Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grillowanie Kosmatych InOków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grillowanie Kosmatych InOków. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2015

No to KICHA ...

W niedzielę, kiedy T. wrócił ze swojego biegu, a ja z Kamieńczyka, zebraliśmy się w sobie i podjęli życiową decyzję - idziemy na etap potrójny! Co prawda czuliśmy już wszechogarniające znużenie tym łażeniem, ale stwierdziliśmy, że jakoś to będzie.
Podobnie pomyślała reszta ekipy i znowu mocną grupą ruszyliśmy w las. "Rybki na fali" wesoło pluskały, słonko świeciło, ptaszki śpiewały - jednym słowem nic nie zapowiadało katastrofy.
PK 81 wzięliśmy od ręki i pomaszerowaliśmy do pierwszej kropelki. Burza mózgów nad mapą trwała i trwała, obwody się przepalały, dym buchał uszami, a efekty... takie sobie. W końcu ustaliliśmy, że najbardziej pasuje PK 95 i faktycznie, jakiś lampion w przeszukiwanym terenie znaleźliśmy.  W pobliżu powinien być PK 84 i coś tam niby spisaliśmy, ale bez większego przekonania.
Dalej ani rusz. Niby taki wybór tych rybek, a żadna nie chciała przypasować. Atmosfera zaczęła się robić z lekka nerwowa. W końcu postanowiliśmy wziąć następny normalny punkt, a rybki zostawić na drogę powrotną. Na śródmeciu spotkaliśmy M. G. z tezetów, który uświadomił nas, że kropelki..... nie wędrują z falkami. No, taka opcja nikomu z nas nie przyszła do głowy! Toż to wbrew zdrowemu rozsądkowi!
Mieliśmy nadzieję, że "Szumiące Rozgwieżdżniki" poprawią nam humor i faktycznie tak się stało.Z marszu zgarnęliśmy PK 101, 103, 105, 104. Gdzieś od sto piątki główną atrakcję stanowiła nie mapa i lampiony, ale dzwoniący co chwilę w sprawach służbowych telefon A. M. Okazało się, że A. taszczy ze sobą całe biuro i z lasu dyryguje połową Europy w sprawie wypoczynku dzieci i młodzieży. Tak nas wciągnęły perypetie londyńskiej kolonii, że aż podbiliśmy PS-a z braku należytej koncentracji.
Przy PK 109 zaczęłam niepokojąco zostawać w tyle. A. M. taszcząca grube skoroszyty dokumentów też miała dość. Kiedy więc zarzuciła temat wcześniejszego powrotu do bazy, od razu miała we mnie sojusznika. Postanowiłyśmy dojść do śródmecia kolejnego etapu i tam się odłączyć. Prawdę mówiąc, lepiej było wiać od razu, bo atrakcje florystyczne w jakie wkroczyliśmy po chwili, były niezwykle urozmaicone - krzaki, trawy, jeżyny, pokrzywy i inne nieznane mi z imienia i nazwiska zielsko. W końcu udało się znaleźć cywilizowaną ścieżkę i po opatrzeniu kłuto-szarpanych ran, zgarnęliśmy podwójny punkt 102/111.
W trzecim etapie od razu okazało się, że przeszliśmy najbliższy punkt i trzeba było wracać. Na szczęście niezbyt daleko. Chłopaki biegali po lampiony, żeńska część drużyny usiłowała przypasować wycinki mapy. Na PK 126 uznałyśmy, że to będzie najwłaściwsze miejsce na zakończenie udziału w imprezie. D. M. też postanowił wracać i cała nasza trójka ochoczo zrobiła w tył zwrot, do bazy marsz! Po chwili dogoniła  nas druga A. M. i w efekcie na placu boju został tylko T i Ł.

W tym momencie następuje pisarskie śródmecie i dwie pętelki - moja i T.

Przy najbliższej sposobności postanowiłyśmy (ja i A.) skrócić sobie drogę i zamiast iść przecinką, weszłyśmy na ścieżkę, która miała ominąć młodnik. D. i druga A. poszli za nami. Ścieżka - fakt - ominęła młodnik, ale wyprowadziła nas niemal w miejsce, z którego ruszyliśmy. A miało być tak pięknie:-(
W drodze powrotnej znaleźliśmy jeszcze jeden PK, a w zasadzie sam się na nas rzucił. Wbiliśmy go w kartę i dopisaliśmy się wszyscy do karty, żeby było wiadomo, kto wrócił wcześniej.
Na rybki i kropelki nawet nie patrzyliśmy wracając, mimo, że już znaliśmy zasadę ich łączenia. Najważniejsze było - dojść i paść. Kiedy nogi już zaczęły nam całkiem odmawiać posłuszeństwa, wpadłyśmy z A. na pomysł żeby trochę podbiec. Ostatecznie w biegu pracują trochę inne mięśnie. Faktycznie pomogło! Co prawda nasz bieg był tak szybki, że D. i druga A. bez problemów dogonili nas marszem, ale zawsze jakaś odmiana.
W bazie padłam na łóżko i najchętniej wcale bym się z niego nie ruszała, ale okazało się, że głód jest bardzo dobrą motywacją do działania. Poza tym, jako ta przykładna żona chciałam czekać na męża z obiadem. Powlokłam się więc z powrotem na metę, przy której rozpalony był grill i smażąc kiełbaski wyczekiwałam powrotu T., niczym Penelopa Odysa.

 Zostaję ja i Łukasz - niezdecydowany co  robić. Ja ruszam na zlustrowany ogonek 127. Łukasz strasznie gada i  mylę się w liczeniu kroków, ale coś tam odnajduję w terenie. Łukasz chyba pobiegł na 125 bo mi zniknął z oczu.
Tu spotykam Dziadów. Coś tam bierzemy choć na 100% nie jestem pewien, czy dobry czy stowarzysz. Ale co mi tam jakiś ogonek będzie bruździł:-). Dziady idą na wycinek C, ja na drugi ogonek. Potem lecę na 125. Postanowiłem przyspieszyć, bo robi się późno i jeszcze metę mi zamkną (na razie nikt za mną nie dzwoni)? Oczywiście przebiegam i wkurzony wracam  i odmierzam marszem - jest. Podbity.  To teraz na wycinek F - paśnik. Azymut i podbieg. Jak to podbieg - lekko się rozminąłem, ale znajduję. Czas na wycinek E. Azymut i prę dalej. Staje mi na drodze młodnik, okrążam z lewej. Dochodzę na wskazane miejsce. W/g tego co Renia rozpoznała, powinien być mały dołek przy rozwidleniu dróg.
Droga jest, ale teren się nie zgadza, brak rozwidlenia, jakieś górki dołki, ale w innej skali - za duże. Zastanawiam się, czy znowu nie poszedłem w inną stroną świata. Biegiem wracam do paśnika, bardzo dokładnie ustawiam azymut i prę przez młodnik - biorąc go z prawej strony kierując się na inny brzeg wycinka F. Dochodzę do drogi na której byłem, czyli musi się zgadzać. Oglądam dokładniej wycinki tracąc zaufanie do małżonki. I wszystko jasne - szukałem nie tego co trzeba!. Podbijam i biegusiem na 124 i 123.. Potem azymut i na wycinek D. Dziady ostrzegały, że "tam nic nie ma", więc dokładnie sprawdzam azymut i kroki. I wszystko jest - droga, granice kultur i odchodzące ścieżki/przecinki. A że przebieżność ciut inna - mapa BnO ma już 10 lat! Zaznaczam (mam nadzieję, że właściwy, choć troszkę na oko). Dalej biegusiem na wycinek A. Z daleka widać lampiony, zgaduję, że to ten wycinek co szukałem go na E (właściwie to ostatni został). Podbijam w biegu trochę intuicyjnie i potwierdzam,  że to właściwy wybiegając na skrzyżowanie. Został ostatni 121 i powrót.
Znowu biegusiem.
Świadomy stałości kropelek coś tam postanawiam dopasować. I wychodzi mi, że  najbliższa kropelka to PK 92 i pokrywa się ze 121 z płaszczaka. A ja już na starcie/mecie, więc kolejny raz w to samo miejsce biegusiem.. Dopasowuję kolejną kropelkę - skracam drogę na azymut (PK 90). Następna kropelka jakoś do mnie nie przemawia- idę dalej.  Ale dopasowuję coś do PK 88 i PK 82. Dobiegam do rozstajów dróg - są dwie rybki z okopami. Postanawiam troszkę naokoło, akurat uzbieram przepisowe 13. Zdobywam więc okopy i ciągle biegusiem na metę - byle zdążyć przed zamknięciem!
Coś mnie od tego biegani zaczynają skurcze w uda łapać, ale dam radę. Wpadam na metę w lekkich minutach - a tu kiełbaska i te sprawy jak na grillowanie przystało;-)


Na mecie zmęczeni organizatorzy z utęsknieniem wypatrywali  zawodników, żeby wreszcie zakończyć imprezę, a i tak okazało się, że T. wcale nie był ostatni. Kiedy już wrócił, kiedy już się najedliśmy i złapaliśmy drugi oddech, spakowaliśmy swoje rzeczy, pomogliśmy zwijać bannery i biuro zawodów, pomachaliśmy ręką na do widzenia, zgarnęliśmy pasażera i odjechali w siną dal... 
Wrrróć!
Zanim odjechaliśmy otrzymaliśmy piękne kichowate legitymacje:


c. d. n. n.

środa, 15 lipca 2015

Biegusiem, biegusiem… tylko nie w tę stronę;-)

W niedzielny poranek T. wybrał się na BnO.


Niedzielny poranek. Nogi całkiem , całkiem - po kilku pierwszych krokach,  które dziwnie przypominały ruchy epileptyka, jakoś wróciły do normy. Postanowiłem zaliczyć nadprogramowy etap biegowy ,  bo już od tygodnia podjąłem regularny plan treningowy „od ofermy do biegacza”. I to całkiem ambitnie, bo nawet na pilawskim OWRP pomiędzy etapami przebiegłem planowane 30 minut (no, przebiegłem to może mało powiedziane, bo jestem na etapie 30 sekund biegu 270 sekund marszu;-).
Ubrałem więc biegowe portki i potruchtałem na start (no bo powinna być rozgrzewka). Wkrótce chwyciłem mapę i od razu „biegusiem” pomknąłem w kierunku bramy (bo to jedyne znane wyjście z ośrodka). Już w biegu zerknąłem na mapę – do jedynki trzeba odbić z asfaltu w drogę leśną, gdzieś na odległym zakręcie. Pamiętając, że odległy zakręt jest gdzieś prawie przy moście, radosnym, sprężystym krokiem pomknąłem w prawo. Po drodze mijałem grupę piechurów z OWRP, którzy podśmiewali się, że marsze na orientację pokonuję biegiem. Musiałem ich uświadomić , że to inna forma – nie marsze, tylko biegi. Nie wiem czy usłyszeli, bo oddalałem się od nich z wypadkową prędkością równą sumie mojej i ich. Szczęśliwy zbliżałem się do zakrętu. Co najmniej 500m przebiegłem i całkiem dobrze jeszcze płuc nie wyplułem! Zerkam na mapę by ustalić gdzie skręcić i coś mi się nie zgadza. Nie powinno być żadnych budynków!!! Aż przyłożyłem kompas do mapy…. Okazało się, że trzymałem ją do góry nogami!!! Miałem biec w lewo, a nie w prawo!!! Zgroza! Zawróciłem, ale cały entuzjazm ze mnie opadł. Na poważnie zastanawiałem się, czy nie wrócić na start i prosić o restart… ale wstyd by było, więc  postanowiłem pobiec tam gdzie trzeba, bez przerwy. A jeszcze zapomniałem włączyć GPS-u i nie będzie śladu – włączam go więc w biegu. Znowu wesoło macham do piechurów z OWRP (chyba tym bieganiem w kółko zniechęciłem ich do InO). Mijam bramę ośrodka i wreszcie jestem na właściwej trasie. Staram się nadrobić stracony czas, oddech coraz cięższy. Gdzieś tak po 1.5 km biegu bez przerwy widzę P.W., który dokładnie ogląda rosnące przy drodze drzewo. Z daleka uśmiecha się i zagaduje, że do jedynki to jest długi przebieg (on już jest po biegu). Starając się nie stracić oddechu potakuję. Wreszcie zakręt i skręt do lasu. Ciągle tempo „sprinterskie” (tzn. dobrze poniżej 10min/km:-).  Większość punktów już znana więc z nawigacją bez większych problemów. No cóż, dzięki nadprogramowej przebieżce na początku, siły opuszczają mnie gdzieś miedzy pagórkami i tu kawałek przechodzę. Na szczęście dalej daje się wrócić do truchtania -  najpierw powoli, ale wkrótce wracam do zaprogramowanego tempa i na metę wpadam w dość sprawnym rytmie. GPS pokazał  5,15 km, do tego trzeba doliczyć ok 750m zanim go włączyłem. „Naddatek startowy” szacuję na ok. 1.1km. Jak to się przekalkuluje wszystko – cała trasę przebiegłbym bez zatrzymania, a czas 5-10 minut lepszy by był. Jeszcze trochę potrenuję i odkuję się na następnym biegu (o ile znowu kierunki świata mi się nie pomylą;-)

c. d. n.

Dziadowe etapy.

Po zaliczeniu etapów TMWiM wreszcie nadszedł czas na odpoczynek i konkretny posiłek. Uskuteczniłam dalszy ciąg orgii żywieniowej i zgrillowałam schab, cukinię i pieczarki.Na samo wspomnienie aż dostaję ślinotoku... T. dołożył do tego jeszcze przydziałową kiełbasę wydawaną w stołówce i tym sposobem zaprzepaściliśmy odchudzające skutki dwóch etapów. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego jak zawinąć kiecę i znowu lecieć do lasu. Ponieważ pora zrobiła się lekko przedwieczorna pozostał nam do wyboru tylko etap pojedynczy. Namówiliśmy Leśne Dziady na wspólny spacer, żeby było i pożytecznie i towarzysko.
"Cień greckiej Ośmiorniczki" dał się łatwo naprowadzić na właściwe miejsce i ku mojej uciesze znów mieliśmy punkty podwójne. Dużo radości, już wszystkim, dostarczała też głowa ośmiorniczki, nieodparcie kojarząca się z deską klozetową:-)
Trasa okazała się łatwa i nie wymagająca jakiegoś wielkiego skupienia, dzięki czemu można było nagadać się do woli. No, może nie tak do woli, bo już przy pierwszym PK okazało się, że jedynie T. jest czujny i pilnuje lampionów. PK 22, 23 (ze swoimi odpowiednikami 32 i 33) oraz 34, 35 stały w miłych oku okolicznościach przyrody, śmiało można więc powiedzieć, że etap dostarczył nam także przeżyć estetycznych:-)
Wszystko szło jak po maśle aż do PK 25, gdy droga do niego skończyła się niespodziewanie łanem zboża. Obeszliśmy je dookoła zatracając przy okazji miarę odległości i wydawało nam się, że punkt już powinien być. Przeczesaliśmy las tam i z powrotem parę razy, zanim dotarło do nas, że to jeszcze kawałek dalej. Kolejny lampion wisiał dla odmiany zdecydowanie za blisko drogi i po długich rozterkach uznaliśmy za słuszne wpisać BPK-a. Kolejne punkty były już dziecinnie proste i w mig się z nimi uwinęliśmy. Wyjątkowo udało nam się zmieścić w limicie czasu bez podbiegania, pominąwszy samą końcówkę, ale to tylko tak dla widowiskowego efektu.
Ponieważ dobrze nam się szło z Dziadami, umówiliśmy się od razu na wspólny nocny etap. Dołączyli do nas także D. M., A. M. i Ł. L. Tym sposobem stanowiliśmy jednostkę o potężnej sile tysięcy lumenów. Przy takiej ilości światła i pełnej mapie, wieloryb ze swoim uśmiechem nie miał nic do gadania.
Postanowiliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym i każdemu przeprowadzić egzamin z prowadzenia grupy. Zaliczyłam bezbłędnie jako pierwsza prowadząca i przekazałam pałeczkę A. M. i Ł. L. Na skrzyżowaniu gdzie należało skręcić, cała grupa stanęła, a prowadzący poszli prosto. Nastąpiła lekka konsternacja, a ciut większa kiedy okazało się, że Ł. mierzy odległość czasem przejścia, a A. na oko. Każdy ochoczo zaczął dawać im dobre rady jak mierzyć odległość, aż powstało totalne zamieszanie, w którym wbiliśmy stowarzysza zamiast właściwy punkt. Na szczęście od razu się zorientowaliśmy, ale przebitka została.
Dalej prowadziły Dziady. Kierunek i zwrot obrali dobry, ale jakaś wewnętrzna niecierpliwość kazała im szukać górki ciut za wcześnie. Wspólnym wysiłkiem znaleźliśmy właściwą, a kompas przekonał Dziada, w którą stronę iść dalej.
PK 166 teoretycznie był prosty, ale rozstawiacz PK powiesił lampion na górce, a z mapy wynikało, że powinien być w dołku. Namierzaliśmy go z każdej strony, wielokrotnie i z użyciem wszystkich członków zespołu. Ponieważ w okolicy i tak nie wisiało nic innego, wzięliśmy co było, plując sobie w brodę, że tyle czasu zmarnowaliśmy na jeden punkt.
Do kolejnych punktów T. ambitnie namierzał się na azymut, D. i Dziad chyba podążali za nim, a żeński odłam statecznie szedł drogami. Z ostatniego punktu już na przełaj przedarliśmy się do asfaltu i pozostały dłuuuugi odcinek pokonaliśmy mocno szybkim marszem. Długość trasy budowniczy chyba znowu podał w milach, bo nominalnie powinno być 4,8 km, a my przeszliśmy 5,2 mili.
Ponieważ godzina wydawała nam się wciąż młoda i nie bardzo chciało nam się spać, postanowiliśmy się jeszcze trochę pointegrować z Dziadami przy napitku i przekąskach. Dołączył do nas P. W.i na moment przystanął K. M. Wreszcie kiedy przegadaliśmy wszystkie tematy i atmosfera zaczęła robić się senna, poddaliśmy się i wzięliśmy azymut na łóżka.

c. d. n.

Kosmate Inoki to mi jadły z ręki!

W sobotę przyszaleliśmy i pospaliśmy aż do ósmej. Pewnie pospalibyśmy dłużej, ale OWRP, które nocowało w naszym pawilonie i namiotach koło niego, już od szóstej hałasowało na korytarzach. No, ale oni śpią w nocy, a chodzą w dzień, nie jak my, co to chodzimy na okrągły zegar.
Wstałam więc i wyjęłam opiekacz do kanapek, czym wzbudziłam ogólny entuzjazm. Jako, że tym razem wzięłam żarcia jak dla pułku wojska, niczym Matka-Polka nakarmiłam wszystkich chętnych i mniej chętnych, dzięki czemu teraz na pytanie:
- A Kosmate Inoki widziałaś? - będę mogła odpowiadać:
- Kosmate Inoki? Kosmate Inoki to mi jadły z ręki!

Kiedy przyszliśmy na start, okazało się, że wszyscy chcą iść z nami. Oczywiście nie łudzę się, że komuś z nich chodziło o mnie, zdecydowanie mieli na myśli T. Założyliśmy więc Leśne Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, kto chciał, to doczepił swój wagonik i pojechaliśmy do cyrku. Tak dokładnie to był "Istny cyrk morski". Tym razem autor się sprężył i podniósł poziom trudności uszczęśliwiając nas lidarem, który u wielu osób wywołuje odczyn alergiczny. Też nie przepadam, ale pomału (bardzo pomału) łapię o co biega.
Kiedy tylko zeszliśmy z pola widzenia inoków czekających na swój start, przycupnęliśmy na ławce i za pomocą kalki, ołówka i mózgu, wspólnym wysiłkiem, mniej więcej złożyliśmy mapę do kupy, żeby mieć ogólny ogląd sytuacji. Znaleźliśmy jeden punkt podwójny, co mnie osobiście bardzo ucieszyło, bo lubię punkty podwójne, potrójne i powielokrotne.

Cyrk postanowiliśmy obejść od lewej, zaczęliśmy więc od PK 41. Mieliśmy chwilę zawahania czy aby na pewną idziemy dobrą drogą, ale tak, dobrą. Na kolejnym punkcie byliśmy świadkami dewastacji lampionu, bo M. S. z takim impetem rzucił się go spisywać, że lampion został mu w ręku:-)Ten to dopiero pazerny na tę orientację! :-)
Na lidarowych PK 53 i 54 mieliśmy trochę problemów, bo lampion zamiast na szczycie wisiał trochę pobocznie i powstał dylemat - brać go, czy bić bepeka? Kręciliśmy się tłumnie koło szczytu, każdy czesał, namierzał i miał inny pomysł. Tramwaj zaczął się rozpadać, bo przecież nikt oprócz mnie nie ma tyle cierpliwości, żeby przeczekać wielokrotne namierzanie się T. Grupę dogoniliśmy przy okopach, a tam T. nieopatrznie zerknął na zegarek i zaordynował:
- Biegniemy!
Pobiegłam za nim (jako jedyna), bo jestem przykładną żoną, aczkolwiek w końcówce nieśmiało sugerowałam, że może by jednak w przeciwnym kierunku. Oczywiście miałam rację, moją rację poparła grupa wyłaniająca się z lasu, która nasz przebiegnięty dystans pokonała spokojnym marszem:-)
Ostatniego PK nie mogłam znaleźć w myśl zasady - najciemniej pod latarnią. T. spisywał przedostatniego, a ja sierota jedna stałam pod drzewem z lampionem i lamentowałam, że nigdzie go nie ma.
Z kompletem punktów uskuteczniliśmy długodystansowy bieg na metę, tym razem już w słusznym kierunku i słusznym zwrocie.
Na mecie nie rozsiadywaliśmy się za bardzo, w myśl zasady: załatw sprawę i żegnaj. Na "Rekiny na Rafie" wybraliśmy się już sami, bo grupa, która wróciła później niż my (szczęśliwi ludzie - nie musieli biegać), także później wychodziła na swój drugi etap.
Mapę rozgryźliśmy szybko i ku mojej uciesze aż dwa punkty były podwójne. Zaczęliśmy od  mapy topo, foto miała dołączyć później. Oczywiście, co chwilę zapominałam, że idziemy na lustro i wykłócałam się z T., że idziemy nie w tę stronę, w którą powinniśmy:-)
Trasa wiodła prostymi drogami, więc bezproblemowo zgarnialiśmy punkt za punktem, aż do PK 73, który przeszliśmy i musieliśmy się wracać. Na szczęście nie dużo.
Na fotomapie rządził już niepodzielnie T., a ja powoli zaczynałam wymiękać. I fizycznie i intelektualnie. W pewnym momencie T. porzucił mnie w szczerym polu i zniknął mi z oczu. Zmęczona przysiadłam, ale jakoś nierozważnie w samym środku mrowiska. Nagły przypływ sił wystrzelił mnie z niego, niczym katapulta. Następne miejsce relaksu wybrałam już zdecydowanie staranniej.
T. coś długo nie wracał i już zaczynałam się niepokoić, czy aby mnie na zawsze nie porzucił, ale w końcu się pojawił. Z łupem w postaci jednego PK i jednego PS. W drodze na kolejny punkt jeszcze zmienił tego PS-a na innego. Teren był mocno niejednoznaczny i trudno się było zdecydować, co lepsze.
Ponieważ lekkie minuty już nam od jakiegoś czasu zaglądały w oczy, T. znowu zaordynował trening biegowy i okazało się, że wcale nie jestem aż tak bardzo zmęczona i spokojnie mogę przebiec te kilometry do mety:-)
Kartę startową oddałam z wielką, wielką ulgą, bo pozbycie się jej oznaczało odpoczynek i obiad.

c. d. n.

wtorek, 14 lipca 2015

Zaginął kotek ...

Ponieważ jednym dziennym etapem zbytnio się nie zmęczyliśmy, postanowiliśmy iść na całość i większość nocy spędzić w lesie - jednym słowem (a nawet dwoma) - etap podwójny: "Zakręcone stoworzonka" i "Hajda na konika morskiego".
Tym razem poszedł z nami tylko Ł. L. (ewentualnie mam sklerozę i pozostałych osób nie pamiętam:-).
Start do pierwszego etapu organizatorzy złośliwie zrobili strasznie daleko od bazy i zanim zaczęliśmy szukać pierwszego punktu, już byliśmy zmęczeni. Na dodatek lampion wisiał niejednoznacznie i musieliśmy trochę pobiegać w te i nazad, zanim podjęliśmy decyzję, co spisywać. Na szczęście pozostałe wisiały już na swoich miejscach. Mało tego - do większości z nich dawało się dojść przyzwoitymi drogami. Pełen luksus! Tylko raz droga zaginęła nam w trawach łąki, ale co to dla nas. Że niby bez drogi sobie nie poradzimy?
Lekki zgrzyt nastąpił dopiero na ostatnim punkcie. Niby porządne skrzyżowanie asfaltowych dróg, cywilizacja, a lampionu nigdzie nie było widać. Obeszliśmy wszystkie okoliczne krzaki, przeczesaliśmy trawy, wpełzliśmy do przepustu i ... nic. Jedyne co znaleźliśmy, to ogłoszenie o zagubionym kotku. Chyba nie o to budowniczemu chodziło. Wbiliśmy więc BPK-a i pomaszerowali na metę samoobsługową.

Na mecie obszczekały nas wszystkie okoliczne psy, aż cieć z ogródków działkowych wystawił głowę, sprawdzić co się dzieje. Nie chcąc żeby i on nas obsobaczył, ruszyliśmy dalej.

Drugi etap nocny, podobnie jak pierwszy, był zadziwiająco łatwy. Chyba D. (autor trasy) rozstał się ze swoim dilerem i nic już nie bierze. A takie fajne trasy kiedyś robił ... :-) Koniki złożyły się nam od ręki i dawanie do nich schematu złożenia uważam za duże nadużycie kompetencji autorskich. Punkty podwójne z daleka biły po oczach, zamiast zdradliwie zaskakiwać nas w najmniej oczekiwanym momencie. Sytuację trochę ratowała noc, bo wiadomo, że po ciemku to jakby troszkę trudniej jest. W sumie najwięcej problemów przysporzyło nam zadanie z etapu pierwszego, bo nijak nie wiedzieliśmy, co autor miał na myśli. Chyba jednak jeszcze jakieś resztki prochów krążyły we krwi budowniczego:-)
Mimo, że nigdzie nie błądziliśmy, nie zgubiliśmy się, jakoś specjalnie nie czesaliśmy terenu, znowu okazało się, że przeszliśmy dwa razy więcej niż nominalnie wynosiły etapy. Tak sobie myślę, że odległości, to autor losował z kapelusza i co wyciągnął, to wpisał.

Na metę wróciliśmy stosunkowo wcześnie jak na dwa etapy i wszyscy nasi współspacze jeszcze błąkali się po lesie. Korzystając z okazji, że nikt nie chrapie, nie świeci, nie łazi, nie rzuca się po łóżku gdy śnią mu się uciekające lampiony, szybko poszliśmy spać żeby zregenerować się przed sobotnim TWMiM, co to planowaliśmy je wygrać:-)

c. d. n.


Grillowane muszelki.

Po OWRP przezornie wzięłam sobie dzień urlopu, żeby na Griloki dotrzeć w przyzwoitym stanie. Poza tym emocje związane z moją ulubioną imprezą przecież i tak nie pozwoliłyby mi pracować.
Ponieważ byliśmy odpowiedzialni za dowiezienie zegara na start, wyruszyliśmy wczesnym popołudniem, pozostawiając w domu nieutulone w szczęściu (wolna chata) potomstwo.
Po drodze zgarnęliśmy Ł. L., który się nam najął na pasażera i udaliśmy się na podbój Kamieńczyka. Pewnie pobilibyśmy rekord świata w robieniu trino na czas, ale Ł. chciał obfotografować każdy obiekt, więc i my oderwaliśmy tyłki od foteli samochodowych. I dobrze, bo lekki rozruch przed maratonem podobno jest wskazany:-)
Kiedy w końcu dojechaliśmy do bazy, okazało się, że organizatorzy są jeszcze w lesie. Zresztą niczego innego się nie spodziewaliśmy. Po chwili dotarli D. M., A. N. i M. S., a chwilę po nich A. M.
Szybka konsultacja telefoniczna z szefostwem ukierunkowała nas na dalsze działania i po chwili byliśmy zakwaterowani. W końcu i samo szefostwo wróciło z lasu i wspólnymi siłami zorganizowaliśmy sekretariat, rozwiesili banery i zaczęło się przyjmowanie przybywających masowo amatorów grillowania.
Wreszcie "nadejszła wiekopomna chwila" i ruszyliśmy na pierwszy etap. Ł. L. i A. M. poszli z nami, zakładając, że w grupie raźniej.
"Muszelki znad Liwca" na pierwszy rzut oka nie wyglądały jakoś groźnie, a przynajmniej muszelka topograficzna, bo z ortofoto to w sumie nigdy nie wiadomo. Pi razy drzwi dopasowaliśmy położenie tych orto, a fotkę mieliśmy nadzieję zlokalizować gdzieś na trasie.
Początek poszedł łatwo, co napełniło nas optymizmem, ale tylko na chwilę. Zdechło, kiedy weszliśmy na teren ortofoto i nic już nie chciało się zgadzać. To znaczy, tak ogólnie to się i nawet zgadzało, ale jak wiadomo - diabeł tkwi w szczegółach. Trafialiśmy na takie kwiatki, jak dwa lampiony obok siebie, przy czym z mapy wynikało, że właściwy powinien być i tak pomiędzy nimi, czy brak lampionu na zaznaczonym na mapie drzewie, bo w terenie po drzewie został tylko pniak. Przy początkujących budowniczych i rozstawiaczach trasy, to wiadomo - ewidentna ich pomyłka i bez namysłu można wpisać bepeka, ale przy starych wyjadaczach, to już człowiek raczej szuka błędu po swojej stronie. Szukając więc tego błędu miotaliśmy się po łące tam i z powrotem, w różnych konstelacjach osobowych (bo szukaczy z czasem przybywało), w końcu wymiękliśmy. Uznaliśmy, że jak ktoś stawia 300 lampionów, to nie ma zmiłuj - w końcu gdzieś się pomyli. No bo przecież racja musi być po naszej stronie, nie? :-)
Trasa powoli nam się kończyła, a aeromuszla wciąż była nieprzypasowana do żadnego miejsca. Założyliśmy, że będzie to widok z mostu. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy po wdrapaniu się na most zobaczyliśmy coś całkiem innego! Im bardziej staraliśmy się zobaczyć coś podobnego do obrazka, tym bardziej tego nie było:-( W końcu jednak, przy ogromnym wysiłku umysłowym, udało nam się wmówić sobie, że przecież widzimy obydwa PK, tylko fotka jest trochę zniekształcona, bo fotograf miał jakiś dziadowy obiektyw. Spisaliśmy kod z jednego lampionu (bo drugi był daleko i nie chciało nam się lecieć) i w duchu liczyliśmy, że jako PS powinien się sprawdzić:-).
Z trzech (przewidzianych przez budowniczego) kilometrów zrobiło nam się prawie sześć, ale może długość trasy była podawana w milach, bo wtedy wychodzi jakieś trzy i pół.
Mimo wszystko, po powrocie, wciąż byliśmy pełni entuzjazmu i z niecierpliwością czekaliśmy na etapy nocne.

c. d. n.