Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Falenica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Falenica. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2026

FalInO, czyli śliska sprawa.

Sobotni poranek okazał się tak śliski, że nawet dojście od progu domu do samochodu było wyzwaniem. Tomek miał kolce, więc dał radę, ja doszłam trzymając się kurczowo wszystkiego po drodze. Fakt - wzięłam ze sobą nakładki antypoślizgowe, ale jeszcze ich nie ubierałam.
Kolejnym sprawdzianem było dojście od samochodu do bazy zawodów i tu już wisiałam na Tomku, nakładki dzielnie dzierżąc w dłoni. W końcu założyłam je tuż przed startem  i byłam gotowa do działania.
Gotowa na wszystko.

Tym razem falenickiej wydmy nie było w planach, tylko las w kierunku obwodnicy. W związku z tym mapa wyglądała tak jakoś dziwnie. Ale to i tak wciąż znane tereny.

Odliczanie do startu.

Wreszcie wybiegłam, czy raczej wyszłam ze szkoły i nijak nie mogłam ogarnąć, w która stronę powinnam ruszyć. To znaczy wiedziałam, że na tyły szkoły, ale nogi same kierowały się do głównego wyjścia. Co to znaczy przyzwyczajenie.  Dopiero Agnieszka stanowczo nakierowała mnie gdzie trzeba i pomknęła, bo miała kolce. Ja po kilkunastu krokach zgubiłam swoje nakładki, bo to taki szajs, co nie chce się trzymać. Trudno. Pozbierałam je  i wsadziłam do kieszenie i krok po kroczku, ostrożnie kierowałam się do wyjścia. Za bramką szkoły było już dużo łatwiej, a w lesie to całkiem spokojnie.
Wybrałam na mapie swoje siedem punktów, choć teraz myślę, że należało zrezygnować z trójki albo lepiej czwórki i wziąć w zamian szóstkę. No, ale zrobiłam, jak zrobiłam.
Trasa zasadniczo bez historii - poszłam, podbiłam, wróciłam. Zgubić się nie było jak, żadnych atrakcji po drodze, ale wcale tego nie żałuję. Las po którym biegaliśmy, to w sumie nie taki prawdziwy las, tylko zagajniki między zabudowaniami. W sumie najbardziej dał mi w kość przebieg od PK 11 do mety - długi, nudny, po mieście. 
Mimo, że przez całą trasę się nie spieszyłam, to dość dobrze mi poszło, a może tylko za niską kategorię wybrałam?

Taki przebieg wybrałam.

czwartek, 29 stycznia 2026

FalInO i prąd, który nie chciał zniknąć.

Skoro ostatnio było WesolInO, to teraz pora na kolejne FalIno. I tak do wiosny, jak by kto pytał. 
Tym razem nie spieszyliśmy się tak jak ostatnio i nie musieliśmy czekać na organizatora, tylko od razu można było iść w las.

Gotowi do startu.

Dostaliśmy tę samą minutę startową, więc na pierwszy punkt ruszyliśmy razem. Razem, to znaczy Tomek gnał pierwszy, a ja usiłowałam nadążyć za nim. Jedynka była w lasku przed szkołą, tuż koło drogi i można było biec na pamięć, bez patrzenia w mapę.

PK 1.

Usiłowałam dowiedzieć się od Tomka na jaki punkt biegnie po jedynce, ale tak mi odpowiedział, że dalej nie wiedziałam, więc podjęłam pierwszą własną, strategiczna decyzję i ruszyłam na trójkę. Jak się potem okazało Tomek też pobiegł na trójkę, tylko mniej naokoło niż ja. Ale w sumie ile on tam zyskał? Metr, dwa, może pięć?
Po trójce wzięłam ósemkę i czwórkę na wydmie i na chwilę mnie zastopowało. Bo jak lepiej? Wziąć 5, 6 i 7, czy raczej 6, 2, 7 , a może 6, 7, 2? Zdecydowałam się biec na piątkę - bo... tak. Teoretycznie było prosto, ale mi i tak udało się skopać sprawę. Jakieś zaćmienie mnie dopadło i kiedy wybiegłam na ulicę przy budynkach, poleciałam w lewo, zamiast w lewszo (czyli jeszcze bardziej w lewo). Przez chwilę nie potrafiłam w żaden sposób pogodzić tego, co mam na mapie, z tym co widzę przed sobą i tak stałam jak głupia gapiąc się na linię energetyczną, której nie powinno tam być. W końcu uznałam, że skoro wciąż jest i nie znika od mojego gapienia się, to najwidoczniej ja nie jestem tam, gdzie myślę, że jestem. I to była słuszna konkluzja, która w efekcie doprowadziła do słusznych czynów i docelowo trafienia na piątkę.

Coś się nie zgadza...
 
Skoro wzięłam piątkę, to automatycznie dwójka wypadała z gry, bo była najdalej, a potrzebowałam jeszcze tylko dwóch punktów. Czyli została szóstka na wydmie i siódemka po drodze na metę. Poszły łatwo, a najtrudniejszym elementem było nie dać się zadeptać biegaczom górskim przy przecinaniu ich trasy:-)
Na Tomka, który oczywiście pobiegł na wszystkie dwadzieścia punktów, czekałam na tyle długo, że dałam się skusić na ciastko w bufecie, ale na najmniejsze, żeby nie było. Ale i tak uważam, że bufet powinien być zakazany.
Moja króciutka trasa.
 

środa, 14 stycznia 2026

FalInO, czyli powrót na wydmę.

Wreszcie wróciło bieganie po falenickiej wydmie. W ubiegłym roku teren był zamknięty z powodu mistrzostw rowerowych i snuliśmy się tylko gdzieś po obrzeżach lasu. W końcu świat wrócił do normy. Z tej radości i niecierpliwości przyjechaliśmy tak wcześnie, że organizator był jeszcze w lesie i musieliśmy czekać. 
Tym razem już pamiętałam żeby ubrać stuptuty, chociaż i tak baza w szkole dawała możliwość czekania w cieple. Ale po co ma mi się zimno wsypywać do butów?

Ja już gotowa do startu.

Tradycyjnie ja wybrałam trasę krótką, a Tomek najdłuższą, a ponieważ na FalInO biega się w formule scorelaufu, to potencjalnie mogliśmy nawet biec razem przez część trasy. Ale tylko potencjalnie, bo ja sobie truchtam, a Tomek pędzi.
Pierwszy problem to oczywiście konieczność wybrania 7 z 20 punktów. No, nie da się. Zacząć od jedynki, czy od siódemki? Brać punkty z północnej części mapy, czy raczej wschodniej? I w jakiej kolejności? W końcu zdecydowałam się zacząć od jedynki i oczywiście pobiegłam do niej mało optymalnie, choć przecież już dojeżdżając do szkoły widzieliśmy, gdzie wisi lampion. Tomek pobiegł lepiej i już czekał przy punkcie, chociaż ruszył chwilę po mnie.

PK 1 zaliczony.

Po jedynce znowu decyzja: co dalej? W pierwszej chwili wybrałam dwójkę, ale po drodze mi się odwidziało i skręciłam w stronę jedenastki. Niby wiedziałam, gdzie stoi punkt, ale i tak się zdziwiłam, gdy znalazłam się pod swoim domem. To znaczy domem, w którym kiedyś mieszkaliśmy. W pierwszym odruchu chciałam wyjść na ulicę i pooglądać, czy coś się zmieniło, ale przypomniałam sobie, że biegamy na czas i odpuściłam. Kolejna trudna decyzja - na trzynastkę i dwunastkę, czy raczej dziewiątka? W końcu postanowiłam kierować się raczej w stronę wydmy, bo skoro tyle za nią tęskniłam, to trzeba ją nawiedzić czym prędzej. Tak więc po dziewiątce wspięłam się po czwórkę i po przeliczeniu punktów wyszło mi, że najlepiej będzie wziąć jeszcze dwójkę, trójkę i siódemkę. Tak też zrobiłam. Po siódemce już była tylko meta i czułam lekki niedosyt - tak ze dwa punkty więcej by się przydały do pełni satysfakcji. Z kolei następna co do trudności trasa miała już 14 punktów i więcej kilometrów (za dużo dla mnie), a tu jeszcze trzeba było zachować siły na przeżycie reszty dnia.
Baza w szkole ma dużą przewagę nad bazą w lesie - nie dość, że ciepło, to jeszcze bufet zaopatrzony w różne smakołyki. Czekając na Tomka wciągnęłam sałatkę, ale ciasta już nie zdążyłam, bo za wcześnie wrócił. Nadrobię na kolejnej rundzie:-)

Na pożegnanie Falenicy wspólna fotka.
 

Taki wariant wybrałam.
 

środa, 19 marca 2025

FalInO - ostatnia runda okraszona medalem.

Ostatnia runda FalInO byłaby się odbyła bez nas, bo w sobotę ramo musieliśmy pilnie jechać z kotem do weterynarza. Zdążyliśmy jednak dojechać do Falenicy przed zakończeniem startów i mogliśmy ruszyć na trasę.
 
Tuż przed startem.
 
Tym razem mapa sięgała tylko do autostrady i nie przekraczała jej. Oznaczało to, że w nielicznych dostępnych fragmentach lasu punkty będą jeden na drugim. I faktycznie tak było. We fragmencie, w który celowałam stało aż jedenaście lampionów, podczas gdy ja potrzebowałam tylko dziesięciu.
Ruszyliśmy razem z Tomkiem, ale po ubiegnięciu kilkunastu kroków poczułam silne kłucie w bucie. Nie miałam wyjścia - trzeba było sprawdzić. Zdejmuję buta, a tam wieeelki kolec. Nic bym z nim nie ubiegała. W międzyczasie Tomek pobiegł w nieznanym kierunku, a ponieważ on zbierał wszystkie punkty, więc praktycznie mógł pobiec w dowolną stronę. Spotkaliśmy się chyba gdzieś przed siedemnastką, na którą tak biegłam:
 
Uciekam, bo Tomek mnie goni.
 
 Razem podbijaliśmy PK 17 i razem ruszyliśmy dalej.
 
PK 17

Razem polegało na tym, że bardzo usiłowałam nadążyć za Tomkiem i przez dwa kolejne punkty nawet mi się to udawało. Potem gdzieś mi zniknął.
Kiedy podbiłam już dziewięć punktów, stwierdziłam, że nie opłaca mi się brać dziesiątego z lasu, tylko lepiej wrócić w okolice bazy i wziąć trojkę z terenu przykościelnego, tuż przy szkole. I tak zrobiłam. 
Ta runda okazała się najkrótsza z całego cyklu, bo przebiegłam raptem 3 km z małym hakiem.
Potem czekaliśmy na oficjalne wręczanie medali za całokształt, bo załapałam się na jeden z nich. 

Dekoracja.

A tak wygląda mój przebieg:
 

 

poniedziałek, 3 marca 2025

FalInO - szybko i łatwo.

Strasznie mi się nie chciało wstać, żeby pojechać do Falenicy. Za oknem padało i nic nie motywowało do wyjścia z domu. W efekcie musiałam wstać bez motywacji. Biedna ja:-(
Przed wyjściem razem z Tomkiem sprawdziliśmy czy mam zegarek, pas, kompas i czip. Wydawało się, że tym razem mam wszystko, a nawet nadmiar, bo czip w Falenicy nie jest potrzebny. Tymczasem na miejscu okazało się, że nie mam smyczki do karty startowej i muszę ją sobie powiesić na sznurku. Strasznie tego nie lubię, bo sznurek się zwija i po chwili zaczyna człowieka dusić.

Czekamy na start.

Mapa okazała się być taka, jak w pierwszej rundzie, czyli 10 punktów można zebrać bez biegania za autostradę i nie ma punktów w moim ulubionym lasku. Uzbrojona w tę wiedzę ruszyłam, kiedy zegar odpipał moją minutę startową.

Start.

Wybiegliśmy razem z Tomkiem. Pierwszy punkt był jeszcze na terenie szkolnym, blisko bramki wejściowej, a potem pognaliśmy na teren przykościelny. Logiczne było pobiec potem na siódemkę, a potem na północną część mapy. Do siódemki jeszcze nadążałam za Tomkiem, ale potem już zniknął mi z oczu. Z PK 7 do PK 8 był dość długi przebieg ulicami miasta. Po ósemce trzynastka w mikrolasku, tuż przy autostradzie. Dziewiątka była po drugiej stronie drogi wjazdowej na autostradę. Droga niestety była na nasypie i choć widziałam śmiałka, który się na nią wdrapywał, wolałam obiec  chociaż do miejsca, gdzie nie będzie aż tak wysoko i nie będzie potrzeby skakać nad barierkami. Dumna byłam z tego pomysłu aż do powrotu do domu, gdzie Tomek mnie uświadomił, że między autostradą a nasypem było przejście i nie musiałam lecieć naokoło. I tak to jest z moim sprytem. Ale ostatecznie tego nadkładania nie były kilometry, tylko metry, więc da się przeżyć.

Można było niemal po kresce, ale nie...

Po dziewiątce znowu był długi miejski przebieg do kolejnego skrawka lasu, gdzie stała reszta punktów. Było wręcz śmiesznie łatwo, no bo co tam można nakombinować jak się ma trzy drzewa na krzyż.
Wróciłam dumna i blada, że mi tak sprawnie tym razem poszło i szkoda tylko, że nie przełożyło się to na wynik:-) Ale co tam. W generalce i tak po tej rundzie jestem druga w swojej kategorii.
 
Wyjątkowo łatwa trasa tym razem.
 

wtorek, 18 lutego 2025

FalInO, czyli jeden wielki chaos.

Na FalInO Jasiu znowu naobiecywał nowe tereny, a ja się tylko martwiłam, czy będzie punkt w lasku przed szkołą:-) Raz dwa załatwiliśmy formalności, pobraliśmy mapy i niecierpliwie czekaliśmy na odpipanie naszego startu.
 
Czekamy na piątą minutę.
 
Jest! Jest punkt w lasku - ucieszyłam się na widok mapy i ruszyłam za Tomkiem do bramki wyjściowej ze szkoły. Tak byłam podekscytowana punktem w lasku, że nie dość, że pobiegłam do niego głupio, to i zupełnie niepotrzebnie. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.
 
Nie wstrzeliłam się w ścieżkę. Chyba z emocji.

Po jedynce w naturalny sposób narzucały się PK 9 i PK 11 i tak pobiegłam. Przed dziewiątką spotkałam Tomka, który z punktu wybiegł w złą stronę i właśnie wracał, więc razem pobiegliśmy dalej.
 
PK 9 zaliczony.
 
Na jedenastce nie było perforatora, więc całą grupą robiliśmy sobie zdjęcia dokumentujące pobyt na punkcie, czyli fajnie się bawiliśmy nie zwracając uwagi na upływający czas.
 
Tu byliśmy!
 
Z jedenastki pobiegłam na piątkę, a potem na dziesiątkę. To znaczy wydawało mi się, że biegnę na dziesiątkę, ale oczywiście pomyliłam ścieżki i biegłam... nigdzie. Wcale nie od razu ogarnęłam co jest grane i aż musiałam wrócić na piątkę i ustawić azymut, żeby zorientować się, co odwaliłam.
 
Pomyliłam prawą ścieżkę z lewą.
 
Po dziesiątce wreszcie policzyłam sobie, które punkty powinnam wziąć i wtedy wyszło mi, że mój brak planu na starcie nie był najlepszym sposobem osiągnięcia sukcesu. Wciąż mi wychodziło, że wezmę za dużo (powinnam dziesięć), a jak coś pominę, to się po prostu zmarnuje. Tak źle i tak niedobrze. Porzuciłam więc te rozmyślania i pobiegłam wziąć siedemnastkę i szesnastkę.
Po szesnastce znowu zaczęłam kombinować i przeliczać. Wyszło mi, że trzynaście, czternaście i piętnaście mogę odpuścić, a na powrocie wziąć dziewięć, jedenaście i siedem. Ubiegłam kawałek i uświadomiłam sobie, że przecież dziewięć i jedenaście już brałam. Z nieznanych mi powodów byłam pewna, że wzięłam też cztery i dwanaście, więc wychodziło, że muszę wrócić po czternaście, trzynaście i piętnaście. W głowie miałam już totalny chaos, nie pamiętałam co brałam, co nie, a jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić to na karcie startowej. Tam tylko liczyłam ilość podziurkowanych kratek, co zresztą z powodu braku perforatora na jedenastce nijak mi się nie zgadzało.
Wzięłam więc metodą naokoło czternastkę i trzynastkę, potem piętnastkę i znowu policzyłam podziurkowane kratki. Wyszło mi 9, bo jedenastki oczywiście nie mogłam tą metodą wliczyć. 
 
 
Po co na skróty, jak można naokoło?
 
Zamiast po piętnastce wziąć czwórkę lub dwunastkę postawiłam na siódemkę przy kościele. Można i tak, zwłaszcza, że gdzieś tam mi się zakodowało, że tę czwórkę i dwunastkę to już brałam. W efekcie od piętnastki miałam długi bezproduktywny przelot, a na końcówce musiałam biegać po schodach. Jak to mówią - kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
Po całym tym chaosie na trasie Jasiu uhonorował mnie jeszcze chaosem w wynikach, wpisują mnie do innej kategorii. Co prawda dawało mi to wysoką lokatę, ale po pierwsze niezasłużenie, a po drugie punkty zbieram w innej kategorii.  Jak się da, to ja bym jednak chciała wrócić na moje skromne CK.
 
Cała mapa i i mój abstrakcyjny występ.
 

środa, 5 lutego 2025

FalInO, ale jakoś inaczej.

Kolejny weekend i kolejne wyzwania. W sobotę FalInO, więc takie może mniejsze wyzwanie, ale dla mnie ważne, bo punkty do klasyfikacji generalnej. Przyjechaliśmy dość wcześnie, żeby nie tracić dnia, ale nie na tyle wcześnie, żeby nie zastać organizatora. A tymczasem... Zawodnicy czekali, Jasia ani widu, ani słychu.
 
Zawodnicy czekają.

Nikt nie zakładał, że zgubił się podczas wieszania lampionów, bo to fizycznie niemożliwe, nawet gdyby szedł z zamkniętymi oczami, więc co się stało? Ano, nie mógł w szkole znaleźć sprzętu startowego, bo został przeniesiony w inne miejsce. W końcu jednak wszystko udało się ogarnąć i wystartowaliśmy.

Jeszcze tylko włączyć zegarek i można lecieć.

Tym razem mapa miała być ciut inna, bo w skali 1:7500, ale spoko. Jednak po rzuceniu na nią okiem coś mi się nie podobało. Jeszcze nie wiedziałam co, ale już czułam wewnętrzny niepokój. Tomek tak mnie poganiał, że nawet nie miałam kiedy uzewnętrznić tego niepokoju, tylko razem pobiegliśmy na punkty przy kościele.

PK 4 na plebanii.

Po kolejnym punkcie Tomek pobiegł już dalej, a ja dopiero teraz miałam czas, żeby ustalić sobie marszrutę. Przeliczyłam punkty i wyszło mi, że będę musiała wziąć przynajmniej jeden punkt zza autostrady. Wstrząsnęło to mną, bo wciąż nie wiedziałam jak przedrzeć się na jej drugą stronę, a po pierwszej rundzie Tomek opowiadał mi coś o skakaniu przez ogrodzenie. Wizja przedzierania się na dziko średnio mi odpowiadała. Na początek postanowiłam pobiec do lasku tuż za szkołą i wziąć PK 2, 3 i 6. Siódemkę i lasek przed szkołą postanowiłam zostawić sobie na powrót. Najśmieszniejsze jest to, że od razu zauważyłam brak na mapie lasku przed szkołą, ale uparcie powtarzałam sobie, że punkty w nim stojące wezmę na koniec. Tak się właśnie biega na autopilocie.
Po szóstce wzięłam jeszcze ósemkę i nadszedł czas na stronę za autostradą. Miałam farta, bo przede mną biegł tam jakiś zawodnik, więc pędziłam za nim, żeby zobaczyć jak się tam dostać. No i okazało się, że to łatwe, przez płoty nie ma potrzeby przełazić i jedyne co mnie pokonało, to bieg pod górę, bo przejście wiodło nad autostradą. Wzięłam PK 9 i spokojnie wróciłam na "właściwą" stronę.
 
Nie było się czego bać.
 
Miałam już siedem punktów, więc było z górki. Szybko zgarnęłam trzynastkę i ruszyłam na miejską końcówkę. Z siódemki - przedostatniego punktu - ruszyłam już na pamięć w kierunku szkoły, gdzie do zebrania została jedynka. Zamiast pobiec najkrótszą droga, czyli wziąć szkołę od północy, ja oczywiście pobiegłam od południa, no bo lasek przed szkołą. A szlag by ten lasek! Niby człowiek wie, że go nie ma na mapie, a i tak leci tam jak ćma do światła.
 
I po co tak naokoło?

Ale w sumie to tak się ludziom nie robi - punkt zawsze był w lasku i zawsze powinien być! A nie tak, że nie ma.... Proszę mnie więcej nie robić w konia!
Jakoś szczególnie dużo punktów do klasyfikacji tym razem nie zdobyłam, muszę więc pilnować, żeby mi nie przepadła żadna runda. Niby złotych kalesonów na koniec nie dają, ale głupio zająć odległe miejsce.  Zakładam, że następnym razem pójdzie lepiej.

Mój przebieg.

czwartek, 23 stycznia 2025

Falenica z déjà vu

Ciągle narzekam na Team360. Na tę bezsensowną decyzję zamknięcia terenów spacerowych. Terenów, które i tak wszyscy znają…. 

FalInO, chcąc nie chcąc, na mapie Miedzeszyn. I jedyny znośny kawałek lasku bez embarga odcięty autostradą, właściwie z jednym przejściem górą i dostępem zablokowanym przez tereny zakazane. Jeszcze gorzej, że drugi etap FalInO miał praktycznie te same PK. No, może nie dokładnie te same, ale tuż obok i chcąc nie chcąc, przebieg musiał wyjść prawie taki sam. Może gdyby było więcej PK „w środku”, dawałoby się pokombinować, a tak za autostradą była do zrobienia pętelka „w prawo” lub „w lewo” - wg gustu. 

PK1 na boisku - robiłem za fotografa bo dobiegłem oczywiście pierwszy;-)
A same zawody? Postanowiłem biec po śladach z edycji pierwszej. Najpierw boisko, potem lasek przy szkole, kościół i PK 13 koło torów. Dalej – za autostradę i kółko przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. 

Zastanawiałem się czy PK 9 brać na początku, czy na końcu…. Podbiłem na początku, ale oczywiście na końcu o tym zapomniałem i prawie znowu dobiegłem do PK 9;-) 

Nie było śniegu, więc nie było inostrad. Były lampiony leżące w dołkach, ale to standard. I nie było wpadki jak tydzień temu z PK 14, który stał w innym dołku. 

Znowu forsowałem płotek na wbiegu (skrótem po schodkach) na wiadukt – chyba muszę podjechać tam w tygodniu i odkręcić nakrętkę blokującą panel płotka, albo potrenować forsowanie płotów w biegu;-) 

Pozostałe PK – bieg do utraty tchu (a o to łatwo bez formy), bo ani szukania lampionów nie było, a większość biegu drogami, czy wręcz asfaltem. 

Widziałem już wpisy o déjà vu (odnośnie etapu), deklaracje że „nigdy więcej”. No cóż, ja także czuję pewne znudzenie mapą – przy bieganiu po lesie, nawet po tych samych miejscach było fajniej, zawsze było trochę szukania i zawsze była alternatywa, czy przebiegać wydmę w poprzek raz, czy trzy razy. Ja daję szansę na jeszcze jedno podejście – może większość lampionów będzie na osiedlu i zrobimy miejski sprint zamiast przebiegania przez autostradę? Albo za autostradą - dużo PK w środku, a mało na obrzeżach? Albo w jakiś sposób wymusić przebieg przez A2 inną drogą –przy torach lub na Izbickiej? Albo wreszcie może na południowy wschód w stronę Michalina? Tu także są takie niby laski…. 

Tradycyjna fotka z rączki na mecie;-)

 Nie ma co narzekać – czekam na następny etap! 


 

 

czwartek, 9 stycznia 2025

FalInO, czyli "zakazany las".

Pierwszy dzień nowego roku zamiast na Noworoczno-Bąbelkowej InO spędziliśmy w domowych pieleszach nie wyściubiając nosa na zewnątrz. Podobnie odpuściliśmy Street-O i dopiero czwartego stycznia ruszyliśmy do Falenicy.
FalInO niby tradycyjne, ale w tym roku inne, bo bez biegania po falenickiej wydmie, która stanowi teren zamknięty na Mistrzostwa Świata w RJnO. Powiedzmy sobie szczerze - sensu w tym nie ma żadnego, bo wydmę każdy zna na pamięć, ale przepisy to przepisy. 
Ciekawa byłam gdzie nas Janek wciśnie z tym bieganiem i jeszcze w domu typowaliśmy różne skrawki lasku jakie pozostały dostępne. Niewiele tego zostało. Tym niecierpliwiej wyczekiwałam chwili kiedy dostanę mapę do ręki.

Najpierw trzeba było znaleźć gps-a.

Mapa - cóż.... Nie zachwyciła. Już nawet nie chodzi o teren, bo każdy rzeźbi w tym co ma, ale czytelność była mówiąc oględnie - taka sobie. Kółeczka i numery punktów były niemal niewidoczne na mapie, zupełnie wyblakłe i zlewające się z tłem. 
Moje 10 punktów, które trzeba było zaliczyć, akurat mieściło się w dolnej części mapy i te postanowiłam zebrać. Oczywiście mogłam brać i te z górnej części, bo biegaliśmy scorelauf, ale nie wiedziałam, czy będę umiała przedostać się na drugą stronę autostrady, więc odpuściłam z góry.

Tuż przed startem.
 
Wystartowaliśmy i od razu przeoczyłam najbliższy punkt, bo nie zauważyłam go na mapie. Poleciałam więc po dwa następne, takie tradycyjne, co to zawsze są, bo blisko szkoły, a potem wróciłam na boisko po ten przeoczony.

Chaotyczny początek.

Gdybym chciała biec logicznie i ekonomicznie to w sumie powinnam wziąć 1, 7, 5, 2, a tymczasem dwójkę zostawiłam odłogiem i poleciałam po jedenastkę w lesie. No, taki tam las - drzewa między zabudowaniami, ale zawsze. 3, 4 i 6 to kolejne punkty, które udało się upchać w tym kawałku "lasu", a potem przebieg do autostrady po PK 8. PK 13 już w "mieście" (ale na łączce), a potem już tylko ulicami. I gdzie miałam największe problemy? Oczywiście w cywilizacji, a nie w lesie. Nie mogłam wstrzelić się w dwójkę, bo zamotałam się w zakamarkach uliczek i mapa w żaden sposób nie pasowała do terenu. Oczywiście w końcu znalazłam i został tylko dobieg do mety.

 Lekkie problemy z dwójką.

Mimo, że biegałam bardzo oszczędnie, mając w pamięci, że następnego i jeszcze następnego dnia też są zawody, na mecie byłam sporo przed Tomkiem. No, ale też punktów miałam do zebrania o połowę mniej. A Tomek, jak to Tomek - od progu zaczął marudzić, że punkt źle stał, że to, że tamto. Musiałam go szybko ewakuować, żeby nie demotywował organizatora, bo nie zrobi kolejnej rundy i co będzie?

Tomek na mecie.

 Mapa i mój przebieg w dolnym kawałku.

czwartek, 21 marca 2024

Ostatnie FalInO, które udowadnia, że życie jest niesprawiedliwe.

W sobotę na FalInO pojechałam sama, bo i po co ktoś miałby oglądać moje wyjątkowo nieudane w tym roku zmagania ze znanym terenem. Niby na pocieszenie (jeszcze przed wyruszeniem na trasę) dostałam dyplom, a nawet dwa, ale co jeden, to za gorsze miejsce.

Podsumowanie nieudanego sezonu.
 
Po zakończeniu oficjałki szybko zorganizowałam się do wyjścia na trasę i nawet o kompasie nie zapomniałam, bo go wcześniej wsadziłam do kieszeni. Biegnąc na pierwszy punkt (za kościołem) wybrałam wariant trasy i to nawet dość logiczny na pierwszy rzut oka. 
Dwa pierwsze punkty były w znanych miejscach i mogłam je brać z zamkniętymi oczami. Przy kolejnym pomogło mi błądzenie podczas któregoś poprzedniego etapu, bo dzięki temu teren miałam rozpracowany na maksa. Następny na azymut, po kresce, potem za Marzeną, ale nie specjalnie żeby mnie prowadziła, tylko co miałam z nią zrobić skoro biegła na ten sam punkt? Punkt z numerkiem 7 nie dość, że był oznaczony jako 2, to jeszcze stał źle, co nikomu specjalnie nie wadziło, bo był po prostu kawałek wcześniej. Kolejny to trójka - daleko, ale większość asfaltem, bo trzeba było przebiec przez teren zabudowany. Kolejne trzy punkty były w okolicy naszego dawnego domu i choć często zdarza mi się tam coś sknocić, to tym razem wszystko poszło idealnie. Ale też fakt, że punkty stały przy ścieżkach, widoczne z daleka. Po zaliczeniu ostatniego czekał mnie jeszcze tylko długi dobieg do mety, za to "moją" ulicą i nawet nie spieszyłam się, żeby sobie dokładnie obejrzeć co się zmieniło przez te lata kiedy już tam nie mieszkam.
Trasę tym razem pokonałam bez żadnych pomyłek, absurdalnych przebiegów, długich poszukiwań lampionów i innych takich. Jak widać uczę się powoli, ale skutecznie. Życie to jest jednak strasznie niesprawiedliwe. Jak runda zaliczana do wyniku, to ja robię głupoty, a jak taka poza konkursem, to idzie mi bezbłędnie. I tak - wygrałam w swojej kategorii. I co mi z tego?
 
Mój idealny przebieg.

czwartek, 29 lutego 2024

FalInO, czyli wyszło jak zwykle.

Na FalInO pojechałam sama. Agata w soboty nie partycypuje, a Tomek nie dość, że z nieczynną nogą, to jeszcze miał kupę roboty do zrobienia. Nie wiem jakim cudem udało mi się nie zapomnieć żadnej z niezbędnych rzeczy - kompasu, smyczy, buffa, chusteczek, kasy, toreb na pobiegowe zakupy, dokumentów i siebie. Bo ja to w tych wyjazdach na zawody taka trochę Wąsikowa jestem - nie wszystko sama ogarniam. Tak się starałam, że na miejsce przyjechałam przed czasem, kiedy Janek był jeszcze w lesie i stawiał punkty. Jak już dotarł to w pierwszej kolejności przygotowałam sobie kartę startową, pobrałam mapę i cyknęłam pamiątkowe foty.

Z Jankiem.
 
W tym sezonie Falenica jest dla mnie wyjątkowo pechowa. Jak bym się nie starała, to i tak zawsze coś pójdzie nie tak.  Aż sama byłam ciekawa, co wydarzy się tym razem.

Startuję jako pierwsza w zerowej minucie.
 
Po wystartowaniu wytypowałam sobie dziesięć punktów, które zbiorę i wyszła mi dość długa trasa jak na moje (coraz mniejsze) możliwości. Postanowiłam zacząć od punktu przykościelnego, żeby potem o nim nie zapomnieć. Zresztą fajnie na początek wziąć coś łatwego. Czwórka i dwójka poszły łatwo nawigacyjnie, ale już od samego startu czułam, że moc z ubiegłego tygodnia mnie opuściła, a nogi w ogóle nie chciały nieść.
Biegnąc na ósemkę niespodziewanie wylądowałam przed domem, w którym dawniej mieszkałam. Gdybym patrzyła na mapę bardziej całościowo, nie było by to wcale takie niespodziane, ale ja patrzę w sumie tylko na kreskę. 
Ósemka wydawała się łatwa, w znanym miejscu, a jednak... Zamiast z drogi ruszyć na azymut, a jeszcze lepiej "na oko", zaczęłam kombinować z liczeniem  i dopasowywaniem ścieżek. A ze ścieżkami to zawsze problem, bo chodzą jakieś takie i wydeptują coraz nowe, których potem nie ma na mapie. Jednym słowem - ósemki nie mogłam znaleźć. Wstyd mi było jak cholera, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Z opresji wyratował mnie Włodek, bo z daleka zobaczyłam gdzie podchodzi.

Niechlubna ósemka.

Do dziewiątki, jedenastki i kawałek do jedynki pobiegłam drogami, wyjątkowo bez żadnych niespodzianek, wszystko zgodnie z założeniami. Potem zgubiłam się z lenistwa. Nie chciało mi się podejść do asfaltowej drogi, żeby na piątkę namierzyć się ze stuprocentową pewnością i w efekcie punktu zaczęłam szukać za wcześnie. Mało tego - nie zgadzały mi się ścieżki, ale pomyślałam sobie: olać je. Niestety, nie wyszło mi na dobre to olewanie i w końcu ruszyłam w stronę tego zignorowanego wcześniej asfaltu. I tu znowu z opresji wybawił mnie Włodek. Niby na trasie czuwa nad Becią, ale tym razem to ja miałam chyba więcej korzyści z jego obecności w lesie. Pokazał mi gdzie stoi lampion i nie musiałam latać się namierzać.

Szukam, szukania mi trzeba...
 
Po piątce byłam tak skołowana, że zupełnie zapomniałam, że dwójkę już brałam wcześniej i polazłam do niej po raz drugi. Zorientowałam się dopiero próbując podbić kartę. Zaklęłam szpetnie (ale w myślach) i ruszyłam dalej.

 Dwójka podwójnie  zaliczona.
 
Z wybranych do zaliczenia punktów została mi jeszcze szóstka i siódemka. Na szczęście nie miałam z nimi problemów i poszło dość sprawnie. Za to do mety miałam dość długi i bezproduktywny przebieg, a do tego co chwilę przecinałam ścieżki trasy biegów górskich i musiałam uważać, żeby mnie ci biegacze górscy nie stratowali. Udało się i w jednym kawałku dotarłam do mety. Jeszcze tylko herbatka, chwila rozciągania się i można było wracać. 
Cóż - miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Ale i tak lubię biegać w Falenicy.

Cała moja trasa.