Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wawel Cup 37.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wawel Cup 37.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lipca 2018

Wawel Cup - część piąta: Jak 4,5-kilometrową trasę przebiec w ponad dwie godziny. Poradnik specjalistki.

Minuty startowe na ostatni dzień mieliśmy przydzielone dopiero w sobotę wieczór, bo były uzależnione od dotychczasowych wyników. Ja dostałam 64-tą minutę, Tomek godzinę później. Minuta zerowa była o 10.00. Rano musieliśmy się spakować i wyprowadzić z kwatery, ale nie musieliśmy tego robić w pośpiechu.
W bazie zawodów jedną z atrakcji było gniazdo os, otoczone taśmami i opisane z każdej strony w różnych językach.

"Dobre osy, ale maja słabe nerwy"

Dojściówka na start miała ponad półtora kilometra i w przeciwnym kierunku niż się spodziewaliśmy, co znaczyło, że teren nie będzie się powtarzał z tym z dnia poprzedniego.
Tomek z nudów odprowadził mnie nawet kawałek, a potem wrócił do bazy, bo bez sensu czekać na starcie ponad godzinę.

Ruszamy na start.

Do pierwszego punktu był dłuuugi przebieg - najdłuższy ze wszystkich na trasie. Jeszcze stojąc w boksie startowym dowiedziałam się, że kółeczko z krzyżykiem w środku oznacza karpę, ja z kolei mogłam innym wytłumaczyć co to tajemnicze słowo znaczy. Bo kto dziś, poza leśnikami i orientantami, używa takiego wyrażenia?
Leciałam więc do tej karpy na azymut, bo uznałam, że po ścieżkach byłoby zbyt naokoło, zresztą chyba większość osób tak zrobiła, bo co chwilę kogoś spotykałam. Największy problem miałam z oszacowaniem odległości i nie wiedziałam - lecieć dalej, czy już czesać? W marszach to sobie człowiek wszystko wymierzy parokrokami, a tu wszystko na wyścigi jakby się paliło. Oczywiście, z ukształtowania terenu mniej więcej wiedziałam gdzie już jestem, ale bez przesady. W związku z tą nieokreślonością miejsca chwilę zajęło mi znalezienie lampionu i już na pierwszym punkcie miałam sporą stratę do prowadzących.
Dwójka była między dwoma skałami, a od jedynki trzeba było najpierw zbiec z górki, a potem wbiec na następną. W moim przypadku oczywiście w rachubę wchodziło jedynie wleźć mozolnie, a nie wbiec:-). Trójka była łatwa - w dół, azymut, pojedyncza skałka - trudno byłoby nie znaleźć. Na czwórkę (znowu na górce), o dziwo, wdrapałam się dość szybko, a idąc za innymi dotarłam do lampionu. Do piątki leciałam z Joanną, a potem myśląc, że wybrałam sprytniejszy wariant straciłam ją z oczu. I to był błąd. Żeby tylko błąd - to był WIELBŁĄD! Bo kiedy kolejny raz ją zobaczyłam podbijającą punkt, okazało się, że jesteśmy na siódemce, a nie szóstce. Jak mi się udało przelecieć szóstkę??? No jak?? Chyba musiałam być ślepa, czy co... Nie pozostało nic innego jak ustawić wsteczny azymut i wrócić po szóstkę. Wyglądało to na łatwiznę i myślałam, że raz, dwa wrócę po siódemkę, skoro już wiem gdzie jest. Tymczasem szóstki nigdzie nie było. Rozstąp się ziemio! Żeby prawie pojedynczej skałki w lesie nie znaleźć, wiedząc skąd się idzie i mając dobry kompas to dla mnie niewyobrażalne. Łaziłam po lesie już w coraz bardziej abstrakcyjnych kierunkach, szukałam to z jakimś facetem, to z dziewczyną, to sama. Żadna z napotkanych osób nie widziała lampionu o kodzie 56. Czary jakieś, czy co? W końcu zamotałam się tak bardzo, że kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. Tak to już mi się od bardzo dawna nie zdarzyło. Na dodatek przestali pojawiać się ludzie i powoli zaczynałam wpadać w panikę. W końcu usłyszałam, że ktoś się przedziera przez krzaki, pognałam więc w tamtym kierunku. Dopadłam człowieka nie patrząc czy leci na wynik, czy tylko dla satysfakcji i z pełnią dramatyzmu jęknęłam:
- Gdzie ja jestem???
Człowiek na szczęście wiedział gdzie jestem, bo tuż obok miał swój punkt i pokazał na mapie ciemnozieloną plamkę oddaloną od mojej szóstki o jakieś 150 metrów. Jak spod ziemi zmaterializowali się przy nas i inni zawodnicy i już razem znaleźliśmy ten nieszczęsny lampion 56. Wydawało mi się, że błąkałam się po lesie co najmniej z godzinę, a tymczasem cała akcja zajęła raptem pół godziny. Do siódemki trzymałam się grupy żeby znowu nie narobić głupot. Ósemkę i dziewiątkę jakimś cudem znalazłam (pewnie patrząc gdzie idą inni), a patrząc na mapę od razu wiedziałam, że dziesiątki nie ogarnę. Nie ma opcji! Miejsce było co prawda znajome, bo już tu byłam poprzedniego dnia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ja po każdych zawodach mam totalny reset i można mnie co godzinę puszczać w ten sam teren, a i tak się zgubię. Normalnie zerowa umiejętność zapamiętywania miejsc. Najwyraźniej mam agnozję przestrzenną.
Mimo, że nie widziałam większych szans na znalezienie dziesiątki postanowiłam przynajmniej spróbować. Oczywiście najpierw wlazłam między nie te skały co trzeba, a było to pod górę i przez tarninę. Jak już się zorientowałam, musiałam zejść niżej i znowu wspiąć się w kolejny prześwit. Oczywiście przedzierając się przez tarninę.  A potem czesałam, czesałam, czesałam... W tarninie oczywiście. Po jakimś czasie teren przeszukiwało już kilkanaście osób, przy czym z połowa szukała mojej dziesiątki, a połowa jakiegoś innego punktu. Ten drugi oczywiście od razu znalazłam. Tak mniej więcej wiedziałam gdzie powinno być moje 74, ale nie dało się dojść na azymut, no bo tarnina. Można było poruszać się jedynie wydrążonymi już korytarzami i liczyć na to, że jeden z nich doprowadzi tam, gdzie trzeba. To znaczy - można było na azymut, ale to już trzeba by mieć źle pod sufitem, żeby robić taką głupotę. Kiedy już traciłam nadzieję i szykowałam się do zejścia z trasy, niespodziewanie zauważyłam skitrany w krzakach strzępek tkaniny. Nooo, tak upychać lampion to trochę nie w porządku.
Na dziesiątce straciłam kolejne pół godziny i tym sposobem miałam już zagwarantowane ostatnie miejsce. Na szczęście akurat to nie miało dla mnie większego znaczenia, bo przecież na żadne tam wybitne osiągnięcia nie liczyłam przyjeżdżając na zawody. Raczej nastawiałam się na zabawę, ciekawe doświadczenia i mocne wrażenia, a już tych ostatnich to mi nie brakowało.
Pozostałe dwa punkty trasy to już przeleciałam za innymi, zresztą w porównaniu do dziesiątki, to były wręcz banalne. Poza przedzieraniem się przez gąszcz, w którym ukryto jedenastkę oczywiście :-).
Byłam pewna, że na mecie będzie już czekał Tomek, bo co prawda wybiegał jakąś godzinę po mnie, ale przecież tym razem chyba pobiłam rekord przebywania na trasie. Ale jednak nie. Na mecie oczekiwał tylko Krzysztof na Sylwię, która zresztą odebrała mi rekord trasy, bo była jeszcze godzinę dłużej niż ja i w ogóle nie zmieściła się w limicie. No i widzicie - nawet to mi nie wyszło :-(
Po biegu poszłam skorzystać z natrysków, jakie przygotowała nam straż pożarna - czyli wlazłam pod wodę z sikawki. O, jakie to było przyjemne. Lodowata woda zmyła ze mnie stres i wściekłość i wspomnienie punktu szóstego i dziesiątego zaczęło być już tylko śmieszne, a nie irytujące. A potem mogłam się już opalać oczekując na powrót Tomka.

Tempo! Tempo!

Radość z ukończenia biegu.

Potem zostaliśmy jeszcze na dekoracji zwycięzców żeby zobaczyć Małgosię K. na podium i wreszcie zaczęliśmy się zbierać do powrotu.
Rywalizacja na Wawel Cup poszła mi dziadowo, ale zabawę przez te pięć dni miałam przednią. Za rok koniecznie musimy to powtórzyć!

wtorek, 17 lipca 2018

Wawel Cup - część czwarta: Prunus spinosa kontra BnO.

W sobotę baza imprezy przeniosła się z Podlesic do Bobolic i rozłożyła się malowniczo u stóp zamku. Starty miały zacząć się od godziny czternastej, a ponieważ Tomek startował w sześćdziesiątej minucie (ja prawie półtorej godziny później), więc mieliśmy pół dnia na zagospodarowanie go po swojemu. Postanowiliśmy najpierw zwiedzić Jaskinię Głęboką, potem znaleźć bankomat, a na końcu odwiedzić jakąś jadłodajnię.
Ponieważ Jaskinia Głęboka jest na terenie  rezerwatu przyrody Góra Zborów, czyli pojechaliśmy tam, gdzie dzień wcześniej mieliśmy start etapu. Przed zwiedzaniem jaskini mieliśmy godzinkę czasu, połaziliśmy więc chwilę po rezerwacie.

Co kawałek wyłaniały się takie malownicze skałki.

Oczywiście wszędzie musieliśmy wejść.

W Tomku odezwał się jakiś atawistyczny instynkt i zachowywał się jak praprzodek:-)


W końcu nadszedł czas na jaskinię. Jak na jaskinię, to może i jest duża, ale 190 metrów długości nieco mnie rozczarowało. Do tego stopnia, że nawet moja klaustrofobia nie wzbraniała się przed wejściem do dziury. 

Niepozorne wejście.

Oczywiście nie znaczy to, że mi się nie podobało, bo jaskinia jest fajnie podświetlona, przewodnik ciekawie opowiadał i było to dobrze zagospodarowane 40 minut. Polecam, jak ktoś będzie w okolicy.

Kask na głowie obowiązkowy.


W Kroczycach, gdzie pojechaliśmy szukać bankomatu, odkryliśmy kąpielisko z terenem rekreacyjnym i oczywiście skałki, na które "musieliśmy" wleźć.


Żeby nie brak czasu, to zostalibyśmy tam na cały dzień.

Na obiad pojechaliśmy do Podlesic i tam spotkało nas największe rozczarowanie - dania ciepłe dopiero od trzynastej:-( Cóż było robić, zadowoliliśmy się sałatkami (swoją drogą pyszne) i pojechaliśmy do Bobolic. Czekając na start zdążyliśmy jeszcze zwiedzić zamek, który po rekonstrukcji wygląda jak nowy.



Z góry będzie widok na całą bazę zawodów.

W takiej zbroi można się przedzierać nawet przez nieprzebieżne.

W końcu nadeszła pora, żeby Tomek ruszył na swój start. Tym razem dojściówki było ciut ponad kilometr - pod ruiny zamku w Mirowie. Ponieważ ja miałam jeszcze masę czasu zostałam w bazie, gdzie większość czasu spędziłam w kolejce oraz wewnątrz tojtojki - nie wiem czy to stres, czy sałatka:-) Kiedy już uznałam, że bezpiecznie mogę oddalić się od rzeczonego przybytku, pomaszerowałam i ja  do Mirowa.



Razem z Ulą czekamy na nasze minuty startowe.

Oczywiście przyszłam dużo za wcześnie, ale przynajmniej mogłam poudzielać się towarzysko, co prawda rozmiękając w palącym słońcu. Na starcie spotkałam Karolinę, która już dawno była po biegu i urządzała sobie teraz polowania fotograficzne na zawodników. Od razu zamówiłam sobie parę fotek, bo Karolina to nadzieja polskiej fotografiki:-)
W końcu ruszyłam. Organizatorzy to chyba sumienia nie mają, bo od razu było pod górę. Czy ja nogi na loterii wygrałam? Czy co?
Kilka pierwszych punktów było w zasięgu wzroku. Do jedynki, dwójki i trójki trafiłam bezbłędnie stosunkowo niewiele tracąc do najlepszych w mojej kategorii.


Biegnę na drugi punkt, a może na trzeci... (Fot. ze strony Organizatora)

No, a potem wszystko mi się poptaszkowało. Z mapy wynikało, że kolejny punkt musi być przy samych murach, a ja jak ta upośledzona jakaś  leciałam dalej, dalej i coraz dalej od zamku. Przy lampionie w oddali zobaczyłam Karolinę z aparatem, to pomyślałam sobie, że podbiegnę, ona mi cyknie fotkę jak się zgubiłam i będzie jak znalazł na bloga, a przy okazji może dowiem się co źle robię. Okazało się, że Karolina stoi przy mojej jedynce - fotkę cyknęła, a ja miałam od czego się namierzyć na czwórkę.   

 No dobra, tu już dzisiaj byłam.

Czwórka oczywiście była tam, gdzie być powinna,  do piątki  trafiłam bezproblemowo. Tyle, że daleko było. To znaczy daleko na mapie, bo w terenie to jedynie rzut beretem. Na tym etapie dostaliśmy mapy w skali 1:5000 - wszędzie blisko, ale punktów naćkane co kawałek.

Zaraz, zaraz... Gdzie ja jestem??!!

A potem się zaczęło. Roślinność, która z daleka wyglądała niewinnie, przy zbliżeniu okazała się być niczym innym jak tarniną. Najpierw pojedyncze krzaki, potem gęstwina, a docelowo zwarta ściana stanęła nam na drodze. W tym momencie szczerze cieszyłam się, że dostałam tak odległą minutę startową - poprzedzający mnie zawodnicy wydrążyli w dzikim buszu tunele i wystarczyło tylko skręcać w odpowiedni, żeby dojść do punktu. Ale tylko pozornie wyglądało to tak prosto - w terenie rozmieszczone były punkty z przeróżnych tras i idąc tunelem często natrafiało się na całkiem abstrakcyjne lampiony, które do niczego nie pasowały i często w ogóle nie było ich na mapie. Ci wysocy to może i mogli się rozejrzeć i dojrzeć jakieś chociażby skały, ale ja ze swojego poziomu widziałam tylko roślinność. Nawet jeśli wiedziałam w którym kierunku powinnam iść, to i tak przecież nie byłam w stanie iść na azymut i skazana byłam na tunele. Do tego wszystkiego punkty rozmieszczone były raz na gorze, raz na dole, co już w ogóle dla mnie było wykańczające.
Powiedzmy sobie szczerze - gdzieś tak po punkcie dziesiątym byłam już totalnie pogubiona, zmordowana, podrapana, zdegustowana i miałam wszystkiego dość. Do kolejnych punktów trafiałam już głównie metodą dopytywania się każdej napotkanej osoby czy nie widziała punktu z konkretnym kodem, ale była to raczej dość popularna metoda, bo i mnie co chwilę ktoś pytał o jakiś kod. Ogólnie współpraca kwitła i można nawet zaryzykować twierdzenie, że tarnina umacnia więzi społeczne.
Od punktu piętnastego wstąpiła we mnie nadzieja, bo do mety było już bliżej niż dalej, a dodatkowo głównie w dół. Do szesnastki nawet większą część odległości dawało się pokonać drogą. Co prawda za nic nie mogłam się z tej drogi wstrzelić w rozwidlenie, z którego w swojej naiwności chciałam iść na azymut, ale w końcu znalazłam wejście do tarninowego tunelu i idąc na słuch (czyli za głosami innych zawodników) znalazłam co trzeba. Od szesnastki prowadził dalej tylko jeden tunel, to tak jakby nie miałam wyjścia, musiałam nim iść. I dobrze, bo prowadził prosto na siedemnastkę. A potem to już wszyscy lecieli na te same ostatnie dwa punkty przed metą, więc wystarczyło trzymać się grupy. 
Na mecie  czekał już Tomek, wynudzony do granic możliwości (bo ile można czekać), szybko więc zebraliśmy się i wróciliśmy na kwaterę. 
To był chyba najgorszy etap ze wszystkich dotychczasowych. O ile trudności w poprzednich dało radę potraktować z humorem, jako przygodę życia, tak tarnina nie była w stanie mnie jakoś rozśmieszyć. A dodatkowo podarłam w niej prawie nowe spodnie:-(  I w ogóle biegania było bardzo mało, bo jak tu biec, kiedy kolczaste łapie za ubrania, włosy, wbija się w ciało i nie puszcza. Nie, zdecydowanie nie podobało mi się!

C. D. N.

piątek, 13 lipca 2018

Wawel Cup - część trzecia: Prawoznośny kompas.

W trzeci dzień zanosiło się na to, że tylko ja będę biegać, bo Tomek wciąż cierpiał na oko i płakał rzewnymi łzami. Ale wiadomo jak to z nim jest - póki żyje, to nie odpuści. Im bliżej jego minuty startowej, tym lepiej czuło się jego oko, w końcu zdecydował, że przynajmniej się przespaceruje po trasie. Jak tak mówił, to mogłam być pewna, że pobiegnie ile sił w nogach.
Znowu mieliśmy spory rozrzut w minutach startowych: on - 77, a ja 125. Ponieważ dojściówka była dość długa - prawie półtora kilometra, odprowadziłam go tylko wzrokiem. Potem z nudów zrobiłam przegląd swojego inwentarza i ze zgrozą odkryłam, że nie mam kompasu. Faktycznie - poprzedniego dnia wyjęłam go żeby coś sprawdzić i nie włożyłam z powrotem do plecaka. Miałam co prawda porządny płytkowy (bo bez niego to nawet na zakupy nie idę), ale tak jakoś nieprofesjonalnie wygląda przy tych wszystkich nakciukowych. Organizatorzy, do których poszłam po ratunek, też zaproponowali mi płytkowy, a ja zaparłam się na ten drugi. W końcu udało mi się wyżebrać kompas od OK Sport-ów, a żeby się nie rozmyślili, od razu poleciałam na start.
Start tym razem usytuowany był w rezerwacie przyrody Góra Zborów, gdzie znajduje się też Jaskinia Głęboka.

Zdjęcie akurat nie z dnia zawodów, ale właśnie stąd startowaliśmy.

W końcu nadeszła i moja minuta startowa, chwyciłam mapę w garść i ruszyłam. Od miejsca realnego startu, do trójkącika na mapie było jakieś sto metrów i był to czas na skonstatowanie, że do pierwszego punktu jest w pińdziu daleko, a do tego pod górę, W sumie tak jakby nie nowość, a jednak wciąż zaskakuje. Ustawiłam sobie azymut i parłam przed siebie. Tak parłam, parłam aż zobaczyłam lampion. Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że wylądowałam przy punkcie drugim. Nooo, nieźle mnie zniosło. Namierzyłam się więc z dwójki na jedynkę, za to z powrotem miałam łatwiej, bo już wiedziałam gdzie. Jedynka, dwójka i trójka były w dużym skupisku skałek i znalezienie tych trzech punktów zabrało mi raptem niecałe dwadzieścia minut. W porównaniu do trzydziestki dwójki z pierwszego etapu, to leciałam jak błyskawica :-)
Czwórka była w dołku przy rowie, więc łatwizna, bo na takiej rzeźbie często biegam i chodzę. Do piątki znowu było daleeko, za to przynajmniej w większości po w miarę płaskim. Oczywiście nie zawracałam sobie głowy szukaniem dróg, tylko poszłam znowu szlakiem św, Azymuta. U celu kolejny raz zdziwko mnie chapło, bo wylądowałam na szóstce. Najwyraźniej pożyczony kompas, poza tym, że długo się stabilizował, to znosił jeszcze w prawo. Cóż było robić - poszłam z szóstki po piątkę i z powrotem, ale za to czas na szóstkę mam rewelacyjny:-) Jak na moje możliwości oczywiście.
Siódemka, ósemka i dziewiątka weszły dość łatwo. Wiedziałam już, że muszę korygować wskazania kompasu, trafiałam więc bez większych problemów. A że powolutku... Toż starsza pani jestem. Wiem - inne starsze leciały dużo szybciej, ale tak krawiec kraje, jak mu materii staje.
Z dziewiątki na dziesiątkę postanowiłam złamać azymutową zasadę i pobiec drogą. Na drodze spotkałam zaś sporą ekipę podążającą na ten sam punkt i jak można było domniemywać na dwa ostatnie także. Głupio mi było tak zostawać w tyle, biegłam więc w ich tempie i dzięki temu mam bardzo dobrą końcówkę:-) A już finisz, na którym dopingował mnie Tomek, to miałam wręcz rewelacyjny. Na filmie co prawda wygląda to jakbym sunęła ostatkiem sił, ale w moim odczuciu prułam jak mały messerschmitt.

Ostatni punkt!

Po takim wysiłku koniecznie trzeba było wzmocnić nadwątlone siły, udaliśmy się więc do odkrytego dzień wcześniej baru. Tak wygląda naleśnikowa ekstaza:


 Po tych wszystkich atrakcjach Tomek znowu przypomniał sobie, że boli go oko, więc czym prędzej wróciliśmy na kwaterę, aby mógł zalec w łożu boleści. Ale myślę, ze tak naprawdę to chciał skumulować siły na kolejny etap.


C. D. N.

czwartek, 12 lipca 2018

Wawel Cup - część druga: Kiedy etap w oczy kole.

W drugim dniu zawodów baza imprezy wciąż w Podlesicach, a do startu tym razem tylko 1,4 km. Meta wyjątkowo także wyprowadzona poza bazę, a idąc na start można było ją sobie obejrzeć. Dostaliśmy dość abstrakcyjne minuty startowe, bo ja czterdziestą, a Tomek sto osiemdziesiątą trzecią. Jednak małżeństwom powinni dawać jakieś zbliżone, bo tak to dwie osoby mają zdezorganizowany cały dzień.
Tomek odprowadził mnie na start, dopilnował żebym wystartowała, ale potem wrócił jeszcze do bazy odczekać te swoje dwie godziny.

Z tymi bidonami wyglądam jak rewolwerowiec.
Tym razem poza pierwszym punktem nie było na mapie takich wielkich skał jak poprzedniego dnia, ale poziomnice trochę straszyły swoją gęstością. Mimo to ruszyłam biegiem i biegłam póki mnie było ze startu widać:-) Zresztą pierwsze metry były po płaskim. Litościwie do samej skały prowadziła dość porządna droga i nie trzeba było zaczynać od chaszczowania. Jakoś dolazłam do skały, ale gdzie w takim wielkim bloku skalnym znaleźć jaskinię z lampionem???  Łaziłam dookoła i coraz bardziej sytuacja zaczynała mi przypominać przygodę z lampionem 32 z poprzedniego dnia. W końcu po dziesięciu minutach rozpaczliwych poszukiwań znalazłam co trzeba, ale konkurencja startująca po mnie dogoniła mnie na odejściu od punktu. No dobra - i tak by mnie dogoniła, bo Joanna jest lepsza i w orientacji i w nogach. Do kolejnego punktu leciałyśmy równolegle, a trójki szukałyśmy już razem. Potem mogłam zobaczyć tylko kurz spod jej butów:-) Czwórka i piątka były łatwe. Łatwe - to znaczy,  że skały były na tyle duże żeby je z daleka wypatrzyć, a na tyle małe, żeby je w miarę szybko przeszukać, no bo przecież z mapy jeszcze nie potrafię wyczytać jak najdokładniej i najszybciej trafić na odpowiednie miejsce. Szóstka dla odmiany była schowana w jarze. Jak to dobrze, że ostatnio na pięćdziesiątkach i na Hale trochę połaziłam po jarach, bo przynajmniej ogarniałam jak się te powyginane poziomnice mają do rzeczywistości. Do punktu trafiłam od pierwszego kopa. Taak, chyba wolę jary niż skałki - lepiej wchodzą.
Kolejne trzy punkty niestety znowu były skaliste i na siódemce straciłam ponad siedem minut, a na ósemce ponad osiem. No dobra, na ósemce to głównie dlatego, że pod górę, a ja pod górę zawsze umieram. Nawet polewanie głowy wodą (jak dobrze, że wzięłam te bidony) nie za bardzo pomagało. Że też organizatorzy jeszcze nam te upały dali w pakiecie. Co za ludzie!?
 Ostatni punkt - dziesiąty - to jak zwykle formalność mająca naprowadzić na metę i w sumie to już leci się całym pędem za innymi, bo wszyscy mają ten sam:-)
Na mecie nikt na mnie nie czekał, choć trochę się łudziłam, że może Tomek jednak będzie. Spotkałam go w drodze do bazy - dopiero szedł na swój start.
W bazie zdążyłam umyć się, przebrać, zjeść obiad, a do powrotu Tomka wciąż zostawało duuużo czasu. W końcu wzięłam kocyk, plecak z niezbędnymi rzeczami, butelkę piwa i wróciłam na metę, żeby tam sobie poleżakować. Powitałam na mecie Krzysztofa, który wrócił zdegustowany, bo mu się na jednym punkcie strony świata obróciły o 180 stopni, poobserwowałam w jak różny sposób ludzie reagują na metę, powygrzewałam się w słonku i tak zrelaksowana, w tym błogostanie mało nie przegapiłam powrotu Tomka, ale w ostatniej chwili zdążyłam złapać kamerkę.

 Finish!

Wrócił z trasy lekko nadwyrężony - z dziurą w ręce i patykiem w oku. To znaczy tego patyka do mety nie doniósł, ale coś go po drodze dziabnęło w oko. Normalnie rany jak z wojny, a nie rekreacji.  Potem odstaliśmy w długaśnej kolejce w barze, bo chyba wszyscy naraz przyszli coś zjeść. Dostaliśmy nasz klubowy numerek - 44 i zastanawialiśmy się skąd pani wiedziała, że trzeba nam taki dać :-)

 Stowarzysze - Koło nr 44

Mimo późnej minuty startowej Tomka, został nam jeszcze spory kawałek dnia do zagospodarowania, postanowiliśmy więc zobaczyć zamki w Bobolicach i Mirowie, gdzie czwartego i piątego dnia miała się przenieść baza zawodów. Już w czasie jazdy Tomkowi zaczęło dokuczać poturbowane oko i musieliśmy się zmienić za kierownicą, bo na ślepo ciężko jechać.

 Do zamku można było podejść pod taką skałą albo jak ktoś wolał, normalnie drogą. My oczywiście wybraliśmy efektowniejszy wariant.


Na tym kamyczku co chwilę ktoś sobie robił pamiątkową fotkę. To ja też!

Tomek coraz bardziej cierpiał na patyk w oku, odmawiał patrzenia i obficie lał łzy. Zrobiłam parę fotek tych pięknych zameczków, żeby sobie obejrzał kiedy już mu wzrok wróci.


Zamek w Bobolicach

 Zamek w Mirowie

Wróciliśmy na kwaterę dość szybko, bo samej to mi się nie chciało zwiedzać, a Tomek odmówił. Z okiem było coraz gorzej i w końcu postanowiliśmy szukać pomocy specjalisty. Internety wysłały nas do Zawiercia, do szpitala powiatowego. Nastawiliśmy się na kilkugodzinną przygodę z naszą służbą zdrowia, a tymczasem już po jakichś dwóch godzinach wyszliśmy z receptami i zapewnieniem, że za dwa dni oko będzie jak nowe.

Szpital Powiatowy w Zawierciu. 

 Reszta  dnia minęła nam na zakraplaniu oka i planowaniu kolejnego dnia z uwzględnieniem niemożności startu przez Tomka. Tłumacząc na polski - Tomek wyjaśniał mi jak trafić do bazy zawodów i nie zgubić się jeszcze przed startem :-)

C. D. N.

wtorek, 10 lipca 2018

Wawel Cup - część pierwsza: Zdradzieckie 32 i Szlak św. Azymuta.

Po Grillokach mieliśmy tylko dzień na odpoczynek, opranie się, przepakowanie i już we wtorek ruszyliśmy na kolejną imprezę – pięciodniowy Wawel Cup. Po dziewięćdziesięciokilometrowych Grillokach wydawało nam się, że jeden krótki bieg dziennie to będzie relaks i wypoczynek, a jedynym problemem wydawał nam się brak doświadczenia w poruszaniu się w tak specyficznym terenie jak skałki.
Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu się, wybraliśmy się do biura zawodów po odbiór pakietów startowych, a potem na trening, bo organizatorzy przygotowali w lesie kilka lampionów, żeby można było poćwiczyć.



Ja ćwiczyłam przede wszystkim obsługę kompasu, bo Tomek kupił mi taki biegacki nakciukowy żebym nie wyglądała przy innych zawodnikach jak ostatnia sierota, co to nawet fachowego kompasu nie ma. Najpierw kompas totalnie mi przeszkadzał we wszystkim, ale jak już ogarnęłam do czego służą jego poszczególne części i tajemnicze linie i jak go trzymać do kupy z mapą, to okazało się, że to całkiem fajny wynalazek.
Trenowaliśmy na mapie „Morsko”, gdzie przygotowano 8 lampionów, a trasa miała coś koło trzech  km. Wydawało nam się, że mykniemy to raz dwa, a tymczasem cała zabawa zajęła nam prawie półtorej godziny. No, ale ten kompas…


 Usiłuję ogarnąć jednocześnie kompas i mapę.

Następnego dnia start mieliśmy mieć dopiero po południu, więc rankiem zerwaliśmy się z łóżka i pojechaliśmy do Złotego Potoku na drugi trening. Niby poprzedniego dnia umawialiśmy się, że pójdziemy osobno (to znaczy Tomek pobiegnie, a ja potruchtam), ale Tomek najwyraźniej bał się zostawić mnie na pastwę nowego kompasu i obcego terenu. Trochę słuszności miał, bo orientowanie się pośród skałek było dla mnie zupełną nowością. Przyzwyczajona jestem chodzić na azymut po linii prostej, a tu trzeba było co chwilę coś omijać. I przy tym omijaniu od razu traciłam orientację. Z bieganiem góra dół i do tego chwilami po skałkach też nam za bardzo nie szło. To znaczy szło – w dosłownym rozumieniu słowa :-)
W drodze powrotnej na kwaterę jeszcze zaliczyliśmy fragment Skał Rzędkowickich, gdzie miał być rozegrany jeden z etapów. Ależ tam jest pięknie!

 Z każdej skałki zwisał jakiś wspinacz, więc Tomek też chciał zobaczyć jak to jest z tą wspinaczką.

Ja wolałam pozować na tle.

Cóż, po treningu raczej nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona do swoich startów w zawodach, ale na wypisanie się z imprezy było już za późno.
We środę biuro zawodów przeniosło się ze szkoły w Kroczycach do Podlesic. Fajnie wygląda takie orientackie miasteczko. Spotkaliśmy masę znajomych z całego kraju, zaliczyliśmy wszystkie sklepiki żeby zapoznać się z najnowszymi trendami modowymi i zrobiliśmy ogólne rozpoznanie terenu.

Ponad dwadzieścia flag - z tylu krajów przyjechali zawodnicy!

Pierwszy etap zaczynał się o godzinie 15-tej ze startu masowego. To znaczy akurat nasze kategorie zaczynały o 15.10, bo wszystkich tak dosłownie na raz nie dałoby się puścić, więc były dziesięciominutowe odstępy pomiędzy kolejnymi grupami. Na sam start trzeba było podejść ponad dwa kilometry, do tego w żarze lejącym się z nieba. Tym sposobem już na dzień dobry byłam wykończona.
Na linii startu zastaliśmy porozkładane na ziemi mapy opatrzone numerkami i trzeba było znaleźć swój numerek i stanąć przy mapie. O odpowiedniej porze, po odliczeniu od dziesięciu do zera, każdy chwycił swoją mapę i ruszył. Wszyscy zaczęli od wspinaczki pod górę, ja też, a w międzyczasie ogarniałam mapę.
- No dobra, poziomnice nie są tak naćkane jak w dalszej części mapy, a na szczycie mało skałek – dam radę – przekonywałam sama siebie.
Tak gdzieś w połowie podejścia zaczęłam umierać, a na szczycie już nie żyłam. Pocieszałam się, że koło mnie trup ścielił się gęsto, bo moja kategoria wiekowa chyba już się za bardzo nie nadaje do takiej wspinaczki. Punkt podbiłam lecąc za innymi, tylko kod sobie sprawdziłam, bo niekoniecznie każdy musiał mieć to samo. Dwójka litościwie była w dół i blisko, więc nie odstawałam za grupą. Trójka miała być punktem potrójnym z szóstką i dziewiątką. Z dwójki zeszliśmy na dół jedynie po to, żeby zaraz potem rozpocząć ostrą wspinaczkę pod górę. Nasz punkt miał być między dwoma największymi skałami. Wydawało się to proste, bo przecież największych skał nie da się przeoczyć. Jeśli wydawało mi się, że umarłam na pierwszym podejściu, to na tym dodatkowo własnoręcznie wykopałam sobie grób, zakopałam się w nim i jeszcze pomnik marmurowy wniosłam i ustawiłam. Na szczycie zastanawiałam się co zrobić w pierwszej kolejności – zemdleć, czy zrzygać się? A kiedy cudem udało się uniknąć i jednego i drugiego, rozejrzałam się dookoła i zaczęłam pojmować w czym tkwił haczyk. Skały były za duże. Na tyle za duże, że nie wiadomo było przy której się jest, gdzie jest druga i gdzie jest miedzy nimi luka na lampion. Ludzie biegali dookoła z obłędem w oczach, a każda napotkana osoba pytała – trzydzieści dwa? Oprócz trzydzieści dwa, drugim najczęściej wykrzykiwanym słowem było „k..wa”, a słyszane obce słowa wypowiadane w podobnej intonacji musiały być emocjonalnym odpowiednikiem naszej poczciwej krzywizny :-) Jedna z zawodniczek podsumowała - mogli dać tylko ten jeden punkt i zrobiłby całe zawody!
Podłączyłam się pod Joannę w nadziei, że bardziej doświadczona, to wie gdzie iść, ale wybrała tak karkołomne przejście przez skały, że strach mnie w końcu obleciał i zeszłam poziom niżej. Błąkałam się to tu, to tam, podłączając się pod różne zawodniczki, ale i one nie bardzo wiedziały jak ugryźć tę trzydziestkę dwójkę. Wreszcie znalazłam! Niestety, moja radość była mocno przedwczesna, bo chociaż widziałam lampion, to bez skręcenia karku nie dawało się zejść do niego. Jak nic, trzeba było obiec skałę naokoło. Biegłam, biegłam i biegłam (to znaczy szłam, ale biegłam lepiej wygląda) a skała nie miała końca. Byłam już zrozpaczona, bo wyglądało na to, że zostanę w tym miejscu już do końca świata. Kilka razy zawracałam, kręciłam się w kółko, to schodziłam niżej, to wspinałam się na górę, bo może z góry coś widać, to leciałam za kimś, kto wyglądał, że wie dokąd dąży. W końcu przyuważyłam miejsce, z którego oddala się dużo szczęśliwych zawodników, a kiedy zbliżyłam się bardziej zobaczyłam szczelinę między skałami, z której spływało niemal nieziemskie światło, a kilometry powyżej mnie (a przynajmniej tak mi się zdawało, że kilometry) czerwienił się lampion. Był to niewątpliwie najpiękniejszy widok, jaki ujrzałam tego dnia. Dotarcie do tego widoku z poprzedniego punktu zabrało mi raptem pół godziny, choć mi wydawało się, że całą wieczność.
Z punktu czwartego niewiele pamiętam poza tym, że było wreszcie w dół. Najwyraźniej musiał wejść gładko. Skoro do czwórki było w dół, to niestety utraconą wysokość należało odzyskać i do piątki musiałam się znowu wdrapywać na górę. O dziwo, punkt nie był na skale i może dlatego znalazłam go bez problemu. Za to po piątce znowu następował lampion z ulubionym kodem 32. Tym razem trafiłam do niego od razu, tyle tylko, że znowu od dupy strony. Dla pewności jeszcze raz sprawdziłam czy nie da się do niego jakoś zejść, ale tylko najtwardsi faceci skakali te kilka metrów w dół. Nawet nie patrzyłam czy zostawała z nich krwawa miazga, czy tylko łamali kończyny. Z poprzedniego pobytu w tym miejscu pamiętałam, w którym kierunku należy obiegać skałę, więc w końcu udało się zdobyć PK 6.
PK 7 i 8 były w tak dużym skupisku skał, że mapa w tym miejscu była cała czarna i nawet nie było widać, gdzie kończy się jedna skała, a gdzie zaczyna następna. Darłam równo na azymut, omijając jedynie to, czego nie dało się sforsować wprost. Ku własnemu zdziwieniu wyszłam dokładnie na siódemkę. Z siódemki na ósemkę szłam tak mniej więcej w dobrym kierunku, a życzliwi ludzie idący z naprzeciwka sami z siebie informowali mnie, że idę na kod 33. Prawdę mówiąc nie bardzo dało się iść gdzie indziej, bo dostępna była tylko jedna ścieżka. Ludzie szli przede mną, za mną, a każdy idący z naprzeciwka upewniał nas, że dobrze idziemy. Z ósemki na dziewiątkę nie dało się iść po prostej, bo musiałam okrążyć skałę i kiedy przy tym okrążaniu już mi się wydawało, że zgubiłam trop, nagle spotkałam Tomka. Z obłędem w oczach szukał kodu 33, a za wskazanie drogi (mniej więcej, bo przecież już nie bardzo wiedziałam gdzie jestem) wykierował mnie na moje 32, czyli dziewiątkę.
Po dziewiątce zaczęliśmy się powoli przemieszczać w stronę mety.  Dziesiątka była już pojedynczą skałką, więc zawsze to mniejszy problem niż przy dużym skupisku, dlatego w porównaniu do poprzednich punktów, to był pikuś. Co prawda dziesiątka usadowiła się na zboczu sąsiedniej góry i jeszcze w drodze na nią trzeba było pokonać wąwóz, ale po punktach 3-9 nic mi już nie było straszne.
Po podbiciu dziesiątki ustawiłam azymut i ruszyłam. Oczywiście przez największe krzale i zarośla. Co prawda mapa informowała o lesie przebieżnym, ale najwyraźniej w tych okolicach definicja przebieżności jest jakaś inna. Co z tego, że w pobliżu były ścieżki prowadzące w okolice następnego punktu? U mnie azymut – rzecz święta. Tym sposobem spory kawał trasy pokonałam szlakiem świętego Azymuta i nie dość, że przez coraz bardziej gęsty las, to jeszcze pod górę. W końcu jednak poszłam po rozum do głowy i napotkawszy jakąś drogę skwapliwie z niej skorzystałam. Jedenastkę w sporym dole znalazłam bez problemów, zresztą zanim ja tam dotarłam, do punktu była już wydeptana inostrada. Dwunastka na nosku też weszła bez problemu, choć znowu po prostej przez gąszcz, a trzynastka, dla odmiany, znowu była na skałce. Pojedynczej, więc trudno byłoby nie znaleźć, ale za to zaszłam ją od złej strony (kto by się tam przejmował opisami) i musiałam obejść dookoła, przy czym część tego dookoła była nie tylko w poziomie. Do czternastki to już leciałam za wszystkimi, pełnym pędem, a potem jeszcze przyspieszyłam, żeby jakoś to wyglądało na mecie.

 Kolejka do sczytania czipów. (Fot. ze strony Organizatora)
 
W biurze zawodów sczytałam czipa i z przerażeniem przeczytałam: Brak: 9 kod 32. No ale jak to brak??? Przecież trzy razy podbijałam ten nieszczęsny 32 i za każdym razem pisnęło i zaświeciło. Tyle wysiłku na nic? Kiedy tylko Tomek wrócił ze swojej trasy, poskarżyłam się na niesprawiedliwość losu, a ten natychmiast poleciał bić organizatorów, bo co to za porządki, żeby nie zaliczono podbitego punktu. Dopiero potem okazało się, że mam wszystkie punkty, a jedynie biegłam na innej wersji mapy niż wczytano do komputera. Uffff. Szkoda byłoby zaczynać od nieklasyfikowanego etapu.

 Kilka metrów przed linią mety. (Fot. ze strony Organizatora)
 
To co to ja głupiego sobie myślałam o tych krótkich, pojedynczych etapach każdego dnia? Że jakiś relaks i wypoczynek? Cha, cha, cha, cha.... Trasę 4,8 km zrobiłam w dwie i pół godziny, zmachałam się jak Nasza Szkapa albo Łysek z pokładu Idy, padałam na pysk, wszystko mnie bolało i gdyby ktoś kazał mi pobiec jeszcze drugi etap, to bez względu na konsekwencje - zabiłabym!

C. D. N.