Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZAZU Tour. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZAZU Tour. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2026

Piękna Katastrofa z Czajką w tle czyli ZAZU TOUR R3

Kolejna, trzecia już odsłona ZAZU TOUR. Jakby to powiedzieć – organizator wpuścił nas w ściek, znaczy znowu eksplorowaliśmy tereny tuż przy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Dość chłodno. Krajobraz taki „pozimowy”: zero zieloności, wszędzie widać śmieci, które w zimę skrywał śnieg. Trasa mocno zakręcona: taki One-Man-Relay, ale bez obracania kartki. Na mapie zatrzęsienie punktów, kresek i praktycznie do wykonania dwie pętelki. 

Gotowy do startu
Strat poszedł dobrze – znaczy do PK 1 trafiłem prawie jak po sznurku (oczywiście przez lampion z PK 25, bo był prawie na azymucie). PK 2 i 3 także dobrze wchodziły. Do PK 4 zamiast obiec ścieżką przedzierałem się przez jakąś ruinkę i chaszcze – bo były na azymucie;-) 

Przebieg na PK 1 - prawie po kresce!

Po PK 7 goniłem biegacza, który mnie wyprzedził i oczywiście pobiegliśmy nie tą ścieżką. Tak to jest, gdy człowiek sugeruje się konkurencją;) 

Przebieg na PK 8 - nie należy sugerować się konkurencją!

Ogólnie jestem z siebie dumny, bo wiele przebiegów wygląda tak, jakbym widział narysowaną kreskę azymutu na ziemi i starał się po niej biec;-) 

Ale jak to w orientacji – zawsze musi być jakaś "piękna katastrofa". Jak przystało na katastrofę – ma ona nazwę PK 13. Punkt na azymut. Dość długi przebieg. Gdzieś tam po mojej lewej biegł jakiś konkurent. Nie wiem jak ustawiłem kompas, ale wydawało mi się, że biegnę dobrze. Była górka. Przełęcz. A potem po prawej widziałem jakiś prześwit pomiędzy drzewami. Tyle że bez lampionu. Szukałem i krążyłem wypatrując lampionu niczym amunicja krążąca. Opamiętałem się dopiero, gdy trafiłem na zawodników żwawo podążających do flagi z napisem META. Ustawiłem dobrze kompas i znalazłem lampion, ale co się naszukałem… 

PK13 - numer zobowiązuje!

Po tym zdarzeniu znowu pojawiły się na ziemi kreski azymutów, bo szło mi o wiele lepiej. No może poza PK 16 – na mapie ubzdurałem sobie, że biegną do PK 11/24 – niby „prawie po drodze”, ale niepotrzebnie zdobyta całkiem spora górka. 

Jeszcze PK 18 – już któryś raz nie zgadzają mi się tu ścieżki w terenie z tym co na mapie – przez chwilę szukałem kopczyka o jedną ścieżkę za wcześnie… 

PK18 - o jedną ścieżkę za daleko

Końcówka – to już dobrze znane PK i bez większych pomyłek. 

W rezultacie – czas taki sobie, ale trening zaliczony – mam nadzieję, że w zawodach rankingowych pójdzie mi znacząco lepiej;-) 

 


 

poniedziałek, 16 lutego 2026

ZAZU Tour z lekkim smrodkiem w tle.

Dzień po FalInO pojechaliśmy na ZAZU Tour. Przezornie wybrałam krótką trasę, bo zima, bo dzień po dniu bieganie, bo latka lecą. Zaczęliśmy od zapoznania się z metą, bo i tak musieliśmy czekać aż organizator skończy stawianie punktów.
 
Dobrze wiedzieć, gdzie wrócić.
 
 W końcu machina ruszyła i wystartowałam.
 
Start.
 
Do jedynki od razu na azymut. Punkt na muldzie, czyli po mojemu nie wiadomo na czym - może być wszędzie. Mulda nieustannie jest dla mnie tajemniczym zjawiskiem, bo tak samo znaczona na mapie, w terenie za każdym razem wygląda inaczej. Szukałam więc raczej lampionu niż charakterystycznego miejsca w terenie. W sumie sprawdziło się, choć nieco zaskoczył mnie mały lampionik zamiast standardowego.
Z jedynki na dwójkę dość długi przebieg, na azymut. Teoretycznie mogłabym ścieżkami, ale ja ścieżkom nie ufam - zwłaszcza zimą. Nie wiem dlaczego, ale ścieżkami zawsze się gubię. A to jakiejś nie zauważę, a to widzę nieistniejąca, a to źle policzę. Strasznie długo szłam, a punktu nie było i coraz bardziej nie było.W końcu doszłam niemal do drogi i już wiedziałam, że jestem za daleko. Dodatkowo punkt miał stać na małej przełączce, a najbliższe wybrzuszenie były w całkiem innym kierunku. Normalnie totalny chaos. W końcu jakoś trafiłam na punkt i dopiero ogląd śladu w domu powiedział mi co się stało. Otóż jedynka źle stała i skoro namierzyłam się z niej, to nie mogłam trafić na dwójkę. A ja cały czas byłam przekonana, że to mój kompas oszalał.
 
To się nie mogło udać.
 
Do trójki trafiłam bez problemów, ale też była banalnie łatwa i jeszcze dodatkowo widziałam innych zawodników zmierzających w tamtą stronę. Za to z czwórką się rozminęłam. Nie za wiele, ale wystarczająco żeby nie znaleźć lampionu. Po co lazłam tak daleko, to zupełnie nie rozumiem, chyba nie chciało mi się myśleć. Dodatkowo jeszcze nawąchałam się szambianych zapachów, bo zawiewało z oczyszczalni ścieków, Fuj.
 
Było blisko.

Po czwórce byłam z lekka zniechęcona i coraz bardziej  przekonana, że mój kompas źle działa, bo przecież jeszcze nie znałam powodu rozminięcia się z dwójką. Dlatego postanowiłam bardziej skupić się na obserwacji terenu niż kompasu. Nie wiem czy to ta obserwacja, czy fart, czy co, ale z resztą trasy już nie miałam kłopotów. Tylko ósemki nie zauważyłam od razu, ale wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu i trzeba dokładniej szukać, no bo lampionik mały, to łatwo przeoczyć. Z dziewiątki, ostatniego punktu, przebiłam się do asfaltu i już luksusowo dobiegłam do mety. Myślałam, że będę w wynikach najostatniejsza, ale okazało się, że źle stojąca jedynka innym też pomieszała szyki. Dodatkowo sporo osób miało problem z siódemką, która mi akurat weszła bezboleśnie.
A kompas jednak działał dobrze:-)
 
Cała trasa
 

piątek, 20 grudnia 2024

ZAZU Tour prawie pod domem.

Tak mi się wciąż składa, że nie mam kiedy biegać, ale jeśli zawody już są w Zielonce, no to nie ma wyjścia, nawet przy braku czasu. Skoro już góra przyszła do Mahometa...
Myślałby kto, że mam fory, bo znam teren, ale jedyna korzyść ze znajomości okolicy to brak strachu, że zgubię się na amen.
 
Start.
 
Żeby się nie zgubić nawet troszeczkę, do pierwszego punktu pobiegłam wariantem drogowym, naokoło. No dobra, nie tylko dlatego - teren pomiędzy startem, a punktem był tak wredny, że na azymut na pewno zeszło by wiele dłużej. Do dwójki już nie było ścieżek tylko azymut, ale poszło bezbłędnie.
Zagwozdkę miałam jaki wariant wybrać do trójki, bo była daleko i o ile początek logicznie było pobiec ścieżką, to potem trzeba było zdecydować: na wprost przez bagienko, od wschodu albo od zachodu. Wybrałam wariant od wschodu, głównie dlatego, bo nie lubię w trakcie trasy przebiegać w pobliżu mety. Jakoś mnie to zawsze demotywuje.
Przy czwórce spotkałam Jacentego i razem ruszyliśmy w stronę piątki, ale na końcówce każde wybrało swój autorski wariant podejścia do punktu. Mój okazał się jakby ciut gorszy, bo dotarłam później.
Szóstka poszła dobrze, a do siódemki poleciałam kawałek ścieżką rowerową, bo nie chciało mi się po krzakach. Ósemkę w pierwszej chwili chciałam wziąć ścieżkami i nawet ruszyłam w stronę pierwszej, ale w trakcie mi się odwidziało i postanowiłam pomęczyć się trochę na przełaj. Taka fantazja ułańska mnie dopadła. Azymuty oczywiście już potraciłam przy tych zmianach i szłam tak bardziej na oko. Ponieważ oko kaprawe, to z punktem się ciut rozminęłam. Na szczęście trafiłam na duże doły, które zlokalizowałam na mapie i od nich namierzyłam się na swój dołek.
 
PK 8
 
 Dziewiątka była o tyle łatwa, że biegłam niemal tak samo jak  z dwójki na trójkę (oczywiście tylko na kawałku trasy). Za to dziesiątki nie mogłam znaleźć. Niby widziałam gdzie się kręcą inni zawodnicy, ale kiedy szukałam w tym miejscu, nic nie było. Teraz widzę, że szukałam za wcześnie, ale po co inni tam się pchali, to nie wiem. Oczywiście znalazłam lampion stojący na niczym, bo ten płaski teren trudno nazwać górką, choćby najmniejszą.
 
 
PK 10
 
Po dziesiątce został już tylko dobieg do mety. Przed sobą zobaczyłam Tomka, ale był za daleko, żeby go gonić, czy nawet wołać za nim. A chciałam, żeby mi cyknął fotkę, jak wbiegam na metę.  Trudno. Za to mamy wspólne zdjęcie po biegu..

I po zawodach:-)

Następne zawody też mi proszę robić w Zielonce, bo zarobiona jestem i nie mam czasu jeździć daleko. Czy Organizatorzy wszystkich imprez słyszą????


Mój przebieg.
 

środa, 1 maja 2024

Nocny Marek z ZAZU TOUR

Zapisałem się na Mistrzostwa Polski w nocnym BnO. Wcale nie miałem się zapisywać, ale w ramach treningów do Jagi-Kory coś tam zacząłem biegać i jakoś poszło - co ma się marnować licencja zawodnika BnO;-) Ale przed startem w imprezie tej rangi przydałby się trening. Nocny. I właśnie nastał wysyp nocnych treningów, bo jak widać nie tylko ja mam zaległości w nocnym bieganiu;-) 

ZAZU TOUR NOCĄ R2 - „prawie pod domem” bo w Markach na Horowej Górze – wstyd było nie iść. Oczywiście zjawiłem się na starcie. Mapa niewielka, 6,8 km, 17 PK czyli nie tak mało. Na mapie wydma, trochę poziomnic i sporo zielonego. 

Do startu gotowy!

Wystartowałem przy ostatnich promieniach słońca - pod górę i po piachu. PK 1 daleko - na drugim końcu mapy. W lesie już ciemno. A las… niedawno był to młodnik, teraz jest ciut wyższy, ale jeszcze nie zaznał trzebieży. W nocy daje to efekt bardzo ograniczonej widoczności. Co chwila jakieś ścieżynki jak to przy zamieszkałych terenach. Leciałem na czuja – „mniej więcej w kierunku” i kurczowo trzymałem się poziomnicy. Tak jej się trzymałem, że trafiłem wpierw na PK 4, ale dzięki temu do PK 1 było niedaleko. 

PK 2 wydawał się prosty - wokół bagienka, ścieżką, na niewielką górkę i gdzieś w dole powinien być lampion. To „gdzieś w dole” było mocno zdradliwe: teren poorany rowami, zwalone gałęzie, i szukaj wiatru – znaczy lampionu w takich warunkach. Wreszcie znalazłem, ale po dłuższej chwili. 

Na PK 3 ruszyłem na azymut. Po chwili zobaczyłem pierwsze „obce światło” w lesie. Jak się okazało był to zagubiony Piotrek, który szukał … PK 1!
Szczęśliwy, że nie zrobiłem takiej wtopy, ruszyłem dalej. Minąłem jakąś ścieżkę poprzeczną, dobiegłem do następnej (jej kierunek się zgadza), więc chwilę wcześniej powinien być lampion. Wracam się, szukam, nic. Powoli pojawiają się latarki. Jakaś dziewczyna szuka tego samego lampionu. Niby się wszystko w terenie zgadza, ale nie do końca. Przebiegają jacyś biegacze i wreszcie Janka wybiegając z lasu rzuca: „33 jest tam” i wskazuje gdzieś na zachód. Lecimy w tamtym kierunku. Okazało się, że w terenie była „ścieżka” nieuwzględniona na mapie i szukaliśmy ponad 100 metrów za wcześnie. 

Dalej biegłem już ostrożnie do PK 4, drogę z PK 4 na PK 5/1 miałem już wcześniej obieganą i potem na PK 6 – znów na drugi koniec mapy. W pewnym momencie zacząłem poznawać teren, który mapowałem do którejś tam Niepoślipki. Wokół coraz więcej światełek biegających we wszystkie strony. Na ostatnich metrach do PK 6 znosi mnie i bezradnie miotam się szukając krótkiego wału. 

Kolejne punkty idą dobrze, choć coraz wolniej, bo sił zaczyna brakować. Przemek dobrze zbudował trasę – sporo mało przebieżnych elementów (szczególnie w nocy), a co pewien czas dłuuugi przebieg – kolejny z PK 11 na PK 2/12. Tym razem używam ścieżki, która mnie zmyliła przy poszukiwaniu PK 3 i rów z lampionem znajduję może ciut naokoło, ale w sposób całkiem bezpieczny. 

Bieganie nocą ma swój urok

Kolejne przebiegi – „odwrotne” do tych, co robiłem na początku. Znany las (biegnąc na PK 1 na niego narzekałem, ale teraz wydaje mi się łatwy i przebieżny), choć sił coraz mniej. Wreszcie wpadam na metę. Czas nie jest najlepszy – szczególnie przez ten PK 3. Ale przez MP jest planowane jeszcze kilka nocnych treningów – czas by się poprawić!


 

czwartek, 14 marca 2024

ZAZU Tour w Kałuszynie z dobrą radą.

Do Kałuszyna pojechaliśmy we trójkę, przy czym Tomek robił tylko za kierowcę. Zaczęliśmy od fotki na mecie, czyli tak jakby od końca.
 
Już wiemy, gdzie mamy wrócić.
 
Mapa trochę mnie przeraziła długością trasy, szczególnie, że ta z poprzedniego dnia też nie należała do najkrótszych i plułam sobie w brodę, że nie chciało mi się tego szczegółu sprawdzić, tylko polegałam na Tomku. Postanowiłyśmy tradycyjnie z Agatą iść (a może i trochę biec) razem.

Startujemy.
 
Ruszyłyśmy od razu w krzaki, na azymut. Trzymałyśmy się go tak kurczowo, że poszłyśmy po kresce. Przy dwójce zaliczyłyśmy leciutką odchyłkę, która nie przeszkodziła nam w znalezieniu punktu, a potem kreska wróciła i trzymałyśmy się jej aż do piątki. Między czwórką a piątką znajdowało się pierwsze z licznych potencjalnie mokrych obniżeń, ale udało się je pokonać suchą nogą.
Po piątce wolałyśmy obejść gęstwinę niż się przez nią przedzierać, a na siódemkę nie mogłyśmy trafić. W sumie to zupełnie nie wiem dlaczego, bo nic aż tak trudnego tam nie było.

GPS kłamie - byłyśmy na siódemce!
 
Kolejne punkty wchodziły już gładko. Co jakiś czas spotykałyśmy Hanię, ale głównie przy punktach, a nie na trasie - ona chyba wybrała mniej azymutowy wariant przebiegu.
Po jedenastce stanęłyśmy przed dylematem - biec do dwunastki naokoło ścieżką, jak kilku facetów przed nami, czy dalej na azymut przez mokradła (nie wiadomo czy suche, czy mokre). Ja byłam skłonna obiec ścieżkami, ale niespodziewanie Agata wyraziła chęć pójścia na azymut. Tak mnie to zdziwiło, że bez słowa sprzeciwu wlazłam w krzaczory i potencjalne bagnisko, które na szczęście okazało się nie tak mokre na jakie wyglądało. Kawałek dalej, ku mojemu kolejnemu zdziwieniu, w oddali zobaczyłam Hanię, która też wybrała trudniejszy wariant. Takie to jesteśmy kobiety niezłomne.
Z trzynastki na czternastkę już odpuściłyśmy szaleństwa i pobiegłyśmy ścieżkami, ale potem już się tak nie dało i dopiero dobieg do mety (a i to tylko końcówkę) zorganizowałyśmy sobie po asfalcie. Agata na ostatnich metrach włączyła motorek, żeby mnie przegonić i... udało się jej. Na metę wpadła pierwsza, ale w ogólnym rozrachunku brakło jej sekund, żeby ze mną wygrać.

Wyścig do mety.


Chwila odpoczynku.
 
Zaczęliśmy już zbierać się do odjazdu, kiedy Agata zakomunikowała, że nie ma telefonu. Przetrząsnęła kieszenie, przebuszowaliśmy samochód i nic - nie ma. Musiał zginąć w lesie. I jak go tu teraz znaleźć, kiedy dla utrudnienia dzwonek jest wyciszony, bo tak. Nie pozostało nic innego jak wziąć mapy w garść i wrócić na trasę. Tomek uparł się iść z nami i jeszcze tylko nam brakowało, żeby mu po drodze noga odpadła. Pierwszy punkt zaliczony - telefonu nie ma. Drugi punkt - telefonu nie ma. A wszystkich punktów siedemnaście. 
- A po co ty właściwie bierzesz ten telefon ze sobą? - spytał Agatę Tomek.
- No, w razie gdybym się zgubiła.
- A zgubiłaś się kiedyś?
- Ja nie. Tylko telefon...
Szanse na odnalezienie niemego telefonu w lesie były dość nikłe, ale jakoś przed trzecim punktem wielokrotne dzwonienie  w nadziei, że ktoś znalazł i odbierze przyniosło efekt - telefon czekał już na mecie. O jak mi się lekko zrobiło, że nie muszę powtarzać całej trasy, po której już na mecie byłam wykończona. Telefon znalazł Jacenty i nasza wdzięczność będzie Go ścigać na najbliższych zawodach, na których będziemy i my i On.
 
DOBRA RADA: do lasu bierz telefon naładowani i niewyciszony. A jak nie musisz, to nie bierz. A jak bierzesz, to nie gub.


 

poniedziałek, 12 lutego 2024

Zazu Tour w Zielonce

Po sobotnim bieganiu w Wesołej, w niedzielę (tę tydzień temu), mieliśmy imprezę jeszcze bliżej, bo w Zielonce. Agata dała się namówić i wystartowaliśmy we trójkę.

Gotowi do akcji.
 
Ponieważ poprzednio dobrze się nam razem biegło, więc i tym razem postanowiłyśmy nie rozdzielać się.
Już od startu miałyśmy pod górkę i bałam się, czy to nie będzie zły prognostyk na resztę trasy.

 Startujemy razem.
 
I mozolnie pniemy się pod górę.
 
Plan był prosty - lecimy główną ścieżką, potem w trzecią w lewo i ta doprowadzi nas niemal pod punkt. Ale wiadomo - nic w życiu nie jest proste, a już ścieżki w lesie to na pewno nie. Te pseudo ścieżynki były tak nikłe, że za nic nie mogłyśmy ich znaleźć, a co dopiero wbić się we właściwą. Tomek, który startował chwilę po nas zastał taką sytuację:

Nie ma ścieżki i już.
 
Tomek wskazał nam jakiś produkt ścieżkopodobny i poleciał dalej, a my i tak po kilku krokach zgubiłyśmy tę niby ścieżkę. Ustawiłam kompas tak mniej więcej i miałam nadzieję, że jakoś to będzie. I faktycznie - co azymut, to azymut - nawet taki "na oko".
 
Na śladzie nie wygląda, że trafiłyśmy, ale albo mapa do d..., albo gps.
 
Postanowiłam nie zawracać sobie głowy ścieżkami  na przyszłość i lecieć głównie na azymut. Agata nie była tym zachwycona, bo ona z kolei jest fanką ścieżek, ale jak razem, to razem.
Dwójka, trójka i czwórka weszły dobrze, ale teren był mało przyjazny, bo w ogóle ten las nie jest jakiejś przecudnej urody. Po czwórce coraz bardziej znosiło nas w prawo i dobrze, że w okolicy była spora grupa zawodników, bo trochę naprowadzili nas na punkt. Szóstka była bliziutko, a na siódemkę to nawet pobiegłyśmy ścieżką. Ta akurat była widoczna i jednoznaczna.
Z dziesiątki na jedenastkę poleciałyśmy dobrze naokoło, ale było to sensowne, bo teren na azymucie zapowiadał się wrednie, a my byłyśmy już zmęczone. Tym sposobem prawie calutki odcinek miałyśmy wyścieżkowany.
Dwunastka była na łosiu, którego zawsze oglądamy jadąc samochodem do Warszawy przez S8. Teraz mogłyśmy łosia obejrzeć z bliska.
Trzynastki szukała spora grupa osób i jakoś wszyscy trochę za daleko, w tym i my. Ale jak szuka tyle ludzi, to wiadomo, że w końcu ktoś trafi i tak też się stało.
Został jeszcze tylko dobieg do mety. Pamiętając jak poprzednio Agata mnie załatwiła na ostatniej prostej, postanowiłam od razu przyspieszyć i gnać na metę nie oglądając się za siebie. Zadziałało - przybiegła chyba z pół minuty po mnie i stwierdziła, że tym razem to mocno ją przeczołgałam na trasie. Mam nadzieję, że do następnego razu zapomni o tym i znowu razem pobiegniemy.
 
Tak zaliczałyśmy kolejne punkty.
 

środa, 24 stycznia 2024

Zima w pełnej krasie/Nadmie

Styczeń, więc wreszcie zima w pełni. Świeża dostawa białego puchu, słoneczko – taki idylliczny obrazek na niedzielne bieganie w Nadmie. 

"Baza zawodów" jak widać co niektórzy dojechali rowerem

Uroki zimy obfotografowane

Clear, check i start


I ja na tle startu

Obfotografowawszy uroki zimy ruszyłem na start. Clear, check, start i.. pod górkę. Niestety kopny śnieg i to bieganie pod górkę niezbyt wychodziło. Może z górki będzie lepiej? Jakoś specjalnie lepiej nie było. Nawet na drodze. A gdy w pobliżu pierwszego PK zbiegłem z drogi… Niestety, las w Nadmie poza tym że urokliwy, ma jedną wielką wadę – nierówności. Dość świeże nasadzenia powodują, że prawie wszędzie są bruzdy ok. ponad półmetrowej głębokości. Na mapie pełno jest brązowych kropek, które to obrazują. Wprawdzie teren gdzie nie ma tych kropek nie wygląda dużo lepiej – może mniejsze nierówności, ale sporo gałęzi, wrzosów i mchów, które to przysypane śniegiem nie sprzyjają szybkiemu bieganiu. Wysoki śnieg ma jedną zaletę – wyraźne inostrady. Przy PK 1 InOstrada była niczym ul. Marszałkowska w Warszawie.  Do PK 2 była także porządna, choć nierówności powodowały, że cały bieg to było kicanie z wałka na wałek i modleniu się o niezapadnięcie w jakąś dziurę pomiędzy.

Dopiero przed PK 3 nastąpiło lekkie rozmycie InOstrady – poprzednicy szukali zapewne tras omijających te zakropkowane na brązowo wertepy. Ja także omijałem. Jak się okazało… jakąś Łosiostradą, choć na początku myślałem, że to trop jakiegoś biegacza – dopiero gdy się dobrze przyjrzałem….

Po PK 4 wpadłem na rewolucyjny pomysł obiegnięcia naokoło drogami trochę wyjeżdżonymi przez auta. Czy było szybciej? Po czasach patrząc, tak samo wyszło, jak przedzieranie się po kresce.

Na PK 7 dało się sporo pobiec drogami – liczne ślady świadczyły, że nie ja jeden wpadłem na ten pomysł.

Na PK 8 budowniczy zaserwował nam przebieg ponad 1,5 km w linii prostej (po drodze wydmy, gęstwiny i owe sławne nierówności). Na początku zacząłem wydeptaną ścieżką, ale w miarę oddalania się od lampionu z PK 7 ścieżka zanikała. Skręciłem w stronę  drogi i lekko naokoło, przebijając się z impetem przez grupę nordicwalkerów, która wyległa na spacer w ten piękny dzień.

W każdym razie przebieg na PK 8 dał popalić. Bądź co bądź zaraz za PK 8 zaczyna się Horowe Bagno, czyli granica Zielonki!  Następne punkty 9-15 umieszczone już w ludzkich odległościach to była czysta przyjemność. 

Klubowy PK 11 z lampionem "44"

Kolejny długi przebieg do PK 16. Tu akurat był już wydeptany trakt biegnący ścieżką, a odległość „tylko” 1,2 km;-)

Te długie przebiegi i ciężki teren wymuszający wysokie podnoszenie nóg dały o sobie znać – nogi ledwo chciały się odrywać od podłoża. A i trasa nominalnie miała 9,5 km… czyli taki dobry long!

Przebieg na PK16 - trochę się zachmurzyło

Na koniec, pomiędzy ostatnim PK i metą krzaki. Na wydeptanej dróżce dziecko z trasy rodzinnej, omijanie go bokiem i zaraz krew lejąca się z rozoranych dłoni.


Nie osiągnąłem jakiegoś życiowego rezultatu (nie mam kondycji), ale zadeklarowane w tym miesiącu na Stravie 10 km zaliczone;-)


 

 

 

 

środa, 20 grudnia 2023

Zazu Tour w Zielonce, czyli BnO podpełza pod sam próg.

Wreszcie BnO zawitało do Zielonki. Termin co prawda dla nas z lekka kijowy bo w tym samym dniu Tomek organizował UrodzInO, ale jak odpuścić zawody tuż za progiem. Sprężyliśmy się więc i przybyliśmy. 
Teren znaliśmy, bo sami organizowaliśmy tu zawody i to kilka razy, ale nauczona doświadczeniem nawet nie zakładałam, że wszystko pójdzie gładko, bo jakoś ostatnio idzie mi jak po grudzie.
Z mapy wynikało, że dwa punkty będą w bagienku, ale ponoć miało byś sucho. Innych niebezpieczeństw (oprócz dzików, z którymi już na tym terenie miałam do czynienia) nie zauważyłam i upewniwszy się, że niezaznaczona na mapie meta znajduje się obok startu, ruszyłam w las.

Uruchomić zegarek i można lecieć.
 
Jedynka i dwójka poszły gładko, bo na azymut, a przy trójce już zaczęłam rozpoznawać okolicę i od razu poczułam się swojsko. Trójka to jeden z potencjalnie mokrych punktów, ale faktycznie udało się dojść na sucho. W drodze na czwórkę zaczęło mnie znosić w prawo. Niby oczami widziałam gdzie ma wisieć lampion, ale moje przywiązanie do wskazań kompasu wzięło górę i dopiero w ostatniej chwili nagięłam w lewo po punkt. To mokradło też okazało się być całkiem suche.
Szóstka i siódemka wisiały w znajomych dołkach i tak się podjarałam tą znajomością terenu, że przestałam zwracać uwagę na mapę i ósemki zaczęłam szukać dużo za wcześnie. Co ciekawe, nie ja jedna. Dopiero po chwili ogarnęłam, że przecież punkt jest za ścieżką, a nie przed.
 
Ciut za blisko.
 
Dziewiątkę wzięłam bezbłędnie, a potem zaczął się dramat. Dziesiątka była dość daleko, więc tak sobie szłam, podbiegałam, błądziłam myślami tu i tam i tyle czasu to trwało, że zapomniałam na jaki punkt podążam. Wiem, że to głupie, ale co poradzisz? W końcu wykoncypowałam, że powinnam szukać dziewiątki. Przy takim założeniu oczywistym jest, że nijak nie byłam w stanie dopasować mapy do terenu (albo odwrotnie) i tak mnie to skonsternowało, że zaczęłam wracać skąd przyszłam. Potem postanowiłam sprawdzić co jest bardziej na południe, a ponieważ wciąż było to samo, podjęłam jedyną słuszną decyzję - dojść do autostrady i zorientować się gdzie jestem. Faktycznie pomogło, bo jak doszłam, to przypomniało mi się, że na dziewiątce to ja jednak już byłam, a teraz potrzebna mi jest dziesiątka. No to poszłam i ją wzięłam.
 
Kiedy dopada skleroza:-(
 
Jedenastkę już upilnowałam, a potem tylko meta. Uffff. Tak się zbłaźnić na własnym terenie...
Na Tomka musiałam chwilę poczekać, bo on oczywiście biegł najdłuższą trasę, ale dzięki temu ma w końcu zdjęcie na mecie.

Tomek, odwrocie Bartka i golas. Taka artystyczna kompozycja.

Na koniec jeszcze zażyczyliśmy sobie pamiątkową wspólną fotę i można było wracać do domu szykować się na UrodzInO.
 
Po biegu.

 
 Cała moja trasa.

wtorek, 21 listopada 2023

Trening ZAZU Tour na zbudowanie formy.

W sobotę zaczęliśmy budować formę na Nocne Manewry. Najwyższy czas, bo to już w najbliższą sobotę! 
Ja budowałam formę na trasie 2,7 km, a Tomek to już całkiem zaszalał, bo na trasie 6,9 km. Zasadniczo był to trening ZAZU Tour na Górkach Radzymińskich.
Rany, jak ja strasznie dawno w niczym nie startowałam. Nawet trening był dla mnie atrakcją.

 
Kierownik imprezy?

Udało się nam nie zapomnieć kompasów i czipów, znaleźliśmy start i mieliśmy nadzieję, że jeszcze pamiętamy jak poruszać się w lesie.  A las był wyjątkowo piękny - przyprószony świeżym śniegiem, niemal bajkowy. Co prawda trochę przerażała mnie wizja biegu na azymut pod tymi gałązeczkami, co to tylko tknąć, a już spada na głowę masa śniegu, ale mapa mówiła, że drogami to się nie nabiegamy za bardzo.

Przed startem.
 
I poszła...

Do jedynki prawie trafiłam, tylko ciut mnie zniosło w prawo. Na szczęście spotkałam Tomka  i nakierował mnie te parę metrów w bok. Gdybym od razu wiedziała, że mamy wspólny punkt, to w ogóle poczekałabym na niego:-)

Szukaj!

Po jedynce już odnalazłam kreskę łączącą punkty i twardo się jej trzymałam. No dobra, trochę pomagały wydeptane ścieżki oraz kilka osób przede mną, które ewidentnie robiły tę samą trasę. Ale oczywiście i tak pilnie śledziłam mapę i wskazania kompasu. Taka sielanka trwała aż do punktu piątego. Tak po prawdzie to niemal do samej szóstki szło dobrze i nagle kawałeczek przed punktem ciut odbiłam w lewo (no bo jak zawsze znosi w prawo, to trzeba skorygować, nie?) i rozminęłam się z lampionem. A jak się już rozminęłam to tak sobie szłam, szłam (bo biegać to już nie miałam siły) aż doszłam do drogi i skrzyżowania. Dopiero stamtąd namierzyłam się na nowo i już poszło dobrze.

Z szóstką rozminęłam się o mały kawałeczek.
 
Po szóstce znowu odnalazłam zagubioną wcześniej kreskę (oraz wydeptaną ścieżkę) i ruszyłam dalej. Problem pojawił się przy piętnastce. Byłam już blisko punktu, kiedy przebiegający inny zawodnik poinformował mnie, że  mam na azymucie punkt z kodem 101. W pierwszej chwili się ucieszyłam, że dobrze idę, ale po spojrzeniu na mapę przeszło mi - jak wół miałam 111. Kolega też szukał 111, więc jak to cielątko ruszyłam za nim. Po chwili spotkałam kolejne osoby szukające i jeszcze kolejne. Miałam nadzieję, że jak ktoś w końcu znajdzie, to da znać. W międzyczasie natknęłam się na kolejny punkt - szesnastkę, więc cóż prostszego jak namierzyć się od niego? A kiedy byłam już przy piętnastce ktoś rozkminił, że kod 101, to jest właśnie 111 (dopisane drobnym druczkiem) i zupełnie niepotrzebnie tyle czasu łaziliśmy po okolicy.

 
Trzeba czytać drobne druczki:-)

Z piętnastki po własnych śladach do szesnastki, a potem to już zostały tylko dwa punkty i meta. Łatwizna. 
No i jaką formę zbudowałam w międzyczasie. Fakt, głównie psychiczną, ale podobno wszystko siedzi w głowie.

Cała trasa.