Dzień po FalInO pojechaliśmy na ZAZU Tour. Przezornie wybrałam krótką trasę, bo zima, bo dzień po dniu bieganie, bo latka lecą. Zaczęliśmy od zapoznania się z metą, bo i tak musieliśmy czekać aż organizator skończy stawianie punktów.
Do jedynki od razu na azymut. Punkt na muldzie, czyli po mojemu nie wiadomo na czym - może być wszędzie. Mulda nieustannie jest dla mnie tajemniczym zjawiskiem, bo tak samo znaczona na mapie, w terenie za każdym razem wygląda inaczej. Szukałam więc raczej lampionu niż charakterystycznego miejsca w terenie. W sumie sprawdziło się, choć nieco zaskoczył mnie mały lampionik zamiast standardowego.
Z jedynki na dwójkę dość długi przebieg, na azymut. Teoretycznie mogłabym ścieżkami, ale ja ścieżkom nie ufam - zwłaszcza zimą. Nie wiem dlaczego, ale ścieżkami zawsze się gubię. A to jakiejś nie zauważę, a to widzę nieistniejąca, a to źle policzę. Strasznie długo szłam, a punktu nie było i coraz bardziej nie było.W końcu doszłam niemal do drogi i już wiedziałam, że jestem za daleko. Dodatkowo punkt miał stać na małej przełączce, a najbliższe wybrzuszenie były w całkiem innym kierunku. Normalnie totalny chaos. W końcu jakoś trafiłam na punkt i dopiero ogląd śladu w domu powiedział mi co się stało. Otóż jedynka źle stała i skoro namierzyłam się z niej, to nie mogłam trafić na dwójkę. A ja cały czas byłam przekonana, że to mój kompas oszalał.
Do trójki trafiłam bez problemów, ale też była banalnie łatwa i jeszcze dodatkowo widziałam innych zawodników zmierzających w tamtą stronę. Za to z czwórką się rozminęłam. Nie za wiele, ale wystarczająco żeby nie znaleźć lampionu. Po co lazłam tak daleko, to zupełnie nie rozumiem, chyba nie chciało mi się myśleć. Dodatkowo jeszcze nawąchałam się szambianych zapachów, bo zawiewało z oczyszczalni ścieków, Fuj.
Po czwórce byłam z lekka zniechęcona i coraz bardziej przekonana, że mój kompas źle działa, bo przecież jeszcze nie znałam powodu rozminięcia się z dwójką. Dlatego postanowiłam bardziej skupić się na obserwacji terenu niż kompasu. Nie wiem czy to ta obserwacja, czy fart, czy co, ale z resztą trasy już nie miałam kłopotów. Tylko ósemki nie zauważyłam od razu, ale wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu i trzeba dokładniej szukać, no bo lampionik mały, to łatwo przeoczyć. Z dziewiątki, ostatniego punktu, przebiłam się do asfaltu i już luksusowo dobiegłam do mety. Myślałam, że będę w wynikach najostatniejsza, ale okazało się, że źle stojąca jedynka innym też pomieszała szyki. Dodatkowo sporo osób miało problem z siódemką, która mi akurat weszła bezboleśnie.
A kompas jednak działał dobrze:-)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz