niedziela, 25 października 2026

Sztafety w Markach czyli bieg z gwiazdami;-)

Sztafety…. To coś, co rzadko się spotyka. A jeszcze ciężej wystartować, bo trzeba mieć partnera/partnerkę w zbliżonym wieku i o zbliżonych osiągach. 

Tu będzie dobieg do mety, start i punkt widokowy
Renacie na pasowało – namówiłem Karolinę. Razem wychodziła nam kategoria 95. Nie było sztafet mieszanych, więc mieliśmy wystartować na sztafecie męskiej. Karolina biega szybciej ode mnie – więc szanse na dominację w sztafetach „mieszanych” mieliśmy całkiem sporą. W ostatniej chwili Karolina wypadła. Na szybko znalazłem do sztafety Krzyśka. Krzysiek to mocarz – specjalizujący się w długich dystansach. Miało być tym razem krótko, ale i tak mieliśmy jakąś szansę powalczyć o podium. 

Strat pierwszej zmiany – budowniczy na starcie zafundował morderczy podbieg pod wydmę. 

Czekamy na przybycie pierwszych zawodników na punkt widokowy (w sztafetach jest punkt widokowy, kilka minut przed metą, by druga zmiana zdążyła wejść do boksu startowego). Pierwszy w kategorii przybiega Marcin – ale to było wiadome z góry – to jest inna bajka. Krzysiek dobiega drugi. Lecę do boksu. Clear/Check i czekam. Krzysiek dobiega, klepniecie i ruszam pod górę klnąc budowniczego. Na górze brakuje tchu, okulary zaparowane. Zerkam na mapę – mam biec w prawo, więc skręcam w prawo, przykładam kompas do mapy, by uchwycić azymut i nagle… widzę gwiazdy. Jakiś dół niezaznaczony na mapie (bić autora mapy!), ja leżę, okulary zasypane ziemią pochodzącą z korzeni wyrwanego mchu… Wstaję lekko oszołomiony. Co nieco otrzepuję okulary, ale coś tam zostaje na szkłach. Dobra, mogę się ruszać, lecę dalej… trochę na oślep. Dopiero po chwili koryguję kierunek, gdy zauważam po lewej wzniesienie, którego być nie powinno. 

PK 1, PK 2 teren mało przebieżny – poszycie utrudnia stawianie kroków. 

Do PK 3 daje się trochę drogą po szczycie wydmy, choć najpierw testuję inny lampion – coś nie idzie mi liczenie zakrętów ścieżki na tej wydmie. 

PK 4 na dole w gęstwinie dołek. Ustawiam azymut i lecę. Obok mnie jakaś dziewczyna przebija się przez zielone. Widzę jakieś dołki – bez lampionu. Klnę pod nosem, dziewczyna także. Rozdzielamy się… 

Co tu dużo pisać – 15 minut krążenia w kółko. Znajduję następy lampion PK 6 – próbuję od niego się odmierzyć – marszem, biegiem i nic. Nie mogę trafić do właściwego dołka. Ze śladu wynika, że udawało mi się omijać właściwy dołek jakby był zaczarowany i mnie odpychał….. 

Coś takiego powinni pokazywać z dopiskiem "tak nie rób"
 
15 minut straty przy biegu ok. 30 minut…. Ech. I na dodatek dogonił mnie tu jeden z rywali… 
Wkurzony pognałem dalej w kierunku PK 7. Tak się rozpędziłem uciekając rywalowi, że przebiegłem lampion i dotarłem prawie do następnego…. 

Wpadam na metę
Dalej to już normalnie. Chwila szukania PK 9 (Autor mapy – na północ jest więcej dołków niż na mapie!). Zamiast 3 kilometrów wyszło ponad 6, zamiast trzydziestu kilku minut wyszło 51… a żeby było mało - Krzysiek zaliczył MP w efekcie mamy NKL;-) 

Jak patrzę w domu na pamiątkę po bliskim spotkaniu z gwiazdami został mi bolący bark i dwie całkiem pokaźne szramy na brzuchu;-) 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz