Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Janków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Janków. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2025

"Zimowy" trening w wiosennym outficie.

Nie poprzestaliśmy na sobotnim treningu i następnego dnia  ruszyliśmy do Nowego Jankowa na trening Team-KOS. Znowu było zimno, a w lesie cieniutka warstewka śniegu. Przynajmniej strojem usiłowałam przywołać wiosnę i wyciągnęłam z szafy kolorową bluzę.
Moja trasa była jeszcze dłuższa niż poprzedniego dnia, a Tomka to już całkiem.
 
Idziemy na start.

Startowaliśmy z rogu ogrodzenia i można by się spodziewać, że cywilizacja i da się biec po ścieżce, ale nie.
Od razu po starcie  trzeba było ruszyć w las. No dobra, na upartego można by kawałek ścieżką, ale ja nie jestem nachalnie uparta.

Start.

Las na szczęście był dość przyzwoity i na azymut biegło się dobrze. Ale co najważniejsze - skutecznie. Według śladu gps na dwójce nie byłam, ale mam ją podbitą, więc albo punkt źle stał, albo gps zgłupiał. Ja w każdym razie nie miałam żadnych problemów.
Przy trójce spotkałam Tomka i musiałam za nim wołać, bo mnie w wiosennym outficie nie rozpoznał. He, he - dobry kamuflaż. Ale i ja miałam problem poznawczy, kiedy z daleka zobaczyłam dziewczynę w podobnym softshellu i pomyślałam: a gdzie to ja biegnę?
 
PK 3 zza drzewa.

Większość punktów na trasie to były albo charakterystyczne drzewa, albo wykroty. I większość wyłącznie na azymut. No dobra, z czwórki na piątkę dało się kawałek, a najdłuższy drogowy przebieg był z ósemki na dziewiątkę. Zresztą to w ogóle był najdłuższy przebieg. Na tym przebiegu uświadomiłam sobie, że jestem dopiero w połowie trasy, a sił już coś podejrzanie mało i trzeba zacząć gospodarować nimi bardziej racjonalnie. Tak też zrobiłam. Zwolnienie tempa pozwoliło na jeszcze dokładniejsze trzymanie azymutu i mam śliczne, prościutkie przebiegi. Aż miło popatrzyć. Co prawda wyniki końcowe mówią, że chyba przesadziłam z tym zwalnianiem tempa, ale mi to niespecjalnie przeszkadza.
To były dwa dni solidnego biegania i jestem dumna z siebie. Bo mogłam przeleżeć na kanapie, albo co.

Cała trasa.

sobota, 11 stycznia 2025

Olimpiada, czyli co trzy głowy, to nie jedna.

Następnego dnia po FalInO wzięliśmy udział w Olimpiadzie. Tak, tak - w Olimpiadzie! No dobra, może nie światowej, tylko Międzyklubowej, ale zawsze. Ponieważ nie należymy do żadnego klubu sportowego, wystąpiliśmy w barwach "Reszty Świata".
 
Zainteresowanie tak duże, że aż kolejka się ustawiła.

A flagi Reszty Świata nie ma:-(

Start był przewidziany kategoriami, masowy, ponieważ biegać mieliśmy w formule scarelaufu. Jakoś ostatnio sporo tego scarelaufu. Już przed startem pierwszej grupy (tej z Tomkiem) okazało się, że mapa jest nietypowa, bo okrągła (dobrze, że nie globus), a do tego jeszcze bardziej nietypowa, bo bez linii północy i z poprzekręcanymi znakami typu dołki, żeby za łatwo tej północy nie namierzyć. Na mnie padł blady strach i już się przyzwyczajałam do myśli, że albo zginę, albo wrócę z jednym punktem.

Przygotowania do startu najdłuższej trasy.

Nie tylko ja wpadłam w panikę na myśl o pójściu do lasu z taką mapą. Agnieszka i Ania także miały niewyraźne miny. Popatrzyłyśmy po sobie i momentalnie znalazłyśmy rozwiązanie - idziemy razem! Zawsze to raźniej zgubić się we trzy, niż pojedynczo. Jeszcze przed startem  zauważyłyśmy, że leśna droga, przy której był start tak pi razy oko leży na linii północ-południe, tylko nie było wiadomo, z której strony co jest. Ja obstawiałam północ w stronę PK 70, dziewczyny w przeciwną. Stwierdziłyśmy, że ruszymy przed siebie i po ukształtowaniu jakoś odgadniemy, w która stronę na mapie lecimy. Szybko okazało się, że słusznie przewidziałam północ i zbliżamy się do PK 70. Przed nami leciał cały tłum, więc za wiele nie trzeba było kombinować. Do kolejnych dwóch punktów można było orientować się po ścieżkach, a dla ułatwienia po biegnących przed nami zawodnikach oraz tworzącej się w śniegu inostradzie. Nawet kiedy stawka rozciągnęła się na tyle, że nie było za kim biec, okazało się, że nawigacja bez północy wcale nie jest taka straszna i wszędzie daje się trafić. No dobra, inostrady trochę pomagały, ale i bez nich poradziłybyśmy sobie. Punkty na szczęście nie były poukrywane i przeważnie z daleka rzucały się w oczy. W pewnej chwili wręcz pomyślałam sobie, że strasznie łatwa ta trasa. 
Dla mnie najtrudniejsze było zapamiętanie, na których punktach już byłyśmy, a które jeszcze trzeba zgarnąć. Trasa wychodziła nam zygzakowata i łatwo było coś przegapić. Na szczęście co trzy głowy, to nie jedna, więc można powiedzieć, że myślało nam się trzy razy szybciej niż pojedynczej osobie. Nie wiem tylko dlaczego biegłyśmy też trzy razy szybciej. Ludzie - w pojedynkę w życiu bym tak nie zasuwała jak za Anką, która była z nas najszybsza. Chwilami to już nawet chciałam, żeby zostawiła nas na pastwę losu i pobiegła w swoim tempie. Moje marzenie się spełniło, ale dopiero po ostatnim punkcie, a przed metą. Dobre i to.
Trzeba przyznać, że ten nowy format mapy to było całkiem ciekawe doświadczenie i nawet nie takie trudne, jak myślałyśmy. W pojedynkę też bym dała radę, tyle że trwałoby to dłużej. No, znacznie dłużej.

Trzy gracje na mecie.
 
W biurze zawodów (a w zasadzie przed nim, przy wyjściu z lasu) czekała wszystkich niespodzianka - medale i upominki! Teraz to już na pewno każdy poczuł się olimpijsko!
Reszta Świata, której byłam przedstawicielką, zajęła trzecie miejsce i jak na taką zbieraninę, bez trenerów, bez zaplecza, to bardzo dobry wynik.

Ekipa Stowarzyszy.
 
A tak wyglądała mapa. Popatrzcie na dołki - faktycznie są w różne strony.