Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10xsolo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10xsolo. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2020

Zaw-Or czy 10 x Solo?

Ten Coronovirus spowodował, że ZAW-OR (tak dla ścisłości - druga impreza InO, na której byliśmy, więc mamy sentyment) zamieniła się z ZAW-OR na Solo. ZAW-OR solo tak się to nazywa. Czyli BnO korespondencyjne. Co ciekawe, w lesie koło mojej pracy. W lesie, w którym nigdy nie byłem.

Udało mi się wyciągnąć Renatę – mieliśmy tak mniej więcej 1,5 godziny do nocy. Trasa D czyli 8,4 km po kresce – raczej skończę po ciemku, ale Renata w wersji C 6, 3 km powinna się wyrobić do zachodu słońca (o ile się nie pogubi). Do tego BePeK czyli telefon pikający, gdy znajdziemy właściwe miejsce. Powinno się udać;-)

Oczywiście na start lekko pobłądziliśmy, ale to normalne dla orientalistów – my nie ufamy nawigacji! Na starcie ze dwa auta, ktoś rusza w las (pod stromą górę). W aucie jakaś znajoma twarz (po kilku dniach skojarzyłem – znajoma z Jagi-Kory). Renata leci pierwsza. Ja kilka minut za nią. Właściwie biegnę za jakąś obcą biegaczką – nie wiem, czy zaworową czy inną – bo teren fajny do biegania- wydmy i to całkiem wysokie (dla porządku w bezpiecznej odległości kilku metrów). Dobiegam w okolice PK 1 i znajduję dołek bez lampionu. Mają być znaczniki trójpolowe. W mojej wyobraźni to lampiony przestrzenne – także mają trzy pola! Po chwili analizy wydaje mi się, że jestem ciut za daleko. Z oddali macha Renata, że ma lampion. Podbiegam – jest ( po analizie śladu stwierdzam, że lampion stał w innym miejscu niż na mapie, ale mapa nie oddawała tu dobrze terenu). Ciężko się wpisuje kod na kartę startową z kompasem na kciuku… Oj widzę, że będzie to długi bieg!

Na PK 2 na azymut, po kresce – pięknie przebieżny las, bieg w kierunku zachodzącego słońca – dlatego kocham Biegi na Orientacje – właśnie dla takich chwil. Punkt znowu pierwsza znajduje Renata, ale byłem tuż koło niego. Może jednak wyrobię się za dnia?

Gdzieś przy PK2

Na PK 3 także dobrze, może nie po kresce, ale trafiam na miejsce charakterystyczne, gdzie do lampionu doprowadza mnie rów. Jest dobrze! Wybiegając z PK 3 widzę jeszcze Renatę. PK 4 także wchodzi dobrze – ciągle bieganie po kresce. PK 5 chwilkę szukam właściwego dołka, ale ciągle mam szansę wyrobić się za dnia! Na PK 6 muszę przebiec przez wydmę. Staram się podbiegać, ale wolno idzie – kwarantanna sprzyja bieganiu, więc w tym tygodniu mam już sporo kilometrów w nogach! PK 7 na spokojnie i ruszam na PK 8. Tu niestety – niedokładne spojrzenie na mapę (czas zmienić okulary) – szukam PK w rowie na górce, zamiast w dole – wizja powrotu za dnia się oddala. W drodze na PK 9 przebieg drogą przy zabudowaniach – muszę omijać w bezpiecznej odległości spacerowiczów, a potem kolejny podbieg. Nogi nie chcą nieść. Do tej pory całe bieganie na azymut – biegnę na PK 9. Dobiegam do linii energetycznej, tyle że ta linia jest w innym kierunku niż na mapie Powinno być jakieś rozwidlenie linii – jest skrzyżowanie. Biegnę w kierunku górki, ale kompas wskazuje, że zmierzam w złą stronę. Dodatkowo muszę umykać w krzaki przed spacerowiczami z psem (a wystarczyło by zeszli na prawą stronę drogi). Nijak teren nie zgadza mi się z mapą (choć górki fajne) – po dłuższej chwili postanawiam zawrócić – aż znajduję miejsce które identyfikuję na mapie. Jakieś 10 minut błądzenia.
PK9 szukałem poza mapą...
 Teraz to już łatwizna - biegnę na PK 10. PK 11 - nogi już słabo niosą. PK 12 – przedzieranie się przez bruzdy wyorane w nasadzeniach jest bardzo męczące. Widzę zabudowania. Powinna być ścieżka i polanka. Jest ścieżka, jest polanka, brak znacznika. Kombinuję. Lampionu dalej nie ma;-( Niby tylko pięć minut, ale tam na trasie wydaje mi się że pół godziny, zanim odkrywam, że to zabudowania, których nie ma na mapie… Mam PK 12. Do PK 13 teren coraz mniej przebieżny – ścięte gałęzie utrudniają poruszanie się. Do PK 14 obiegam drogami i oczywiście skręcam jedną ścieżkę za wcześnie. Niby nie tracę za dużo czasu, ale subiektywnie znowu pół godziny w plecy;-( Tu właśnie zastaje mnie nominalny zachód słońca. Jeszcze mapę widać bez latarki, ale robi się coraz ciemniej. W przebiegu PK 15-16 spotykam jakiegoś biegacza .Pozdrawiamy się z daleka. Zapalam latarkę, by widzieć mapę. PK 17 - znowu podbieg na wydmę. To już niestety marszem;-( Do PK 18 ostatniego drogą i przed jakimś czymś (przecinką?) w lewo na górkę. Rozglądam się uważnie, liczę odchodzące ścieżki, górki, odbijam w lewo do widocznej górki. Brak dołka i znacznika. Krążę. Szukam – dołków na górce masa, znaczników jak nie było, tak i nie ma. Dobiegam do drogi poprzecznej i się namierzam – znowu klops;-( Subiektywnie krążę jakieś 45 minut. Obiektywnie niecałe 10 zanim się orientuję, że jestem za daleko. Wracam i znajduję ostatni punkt! Uff.

PK18 - a było tak blisko...

Teraz do mety i do Renaty, która pewnie czeka po zaliczeniu swojej trasy w całości. Oczywiście obok ścieżki, po wertepach, bo nie idziemy na łatwiznę.

I wiecie co zastaję w samochodzie? Wkurzoną Renatę która zaliczyła 6 z 14 PK zanim zapadła noc. Ech będę chyba miał ciężki powrót do domu….

Tymczasem z drugiej strony....

Odkąd tylko pojawiły się trasy Zaw-Or-owe Tomek dostał amoku: jechać i jechać. Ja wolałam zostawić to sobie na weekend, żeby mieć odpowiednią ilość czasu, ale bo to przekonasz… Wyjechaliśmy późno, zgubiliśmy się na dojeździe i kiedy w końcu ruszaliśmy na trasę, było już grubo po szesnastej. Od razu byłam wkurzona, a wiadomo, w takim stanie ciężko się myśli. Do tego motaliśmy się z ustaleniem miejsca startu, a pierwszy punkt był pod górę. Od razu dałam się wyprzedzić Tomkowi i szłam jak ta lebiega za nim, chociaż kompas pokazywał mi inny kierunek. Jak już uszłam strasznie daleko, a Tomka widziałam ze sporej odległości, stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i najlepiej wrócić na start i zacząć zgodnie z kompasem. Zeszłam więc z grzbietu i… dosłownie po kilkunastu metrach wlazłam na punkt. Zła byłam na Tomka za całokształt, ale aż taka wredna nie byłam, żeby go nie zawołać, bo widziałam, że czesał w innym miejscu. Na dwójkę było wreszcie w dół, więc jakoś nadążałam za Tomkiem i znowu miałam szczęście, że wbiegłam wprost na lampion.

W biegu wszystko się rozmazuje!
Potem Tomek poleciał przodem, a ja zamiast szukać kolejnego punktu, zajęłam się szukaniem ustronnego i jak najmniej przebieżnego fragmentu lasu. Dopiero potem mogłam wrócić do właściwych czynności. Na drodze w pobliżu trójki znowu spotkałam Tomka, który już odbiegał od punktu, ale przynajmniej wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu. Do czwórki poszło jak po sznurku, a na piątkę jakoś mnie zniosło w prawo. Okop, owszem – znalazłam, ale nie ten co trzeba. Chwilę mi zeszło zanim znalazłam właściwy, ale udało się. Ponieważ byłam na trasie C, po piątce miałam od razu PK 12 – daleko, szczególnie, że postanowiłam biec naokoło drogami. Ale za to przynajmniej łatwo i bez błądzenia. Z dwunastki znowu zniosło mnie w prawo. To się ostatnio coś za często zdarza i nie mam pojęcia dlaczego. Zawsze w prawo. Trzynastki za nic nie mogłam znaleźć. Co się nałaziłam po wszystkich okolicznych dołkach, poza właściwymi, to aż mi nogi w d..ę weszły. Nawet namierzenie się od skrzyżowania odległego od punktu o jakieś sto metrów nie pomogło – znowu ściągnęło mnie w prawo. Jakaś czarna dziura normalnie.

Czarna dziura w okolicach PK 13
 W dodatku zaczynała się szarówka i powoli przestawałam widzieć dokładnie mapę. Za to jak zorientowałam się, że jestem dopiero w połowie trasy i do tego w najdalszym miejscu mapy, to lekko spanikowałam. Latarki nie miałam, bo i tak boję się sama nocą latać po lesie, więc nie brałam, a do mety daleeeko. Wyszło mi jednak, że jakoś da radę wrócić drogami i ścieżkami – trochę nadkładając, ale nie wchodząc między drzewa. Nawet jeśli bardzo się ściemni, dam radę dotrzeć. Ze strachu leciałam ile sił w nogach i na parking dotarłam jeszcze przed zmrokiem. Ufff. Oczywiście Tomka nie było, ale też i nie spodziewałam się go jeszcze. Za to kiedy zrobiło się całkiem ciemno walczyłam ze sobą czy martwić się o niego, czy raczej zamordować go zaraz jak tylko przybiegnie. Z upływem czasu coraz bardziej skłaniałam się do drugiej opcji – nie dość, że przez jego upór , żeby jechać po południu nie mogłam zrobić całej trasy, to jeszcze kilka godzin siedziałam w samochodzie jak ten głupi kołek. Koniec końców okazało się, że cienias ze mnie, bo w końcu jednak nie zamordowałam, choć się należało. Ale i tak tego Zaw-Or-a nigdy mu nie wybaczę!

piątek, 28 czerwca 2019

10xSolo

Tak sobie przeplatamy biegi marszami, więc 10xSolo akurat nam bardzo przypasowało i terminem i formułą. I miejscem, bo po naszej stronie Wisły, w sumie niedaleko, bo na Marysinie. Zastanawialiśmy się gdzie my tam będziemy chodzić, bo przecież nie po rezerwacie, ale okazało się, że jest też kawał "cywilnego" lasu.

Zapisy - Tomek udaje, że płaci:-)

Mapa w pierwszej chwili niespecjalnie mi się spodobała, bo prawie cała była lidarowa, ale okazało się, że to tylko taki straszak, bo w sumie była łatwa do odczytania.
Bez problemu zebraliśmy PK 1 i 2 i bylibyśmy poszli dalej bez dwunastki, bo tak zasugerowaliśmy się opisem na mapie - "fragmenty mapy mogą być obrócone lub (i) zlustrowane", że w ogóle nie braliśmy pod uwagę, że nie są na swoich miejscach. Dopiero specyficzny układ dołków na mapie głównej i wycinku oraz sugestie spotkanego Kazika uzmysłowiły nam, że wycinki to jednak trzeba dopasować, a nie tylko obracać czy lustrować.
PK o nazwie AK był punktem specjalnym i w ogóle nie był liczony do ogólnej puli, ale oczywiście nikt nam o tym nie powiedział i myśleliśmy, że trzeba go normalnie zaliczyć, jak inne. Jako jedni z nielicznych polecieliśmy więc na cmentarz, jak się okazało na grób zmarłego dwa lata temu Andrzeja Kędziorka. No i w sumie to był najlepszy punkt na całej trasie, bo inaczej pewnie nigdy byśmy tam nie trafili.

Pokazaliśmy Andrzejowi mapę i naszą kartę startową.

Trójka i czwórka weszły bezproblemowo, a kolejny punkt - B, w pobliżu oczka wodnego był przeuroczy. I mokry, co przy panującym upale miało znaczący walor. W sumie to najchętniej zostałabym tam na trawce na brzegu, co jakiś czas tylko schładzając się wodą. Ale gdzie tam - Tomek pozwolił jedynie na krótką przerwę na cyknięcie selfika i zmoczenie czapeczki.

Szybka fota ...

... i rytualne moczenie czapeczki.

Punkty 7, 8, 9 i 5 nie były trudne i już cieszyliśmy się, że jeszcze weźmiemy tylko dziesiątkę i pędzimy na metę. Szóstkę planowaliśmy odpuścić, bo jeden punkt był nadmiarowy. Nieźle byśmy się wpakowali. PK 10 leżał na terenie rezerwatu, a na mapie jak wół było napisane, że wchodzenie na  teren rezerwatu będzie karane 90 punktami. Na szczęście znowu spotkaliśmy Kazia, który właśnie zorientował się, że nie może wziąć dziesiątki i wracał po któryś odpuszczony wcześniej punkt i nie omieszkał podzielić się z nami tą informacją. Najwyraźniej Kazio przynosił nam tego dnia szczęście:-) My nie musieliśmy nigdzie wracać, bo szóstka, którą mieliśmy w zapasie leżała niedaleko dziesiątki i była prawie po drodze. Wydawało się, że raz dwa ją weźmiemy i koniec. Tymczasem na mapie były zaznaczone trzy dołki, a w terenie było ich ze trzydzieści. Do tego w żadnym nie było lampionu, nawet jednego. Po chwili zebrało się już kilka  osób i rozpoczęliśmy ogólnopolskie czesanie lasu. Ostatecznie znaleźliśmy jakiś lampion, ale w całkiem innym miejscu i nawet już nie dociekaliśmy - dobry, czy nie - grunt, że w ogóle był. O dziwo, lampion okazał się być tym właściwym, ale czesanie lasu zajęło nam dużo czasu i na metę już musieliśmy biec. No i nie dobiegliśmy - zabrakło nam czterech minut i w ten sposób zajęliśmy ostatnie miejsce, chlip, chlip.



poniedziałek, 18 czerwca 2018

10xSolo w kształcie kotka

InO Świętojańskie sobie odpuściłam, bo ktoś w końcu musiał zająć się domem, ale do 10xSolo już się trochę obrobiłam z robotą i w ramach relaksu postanowiłam pouczestniczyć. Mało tego, udało mi się namówić Agatę do udziału, ale tylko dlatego, że zepsuło się jej lodowisko i nie ma co zrobić z wolnym czasem. Myślałam, że pójdziemy sobie lajtowo na TP, ściganie się o wynik zostawiając Tomkowi, a tymczasem Agata stwierdziła, że na TP to trochę obciachowo. Nooo, może i faktycznie obciachowo... Zapisałam nas więc na TU, trochę się bojąc, bo TU raz jest na poziomie TP, a raz gorsze niż TZ.

 Nasza trójka w drodze na start.

Samochód zostawiliśmy daleko od miejsca startu, bo nie wiedzieliśmy czy można tam legalnie dojechać. Poza tym spacer przez las jeszcze nikomu nie zaszkodził. Po drodze wypatrzyliśmy  nawet lampion i na wszelki wypadek obejrzeliśmy go sobie dokładnie :-)

 Pierwszy punkt zaliczony jeszcze przed startem.

Nasza mapa okazała się identyczna jak mapa TZ, tylko punktów miałyśmy mniej do zebrania. Za to jej poziom trudności oscylował tak między TT a TU. Czyli była dla nas jakaś nadzieja, że się nie zgubimy. Szybko udało się zlokalizować punkty wielokrotne i dopasować do siebie wycinki. Pozostało jeszcze najtrudniejsze - iść w teren i znaleźć co trzeba. Ponieważ Agacie było wszystko jedno gdzie pójdziemy, więc ja wytypowałam na początek punkt potrójny C, Q, 4. W okolice punktu trafiłyśmy, ale zaczęłyśmy szukać trochę za daleko. Po tych wszystkich pięćdziesiątkach miałam straszny problem z przestawieniem się na inną skalę mapy niż 1:50000.
Ja szukałam lampionu, Agata zaś oganiała się od pajęczyn i ogólnie była z ich powodu mocno nieszczęśliwa. Na punkt naprowadził nas Kazio pojawiając się znienacka, a okazało się, że krążyłyśmy parę metrów od celu.

 Nierówna walka z pajęczynami.

Punkt podwójny B, Z miał być miły, łatwy i przyjemny bo tuż przy drodze, ale znowu pokonała mnie skala mapy i poszłyśmy dużo za daleko. Trzeba było wracać.
Na Y poszłyśmy na azymut. Nooo, tu to już Agata strasznie cierpiała i jej dramatyczne okrzyki przy każdym kontakcie z pajęczyną niosły się echem po lesie. Nie powiem, też nie było mi przyjemnie kiedy lepkie nitki oblepiały mi twarz. Zdecydowanie bardziej wolę pokrzywy, osty i jeżyny. Jak na ogół azymutem zawsze trafiam gdzie trzeba i jest to mój najskuteczniejszy sposób na trafienie, tak tym razem doznałam jakiegoś zaćmienia i w połowie drogi stwierdziłam, że nic mi nie pasuje i nie wiem gdzie jesteśmy. Zarządziłam powrót do poprzedniego punktu, bo może coś źle poustawiałam w kompasie. Na szczęście Agata już po paru krokach powrotnych wykazała się wyczuciem mapy i pokazała mi palcem gdzie jesteśmy.  Normalnie zgubiłam się niemal na prostej drodze - ja to potrafię! Na górce z Y znowu spotkałyśmy Kazia, który najwyraźniej szedł takim samym wariantem, bo i potem co chwilę nam się pojawiał.
D weszło bezproblemowo, a w okolicach trójki spotkałyśmy cały tłum szukający dołka z lampionem. Tak tylko mniej więcej wiedziałam gdzie go szukać, ale miałyśmy szczęście i to my się na niego pierwsze natknęłyśmy. Mi się dołek podobał, więc wbiłam w kartę, ale reszta, z Kaziem na czele, zaczęła wybrzydzać, że to czy tamto. Marudy jedne.
Potem okazało się, że musimy jakoś przemknąć koło startu, bo reszta wytypowanych do wzięcia punktów leżała po jego drugiej stronie.  Nie udało nam się tego zrobić bezszelestnie i Tomek, który już wrócił z TZ-ta zdziwił się, że my jeszcze gdzieś idziemy. No ale chwila, przyjechałyśmy kawał drogi, opłaciłyśmy start, to niby dlaczego miałybyśmy w pięć minut przebiec trasę? Toż to by się w ogóle nie kalkulowało!
Spokojnym krokiem, nie spiesząc się oddaliłyśmy się w kierunku PK 2. A po dwójce był długi, długi przelot do piątki.

 Raźno maszerujemy w kierunku piątki.

Po drodze wszystko latające chciało nas żywcem pożreć i co chwilę musiałyśmy robić postoje na użycie broni masowego rażenia w postaci muggi. Co prawda mało same nie padłyśmy ofiarą rozpylonej trucizny, bo dawka była zbliżona do końskiej. Kiedy wreszcie zobaczyłam lampion, bez namysłu podbiłam go i dopiero podnosząc głowę zauważyłam, że kawałek dalej wisi drugi i niestety - ten drugi jest lepszy. No i tym sposobem trafiła nam się przebitka.
Do szóstki poszłyśmy nie tą drogą co trzeba i znowu wszystko przestało mi się zgadzać. I kolejny raz Agata uratowała sytuację dopasowując okolicę do mapy. Ufff. Po szóstce pozostał nam już tylko powrót na metę. W pierwszym odruchu chciałam ciąć po prostej, żeby było szybciej, ale od razu uświadomiłam sobie, że przez las pełen pajęczyn wcale, ale to wcale nie będzie szybciej:-) A już na pewno nie będzie w zgodzie i dobrym nastroju.

Na mecie z kompletem punktów i ośmioma lekkimi minutami.

Przed powrotem do domu jeszcze poćwiczyliśmy na drabince pod czujnym okiem Kamila i w tej konkurencji Agata przewyższa nas o lata świetlne. Musimy popracować nad mięśniami rąk i brzucha. Koniecznie.
Siłacze:-)

Teraz czekamy na wyniki, bo wcale nie wiadomo czy przebitka i lekkie to nasza jedyna strata.
A nasz ślad jak nic przypomina kotka. Nawet język wystawił!


sobota, 11 czerwca 2016

Solo x 10



I znowu - ja przy garach, a ten w lesie...
No dobra, chałupę ogarnął, ale jednak... Tak żonę porzucić.... Buuuu...

Solo po raz trzeci. Ta dwa lata temu to była właściwie pierwsza impreza gdzie na próbę poszedłem na TZ …. I nie byłem ostatni! Dlatego lubię tę imprezę i pomimo kolejnej soboty pełnej przygotowań do imprezy nie InOwej wymykam się z domu zostawiając Moją Druga Połowę przy garach. Aby uspokoić tą piękniejszą płeć - od piątku swoje odpracowując: latając na szmacie , odkurzaczu i nie wiadomo czym jeszcze.
Tym razem impreza w rodzinnej Falenicy, ale w części, do której nigdy się nie zapuszczałem. Na starcie jeszcze pustki, choć dowiaduję się, że Pani Prezes już godzinę w lesie! Ta to ma zdrowie… 10xsolo z rana, w nocy Nocny Rajd Świętokrzyski, jutro rankiem bieg na Lampionadzie, a potem zapowiada się w Zielonce na Rodzinnych MnO!
Dostaję mapę, jak zwykle mało opisaną, kilka wyjaśnień ustno-pisemnych gdzie szukać PK X i w las.  Ze startu w las to w jedną stronę. Są jakieś wycinki z drogą w tym kierunku. Jeden szczególnie fajny dłuuuugi przez całą kartkę, a na samym końcu PK 7. Zakładam, że to ta droga, na której jestem. Ale jest jeszcze jedna równoległa bardziej na północ. Także ją sprawdzam podążając zygzakiem w kierunku PK 7 i starając się oszacować skalę mapy. Coś tam po drodze mi świta, znajduję coś co by pasowało, ale nie „na styk” jak mówił autor, ale przez nakładanie… Skręcam w lewo szukając PK 10. Pojawia się konkurencja TU – znaczy coś tu musi być!. Mierzę odległość, sprawdzam przebieg ścieżki, patrzę dokładniej na mapę… okazuje się że PK 10 jest „na niczym”. No cóż… nie będę wracał na start bić autora bo za daleko. Odmierzam, sprawdzam zakręty i wychodzi mi dołek. I jest w nim lampion. Dobra nasza! To dalej na PK 11, choć to cofa mnie do mety, ale pozwoli mi sprawdzić czy na pewno dobrze trafiłem na 10-tkę. Coś tu lekko ze ścieżkami się nie zgadza… i znowu PK na niczym. Na niczym na mapie, bo w terenie dołek. Wracam na główną drogę i zmierzam w kierunku siódemki. Po drodze dopasowuję przejście na północ i skrót – pomijam więc siódemkę zakładając , że wezmę ją później. Teren się zgadza. Ale moja zdolność liczenia ścieżek coś szwankuje. Idę inną ścieżką, coś tam znajduję (nawet dwa lampiony), ale ciut dalej. Biorę ten w dołku i… orientuję się że to nie ta ścieżka!!! Przeczesuję teren, znajduję właściwą i właściwy PK 5 (tzn. chyba właściwy, bo kolejny na niczym). Przy PK 4 dwa lampiony i mały tłumek uczestników. Biorę ten „lepszy” choć znowu na mapie to biała plama;-( Czytam jeszcze raz opis mapy i dociera do mnie, że odcinki powinny się łączyć. Coś tam autor mówił „na styk”. I dodatkowo powinny tworzyć „logiczną trasę”. Czyli ten, na którym jestem coś powinien jeszcze mieć. Gdzieś bardziej na wschód. Jako krótkowidz zdejmuję okulary, patrzę, patrzę… i mam!  PK 8! Na szczęście z PK 8 jest prosta droga do ominiętego PK7. Trochę podbiegam, bo coś wolno mi idzie i mało optymalnie. Znowu PK na niczym, znaczy na dołku. Od tej pory wiem, że jak na mapie jest biało, znaczy to „dołek”. PK 9 oczywiście „ na dołku” (lepiej brzmi niż „na niczym”). Wreszcie PK X na czymś konkretnym – róg płotu. PK Y i PK 6 tak samo – tzn. było by tak samo, gdyby nie BPK. PK Z to przyjemność,  bo mapa mówi, że kolejny róg płotu. Zostaje jeszcze jeden element do dopasowania. Widzę, że znowu nieoptymalnie poszedłem – muszę odbić na zachód do najdalszego punktu i wracać w kierunku 9-tki. Znowu podbiegam. I konsternacja. Nie dołek , ale wyrwa w ziemi, że ho ho! Lampion gdzieś na mniejszym odkształceniu terenu, a drugi w tej wyrwie. Który lepszy? Może jednak ten na czymś mniejszym – jak poprzednie! Jeszcze dwa lampiony. Jeden przeoczyłem gdzieś koło 6-stki, ale to dobrze bo na drodze do mety i jeden gdzieś tam koło 9-tki. Podbiegam znowu. I szukam lampionu (nie PK tylko lampionu, bo znowu nie wiadomo na czym on jest). Droga i linia energetyczna. Ciut inaczej niż na mapie. Coś się nie zgadza. W pierwszym wytypowanym miejscu – kopczyk (nie dołek!!), ale bez lampionu. Znowu bez okularów analizuję mapę. Gdzieś na środku pomiędzy słupami powinien być ten lampion. I jest. Nie wszystko się zgadza, ale  w/g słupów ok., to biorę. I biegusiem na ostatni PK 3. Odmierzam i… znowu dołek. TU podpowiada mi że to jedyny lampion w okolicy, więc nie sprawdzam, biorę i na metę bo już czas się kończy (tzn. skończył). Wpadam na metę tradycyjnie krzycząc „Czas! Czas!”.
Na mecie dzielnie odmawiam zjedzenia batonika. Potwierdzam BPKi, i dyskutuję na temat owej dwójki na kopczyku. Jednak chyba stowarzysz będzie. Z Panią Prezes czekamy na Pawła, który wyszedł zaraz za mną, a także jedzie na Rajd Świętokrzyski. Deklaruję podwózkę na stację. Paweł się spóźnia (ma więcej minut niż ja!!!). Jak widać trasa była trudniejsza niż zwykle.  Łączenie na styk bardzo ograniczonych treścią wycinków nie idzie tak łatwo. I szukanie nie wiadomo czego (tzn. lampionu, a nie Punktu Kontrolnego”. Tak się zastanawiam, czy te punkty „na dołkach i kopczyku” nie powinny być za 60PK - bo właściwie nie są naniesione na mapę!
Następne 10xSolo wygrywam.