełaj, ale nie bądźmy już tak drobiazgowi.
 
W poszukiwaniu szesnastki.

Punkt szesnasty był podwójny z dziewiętnastką i okazał się dla mnie podwójnie pechowy. O ile nie miałam problemów z trafieniem do siedemnastki i osiemnastki, to potem znowu utknęłam. Z osiemnastki to nawet spory kawałek biegłam w dobrym kierunku, a potem nie wiem co mi odwaliło i poszłam w bok. Chyba stwierdziłam, ze przecież trafię bez patrzenia bez przerwy w kompas. No to okazało się, że nie trafię. Znowu jakoś dziwnie przyciągała mnie siódemka i w ostatniej chwili wyrwałam się spod jej wpływu, co oczywiście nie znaczy, że dalej pobiegłam dobrze. Dopiero przy jeziorku, widząc w oddali mostki ogarnęłam gdzie jestem. 16/19 okazało się dla mnie czarną dziurą.

Po co biec po prostej, jak można ciekawiej?

Ostatnie punkty na szczęście były już dla mnie łatwe, zresztą wiele osób biegło w stronę mety, więc wystarczyło podążać ich śladem. Już po chwili dobiegłam do rynny, na której wisiał lampion metowy i gdzie czekali już na mnie Agata i Tomek.

Meta!

Po sczytaniu czipów odebraliśmy medale, słodycze i kupon na czekoladę. Medale poza tym, że są bardzo ładne, to mają jeden trick, który odkryłam dopiero w domu - jedna strona medalu jest dla biegaczy bez orientacji (Bieg Wedla), a druga dla biegaczy na orientację (Zima na Pradze). Dla każdego coś dobrego!

Tomek prezentuje nie swoją stronę medalu:-)

A potem nastąpił najważniejszy punkt programu - ruszyliśmy po nasz przydział czekolady do picia. Jak już wspomniałam, zaparkowani byliśmy bardzo strategicznie, bo tuż obok sklepiku Wedla. Chwilę odstaliśmy w kolejce, bo do środka mogło wejść tylko 6 osób, ale szło szybko i już po chwili mogliśmy delektować się przepysznymi kaloriami.

Czekoladowy toast:-)
 
W sumie to szkoda, że z pór roku mamy tylko zimę na tej Pradze, bo ja chętnie wybrałabym się też na wiosnę, lato i jesień na Pradze. Oczywiście pod patronatem Wedla:-)