Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołomin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołomin. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2024

Trening w Wołominie, czyli sztafeta jednoosobowa.

Odpoczęliśmy po Wawel Cup i od razu zaczęliśmy się rozglądać za kolejnymi zawodami. Jak na zawołanie pojawił się "Trening w Wołominie", czyli zawody tuż za miedzą, więc oczywistym jest, że skorzystaliśmy. Zawody, czy raczej trening, miał nieoczywistą formułę, bo była to sztafeta jednoosobowa. Czyli jedna osoba biegła dwie trasy - tam gdzie kończyła się pierwsza trasa, tam zaczynała się druga. Dobrze, że już biegałam takie kombinacje, to nie było zdziwka.

Mapy pobrane, idziemy na start.

Jeszcze muszę złapać gpsa.

Na starcie miałam dwie opcje - albo do pierwszego punktu pobiec drogą, koło bazy zawodów, a potem ścieżką niemal na miejsce, albo na azymut. Stałam przy tym starcie, kontemplowałam mapę, Tomek mnie poganiał i oczywiście wybrałam trudniejszy wariant, czyli na azymut. 
Już w samym starcie widać to moje niezdecydowanie:

Ostrożny start.

Szybko pożałowałam wyboru wariantu, bo las był mało przebieżny i strasznie zabałaganiony, no ale przecież nie będę się wycofywać. Do dwójki spokojnie dało się ścieżkami i w sumie do trójki też można było, ale nie skorzystałam. Czwórka metodą mieszaną, a piątka znowu ścieżkowo. Jak na razie szło dobrze, choć trzeba było być czujnym, bo nie na wszystkich punktach wisiały lampiony, a samą stację łatwo przeoczyć. Z szóstką miałam lekki problem, bo byłam przekonana, że punkt ma być na górce, a był na polanie, czyli w krzakach poniżej górki. Nie tylko ja dałam się na to nabrać, bo ze mną jeszcze dwie osoby szukały na górce. Tak to jest jak się na mapę tylko rzuca okiem, a nie czyta uważnie.
 
Prawie na górce.
 
Siódemka banalna, po drogach, ósemka na końcu rowu i prawdę mówiąc niewiele brakowało żebym się z tym rowem rozminęła, bo mnie ciut w lewo zniosło. Ale udało się.
Dziewiątka była ostatnim punktem pierwszej mapy i jednocześnie startem drugiej. Dziesiątka była piątką z pierwszej mapy, więc już wiedziałam gdzie szukać, a był to punkt bezlampionowy, więc ułatwiało.
Na jedenastce poległam po całości. Ludzie, co ja się tam nakombinowałam. Leciałam z nastawieniem, że łatwizna i trochę się zdziwiłam, że nie znalazłam od pierwszego kopa. Ale nic to, podeszłam drugi raz. Znowu nic. Obejrzałam mapę i... przestało mi się zgadzać. W terenie były dwie ścieżki prowadzące na dół, na puste pole, na mapie już ich nie było. Jakoś tak mnie to skołowało, że zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Po przetrząśnięciu całej górki, w akcie desperacji postanowiłam poczekać na innych zawodników i podpatrzeć, co zrobią. Jak na złość nikt nie nadbiegał, więc z nudów jeszcze raz przeszłam się po okolicy. Opłaciło się, bo znalazłam dwunastkę. Namierzyłam się od niej i... znowu nic nie znalazłam:-(. Wróciłam, namierzyłam się ponownie i znowu nic! Teraz to już wiem, że dwunastka źle stała i namierzanie się od niej było jak wróżenie z fusów, ale wtedy wciąż miałam nadzieję. Jedenastkę znalazłam zupełnym przypadkiem, po ponad dwudziestu minutach poszukiwań. Stała sobie na zboczu, w gęstych krzaczorach i oczywiście bez lampionu, więc była niemal niewidoczna.

Wredna jedenastka.

Trasę do dwunastki miałam już obcykaną, więc wzięłam ją od pierwszego kopa. Tuż przed trzynastką spotkałam Tomka, który na mapie bez dróg usiłował zlokalizować swój punkt, a wraz z nim plątali się jeszcze inni zawodnicy. Dobry człowiek jestem, to pokazałam im gdzie są, po czym oni poszli w swoją stronę, ja w swoją.
 
Przed PK 13
 
Czternastkę przeszłam, ale tylko parę metrów, za to szesnastkę już ciut więcej. Znalezienie karpy w gęstym zarośniętym lesie, gdzie leży mnóstwo powalonych drzew nie jest takie łatwe, jak by kto myślał. Gdzieś miedzy drzewami mignęła mi koszulka Tomka, ale już nie wołałam za nim, tylko poszłam do miejsca skąd się wyłonił i w końcu namierzyłam szesnastkę. A potem już tylko meta.

PK 16
 
Cóż, nie mogę powiedzieć, że byłam zadowolona z tego treningu, bo w sumie jedyne co potrenowałam to samozaparcie, żeby nie zrezygnować przy jedenastce. I wcale nie pociesza mnie fakt, że trafiły się osoby, którym trasa zajęła jeszcze więcej czasu.

Mapa pierwsza

Mapa druga

czwartek, 4 kwietnia 2019

Test Coopera

No i zapomniałabym się pochwalić wynikiem testu Coopera!
W sobotę prosto po parkrunie pojechaliśmy na stadion w Wołominie przetestować się. Niby po drodze trochę odpoczęłam po tych rekordach :-), ale nie byłam już taka kwitnąca, żeby dać z siebie wszystko. Wydawało mi się jednak, że przynajmniej 2 kilometry w 12 minut zrobię. Na wszelki wypadek zaczęłam dość szybko, co oczywiście szybko się na mnie zemściło i musiałam zwolnić. Do tego  nie wiedziałam ile czasu już biegnę i jak w związku z tym dysponować siłami, a przede wszystkim to nie wiedziałam kiedy przestać biec i co chwilę oglądałam się na innych, żeby zobaczyć czy już stoją, czy jeszcze lecą.
Kiedy dwa lata temu robiliśmy test w innym miejscu, wszystko było jakoś lepiej zorganizowane - był wystrzał informujący, że została jeszcze minuta, drugi wystrzał na zatrzymanie się, a przede wszystkim dokładnie nam wytłumaczono co mamy kiedy robić.
Tak więc, co chwilę rozglądałam się dokoła co robią pozostali biegnący i jak oni stanęli (skąd wiedzieli, że już???), to i ja stanęłam. Jak oni zeszli z bieżni, to i ja.  Ostatecznie okazało się, że rzutem na taśmę łapię się na wynik bardzo dobry, a dwa lata temu miałam tylko dobry. Czyli postęp jest. A jak jest postęp to i motywacja do dalszego wysiłku.

Tuż przed startem.

A Kamilowi tak się test spodobał, że pobiegł go dwa razy pod rząd. I zapowiada, że następnym razem pobiegnie trzy razy! Kto da więcej? :-)