Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przejście Smoka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przejście Smoka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 października 2021

Smok przeszedł... do historii.

Któregoś dnia Michał i Agnieszka spytali, czy nie zrobilibyśmy tras na Przejście Smoka. Odruchowo zgodziliśmy się, no bo jak nie wesprzeć, kiedy jest potrzeba. Tym sposobem nagle i niespodziewanie zamiast uczestnikami (Tomek i tak bez nogi, a ja bez formy) zostaliśmy organizatorami. Jakoś umknęło nam (a może tylko mi), że zgodziliśmy się nie tylko na zrobienie map, ale i rozwieszenie lampionów, zebranie, podliczenie wyników, a przede wszystkim na bycie wszędzie gdzie trzeba i robienie wszystkiego co trzeba, łącznie z gaszeniem pożarów w razie zaistnienia sytuacji.
Oczywiście zacząć musieliśmy od rekonesansu, po czym okazało się, że jeden nie wystarczy i trzeba pojechać jeszcze raz. W sumie to były dwie fajne wycieczki i gdyby nie ilość (i jakość) zrobionych kilometrów, to powiedziałabym nawet, że relaksujące i odprężające. Psychicznie - tak, ale fizycznie....
Tuż przed imprezą zaczęło robić się ciut nerwowo. A to okazało się, że nowy banner nie ma dziurek i nie ma go jak wieszać, do zrobienia od podstaw jest milion pińćset lampionów, niektórzy mapy mają jeszcze w lesie, a kierownictwo zamieszania w piątek jeszcze musi odwiedzić swoje miejsca pracy i nie ma zmiłuj. 
Czwartek i piątek wzięłam urlop, bo w piątek świtkiem musieliśmy już jechać, a w czwartek postanowiłam zrobić chociaż z pół miliona tych lampionów. Że nie wspomnę o różnych innych sprawach domowych, co to je pozałatwiać chciałam przy okazji wolnego. Czwartek okazał się jakoś krótszy od innych dni tygodnia, a koło dwudziestej drugiej okazało się, że nie dość, że lampionów braknie dla naszych tras, to jeszcze trzeba zrobić dla innych, bo wszystkie materiały są u nas. Myślałam, że świt nas przy tym zastanie, ale udało się na chwilę położyć do łóżka. 
W piątkowy poranek bardziej przypominałam zombi, ale odespałam w trasie i na miejscu było już OK. Ja rozwieszałam etap swój, jeden etap Tomka i dwa lampiony rogainingowe, Tomek swój drugi etap, etap Agnieszki, chyba coś Adama i też jakieś długodystansowe. Trochę bałam się czy uda mi się z moim przydziałem trafić dokładnie tam gdzie trzeba, ale Tomek zainstalował mi w telefonie jakieś takie czary związane z oomapperem, które pokazywały mi gdzie jestem na mapie. 
 
Idę wieszać.
 
Wszystko szło dobrze aż do wydmy. Powiesiłam lampion na zakręcie rowu i kierując się tymi czarami w telefonie zaczęłam wspinać się pod górę, że powiesić kolejne. Mozolnie i w pocie czoła wlazłam na szczyt, mniej więcej trafiłam gdzie trzeba, sięgnęłam po lampion i... zauważyłam, że nie mam wzorcówki. I nie, problemem nie było rozstawienie pozostałych punktów, ale świadomość, że gdyby uczestnicy znaleźli wzorcówkę na trasie w sobotę, to w sumie po imprezie. Miałam jednak nadzieję, że wzorcówkę po prostu zostawiłam przy poprzednim punkcie, bo do wieszania lampionu potrzebowałam dwóch rąk. Ponieważ kolejny punkt i tak planowałam powiesić posiłkując się telefonem, nie zawracałam sobie głowy szukaniem zguby od razu, tylko ruszyłam wieszać dalej. Co miało wisieć, zawisło, a ja wróciłam na rów. Niestety - wzorcówki nie było. Nie pozostało mi nic innego, jak znów ruszyć pod górę rozglądając się dookoła. Lazłam i lazłam (mi pod górę chodzi się wyjątkowo ciężko), dolazłam do miejsca gdzie zorientowałam się, że nie mam mapy, a zguby nigdzie po drodze nie było. Miałam świadomość, że choćbym miała szukać do rana, to znaleźć muszę i nie powiem - ta świadomość bardzo mi ciążyła. Zadzwoniłam do Tomka, żeby i on wiedział, że być może noc spędzimy w lesie. Na szczęście przez telefon nie mógł mnie zabić, więc uszłam z życiem. Po raz kolejny zaczęłam schodzić w dół, ciut inną trasą, bo przecież nie pamiętałam dokładnie jak szłam pierwszy raz, więc obszar poszukiwań był dość szeroki. Nic, wzorcówki ani śladu. Złapałam chwilę oddechu i po raz kolejny podjęłam wędrówkę w górę. Kiedy wypluwałam już płuca, miałam wszystkiego dość, a rozpacz targała moim wnętrzem, w trawie mignęło mi coś nietypowego. Żwawo podeszłam bliżej i oto ona - moja mapa! Prawie ją ucałowałam ze szczęścia. Tak mi ulżyło, że resztę trasy pokonałam jak na skrzydłach i wkrótce dotarłam do umówionego miejsca spotkania. Tomka jeszcze nie było, ale on miał więcej do rozstawienia. Niestety, zasięgu też nie było i nie wiedziałam jak długo przyjdzie mi czekać. Już po ponad godzinie Tomek dotarł, a wraz z nim cudowna informacja, że do samochodu nie musimy popylać pieszo, tylko Michał nas podwiezie. Ufff.
W drodze do bazy tak sobie marzyłam, że najpierw się wykąpię, potem zjem, a potem położę. Zupełnie jakbym zapomniała, że należę do zespołu organizatorskiego. W bazie okazało się, że do powieszenia została jeszcze masa lampionów biegowych i każdy, kto był w stanie utrzymać się w pionie brał się do pomocy. Zgarnęliśmy więc i my kilka lampionów, wsiedliśmy w samochód i pojechali w noc, bo w międzyczasie zrobiło się trochę późno. To znaczy, jak wyjeżdżaliśmy, było jeszcze jasno, ale wiadomo było, że do zmroku nie zdążymy. Niezapomnianym przeżyciem był marsz wzdłuż ogrodzenia oddzielającego dwa województwa, w którym to ogrodzeniu co kawałek były bramki wejściowe. Nooo, tego to nigdzie więcej nie zobaczycie!

Wieszamy ostatni z przydzielonych lampionów.

Wreszcie koło dwudziestej udało się wrócić do bazy, wykąpać się, a nawet zjeść, bo Agnieszka zamówiła trzy duże pizze, ale o położeniu się, czy jakimś tam spaniu w ogóle nie było mowy. Okazało się, że mapa TP autorstwa Ani, mimo że urocza, nie spełnia wyśrubowanych warunków bezpieczeństwa, bo punkty są po obu stronach ruchliwej drogi DK 9 i natentychmiast trzeba temu zaradzić. Agnieszka z Michałem tak znacząco patrzyli nas i patrzyli, patrzyli i w końcu stanęło na tym, że raz dwa zrobimy mapę zastępczą. I tyle w temacie odpoczynku. Mapa - cóż - wyszła jaka wyszła, nawet przez moment byliśmy z niej dumni i jeszcze przed świtem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku położyliśmy się spać. Tak prawdę mówiąc, gdybym wiedziała jak obolała wstanę z pochyłego, rozklekotanego i potwornie skrzypiącego przy każdym ruchu łóżka, to nie wiem czy w ogóle odważyłabym się kłaść. Ale przepadło.
W sobotę rano okazało się, że jest nas za mało. Trasy długie startowały z Iłży, turystyczne z Marcul, a dodatkowo niektóre starty turystyczne ruszały kilkaset metrów od bazy. A jeszcze trzeba było przywieźć drożdżówki, kupić wodę i tysiące innych pierdół. Dwoiliśmy się i troili i już nie było wiadomo w co ręce wsadzić. Dopiero kiedy wylądowałam na peronie, gdzie miała być meta, mogłam poleniuchować, bo przez długi czas nikt nie przychodził. W sumie to na tym peronie można było umrzeć z nudów i byłam szczęśliwa kiedy potem podmieniła mnie Ania. W bazie dla odmiany musiałam tłumaczyć uczestnikom, że meta na mapie kolejnego etapu to start z bazy, który wcale nie jest z bazy, tylko z peronu i pamiętajcie - nie jest metą! Przeżyłam też chwile grozy, kiedy wrócili pierwsi uczestnicy z trasy Tomka i sugestywnie przekonywali, że trasa jest nie do przejścia, a oni cudem trafili na metę. Na szczęście okazało się, że trasa jest do przejścia, ale pod warunkiem uważnego przeczytania opisu. Ufff... Z czasem sytuację udało się opanować, każdy wiedział co ma robić, a najważniejsze sprawy były już pozałatwiane. Nawet udało mi się na pół minuty usiąść przy ognisku i upiec kiełbaskę.

W bazie coraz tłoczniej. Uczestnicy odpoczywają po trudach dnia. (My nie)

Liczenie wyników tradycyjnie odbyło się kilka razy, bo ciągle wyłapywaliśmy jakieś błędy i co chwilę kto inny był zwycięzcą. W końcu udało się osiągnąć jakiś konsensus, przynajmniej w moich i Tomka wynikach. Oczywiście trwało to i trwało - zaczęliśmy w Marculach, a kończyliśmy już w Iłży. I nawet świt nas przy tym nie zastał. Cud.
 
Tomek walczy z wynikami.
 
O ile długodystansowców pożegnaliśmy już w sobotę, to "turyści" jeszcze w niedzielny poranek musieli zaliczyć jeden etap.  Poszło sprawnie, bez start w ludziach i sprzęcie. Ponieważ nasze etapy odbyły się w sobotę, więc już od rana mogliśmy iść w teren ściągać lampiony. Do południa uwinęliśmy się z tym i pozostały jeszcze tylko porządki w bazie, oczywiście już po zakończeniu oficjalnej części imprezy. Zdążyliśmy nawet obejrzeć arboretum, a już zaczynałam tracić nadzieję, czy znajdziemy na to czas. Oczywisśie przelecieliśmy przez niego szybko i pobieżnie, ale zawsze lepiej niż wcale.
Wreszcie po południu, w poczuciu dobrze wypełnionej misji ruszyliśmy do domu, mówiąc sobie w myślach: nigdy więcej! 
Aż do następnego razu oczywiście:-)

wtorek, 14 października 2014

Przejście Smoka - noc

Przed etapami nocnymi dobrze jest się jakoś zregenerować. W tym celu zaliczamy mini ino, a właściwie T. zalicza, bo ja po pierwszych punktach daję sobie spokój. Nie wiem dlaczego, ale ZAWSZE mini ina wywołują u mnie wrażenie, że ktoś robi ze mnie idiotkę. Czy ktoś jeszcze tak ma???
T. chyba nie czuje się jeszcze całkiem odświeżony bo wyrusza na BnO  "Pęd w zwierciadle". Niech sobie pędzi jak mu mało. Ja tam wolę zjeść obiad.
Na ścianie płaczu pojawiają się pierwsze wyniki: pierwszy etap - drugie miejsce, drugi etap - pierwsze. Przecieramy oczy nie dowierzając - wygraliśmy etap z jajami!
Jeszcze mamy chwilę czasu do nocnego wyjścia, odwiedzamy więc znajomą w Zgierzu i robimy drobne zakupy.
Na start jedziemy samochodem - po drodze chcemy zaliczyć dwa PK z TRInO.

Po dziennych jajach trochę obawiamy się tego, co też przygotowano dla nas na noc. Już jednak pierwszy rzut oka na mapę mówi, że nie powinno być źle - fragmenty duże, czytelne i tylko cztery. Cztery to tam zawsze jakoś da się połączyć. Pierwszy PK bierzemy z marszu, do następnego wychodzi nam, że najlepiej iść wzdłuż strumyka. Tak też robimy. Pod koniec biegu strumyk rozlewa się szeroko, tworząc mocno podmokłą łąkę (?), bagno (?), czy w co tam wdepnęliśmy. Spotykamy błąkającą się ekipę tezetów i pozwalamy zerknąć na naszą mapę. Chyba nie są zainteresowani jeziorkiem, przy którym powinien być nasz punkt, bo oddalają się w las. Zdania po której stronie wody powinien być PK mamy podzielone, ale ponieważ i tak udaje się znaleźć tylko jeden, więc bierzemy co dają.
PK 11 trochę daje nam w kość. Przedzieramy się do niego idąc wzdłuż rowu, dochodzimy za daleko, wracamy - a wszystko przy zanikającej, a właściwie nieobecnej ścieżce. Ze względu na pajęczyny i pająki chodzenie poza przetartymi ścieżkami jest dla mnie traumatycznym doświadczeniem! Brrrrr....
Kolejne punkciki wpadają bez większych problemów, dopiero przy PK 2 dopada nas zaćmienie umysłowe. Idziemy właściwą drogą, we właściwym kierunku, tylko nie wiedzieć dlaczego zamiast PK 2 spodziewamy się znaleźć PK 3. Dwójka umiejscowiona jest na górce, trójka nad rzeczką, więc siłą faktu teren w żaden sposób nie chce się nam zgodzić. Na szczęście zauważamy nasza pomyłkę i od razu wszystkie elementy krajobrazu wskakują na swoje miejsce.
PK 4 nie ma. A przynajmniej nie ma w miejscu zaznaczonym na mapie. A przynajmniej w miejscu, które my uważamy za zaznaczone na mapie. Czeszemy równo las, ale dopiero wycofując się na z góry upatrzone pozycje, zauważamy lampion. I tak powinien być w innym miejscu! Mimo to spisujemy i pędzimy dalej.

Na mecie chwila odpoczynku: ciacho, herbata, czekolada oraz zapewnienie ostatniego budowniczego, że jego trasa będzie lekka, łatwa i przyjemna. Pobieramy "Smoczy ogon", przysiadamy na pniu i usiłujemy powstawiać trójkąty w schemat. Udaje się zlokalizować trzy, w tym ten ze startem i metą. Nie jest to imponujący wynik. Idziemy do PK 1 żeby nie robić tłoku na starcie. Znowu oglądamy mapę z każdej strony i wciąż nie mamy pomysłu co dalej. Do tego ten głupi dopisek autora - zakaz cięcia mapy! Zaraz, zaraz! Mapy to może i nie można ciąć, ale własną, prywatną, za ciężko zarobione pieniądze kalkę to sobie chyba możemy ciąć ile chcemy?! Następuje szybka akcja przerysowywania i cięcia trójkątów. Jakby to powiedzieć ... Zakaz cięcia jest chyba słuszny, bo niewiele nam to daje. Niby coś tam dopasowujemy, ale im bliżej szukanego punktu, tym bardziej go tam nie ma.
Cudem?, przypadkiem? intuicją? trafiamy na PK 4. Zakładając, że jest on na skraju mapy, ruszamy w jej głąb. Trafiamy na paśnik, który miał być całkiem gdzie indziej oraz na tramwaj tezetów, który mógł być gdzie tylko chciał. W poszukiwaniu LOP-ki ruszamy w dół mapy. Zamiast LOP-ki trafiamy na obiekt sztuczny i kolejny tramwaj. Do obiektu nie przyznają się tezeci, więc zgarniamy go jako PK 6, co potwierdza bliska obecność PK 5.
Przemieszczamy się w dół mapy powtarzając jak mantrę, że gdzieś tu musi być LOP-ka. W końcu trafiamy na dobrze widoczny lampion, usadowiony przy samej drodze i wmawiamy sobie, że to musi być ona, wyczekiwana, wytęskniona LOP-ka. Idziemy więc dalej drogą, lampionów jak nie było, tak nie ma, za to trafiamy na rów, którego długo, namiętnie i bezskutecznie szukaliśmy w przeciwległym krańcu mapy. Ustaliwszy, że w okolicy rowu musi być jedenastka odnajdujemy ją, znajduje się też leżąca w okolicy dwunastka. Jako, że czas pędzi nieubłaganie, a żadne pomysły co dalej nie przychodzą już do głowy, kierujemy się w stronę mety. Po drodze zgarniamy łatwe, położone przy niej punkty 2 i 7 i z ulgą oddajemy kartę startową.

Trochę czujemy w nogach te cztery etapy i po powrocie do bazy marzymy o ciepłym, miękkim łóżeczku. Po szybkiej kąpieli musimy się jednak zadowolić twardą podłogą i śpiworem. A także zapalonym światłem, chrapiącymi współtowarzyszami, a nad ranem dzwoniącym uparcie budzikiem, którego właściciel spędzał noc na korytarzu i nie słyszał alarmu. Do tego ledwo napoczęte śniadanie przerywają nam organizatorzy, bo zaczyna się ceremonia dyplomowania zwycięzców. No co za ludzie!!!
Ostatecznie zajmujemy drugie miejsce w naszej kategorii, odbieramy dyplomy, upominki, uściski dłoni, dojadamy i ... ruszamy robić TRInO. W końcu dzień bez orientacji to dzień stracony! :-)

czwartek, 9 października 2014

Smocze dialogi

- Jakie odgłosy wydaje smok? - pyta nagle T.
- Smok to wydaje ogień przede wszystkim.

Tak, szykujemy się na Przejście Smoka. Grunt, to przygotowanie merytoryczne:-)