piątek, 6 lutego 2026

WesolInO - czyli za zimno, za daleko i za ciężko.

Gdyby nie to, że na poprzednim WesolIno zapisaliśmy się na cały cykl (i oczywiście opłaciliśmy), to chyba żadna siła nie wyciągnęła by mnie do lasu na taki mróz. Poczucie obowiązku i bliska odległość od domu jednak zwyciężyły. W lesie śniegu masa, że nawet nie było gdzie zaparkować, bo drogi nie dość, że wąskie, to jeszcze odśnieżone tylko pośrodku, a z boku usypane zwały śniegu. Dobrze, że przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i gdzieś tam udało się wcisnąć samochód w mniejszą zaspę.
 
Przed biegiem.

Zimno było przeokropnie - tak, że po raz pierwszy nie przemogłam się, żeby zdjąć kurtkę i postanowiłam ruszyć na trasę w pełnym rynsztunku. Zresztą nie byłam jedyna, bo inni też woleli zachować ciepełko.
Jak na takie warunki, to trasę miałam strasznie długą i żałowałam, że nie zapisałam się na A. Ale głupio mi było zapisywać się na jakieś 2 km, zresztą przy zapisach nie przewidywałam takiej pogody.

Start.
 
Wcale nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale przemogłam się i wystartowałam. Coś tam do pierwszego punktu było już wydeptane - tyle, żeby trafić bez kombinowania, ale nie tyle, żeby było wygodnie się przemieszczać. Usiłowałam biec, żeby się rozgrzać, ale w zapadającym się śniegu wcale nie było to łatwe. Dwójka była tuż przy jedynce, a za to do trójki prawie na miejsce dawało się dobiec ścieżkami. Gdzieś jeszcze przed trójką zaczęło mi nie być dramatycznie zimno, ale też nie mogę powiedzieć, że zrobiło się ciepło. Widocznie za wolno biegłam:-) 
Do czwórki to tak mi się ciągnęło, że już w połowie odległości zaczęłam szukać lampionu, bo wydawało mi się, że idę już wieki. Co prawda w terenie nic mi się nie zgadzało z miejscem na mapie, gdzie powinien stać punkt, ale poszukać nie zawadzi. Niestety, nic nie znalazłam, więc powędrowałam dalej. Nie dość, że szłam wariantem autorskim, to jeszcze w zasięgu wzroku żywego ducha nie było. Już mnie zaczęła z lekka rozpacz ogarniać, kiedy na horyzoncie pojawiły się żywe duchy, a przy podejściu bliżej jedną z żywin okazał się Tomek i co najważniejsze potwierdził, że punkt jest i czeka na mnie.
Kolejny raz spotkaliśmy się przy piątce. Na piątkę na szczęście spory kawał leciało się drogami i tylko końcówka na azymut. Poszło dobrze.

Hej! Hej!

Spotkanie przy piątce trochę mnie rozkojarzyło, swoje dołożyło zmęczenie i na szóstkę poszłam głupio. To, że nawet na chwilę wyszłam na właściwą drogę niczego nie zmieniło, bo zaraz z niej zeszłam. Myślałam, że jestem dalej i skręciłam na niewłaściwym skrzyżowaniu. A potem było gorzej i gorzej. Nawet fakt, że kierunek drogi był dość abstrakcyjny nie zwrócił mojej uwagi.  Co zresztą nie dziwne, bo od jakiegoś czasu weszłam w tryb przetrwania i  czynności życiowe ograniczyłam do marszu przed siebie (żeby nie zamarznąć), a myślenie wyłączyłam. W końcu dotarło do mnie, że skoro i tak nie ma szans na szóstkę, to należy iść przynajmniej w kierunku mety, czyli na północ. Dobry (albo i nie) los sprawił, że idąc tak w stronę mety natknęłam się na zakręt sieci energetycznej i zorientowałam się, gdzie jestem. Z radości aż postanowiłam wrócić się po szóstkę, co w ogólnym rozrachunku nie miało żadnego sensu.

No nic mi tu nie pasuje...

Co z tego, że znalazłam szóstkę, skoro na siódemkę i tak nie trafiłam, mimo że byłam blisko, bardzo blisko. No dobra, jakoś specjalnie to się nawet nie starałam. Miałam dość, do tego zaczęłam trochę marznąć, a głowa napierniczała mnie ile wlezie, bo przecież musiałam jeszcze odpracować meteopatię. Teraz to już na serio zamierzałam dotrzeć do mety. Jedyne ustępstwo na jakie poszłam, to wzięcie dziesiątki, która stała niemal przy drodze. Po co mi ona była, to sama nie wiem.
W końcu dowlekłam się na metę i nawet ją odbiłam, żeby organizatorzy nie pomyśleli, że zaginęłam w akcji. No, ale wiadomo - nkl to żaden wynik. Najważniejsze jednak, że przeżyłam, choć chwilami nie zanosiło się na to. Niech ta zima już się skończy!!!!

Udało się wrócić.

 
A tak mi to wyszło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz