Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarny Staw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarny Staw. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lutego 2022

WesolInO z ruchomą północą.

Znowu to zrobiłam! Znowu kazałam się zapisać na trasę C, mimo świadomości, że będzie dłuuuga. Naiwnie zakładałam, że przecież w każdej chwili mogę sobie ją skrócić, a przecież wiedziałam, że tego nie zrobię choćbym się miała doczołgać na metę. Na sobotę zapowiadała się wredna pogoda, ale dopiero od południa, więc pojechaliśmy jak się najwcześniej dało, żeby zdążyć przed deszczem.

Idziemy do bazy zawodów.

Przed startem tradycyjnie miałam problem z umiejscowieniem się na mapie i wyznaczeniem kierunku biegu na pierwszy punkt. Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu tak mam.  Na szczęście Tomek pokazał mi która ścieżka w terenie jest która na mapie i jakoś ogarnęłam. 
 
Start.
 
Na pierwszy punkt pobiegłam po kresce, żeby dobrze zacząć. Podobnie ruszyłam na dwójkę, ale po chwili zaczęło mnie znosić w prawo, kiedy zaczęłam omijać niewygodną roślinność. Wkrótce w oddali  zobaczyłam Tomka, który biegł na ten sam punkt. Spotkaliśmy się i jak to bywa w takich sytuacjach - ja zdałam się na niego (bo zawsze wydaje mi się, że on lepiej trafi), on zdał się na mnie (bo wie, że biegam po kreskach) i w efekcie zaczęliśmy głupio wałęsać się po lesie, w zupełnie niewłaściwym miejscu. Oczywiście - w końcu znaleźliśmy lampion, ale już na wstępie straciliśmy masę czasu.
 
Gdzie ten punkt może być?

No, troszkę nas zniosło.
 
Kolejny punkt znowu mieliśmy wspólny, ale chciałam go zdobyć już sama, żeby nic mi nie odwracało uwagi. Zresztą Tomek od razu pomknął dalej i tyle go widziałam. Mój plan był taki: dobiec do ogrodzenia, cofnąć się kawałek do rozwidlenia ścieżek, skręcić w lewo i namierzyć się od pierwszego zakrętu. Na rozwidleniu popatrzyłam na kompas i aż zamarłam - północ miałam na południu, a na północy południe. To gdzie ja mam dalej biec? Kurcze, przecież pamiętałam skąd przybiegłam i to na pewno było na zachód od rozwidlenia. No to co jest? Postanowiłam zaufać sobie, nie kompasowi i ruszyłam ścieżką. Po kilku krokach znowu spojrzałam na kompas, ale teraz pokazywał wszystko prawidłowo. Czyli to było chwilowe zgłupienie. Z tego wszystkiego trochę się rozkojarzyłam, przebiegłam zakręt, od którego planowałam się namierzyć i dobiegłam do następnego. W sumie ten też był dobry do namierzenia się (a może nawet lepszy), tyle, że nie bardzo wiedziałam przy którym z zakrętów jestem. Widok Tomka wyłaniającego się z krzaków niezmiernie mnie ucieszył, choć wcześniej zarzekałam się, że chcę sama. Byłam pewna, że punkt ma już zaliczony i leci na kolejny, tymczasem okazało się, że wciąż szuka. No to szukaliśmy razem. Byliśmy już prawie pod czwórką, kiedy Tomek wymyślił, że nierówności po których chodzimy, to te dwie poziomniczki na mapie, między PK 3 a PK 4. Faktycznie tak było i po chwili udało się znaleźć kopczyk z lampionem.
 
 Poszukiwania PK 3
 
 
 
PK 3 zdobyty!
 
Do czwórki poszliśmy (biegać to tam się nie bardzo dawało) razem, a choć piątkę też mieliśmy wspólną, to po czwórce już definitywnie rozstaliśmy się. Po płaskim to może i kawałek lecielibyśmy razem, ale zaczęła się wydma i ja zostałam w tyle sapiąc i dysząc.
 
I jak dosięgnąć tej czwórki?
 
Po rozstaniu z Tomkiem od razu poszło mi lepiej i PK 5, 6 i 7 zaliczyłam bezproblemowo podążając za kreską:-) Za siódemką utknęłam w coraz bardziej rozmarzającym rozlewisku i przez chwilę wydawało mi się, że zostanę tam już do końca świata. Jakoś bardzo, bardzo nie miałam ochoty na moczenie nóg i usiłowałam wydostać się z pułapki bezstratnie. Udało się, ale zamarudziłam tam sporą chwilę.
Na ósemce nastawiłam kompas i pobiegłam dalej. Po chwili coś mi się otoczenie przestało zgadzać, a kiedy zobaczyłam jezioro i zabudowania, to już wiedziałam, że totalnie do bani. Mój kompas po raz drugi zrobił mnie w konia i zamienił północ z południem. A żeby go pokręciło!! To znaczy, w zasadzie to właśnie go pokręciło:-( Cóż, nie pozostało nic innego jak wrócić na ósemkę i namierzyć się od nowa. Tak po prawdzie to wcale nie potrzebowałam wracać do punktu i szybciej by było gdybym namierzyła się ze skrzyżowania trochę nad ósemką, ale ze złości coś mnie zaćmiło i nie postępowałam racjonalnie. Trudno. Dziewiątkę postanowiłam brać naokoło, ścieżkami, bo założyłam, że jak na mapie jest niebiesko, to mokre. Tomek przeszedł środkiem niebieskiego i twierdzi, że było sucho.
 
Długo nie mogłam uwierzyć, że źle biegnę.
 
Dziesiątkę zdobyłam z lekką odchyłką, przez co minęłam lampion i musiałam wracać, na szczęście niedaleko. Do jedenastki  pobiegłam już ścieżkami, zresztą tak było najlogiczniej. Jedenastka to ten sam lampion co nasza nieszczęsna dwójka z początku trasy, ale tym razem nie miałam problemu z trafieniem. Na dwunastce utknęłam. Niby była łatwa, ale jak się nie zauważy, że trzeba iść ścieżką u podnóża górki i idzie się szczytem, to raczej trudno trafić. Na szczęście spotkałam Piotrka, który też szukał tego samego lampionu i lepiej ode mnie czytał mapę.

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie...

Do trzynastki nie chciało mi się przedzierać przez krzaki, postanowiłam pobiec naokoło, przebiegając przez start/metę. Igor widząc, że nawet nie zatrzymuję się przy mecie, zaczął mnie wołać, sądząc, że już kończę trasę, a ja byłam dopiero ciut za połową. Taaak, to było przykre doświadczenie - być tak blisko mety, a tak daleko...
Tuż przed trzynastką spotkałam Tomka, który biegł na jakiś swój punkt. Ucieszyłam się, że on też jeszcze w lesie, bo myślałam, że dawno na mecie. Nie wiedziałam tylko, że to jego ostatni punkt.
Pozostała część trasy nawigacyjnie poszła mi już dobrze, ale biegać to przestałam niemal całkiem. Nie miałam już siły, a i teren przeważnie był mało biegowy.
Przy ostatnim punkcie czekał Tomek, a potem pognał na metę, żeby uwiecznić mój finisz. Nie powiem - skorzystałam z tego, że biegnie przede mną, bo nie musiałam już patrzyć w mapę.
 
Ostatni punkt.
 
 
I wreszcie upragniona meta.
 
Na mecie zameldowałam się po ponad DWÓCH godzinach od startu i zrobieniu prawie dziesięciu kilometrów. Od razu byłam pewna, że w długości pobytu w lesie nikt mnie nie przebije i faktycznie tak się stało. Mimo wszystko jestem z siebie dumna, że dałam radę i nie poddałam się mimo braku sił i czasami motywacji. To było prawdziwe zwycięstwo ducha nad materią:-)



poniedziałek, 18 czerwca 2018

10xSolo w kształcie kotka

InO Świętojańskie sobie odpuściłam, bo ktoś w końcu musiał zająć się domem, ale do 10xSolo już się trochę obrobiłam z robotą i w ramach relaksu postanowiłam pouczestniczyć. Mało tego, udało mi się namówić Agatę do udziału, ale tylko dlatego, że zepsuło się jej lodowisko i nie ma co zrobić z wolnym czasem. Myślałam, że pójdziemy sobie lajtowo na TP, ściganie się o wynik zostawiając Tomkowi, a tymczasem Agata stwierdziła, że na TP to trochę obciachowo. Nooo, może i faktycznie obciachowo... Zapisałam nas więc na TU, trochę się bojąc, bo TU raz jest na poziomie TP, a raz gorsze niż TZ.

 Nasza trójka w drodze na start.

Samochód zostawiliśmy daleko od miejsca startu, bo nie wiedzieliśmy czy można tam legalnie dojechać. Poza tym spacer przez las jeszcze nikomu nie zaszkodził. Po drodze wypatrzyliśmy  nawet lampion i na wszelki wypadek obejrzeliśmy go sobie dokładnie :-)

 Pierwszy punkt zaliczony jeszcze przed startem.

Nasza mapa okazała się identyczna jak mapa TZ, tylko punktów miałyśmy mniej do zebrania. Za to jej poziom trudności oscylował tak między TT a TU. Czyli była dla nas jakaś nadzieja, że się nie zgubimy. Szybko udało się zlokalizować punkty wielokrotne i dopasować do siebie wycinki. Pozostało jeszcze najtrudniejsze - iść w teren i znaleźć co trzeba. Ponieważ Agacie było wszystko jedno gdzie pójdziemy, więc ja wytypowałam na początek punkt potrójny C, Q, 4. W okolice punktu trafiłyśmy, ale zaczęłyśmy szukać trochę za daleko. Po tych wszystkich pięćdziesiątkach miałam straszny problem z przestawieniem się na inną skalę mapy niż 1:50000.
Ja szukałam lampionu, Agata zaś oganiała się od pajęczyn i ogólnie była z ich powodu mocno nieszczęśliwa. Na punkt naprowadził nas Kazio pojawiając się znienacka, a okazało się, że krążyłyśmy parę metrów od celu.

 Nierówna walka z pajęczynami.

Punkt podwójny B, Z miał być miły, łatwy i przyjemny bo tuż przy drodze, ale znowu pokonała mnie skala mapy i poszłyśmy dużo za daleko. Trzeba było wracać.
Na Y poszłyśmy na azymut. Nooo, tu to już Agata strasznie cierpiała i jej dramatyczne okrzyki przy każdym kontakcie z pajęczyną niosły się echem po lesie. Nie powiem, też nie było mi przyjemnie kiedy lepkie nitki oblepiały mi twarz. Zdecydowanie bardziej wolę pokrzywy, osty i jeżyny. Jak na ogół azymutem zawsze trafiam gdzie trzeba i jest to mój najskuteczniejszy sposób na trafienie, tak tym razem doznałam jakiegoś zaćmienia i w połowie drogi stwierdziłam, że nic mi nie pasuje i nie wiem gdzie jesteśmy. Zarządziłam powrót do poprzedniego punktu, bo może coś źle poustawiałam w kompasie. Na szczęście Agata już po paru krokach powrotnych wykazała się wyczuciem mapy i pokazała mi palcem gdzie jesteśmy.  Normalnie zgubiłam się niemal na prostej drodze - ja to potrafię! Na górce z Y znowu spotkałyśmy Kazia, który najwyraźniej szedł takim samym wariantem, bo i potem co chwilę nam się pojawiał.
D weszło bezproblemowo, a w okolicach trójki spotkałyśmy cały tłum szukający dołka z lampionem. Tak tylko mniej więcej wiedziałam gdzie go szukać, ale miałyśmy szczęście i to my się na niego pierwsze natknęłyśmy. Mi się dołek podobał, więc wbiłam w kartę, ale reszta, z Kaziem na czele, zaczęła wybrzydzać, że to czy tamto. Marudy jedne.
Potem okazało się, że musimy jakoś przemknąć koło startu, bo reszta wytypowanych do wzięcia punktów leżała po jego drugiej stronie.  Nie udało nam się tego zrobić bezszelestnie i Tomek, który już wrócił z TZ-ta zdziwił się, że my jeszcze gdzieś idziemy. No ale chwila, przyjechałyśmy kawał drogi, opłaciłyśmy start, to niby dlaczego miałybyśmy w pięć minut przebiec trasę? Toż to by się w ogóle nie kalkulowało!
Spokojnym krokiem, nie spiesząc się oddaliłyśmy się w kierunku PK 2. A po dwójce był długi, długi przelot do piątki.

 Raźno maszerujemy w kierunku piątki.

Po drodze wszystko latające chciało nas żywcem pożreć i co chwilę musiałyśmy robić postoje na użycie broni masowego rażenia w postaci muggi. Co prawda mało same nie padłyśmy ofiarą rozpylonej trucizny, bo dawka była zbliżona do końskiej. Kiedy wreszcie zobaczyłam lampion, bez namysłu podbiłam go i dopiero podnosząc głowę zauważyłam, że kawałek dalej wisi drugi i niestety - ten drugi jest lepszy. No i tym sposobem trafiła nam się przebitka.
Do szóstki poszłyśmy nie tą drogą co trzeba i znowu wszystko przestało mi się zgadzać. I kolejny raz Agata uratowała sytuację dopasowując okolicę do mapy. Ufff. Po szóstce pozostał nam już tylko powrót na metę. W pierwszym odruchu chciałam ciąć po prostej, żeby było szybciej, ale od razu uświadomiłam sobie, że przez las pełen pajęczyn wcale, ale to wcale nie będzie szybciej:-) A już na pewno nie będzie w zgodzie i dobrym nastroju.

Na mecie z kompletem punktów i ośmioma lekkimi minutami.

Przed powrotem do domu jeszcze poćwiczyliśmy na drabince pod czujnym okiem Kamila i w tej konkurencji Agata przewyższa nas o lata świetlne. Musimy popracować nad mięśniami rąk i brzucha. Koniecznie.
Siłacze:-)

Teraz czekamy na wyniki, bo wcale nie wiadomo czy przebitka i lekkie to nasza jedyna strata.
A nasz ślad jak nic przypomina kotka. Nawet język wystawił!