piątek, 13 lutego 2026

FalInO, czyli śliska sprawa.

Sobotni poranek okazał się tak śliski, że nawet dojście od progu domu do samochodu było wyzwaniem. Tomek miał kolce, więc dał radę, ja doszłam trzymając się kurczowo wszystkiego po drodze. Fakt - wzięłam ze sobą nakładki antypoślizgowe, ale jeszcze ich nie ubierałam.
Kolejnym sprawdzianem było dojście od samochodu do bazy zawodów i tu już wisiałam na Tomku, nakładki dzielnie dzierżąc w dłoni. W końcu założyłam je tuż przed startem  i byłam gotowa do działania.
Gotowa na wszystko.

Tym razem falenickiej wydmy nie było w planach, tylko las w kierunku obwodnicy. W związku z tym mapa wyglądała tak jakoś dziwnie. Ale to i tak wciąż znane tereny.

Odliczanie do startu.

Wreszcie wybiegłam, czy raczej wyszłam ze szkoły i nijak nie mogłam ogarnąć, w która stronę powinnam ruszyć. To znaczy wiedziałam, że na tyły szkoły, ale nogi same kierowały się do głównego wyjścia. Co to znaczy przyzwyczajenie.  Dopiero Agnieszka stanowczo nakierowała mnie gdzie trzeba i pomknęła, bo miała kolce. Ja po kilkunastu krokach zgubiłam swoje nakładki, bo to taki szajs, co nie chce się trzymać. Trudno. Pozbierałam je  i wsadziłam do kieszenie i krok po kroczku, ostrożnie kierowałam się do wyjścia. Za bramką szkoły było już dużo łatwiej, a w lesie to całkiem spokojnie.
Wybrałam na mapie swoje siedem punktów, choć teraz myślę, że należało zrezygnować z trójki albo lepiej czwórki i wziąć w zamian szóstkę. No, ale zrobiłam, jak zrobiłam.
Trasa zasadniczo bez historii - poszłam, podbiłam, wróciłam. Zgubić się nie było jak, żadnych atrakcji po drodze, ale wcale tego nie żałuję. Las po którym biegaliśmy, to w sumie nie taki prawdziwy las, tylko zagajniki między zabudowaniami. W sumie najbardziej dał mi w kość przebieg od PK 11 do mety - długi, nudny, po mieście. 
Mimo, że przez całą trasę się nie spieszyłam, to dość dobrze mi poszło, a może tylko za niską kategorię wybrałam?

Taki przebieg wybrałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz