Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchar Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchar Polski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 października 2021

Smok przeszedł... do historii.

Któregoś dnia Michał i Agnieszka spytali, czy nie zrobilibyśmy tras na Przejście Smoka. Odruchowo zgodziliśmy się, no bo jak nie wesprzeć, kiedy jest potrzeba. Tym sposobem nagle i niespodziewanie zamiast uczestnikami (Tomek i tak bez nogi, a ja bez formy) zostaliśmy organizatorami. Jakoś umknęło nam (a może tylko mi), że zgodziliśmy się nie tylko na zrobienie map, ale i rozwieszenie lampionów, zebranie, podliczenie wyników, a przede wszystkim na bycie wszędzie gdzie trzeba i robienie wszystkiego co trzeba, łącznie z gaszeniem pożarów w razie zaistnienia sytuacji.
Oczywiście zacząć musieliśmy od rekonesansu, po czym okazało się, że jeden nie wystarczy i trzeba pojechać jeszcze raz. W sumie to były dwie fajne wycieczki i gdyby nie ilość (i jakość) zrobionych kilometrów, to powiedziałabym nawet, że relaksujące i odprężające. Psychicznie - tak, ale fizycznie....
Tuż przed imprezą zaczęło robić się ciut nerwowo. A to okazało się, że nowy banner nie ma dziurek i nie ma go jak wieszać, do zrobienia od podstaw jest milion pińćset lampionów, niektórzy mapy mają jeszcze w lesie, a kierownictwo zamieszania w piątek jeszcze musi odwiedzić swoje miejsca pracy i nie ma zmiłuj. 
Czwartek i piątek wzięłam urlop, bo w piątek świtkiem musieliśmy już jechać, a w czwartek postanowiłam zrobić chociaż z pół miliona tych lampionów. Że nie wspomnę o różnych innych sprawach domowych, co to je pozałatwiać chciałam przy okazji wolnego. Czwartek okazał się jakoś krótszy od innych dni tygodnia, a koło dwudziestej drugiej okazało się, że nie dość, że lampionów braknie dla naszych tras, to jeszcze trzeba zrobić dla innych, bo wszystkie materiały są u nas. Myślałam, że świt nas przy tym zastanie, ale udało się na chwilę położyć do łóżka. 
W piątkowy poranek bardziej przypominałam zombi, ale odespałam w trasie i na miejscu było już OK. Ja rozwieszałam etap swój, jeden etap Tomka i dwa lampiony rogainingowe, Tomek swój drugi etap, etap Agnieszki, chyba coś Adama i też jakieś długodystansowe. Trochę bałam się czy uda mi się z moim przydziałem trafić dokładnie tam gdzie trzeba, ale Tomek zainstalował mi w telefonie jakieś takie czary związane z oomapperem, które pokazywały mi gdzie jestem na mapie. 
 
Idę wieszać.
 
Wszystko szło dobrze aż do wydmy. Powiesiłam lampion na zakręcie rowu i kierując się tymi czarami w telefonie zaczęłam wspinać się pod górę, że powiesić kolejne. Mozolnie i w pocie czoła wlazłam na szczyt, mniej więcej trafiłam gdzie trzeba, sięgnęłam po lampion i... zauważyłam, że nie mam wzorcówki. I nie, problemem nie było rozstawienie pozostałych punktów, ale świadomość, że gdyby uczestnicy znaleźli wzorcówkę na trasie w sobotę, to w sumie po imprezie. Miałam jednak nadzieję, że wzorcówkę po prostu zostawiłam przy poprzednim punkcie, bo do wieszania lampionu potrzebowałam dwóch rąk. Ponieważ kolejny punkt i tak planowałam powiesić posiłkując się telefonem, nie zawracałam sobie głowy szukaniem zguby od razu, tylko ruszyłam wieszać dalej. Co miało wisieć, zawisło, a ja wróciłam na rów. Niestety - wzorcówki nie było. Nie pozostało mi nic innego, jak znów ruszyć pod górę rozglądając się dookoła. Lazłam i lazłam (mi pod górę chodzi się wyjątkowo ciężko), dolazłam do miejsca gdzie zorientowałam się, że nie mam mapy, a zguby nigdzie po drodze nie było. Miałam świadomość, że choćbym miała szukać do rana, to znaleźć muszę i nie powiem - ta świadomość bardzo mi ciążyła. Zadzwoniłam do Tomka, żeby i on wiedział, że być może noc spędzimy w lesie. Na szczęście przez telefon nie mógł mnie zabić, więc uszłam z życiem. Po raz kolejny zaczęłam schodzić w dół, ciut inną trasą, bo przecież nie pamiętałam dokładnie jak szłam pierwszy raz, więc obszar poszukiwań był dość szeroki. Nic, wzorcówki ani śladu. Złapałam chwilę oddechu i po raz kolejny podjęłam wędrówkę w górę. Kiedy wypluwałam już płuca, miałam wszystkiego dość, a rozpacz targała moim wnętrzem, w trawie mignęło mi coś nietypowego. Żwawo podeszłam bliżej i oto ona - moja mapa! Prawie ją ucałowałam ze szczęścia. Tak mi ulżyło, że resztę trasy pokonałam jak na skrzydłach i wkrótce dotarłam do umówionego miejsca spotkania. Tomka jeszcze nie było, ale on miał więcej do rozstawienia. Niestety, zasięgu też nie było i nie wiedziałam jak długo przyjdzie mi czekać. Już po ponad godzinie Tomek dotarł, a wraz z nim cudowna informacja, że do samochodu nie musimy popylać pieszo, tylko Michał nas podwiezie. Ufff.
W drodze do bazy tak sobie marzyłam, że najpierw się wykąpię, potem zjem, a potem położę. Zupełnie jakbym zapomniała, że należę do zespołu organizatorskiego. W bazie okazało się, że do powieszenia została jeszcze masa lampionów biegowych i każdy, kto był w stanie utrzymać się w pionie brał się do pomocy. Zgarnęliśmy więc i my kilka lampionów, wsiedliśmy w samochód i pojechali w noc, bo w międzyczasie zrobiło się trochę późno. To znaczy, jak wyjeżdżaliśmy, było jeszcze jasno, ale wiadomo było, że do zmroku nie zdążymy. Niezapomnianym przeżyciem był marsz wzdłuż ogrodzenia oddzielającego dwa województwa, w którym to ogrodzeniu co kawałek były bramki wejściowe. Nooo, tego to nigdzie więcej nie zobaczycie!

Wieszamy ostatni z przydzielonych lampionów.

Wreszcie koło dwudziestej udało się wrócić do bazy, wykąpać się, a nawet zjeść, bo Agnieszka zamówiła trzy duże pizze, ale o położeniu się, czy jakimś tam spaniu w ogóle nie było mowy. Okazało się, że mapa TP autorstwa Ani, mimo że urocza, nie spełnia wyśrubowanych warunków bezpieczeństwa, bo punkty są po obu stronach ruchliwej drogi DK 9 i natentychmiast trzeba temu zaradzić. Agnieszka z Michałem tak znacząco patrzyli nas i patrzyli, patrzyli i w końcu stanęło na tym, że raz dwa zrobimy mapę zastępczą. I tyle w temacie odpoczynku. Mapa - cóż - wyszła jaka wyszła, nawet przez moment byliśmy z niej dumni i jeszcze przed świtem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku położyliśmy się spać. Tak prawdę mówiąc, gdybym wiedziała jak obolała wstanę z pochyłego, rozklekotanego i potwornie skrzypiącego przy każdym ruchu łóżka, to nie wiem czy w ogóle odważyłabym się kłaść. Ale przepadło.
W sobotę rano okazało się, że jest nas za mało. Trasy długie startowały z Iłży, turystyczne z Marcul, a dodatkowo niektóre starty turystyczne ruszały kilkaset metrów od bazy. A jeszcze trzeba było przywieźć drożdżówki, kupić wodę i tysiące innych pierdół. Dwoiliśmy się i troili i już nie było wiadomo w co ręce wsadzić. Dopiero kiedy wylądowałam na peronie, gdzie miała być meta, mogłam poleniuchować, bo przez długi czas nikt nie przychodził. W sumie to na tym peronie można było umrzeć z nudów i byłam szczęśliwa kiedy potem podmieniła mnie Ania. W bazie dla odmiany musiałam tłumaczyć uczestnikom, że meta na mapie kolejnego etapu to start z bazy, który wcale nie jest z bazy, tylko z peronu i pamiętajcie - nie jest metą! Przeżyłam też chwile grozy, kiedy wrócili pierwsi uczestnicy z trasy Tomka i sugestywnie przekonywali, że trasa jest nie do przejścia, a oni cudem trafili na metę. Na szczęście okazało się, że trasa jest do przejścia, ale pod warunkiem uważnego przeczytania opisu. Ufff... Z czasem sytuację udało się opanować, każdy wiedział co ma robić, a najważniejsze sprawy były już pozałatwiane. Nawet udało mi się na pół minuty usiąść przy ognisku i upiec kiełbaskę.

W bazie coraz tłoczniej. Uczestnicy odpoczywają po trudach dnia. (My nie)

Liczenie wyników tradycyjnie odbyło się kilka razy, bo ciągle wyłapywaliśmy jakieś błędy i co chwilę kto inny był zwycięzcą. W końcu udało się osiągnąć jakiś konsensus, przynajmniej w moich i Tomka wynikach. Oczywiście trwało to i trwało - zaczęliśmy w Marculach, a kończyliśmy już w Iłży. I nawet świt nas przy tym nie zastał. Cud.
 
Tomek walczy z wynikami.
 
O ile długodystansowców pożegnaliśmy już w sobotę, to "turyści" jeszcze w niedzielny poranek musieli zaliczyć jeden etap.  Poszło sprawnie, bez start w ludziach i sprzęcie. Ponieważ nasze etapy odbyły się w sobotę, więc już od rana mogliśmy iść w teren ściągać lampiony. Do południa uwinęliśmy się z tym i pozostały jeszcze tylko porządki w bazie, oczywiście już po zakończeniu oficjalnej części imprezy. Zdążyliśmy nawet obejrzeć arboretum, a już zaczynałam tracić nadzieję, czy znajdziemy na to czas. Oczywisśie przelecieliśmy przez niego szybko i pobieżnie, ale zawsze lepiej niż wcale.
Wreszcie po południu, w poczuciu dobrze wypełnionej misji ruszyliśmy do domu, mówiąc sobie w myślach: nigdy więcej! 
Aż do następnego razu oczywiście:-)

środa, 29 lipca 2015

IV Wakacyjna InO - c. d. d.

Po etapach dziennych większość osób wracała do bazy pod lasem, a my do szkoły, gdzie jako nieliczni mieliśmy nocować. Luksusów nam się zachciało zamiast mokrych namiotów. W ramach tych luksusów wykąpałam się w nieograniczonej ilości ciepłej wody, bez długiego czekania w kolejce i poganiania przez następne osoby. A potem zaległam. I tak bym sobie zalegała i zalegała, ale głód co chwilę poganiał mnie do jadalni, w celu sprawdzenia czy aby może jest już obiad. W końcu panie w kuchni zlitowały się i dla naszej trójki (ja, T. i K.) wydały wcześniej. Zresztą wkrótce zaczęli pojawiać się pozostali wygłodzeni orientaliści.
W ramach dodatkowych atrakcji, po obiedzie, organizatorzy zafundowali nam wycieczkę do cementowni w Ożarowie. Kiedy wsiadaliśmy do autokaru chmurzyło się, wysiąść już się nie dało i wszystko o czym opowiadał przewodnik mogliśmy podziwiać tylko przez okna. Oczywiście tylko ci, którzy siedzieli przy nich i wytarli sobie odpowiedni skrawek. Ja przez z jednej strony zaparowane, a z drugiej ociekające wodą okna prawie nic nie widziałam, ale wierzyłam w każde słowo, jakie wypowiadał oprowadzający nas pan. Na koniec zaproponował odważnym szybkie przebiegnięcie do biurowca, w celu obejrzenia sterowni. Odważni byliśmy wszyscy jak jeden mąż.
Po powrocie do bazy okazało się, że po burzy nie ma prądu, a mapy na nocny etap nie są jeszcze wydrukowane. Zachodziło prawdopodobieństwo, że pójdziemy bez map. Dla tezetów to pewnie drobnostka, ale my czuliśmy pewne obawy. Nie było też wyników etapów dziennych i list startowych. To znaczy były, ale w komputerze, a on nie chciał ich wypluć bez prądu. Wobec takiego dictum, pojechaliśmy do szkoły, żeby zażyć jeszcze trochę luksusu. Pławiliśmy się więc w tych luksusach - suchości, miękkości materacy gimnastycznych i nawet prąd nam szybko dostarczono.
Wreszcie uznaliśmy, że najwyższa pora pojechać na start.
Kiełbaski, którymi nas uraczono jakoś dramatycznie nie wyglądały. No, może poza lidarem, który wciąż jest dla mnie czarną magią. Teorię to nawet rozumiem, ale w praktyce nic nie wychodzi.
W temacie kiełbasek postanowiliśmy chodzić na azymut i konkretnie szukać na miejscu. Zaczęliśmy od łatwej czwórki nad rowem, rzeczką czy co to tam mokrego było. Przy trójce natrafiliśmy na sporą grupę przeczesywaczy. Dołków z lampionami było do wyboru, do koloru, a T. wprawnym okiem wyłuskał z nich ten właściwy. D. M. i K. P. połączyli swoje siły z naszymi i wspólnie zgarnęliśmy 2, 1 i 5. Piątka bardzo się nie podobała T., postanowił więc wrócić i jeszcze raz się do niej namierzyć. Przelecieliśmy się tam i z powrotem, ale innego lampionu nie znaleźliśmy. Przy szóstce dogoniliśmy D. i K., którzy machnęli nam ręką w mrok oznajmiając, że to tam i poszli w swoją stronę. "Tam" była już przyszłość polskiej orientalistyki, czyli potomstwo M. P. wraz z osobistą ochroną.
Do siódemki poszliśmy na azymut i nawet coś tam znaleźliśmy, ale do ósemki już nie szło trafić. Górki jakieś, owszem, były, ale lampionu ani jednego. Chcieliśmy się jeszcze raz namierzyć z siódemki, ale w międzyczasie chyba ją zlikwidowano, bo w żaden sposób nie mogliśmy ponownie na nią wejść. Wobec tego postanowiliśmy podejść do ósemki od d..y strony, czyli praktycznie od mety. Dzięki temu, niejako przy okazji, podbiliśmy dziewiątkę i dziesiątkę.  Azymut na ósemkę usiłował wpakować nas do głębokiej dziury w ziemi, ale postanowiliśmy ją obejść. Mało nie rozdeptaliśmy jakiegoś orłopodobnego ptaszyska, które leżakowało w krzakach. Nie wyglądał zbyt dobrze, ale nie miałam odwagi zbliżać się do niego zbytnio. Dziub i pazury miał niczego sobie. Przed domniemaną ósemką przemknął nam jeszcze potężny tramwaj tezetów i już staliśmy na szczycie przy lampionie. Jeszcze chcieliśmy potwierdzić położenie siódemki, znaleźliśmy jakąś inną niż poprzednio i daliśmy sobie spokój. Już i tak byliśmy w ciężkich minutach. Do mety tradycyjnie biegiem, chociaż i tak było wiadomo, że to stracony etap.
Zmęczeni i zdegustowani niepowodzeniem, nawet nie mieliśmy sił i ochoty dłużej posiedzieć przy ognisku i dość szybko ewakuowaliśmy się do spania. Chwilę przed nami pobrali klucze i  udali się do szkoły inni współspacze. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zgarniając po drodze jeszcze jednego orientka, okazało się, że szkoła zamknięta na głucho.  Chwilę dobijaliśmy się, no bo może zasnęli, ale jakoś nie było widać śladów czyjegoś pobytu. Dziwne to było, bo od bazy do szkoły mogli w tym czasie nawet dopełznąć i to kilka razy. Postanowiliśmy wsiąść w samochód i pojechać ich szukać. Daleko nie ujechaliśmy. Przy drugim wejściu zobaczyliśmy światełka czołówek i wszystko było jasne - nikt ich nie poinformował, do których drzwi dostali klucze.
W końcu dotarliśmy do legowisk. Ledwo udało mi się zasnąć po tysiąckrotnym przewróceniu się z boku na bok, kiedy obudził mnie obcy głos:
- Patrol jakiśtam, jakiśtam! - nie dosłyszałam dobrze jaki, bo wyrwana z pierwszego snu nie bardzo kontaktowałam.
Kiedy dwie rosłe, ciemne postacie weszły w plamę światła rozpoznałam policję.
- Oho, narozrabialiśmy! - pomyślałam, chociaż co prawda w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć żadnego popełnionego przestępstwa.
Okazało się, że okoliczni mieszkańcy zaniepokojeni światłem i ruchem w szkole zadzwonili na komendę z prośbą o sprawdzenie co tu się wyrabia. Po raz drugi w życiu zostałam spisana i w razie gdyby jednak zdecydowali się w końcu po mnie przyjechać, to bądźcie czujni i przysyłajcie mi cebulę do więzienia!
Kiedy jeden z policjantów spytał T. co to za impreza, ten rączo wyskoczył ze śpiwora by pokazać mapy i zrobić pełnowymiarowy wykład. Funkcjonariusze okazali się jednak bardzo asertywni i nie chcąc słuchać całego wywodu, poprosili o skrót w jednym zdaniu.
Wreszcie całe zamieszanie się skończyło i od nowa musiałam szukać wygodnej i niebolesnej dla kręgosłupa pozycji.  W końcu zasnęłam. W sen zaczęły mi się wkradać jakieś dziwne odgłosy, zupełnie nie pasujące do fabuły. Z trudem podniosłam powieki i aż zamarłam. W oknie sali gimnastycznej tkwiła jakaś wielka postać. Tkwiła i hałasowała. Już miałam wrzasnąć z przerażenia, ale zauważyłam, że T. beztrosko rozmawia z postacią. Po chwili przed okno przecisnął się jakiś bezkształtny, duży pakunek, a za nim dłuuuga postać. Okazało się, że T. G. nie mogąc znaleźć po nocy drzwi do szkoły, postanowił wejść oknem, najpierw przeciskając przez nie swój wyładowany po brzegi plecak.
Ledwo zasnęłam po raz kolejny, a znów obudziły mnie hałasy. Tym razem dochodziły one z kuchni i jak nic oznaczały śniadanie.  To już była jakaś konkretna motywacja do wstawania.  Znowu przy stole byłam pierwsza i nie czekając na pojawienie się całego menu, pożerałam co tylko panie wystawiły z okienka.
Powoli zaczęli na śniadanie nadciągać ci, którzy nocowali w namiotach, wreszcie nadjechał szef całego przedsięwzięcia z pucharami i dyplomami. Tym razem  jeszcze nie zasłużyliśmy na żaden, ale kiedyś w końcu do tego dojdzie. Mam nadzieję:-)
W drodze powrotnej jeszcze zaliczyliśmy trino  w Puławach i resztką sił, przysypiając i zmieniając się za kierownicą dotarliśmy do domu.

c. d. n. n.

wtorek, 28 lipca 2015

IV Wakacyjna InO - c. d.

Przed drugim etapem T. zapobiegawczo wydłużył nogawki spodni, co od razu wzbudziło moją czujność, bo mogło oznaczać chęć krzalowania. Ale nic to. Twarda byłam.
Mapę otrzymaliśmy jakąś taką szczątkową - gdzieniegdzie jakaś maleńka gwiazdka i kilka kreseczek pod spodem. Strasznie oszczędzają na tuszu, chyba im w końcu zasponsoruję przed kolejną imprezą. Bliższy ogląd mapy uświadomił nam straszną prawdę - gwiazdki są zubożone o drożnię, poobracane i zlustrowane - jednym słowem: do niczego się chyba nie przydadzą:-( Dobrze, że chociaż ten skrawek papieru, szumnie zwany mapą, był zorientowany i wiedzieliśmy w którą stronę ruszyć.
Doszliśmy do miejsca, gdzie z odległości wynikało, że powinna być pierwsza gwiazdka.  Nie żeby jakaś specjalnie pasowała, ale były dwa drzewa z lampionami, to jeden spisaliśmy. W wynikach usiłują nam teraz wmówić, że to był PM, ale jak był, jak nie był??? Najwyżej mógł być PS. No, ale na protesty nas nie stać:-)
Po przejściu kolejnej zadanej odległości, natrafiliśmy na dziurę okopopodobną, to wbiliśmy trójkę. Po trójce wyszliśmy na skrzyżowanie. I jak to na skrzyżowaniu - ruch, ludzie kręcą się w różne strony, znajomych można spotkać...  W. M. z tezetów dał nawet popatrzeć w swoją mapę, co jakoś znacząco nie zmieniło naszego oglądu sytuacji. Na skrzyżowanie dotarł D. M. z K. P. i wspólnymi siłami usiłowaliśmy coś do czegoś dopasować. Ja i D. gardłowaliśmy za ósemką, bo nam pasowało, ale lipa - budowniczemu pasowało co innego:-( T. jednak wyjątkowo posłuchał żony i wbił tę domniemaną ósemkę. Nie ma chłopisko wyczucia kiedy słuchać, a kiedy postawić na swoim.
Następne miejsce na gwiazdkę nie pasowało do żadnego PK, uznaliśmy więc, że to gwiazdka bezpunktowa. Kolejną udało się przypasować dobrze i nawet wybrać właściwy dołek. Wreszcie dotarliśmy do skrzyżowania trzech dróg. Tradycyjnie nic do niczego nie pasowało i w akcie desperacji spisaliśmy płoty, co były trochę za daleko, ale były. Po przejściu na kolejną miejscówkę totalna konsternacja, bo tu też płoty i do tego pasujące idealnie. No to jeszcze raz wbiliśmy ten sam punkt, z myślą, że poprzedni poprawimy, jeśli uda się wymyślić, co tam ma być.
Dalej natrafiliśmy na tor przeszkód - co kawałek usypane żwirowe wały, przez które ciężko się szło. Chyba jakaś leśna autostrada się tam szykuje.
PK 13 jako jedyny był na mapie zaznaczony na swoim miejscu i można było mieć pewność, że chociaż ten będziemy mieć poprawny.
Po trzynastce K. wróciła na to niejasne trzydrogowe skrzyżowanie kombinować co by tam, a my we trójkę przed siebie sprawdzić, co przed nami. Przed nami były głównie żwirowe zapory i usiłujące rozjechać nas ciężarówki.  A miał być las, cisza, spokój, najwyżej śpiew ptaków.
Szóstkę i piątkę ogarnęliśmy nawet bez większych problemów, ale na kolejnej gwiazdce daliśmy plamę i wbiliśmy PS-a. Następną gwiazdkę chwilowo ominęliśmy, bo do niczego pasowała, ale za to potem był paśnik, a paśnika to już się nie da z czymś innym pomylić.
Po paśniku rozdzieliliśmy się - ja wróciłam na to niewiadomoco przed paśnikiem, a T. z D. poszli po K. i ewentualny dobry PK ze skrzyżowania.
Zostawiona sama sobie chwilę popałętałam się po okolicy, ale ponieważ nic mnie to nie przybliżyło do genialnego rozwiązania zagadki gwiazdek, postanowiłam zregenerować siły. Zjadłam, popiłam, posiedziałam i na tym relaksie zastała mnie K. wracająca z informacją, że chłopaki poszli obejrzeć kolejne, dalsze miejsce, żeby drogą eliminacji wydedukować co wpisać, tu gdzie my czekamy.
Po chwili pojawił się T., a za nim D. T. kazał mi biec na metę, a sam spisał ostatni punkt i zaczął mnie gonić. Trudno nie miał, bo jakoś specjalnie szybko nie uciekałam. W ogóle niepotrzebnie mnie tak poganiał, bo zmieściliśmy się spokojnie w czasie.
Strasznie wyczerpujące były te etapy, a drugi to nie dość, że fizycznie, to jeszcze intelektualnie.  Nawet się zastanawiam, czy to InO to nie jest szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Taaak, muszę to przemyśleć...

c. d. n.

poniedziałek, 27 lipca 2015

IV Wakacyjna InO

Duch Wakacyjnej InO zagościł u nas już w piątek - pakowanie, przeglądanie map (gdzie oni nas tym razem wpuszczą?), a wieczorem spotkanie z E. F. E. w drodze ze Szczecina zatrzymał się u nas, żeby rankiem razem jechać do Tarłowa. W sobotę, o nieludzkiej porze (przed szóstą) ruszyliśmy jeszcze po T. G. na Targówek i nasz wesoły samochodzik miał pomknąć na start. Pomknąłby, gdybym sobie nie przypomniała, że nie wzięliśmy materacy i trzeba wracać do Zielonki. Ostatecznie wyszło dobrze, bo jak się ma gościa z dzikiego zachodu, to trzeba mu pokazać kawałek stolicy, no nie? Centrum to on zna, więc miał niezwykłą okazję poznać wszystkie opłotki i boczne (w tym także nieutwardzane) drogi. Mam nadzieje, że było dla niego niezapomniane przeżycie:-)
Przez pół drogi radości dostarczały nam wesołe rozmówki T. G. z E. F., a potem jakoś duch w narodzie podupadł i niektórzy zapadli w senne odrętwienie.
Na miejsce dojechaliśmy, kiedy pierwsze osoby wyruszały już na miejsce startu. Okazało się, że mamy dziesiątą minutę startową i mocno musimy się sprężyć. No to się sprężyliśmy i już w piętnastej minucie startowej poszliśmy w las.
"Szybciej się nie dało" :-)
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało nieźle - był schemat dróg i wystarczyło dopasować wycinki w odpowiednie miejsca. Problemy zaczęły się tuż po starcie. Dopasować, owszem - dopasowaliśmy, ale ze znalezieniem w terenie już był problem. W porywach kilkanaście osób przeczesywało przystartowe krzaki w poszukiwaniu tego punktu, czas leciał, a efekty żadne. W końcu odpuściliśmy z założeniem, że weźmiemy na samym końcu. W dalszą drogę ruszyliśmy już z D. M. i K. P., bo razem wyszliśmy z przeczesywanych zarośli. T. ewidentnie miał niedosyt ekstremalnych wrażeń, bo już po przejściu kilkudziesięciu metrów uparł się wejść w jeżyny, pokrzywy, osty i sama nie wiem w co tam jeszcze. Oczywiście, jako przykładna i kochająca żona, weszłam tam za nim. Trochę dziwił mnie ten jego pęd do natury, bo wyszedł na trasę w nie do końca długich spodniach. Kiedy już rozorał sobie wystarczająco golenie i ilość lejącej się krwi zaspokoiła jego dziwne żądze, wróciliśmy na właściwą ścieżkę i dogoniliśmy D. i K.
PK 2 był bezdyskusyjny, z trójką też się udało, a na czwórce wzięliśmy PS-a (a przynajmniej tak mówią wyniki). D. i K., którzy szli  z nami, ale wpisywali niezależnie, wbili się we właściwy. Spryciarze!
Potem oni polecieli na piątkę, a my najpierw zlokalizowaliśmy szóstkę, a potem szybki marsz po piąteczkę. Na ósemkę znowu szliśmy razem. Dopasowywanie wycinków było coraz łatwiejsze, bo coraz mniej ich było do wyboru i gdyby nie dobijająca i osłabiająca pogoda, to w sumie byłby to relaksacyjny spacer. Na koniec zrobiliśmy jeszcze jedno przeszukanie terenu, żeby zlokalizować pierwszy punkt i faktycznie był, aczkolwiek niezupełnie tam gdzie poprzednio szukaliśmy. Pozostało jeszcze oszacować wzrost budowniczego trasy i tu się trochę machnęliśmy, ale takich dużych ludzi, to my często nie widujemy i nie mamy na nich miarki w oczach. Może gdyby leżał, to dałoby się dwukrokami zmierzyć ...
W czasie zmieściliśmy się spokojnie i nawet nie nabiliśmy nadmiarowych kilometrów. A może po prostu budowniczy podał długość trasy w kilometrach, a nie w milach, jak to niektórzy robią:-)

c. d. n.