Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirów. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 lipca 2020
piątek, 10 lipca 2020
Wawel Cup - etap 1. Na Telimenę.
No i zaczęło się bieganie na serio, nie jakieś tam treningi z podjadaniem poziomek. Start pierwszego etapu z Mirowa, siedem minut jazdy z naszej kwatery. Oczywiście tradycyjnie byliśmy sporo przed czasem, ale lepiej przed niż po czasie. Tym razem nie było bazy zawodów, każdy parkował gdzie mógł i dopiero na samym starcie była szansa spotkać kogoś ze znajomych. Nie było też kramików z biegackimi akcesoriami i czuję się tym zawiedziona. Bo jak to - żadnych zakupów?
Tomek startował prawie godzinę przede mną, ale na start poszliśmy razem, bo czy miałam czekać na parkingu, czy na starcie, to w sumie wszystko jedno, a na starcie to nawet ciekawiej. I nawet dawno niewidziani znajomi się znaleźli.
Tak z 15 minut przed moją minutą startową zaczęłam się już denerwować i moje tętno rosło - 80, 95, 113, 129... Jeszcze trochę i zeszłabym na zawał czy inne takie, ale akurat nadeszła moja minuta startowa i pora było się zbierać.
W miarę szybko ogarnęłam gdzie na mapie jest trójkącik i kiedy dobiegłam do lampionu oznaczającego start, od razu skręciłam w ścieżkę w lewo. Ścieżka powinna po chwili rozdzielić się na lewą i prawą, a ja powinnam pobiec prawą. Albo przeoczyłam, albo nie rozdzieliła się, albo co - ja w każdym razie wciąż pięłam się pod górę i nie miałam pojęcia na której ścieżce jestem. Tak czy siak mój punkt miał być od obydwu w prawo. Przebiłam się w prawo-górę, nawet znalazłam jakiś większy kamyk, co to mógłby robić za małą skałkę, ale lampionu przy nim nie było. Pokręciłam się chwilę po okolicy usiłując ustalić gdzie jestem, ale mogłam być wszędzie. Podbiegł do mnie jakiś biegacz i chwilę konsultowaliśmy, gdzie które z nas ma swoją jedynkę i gdzie możemy być. Obydwoje mieliśmy chyba takie samo pojęcie, czyli żadne. Nagle kolega zauważył, że nasze konsultacje wypadły akurat w mrowisku i... zaczęło się. Wyskoczyłam z krzaków i wyleciałam na ścieżkę, bo wygodniej się otrzepywać. Popatrzyłam na nogi i aż mną wstrząsnęło - tak do pół łydki moje nogi były jedną ruszającą się masą, wyżej jeszcze prześwitywało ubranie. Wrzasnęłam rozdzierająco, ale tylko wewnętrznie, bo zewnętrznie oniemiałam z przerażenia. Rozpaczliwie zaczęłam się otrzepywać i to gołymi rękami pomimo obrzydzenia. Brrr. Noż kurna, czy ja jestem podobna do Telimeny żeby mię to ohydztwo obłaziło????
- Auć! Auć! - krzyczałam wewnętrznie przy każdym ugryzieniu, a mrówki były rozmiaru metr na metr, to wyobraźcie sobie jakie miały paszcze i zęby (czy czym tam one gryzą).
- Auuuuu! Tylko nie w tyłek!!!!
- Nie w cycki! Nie w cycki!
- Aaaaaaa!!!!!!!
- Jak dojdą do ust to umrę! - myślałam w panice.
Cały ten wewnętrzny dramat odbywał się w biegu, bo automatycznie rzuciłam się do ucieczki. A ponieważ zdecydowanie lepiej ucieka się w dół niż w górę, po chwili zorientowałam się, że jestem z powrotem prawie na starcie. Nooo, trochę głupio wyszło. Strzepnęłam z siebie resztki wroga, a skoro byłam tuż przy starcie namierzyłam się od nowa i tym razem udało się trafić. Niestety, taki początek zabił całą moją wolę walki i w dalszą trasę ruszyłam bez przekonania.
Kolejne punkty wchodziły przyzwoicie, na ogół wychodziłam na nie dość precyzyjnie, a nawet jeśli mnie troszkę zniosło, to dawało się doprecyzować albo po terenie, albo w ostateczności po innych zawodnikach.
O ile nawigacyjnie dawało radę, to kondycyjnie - kaplica. Żar przenikający nawet pod drzewa odbierał wszelką energię, ciągle było pod górę, a nawet jak było w dół, znaczyło to jedynie, że za chwilę znowu będzie pod górę, a pod nogami leżało pełno gałęzi usiłujących złapać i zatrzymać. Wlokłam się noga za nogą i nijak nie idzie tego nazwać biegiem na orientację.
Powolutku doczłapałam sobie przez kolejne punkty do PK 9, namierzyłam się na PK 10, który ani nie był daleko, ani nie był trudny, no ale ile może mi iść dobrze. Toż już najwyższa pora żeby coś się spieprzyło. Kompletnie nie mogę pojąć jakim sposobem przeoczyłam grupę skałek z lampionem i beztrosko szłam, szłam i szłam. W końcu coś pomarańczowego zamigotało mi w oddali. Podbiegłam (i to tak dosłownie), ale spotkało mnie rozczarowanie - owszem, lampion, ale nie mój. Inny kod i w dołku, a nie na skałce.
- To gdzie ja do licha jestem????? - pomyślałam.
Niby teren się zgadzał - była droga, była polanka, no może droga biegła niedokładnie w słusznym kierunku, ale kto by to tam w stresie zauważył. Powęszyłam trochę to tu, to tam i w końcu odpuściłam. Stanęłam przy znalezionym lampionie i upokorzyłam się doszczętnie - nadbiegającego zawodnika zapytałam:
- Gdzie ja jestem??????????
Człowiek ewidentnie się gdzieś spieszył i tylko machnął mi swoja mapą przed oczami pukając palcem w jakiś dołek i.. tyle go widziałam. Dołek, półokrągły dołek. Na szczęście na mapie w tej okolicy był tylko jeden taki, więc wreszcie mogłam się zlokalizować. Nooo, od dziewiątki to tak drugie tyle przeszłam niż powinnam. To na pewno musiał być efekt przegrzania mózgu, no bo co innego? Wróciłam więc i znalazłam co trzeba.
Od dziesiątki zaczęły się dłuższe przebiegi i trochę się bałam, żeby mnie nie zniosło a azymutu, ale dało radę. Na ostatni punkt i na metę wystarczyło lecieć za tłumem i nawet usiłowałam biec, skoro już nie musiałam patrzeć na mapę i mogłam pod nogi. A na mecie Tomek już czaił się z kamerką.
Po sczytaniu czipa lekko się zdziwiłam, że jakiejś rywalce udało się być na trasie dłużej niż mi i kto wie z jakimi potworami musiała walczyć, jak mi głupie mrówki zajęły 10 minut, a dziesiątka 13.
Trasę 2,8 km udało mi się przeciągnąć do 4,7 km, a jej przebycie zajęło mi godzinę i kilkanaście minut, ale czy to by się w ogóle opłacało biegać tak krótko? Przy moim wariancie cena za kilometr wychodzi jednak korzystniej.
Tomek startował prawie godzinę przede mną, ale na start poszliśmy razem, bo czy miałam czekać na parkingu, czy na starcie, to w sumie wszystko jedno, a na starcie to nawet ciekawiej. I nawet dawno niewidziani znajomi się znaleźli.
Na przykład Mirek.
Tak z 15 minut przed moją minutą startową zaczęłam się już denerwować i moje tętno rosło - 80, 95, 113, 129... Jeszcze trochę i zeszłabym na zawał czy inne takie, ale akurat nadeszła moja minuta startowa i pora było się zbierać.
W miarę szybko ogarnęłam gdzie na mapie jest trójkącik i kiedy dobiegłam do lampionu oznaczającego start, od razu skręciłam w ścieżkę w lewo. Ścieżka powinna po chwili rozdzielić się na lewą i prawą, a ja powinnam pobiec prawą. Albo przeoczyłam, albo nie rozdzieliła się, albo co - ja w każdym razie wciąż pięłam się pod górę i nie miałam pojęcia na której ścieżce jestem. Tak czy siak mój punkt miał być od obydwu w prawo. Przebiłam się w prawo-górę, nawet znalazłam jakiś większy kamyk, co to mógłby robić za małą skałkę, ale lampionu przy nim nie było. Pokręciłam się chwilę po okolicy usiłując ustalić gdzie jestem, ale mogłam być wszędzie. Podbiegł do mnie jakiś biegacz i chwilę konsultowaliśmy, gdzie które z nas ma swoją jedynkę i gdzie możemy być. Obydwoje mieliśmy chyba takie samo pojęcie, czyli żadne. Nagle kolega zauważył, że nasze konsultacje wypadły akurat w mrowisku i... zaczęło się. Wyskoczyłam z krzaków i wyleciałam na ścieżkę, bo wygodniej się otrzepywać. Popatrzyłam na nogi i aż mną wstrząsnęło - tak do pół łydki moje nogi były jedną ruszającą się masą, wyżej jeszcze prześwitywało ubranie. Wrzasnęłam rozdzierająco, ale tylko wewnętrznie, bo zewnętrznie oniemiałam z przerażenia. Rozpaczliwie zaczęłam się otrzepywać i to gołymi rękami pomimo obrzydzenia. Brrr. Noż kurna, czy ja jestem podobna do Telimeny żeby mię to ohydztwo obłaziło????
- Auć! Auć! - krzyczałam wewnętrznie przy każdym ugryzieniu, a mrówki były rozmiaru metr na metr, to wyobraźcie sobie jakie miały paszcze i zęby (czy czym tam one gryzą).
- Auuuuu! Tylko nie w tyłek!!!!
- Nie w cycki! Nie w cycki!
- Aaaaaaa!!!!!!!
- Jak dojdą do ust to umrę! - myślałam w panice.
Cały ten wewnętrzny dramat odbywał się w biegu, bo automatycznie rzuciłam się do ucieczki. A ponieważ zdecydowanie lepiej ucieka się w dół niż w górę, po chwili zorientowałam się, że jestem z powrotem prawie na starcie. Nooo, trochę głupio wyszło. Strzepnęłam z siebie resztki wroga, a skoro byłam tuż przy starcie namierzyłam się od nowa i tym razem udało się trafić. Niestety, taki początek zabił całą moją wolę walki i w dalszą trasę ruszyłam bez przekonania.
Dookoła jedynki.
Kolejne punkty wchodziły przyzwoicie, na ogół wychodziłam na nie dość precyzyjnie, a nawet jeśli mnie troszkę zniosło, to dawało się doprecyzować albo po terenie, albo w ostateczności po innych zawodnikach.
O ile nawigacyjnie dawało radę, to kondycyjnie - kaplica. Żar przenikający nawet pod drzewa odbierał wszelką energię, ciągle było pod górę, a nawet jak było w dół, znaczyło to jedynie, że za chwilę znowu będzie pod górę, a pod nogami leżało pełno gałęzi usiłujących złapać i zatrzymać. Wlokłam się noga za nogą i nijak nie idzie tego nazwać biegiem na orientację.
Powolutku doczłapałam sobie przez kolejne punkty do PK 9, namierzyłam się na PK 10, który ani nie był daleko, ani nie był trudny, no ale ile może mi iść dobrze. Toż już najwyższa pora żeby coś się spieprzyło. Kompletnie nie mogę pojąć jakim sposobem przeoczyłam grupę skałek z lampionem i beztrosko szłam, szłam i szłam. W końcu coś pomarańczowego zamigotało mi w oddali. Podbiegłam (i to tak dosłownie), ale spotkało mnie rozczarowanie - owszem, lampion, ale nie mój. Inny kod i w dołku, a nie na skałce.
- To gdzie ja do licha jestem????? - pomyślałam.
Niby teren się zgadzał - była droga, była polanka, no może droga biegła niedokładnie w słusznym kierunku, ale kto by to tam w stresie zauważył. Powęszyłam trochę to tu, to tam i w końcu odpuściłam. Stanęłam przy znalezionym lampionie i upokorzyłam się doszczętnie - nadbiegającego zawodnika zapytałam:
- Gdzie ja jestem??????????
Człowiek ewidentnie się gdzieś spieszył i tylko machnął mi swoja mapą przed oczami pukając palcem w jakiś dołek i.. tyle go widziałam. Dołek, półokrągły dołek. Na szczęście na mapie w tej okolicy był tylko jeden taki, więc wreszcie mogłam się zlokalizować. Nooo, od dziewiątki to tak drugie tyle przeszłam niż powinnam. To na pewno musiał być efekt przegrzania mózgu, no bo co innego? Wróciłam więc i znalazłam co trzeba.
Gdzie ja jestem????
Od dziesiątki zaczęły się dłuższe przebiegi i trochę się bałam, żeby mnie nie zniosło a azymutu, ale dało radę. Na ostatni punkt i na metę wystarczyło lecieć za tłumem i nawet usiłowałam biec, skoro już nie musiałam patrzeć na mapę i mogłam pod nogi. A na mecie Tomek już czaił się z kamerką.
Upragniona meta.
Po sczytaniu czipa lekko się zdziwiłam, że jakiejś rywalce udało się być na trasie dłużej niż mi i kto wie z jakimi potworami musiała walczyć, jak mi głupie mrówki zajęły 10 minut, a dziesiątka 13.
Trasę 2,8 km udało mi się przeciągnąć do 4,7 km, a jej przebycie zajęło mi godzinę i kilkanaście minut, ale czy to by się w ogóle opłacało biegać tak krótko? Przy moim wariancie cena za kilometr wychodzi jednak korzystniej.
poniedziałek, 30 lipca 2018
poniedziałek, 23 lipca 2018
Wawel Cup - część piąta: Jak 4,5-kilometrową trasę przebiec w ponad dwie godziny. Poradnik specjalistki.
Minuty startowe na ostatni dzień mieliśmy przydzielone dopiero w sobotę wieczór, bo były uzależnione od dotychczasowych wyników. Ja dostałam 64-tą minutę, Tomek godzinę później. Minuta zerowa była o 10.00. Rano musieliśmy się spakować i wyprowadzić z kwatery, ale nie musieliśmy tego robić w pośpiechu.
W bazie zawodów jedną z atrakcji było gniazdo os, otoczone taśmami i opisane z każdej strony w różnych językach.
Dojściówka na start miała ponad półtora kilometra i w przeciwnym kierunku niż się spodziewaliśmy, co znaczyło, że teren nie będzie się powtarzał z tym z dnia poprzedniego.
Tomek z nudów odprowadził mnie nawet kawałek, a potem wrócił do bazy, bo bez sensu czekać na starcie ponad godzinę.
Do pierwszego punktu był dłuuugi przebieg - najdłuższy ze wszystkich na trasie. Jeszcze stojąc w boksie startowym dowiedziałam się, że kółeczko z krzyżykiem w środku oznacza karpę, ja z kolei mogłam innym wytłumaczyć co to tajemnicze słowo znaczy. Bo kto dziś, poza leśnikami i orientantami, używa takiego wyrażenia?
Leciałam więc do tej karpy na azymut, bo uznałam, że po ścieżkach byłoby zbyt naokoło, zresztą chyba większość osób tak zrobiła, bo co chwilę kogoś spotykałam. Największy problem miałam z oszacowaniem odległości i nie wiedziałam - lecieć dalej, czy już czesać? W marszach to sobie człowiek wszystko wymierzy parokrokami, a tu wszystko na wyścigi jakby się paliło. Oczywiście, z ukształtowania terenu mniej więcej wiedziałam gdzie już jestem, ale bez przesady. W związku z tą nieokreślonością miejsca chwilę zajęło mi znalezienie lampionu i już na pierwszym punkcie miałam sporą stratę do prowadzących.
Dwójka była między dwoma skałami, a od jedynki trzeba było najpierw zbiec z górki, a potem wbiec na następną. W moim przypadku oczywiście w rachubę wchodziło jedynie wleźć mozolnie, a nie wbiec:-). Trójka była łatwa - w dół, azymut, pojedyncza skałka - trudno byłoby nie znaleźć. Na czwórkę (znowu na górce), o dziwo, wdrapałam się dość szybko, a idąc za innymi dotarłam do lampionu. Do piątki leciałam z Joanną, a potem myśląc, że wybrałam sprytniejszy wariant straciłam ją z oczu. I to był błąd. Żeby tylko błąd - to był WIELBŁĄD! Bo kiedy kolejny raz ją zobaczyłam podbijającą punkt, okazało się, że jesteśmy na siódemce, a nie szóstce. Jak mi się udało przelecieć szóstkę??? No jak?? Chyba musiałam być ślepa, czy co... Nie pozostało nic innego jak ustawić wsteczny azymut i wrócić po szóstkę. Wyglądało to na łatwiznę i myślałam, że raz, dwa wrócę po siódemkę, skoro już wiem gdzie jest. Tymczasem szóstki nigdzie nie było. Rozstąp się ziemio! Żeby prawie pojedynczej skałki w lesie nie znaleźć, wiedząc skąd się idzie i mając dobry kompas to dla mnie niewyobrażalne. Łaziłam po lesie już w coraz bardziej abstrakcyjnych kierunkach, szukałam to z jakimś facetem, to z dziewczyną, to sama. Żadna z napotkanych osób nie widziała lampionu o kodzie 56. Czary jakieś, czy co? W końcu zamotałam się tak bardzo, że kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. Tak to już mi się od bardzo dawna nie zdarzyło. Na dodatek przestali pojawiać się ludzie i powoli zaczynałam wpadać w panikę. W końcu usłyszałam, że ktoś się przedziera przez krzaki, pognałam więc w tamtym kierunku. Dopadłam człowieka nie patrząc czy leci na wynik, czy tylko dla satysfakcji i z pełnią dramatyzmu jęknęłam:
- Gdzie ja jestem???
Człowiek na szczęście wiedział gdzie jestem, bo tuż obok miał swój punkt i pokazał na mapie ciemnozieloną plamkę oddaloną od mojej szóstki o jakieś 150 metrów. Jak spod ziemi zmaterializowali się przy nas i inni zawodnicy i już razem znaleźliśmy ten nieszczęsny lampion 56. Wydawało mi się, że błąkałam się po lesie co najmniej z godzinę, a tymczasem cała akcja zajęła raptem pół godziny. Do siódemki trzymałam się grupy żeby znowu nie narobić głupot. Ósemkę i dziewiątkę jakimś cudem znalazłam (pewnie patrząc gdzie idą inni), a patrząc na mapę od razu wiedziałam, że dziesiątki nie ogarnę. Nie ma opcji! Miejsce było co prawda znajome, bo już tu byłam poprzedniego dnia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ja po każdych zawodach mam totalny reset i można mnie co godzinę puszczać w ten sam teren, a i tak się zgubię. Normalnie zerowa umiejętność zapamiętywania miejsc. Najwyraźniej mam agnozję przestrzenną.
Mimo, że nie widziałam większych szans na znalezienie dziesiątki postanowiłam przynajmniej spróbować. Oczywiście najpierw wlazłam między nie te skały co trzeba, a było to pod górę i przez tarninę. Jak już się zorientowałam, musiałam zejść niżej i znowu wspiąć się w kolejny prześwit. Oczywiście przedzierając się przez tarninę. A potem czesałam, czesałam, czesałam... W tarninie oczywiście. Po jakimś czasie teren przeszukiwało już kilkanaście osób, przy czym z połowa szukała mojej dziesiątki, a połowa jakiegoś innego punktu. Ten drugi oczywiście od razu znalazłam. Tak mniej więcej wiedziałam gdzie powinno być moje 74, ale nie dało się dojść na azymut, no bo tarnina. Można było poruszać się jedynie wydrążonymi już korytarzami i liczyć na to, że jeden z nich doprowadzi tam, gdzie trzeba. To znaczy - można było na azymut, ale to już trzeba by mieć źle pod sufitem, żeby robić taką głupotę. Kiedy już traciłam nadzieję i szykowałam się do zejścia z trasy, niespodziewanie zauważyłam skitrany w krzakach strzępek tkaniny. Nooo, tak upychać lampion to trochę nie w porządku.
Na dziesiątce straciłam kolejne pół godziny i tym sposobem miałam już zagwarantowane ostatnie miejsce. Na szczęście akurat to nie miało dla mnie większego znaczenia, bo przecież na żadne tam wybitne osiągnięcia nie liczyłam przyjeżdżając na zawody. Raczej nastawiałam się na zabawę, ciekawe doświadczenia i mocne wrażenia, a już tych ostatnich to mi nie brakowało.
Pozostałe dwa punkty trasy to już przeleciałam za innymi, zresztą w porównaniu do dziesiątki, to były wręcz banalne. Poza przedzieraniem się przez gąszcz, w którym ukryto jedenastkę oczywiście :-).
Byłam pewna, że na mecie będzie już czekał Tomek, bo co prawda wybiegał jakąś godzinę po mnie, ale przecież tym razem chyba pobiłam rekord przebywania na trasie. Ale jednak nie. Na mecie oczekiwał tylko Krzysztof na Sylwię, która zresztą odebrała mi rekord trasy, bo była jeszcze godzinę dłużej niż ja i w ogóle nie zmieściła się w limicie. No i widzicie - nawet to mi nie wyszło :-(
Po biegu poszłam skorzystać z natrysków, jakie przygotowała nam straż pożarna - czyli wlazłam pod wodę z sikawki. O, jakie to było przyjemne. Lodowata woda zmyła ze mnie stres i wściekłość i wspomnienie punktu szóstego i dziesiątego zaczęło być już tylko śmieszne, a nie irytujące. A potem mogłam się już opalać oczekując na powrót Tomka.
W bazie zawodów jedną z atrakcji było gniazdo os, otoczone taśmami i opisane z każdej strony w różnych językach.
"Dobre osy, ale maja słabe nerwy"
Dojściówka na start miała ponad półtora kilometra i w przeciwnym kierunku niż się spodziewaliśmy, co znaczyło, że teren nie będzie się powtarzał z tym z dnia poprzedniego.
Tomek z nudów odprowadził mnie nawet kawałek, a potem wrócił do bazy, bo bez sensu czekać na starcie ponad godzinę.
Ruszamy na start.
Do pierwszego punktu był dłuuugi przebieg - najdłuższy ze wszystkich na trasie. Jeszcze stojąc w boksie startowym dowiedziałam się, że kółeczko z krzyżykiem w środku oznacza karpę, ja z kolei mogłam innym wytłumaczyć co to tajemnicze słowo znaczy. Bo kto dziś, poza leśnikami i orientantami, używa takiego wyrażenia?
Leciałam więc do tej karpy na azymut, bo uznałam, że po ścieżkach byłoby zbyt naokoło, zresztą chyba większość osób tak zrobiła, bo co chwilę kogoś spotykałam. Największy problem miałam z oszacowaniem odległości i nie wiedziałam - lecieć dalej, czy już czesać? W marszach to sobie człowiek wszystko wymierzy parokrokami, a tu wszystko na wyścigi jakby się paliło. Oczywiście, z ukształtowania terenu mniej więcej wiedziałam gdzie już jestem, ale bez przesady. W związku z tą nieokreślonością miejsca chwilę zajęło mi znalezienie lampionu i już na pierwszym punkcie miałam sporą stratę do prowadzących.
Dwójka była między dwoma skałami, a od jedynki trzeba było najpierw zbiec z górki, a potem wbiec na następną. W moim przypadku oczywiście w rachubę wchodziło jedynie wleźć mozolnie, a nie wbiec:-). Trójka była łatwa - w dół, azymut, pojedyncza skałka - trudno byłoby nie znaleźć. Na czwórkę (znowu na górce), o dziwo, wdrapałam się dość szybko, a idąc za innymi dotarłam do lampionu. Do piątki leciałam z Joanną, a potem myśląc, że wybrałam sprytniejszy wariant straciłam ją z oczu. I to był błąd. Żeby tylko błąd - to był WIELBŁĄD! Bo kiedy kolejny raz ją zobaczyłam podbijającą punkt, okazało się, że jesteśmy na siódemce, a nie szóstce. Jak mi się udało przelecieć szóstkę??? No jak?? Chyba musiałam być ślepa, czy co... Nie pozostało nic innego jak ustawić wsteczny azymut i wrócić po szóstkę. Wyglądało to na łatwiznę i myślałam, że raz, dwa wrócę po siódemkę, skoro już wiem gdzie jest. Tymczasem szóstki nigdzie nie było. Rozstąp się ziemio! Żeby prawie pojedynczej skałki w lesie nie znaleźć, wiedząc skąd się idzie i mając dobry kompas to dla mnie niewyobrażalne. Łaziłam po lesie już w coraz bardziej abstrakcyjnych kierunkach, szukałam to z jakimś facetem, to z dziewczyną, to sama. Żadna z napotkanych osób nie widziała lampionu o kodzie 56. Czary jakieś, czy co? W końcu zamotałam się tak bardzo, że kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. Tak to już mi się od bardzo dawna nie zdarzyło. Na dodatek przestali pojawiać się ludzie i powoli zaczynałam wpadać w panikę. W końcu usłyszałam, że ktoś się przedziera przez krzaki, pognałam więc w tamtym kierunku. Dopadłam człowieka nie patrząc czy leci na wynik, czy tylko dla satysfakcji i z pełnią dramatyzmu jęknęłam:
- Gdzie ja jestem???
Człowiek na szczęście wiedział gdzie jestem, bo tuż obok miał swój punkt i pokazał na mapie ciemnozieloną plamkę oddaloną od mojej szóstki o jakieś 150 metrów. Jak spod ziemi zmaterializowali się przy nas i inni zawodnicy i już razem znaleźliśmy ten nieszczęsny lampion 56. Wydawało mi się, że błąkałam się po lesie co najmniej z godzinę, a tymczasem cała akcja zajęła raptem pół godziny. Do siódemki trzymałam się grupy żeby znowu nie narobić głupot. Ósemkę i dziewiątkę jakimś cudem znalazłam (pewnie patrząc gdzie idą inni), a patrząc na mapę od razu wiedziałam, że dziesiątki nie ogarnę. Nie ma opcji! Miejsce było co prawda znajome, bo już tu byłam poprzedniego dnia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ja po każdych zawodach mam totalny reset i można mnie co godzinę puszczać w ten sam teren, a i tak się zgubię. Normalnie zerowa umiejętność zapamiętywania miejsc. Najwyraźniej mam agnozję przestrzenną.
Mimo, że nie widziałam większych szans na znalezienie dziesiątki postanowiłam przynajmniej spróbować. Oczywiście najpierw wlazłam między nie te skały co trzeba, a było to pod górę i przez tarninę. Jak już się zorientowałam, musiałam zejść niżej i znowu wspiąć się w kolejny prześwit. Oczywiście przedzierając się przez tarninę. A potem czesałam, czesałam, czesałam... W tarninie oczywiście. Po jakimś czasie teren przeszukiwało już kilkanaście osób, przy czym z połowa szukała mojej dziesiątki, a połowa jakiegoś innego punktu. Ten drugi oczywiście od razu znalazłam. Tak mniej więcej wiedziałam gdzie powinno być moje 74, ale nie dało się dojść na azymut, no bo tarnina. Można było poruszać się jedynie wydrążonymi już korytarzami i liczyć na to, że jeden z nich doprowadzi tam, gdzie trzeba. To znaczy - można było na azymut, ale to już trzeba by mieć źle pod sufitem, żeby robić taką głupotę. Kiedy już traciłam nadzieję i szykowałam się do zejścia z trasy, niespodziewanie zauważyłam skitrany w krzakach strzępek tkaniny. Nooo, tak upychać lampion to trochę nie w porządku.
Na dziesiątce straciłam kolejne pół godziny i tym sposobem miałam już zagwarantowane ostatnie miejsce. Na szczęście akurat to nie miało dla mnie większego znaczenia, bo przecież na żadne tam wybitne osiągnięcia nie liczyłam przyjeżdżając na zawody. Raczej nastawiałam się na zabawę, ciekawe doświadczenia i mocne wrażenia, a już tych ostatnich to mi nie brakowało.
Pozostałe dwa punkty trasy to już przeleciałam za innymi, zresztą w porównaniu do dziesiątki, to były wręcz banalne. Poza przedzieraniem się przez gąszcz, w którym ukryto jedenastkę oczywiście :-).
Byłam pewna, że na mecie będzie już czekał Tomek, bo co prawda wybiegał jakąś godzinę po mnie, ale przecież tym razem chyba pobiłam rekord przebywania na trasie. Ale jednak nie. Na mecie oczekiwał tylko Krzysztof na Sylwię, która zresztą odebrała mi rekord trasy, bo była jeszcze godzinę dłużej niż ja i w ogóle nie zmieściła się w limicie. No i widzicie - nawet to mi nie wyszło :-(
Po biegu poszłam skorzystać z natrysków, jakie przygotowała nam straż pożarna - czyli wlazłam pod wodę z sikawki. O, jakie to było przyjemne. Lodowata woda zmyła ze mnie stres i wściekłość i wspomnienie punktu szóstego i dziesiątego zaczęło być już tylko śmieszne, a nie irytujące. A potem mogłam się już opalać oczekując na powrót Tomka.
Tempo! Tempo!
Radość z ukończenia biegu.
Potem zostaliśmy jeszcze na dekoracji zwycięzców żeby zobaczyć Małgosię K. na podium i wreszcie zaczęliśmy się zbierać do powrotu.
Rywalizacja na Wawel Cup poszła mi dziadowo, ale zabawę przez te pięć dni miałam przednią. Za rok koniecznie musimy to powtórzyć!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








