Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeżyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeżyny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 września 2017

Zapiski kierownika drużyny (cz.2)

Sobota po obiedzie
Powoli pojawiają się pierwsze wyniki. Kajakarze idą wszyscy łeb w łeb. Nasze TM-y - tak jak się spodziewaliśmy - walczyły na trasie o przeżycie, ale wróciły zadowolone i to się liczy. No, może poza jednym incydentem - jedna z dziewczyn się źle poczuła. Wymagała pomocy. Okazało się, że na mapie nie ma żadnego telefonu kontaktowego do organizatorów! Dzwonienie do nauczyciela czy kierownika drużyny buszującego po jeżynach nie zawsze jest skuteczne. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale robiąc mapy – szczególnie dla młodzieży - pamiętajmy o telefonie ratunkowym do kogoś, kto jest na stracie czy w bazie „pod zasięgiem” – zawsze można złamać nogę, wpaść do jakiejś dziury i nie być w stanie samodzielnie się z tego wykaraskać! „Uśmiałem się” argumentacją organizatorów „nie podajemy telefonów na mapie, bo mapy idą potem w świat i potem znają nasz telefon i miewamy z tego powodu nieprzyjemności, musieliśmy kiedyś zmienić numer”.
Pojawiły się wkrótce wyniki pierwszych etapów TJ i TS, a potem wyniki TR. Iza z Pawłem poszli całkiem dobrze i byli w  czołówce TJ-tów. Naszego zespołu w wynikach TS E1 nie było – pewnie dlatego, że dotarliśmy na metę ostatni. W wynikach zadziwiała mnogość PM, BPK  i zmian. Wkrótce okazało się, że karty sprawdzał jakiś program, który błędnie interpretował punkty podwójne zaliczając zmianę i wpisując BPK-a. No cóż, technika bywa zawodna. Tłum zaniepokojonych uczestników oblegał domek organizatorów i co chwila pojawiały się nowe zaktualizowane wersje wyników. Niknęły z nich zmiany, ale zostawały ciągle PM-ki. Okazało się, że organizator, a może bardziej budowniczy tras, każdy lampion nawet na podobnej formie terenu odległy więcej niż 5 mm od PK traktuje jako PM. Jak za czasów prehistorycznych, a nie obecnych regulacji. A nawet jeszcze rygorystyczniej – na naszym etapie pierwszym  za punkty na mapie pomocniczej (w skali ok. 1:37 000) ludzie dostawali mylniaki za potwierdzenie lampionu w odległości 50 m od właściwego PK (łatwo przeliczyć, że wg regulaminu 5mm, gdzie wszystkie lampiony MUSZĄ być traktowane jako stowarzysze, to ponad 180 m!). Coś tam chyba udało się autorowi trasy przetłumaczyć, bo kilka mylniaków w wynikach ubyło, ale dalej były takie, które mylniakami być nie mogły (np. te dotyczące PK 13 na etapie 1).
Na mapę główną (warstwicówkę) nałożony jest wycinek z mapy dodatkowej z zaznaczonym PK 13 (małe kółko) i okręgiem 5mm, gdzie każdy lampion MUSI być PS, a nie PM! Więc dla czego mamy PM w PK 13?
Naszych wyników ciągle nie było, więc ciężko było mi się do tego odnieść. Także wzorcówki, które zawisły niewiele mówiły: są standardy oznaczania PS i PM (zresztą wymagane bezwzględnie na imprezach klasy mistrzowskiej), a tu tego nie było, tylko czyste kody.
Trochę zamieszania wprowadziły wyniki TR. Autor coś tam przekombinował stawiając punkty i okazało się, że jest więcej prawidłowych punktów niż myślał. Ale z tego co widziałem, sprawa została szybko załatwiona. Pojawiły się wyniki etapu drugiego – nam i naszym TJ-tom poszło znośnie. Drugie TS tu poległy.  W międzyczasie pojawiły się wyniki TW – Darek zaraz zgłosił zastrzeżenie co do jednego punktu. Jako, że TW szło na trasie TJ, było to istotne, bo uznanie zastrzeżenia znacząco poprawiało wynik Izy i Pawła. Zaraz ekipa pojechała sprawdzać rozlokowanie lampionu. Oczywiście Darek miał rację!
Naszych wyników z etapu pierwszego ciągle nie było;-(

Wieczór
Na etapy nocne mieli nas wywieźć, a etap ma zakończyć się w bazie. Może wreszcie będzie mniej jeżyn! Pojechaliśmy. Zostaliśmy wysadzeni w środku lasu. Deszcz rozpadał się na całego. Wreszcie dostaliśmy mapę i ruszyliśmy. Pierwszy problem - brak skali. Gdzieś na prawo od drogi czekały nas w lesie PK 1, 2 i 3, tyle że w miejscach na tyle niecharakterystycznych, że bez skali nie do znalezienia. Trzeba jak nic przejść kawał drogi, by skalę wyznaczyć. Postanowiliśmy iść do PK 5. Wyszło ze 700m. Jest zakręt drogi, rozwidlenie, rowy obok, nawet rów poprzeczny. Tyle, że nie ma lampionu. Chodzimy, szukamy właściwie prawie wszystko się zgadza. No, może jedynie duża dziura pojawia się zbyt wcześnie. Zajęło nam to 40 minut zanim dostrzegliśmy dołki na wycinkach. Poszliśmy na północ, a nie na południe! Zgroza. Wracamy, cichaczem przemykając się obok startu, bo wstyd. Idziemy w drugą stronę i znajdujemy PK 4. Także dobre kilkaset metrów. Szczerze mówiąc znowu nie wiem jaki cel przyświecał budowniczemu – gdyby dał coś, na co można by się namierzyć i zacząć od PK 1, a tak niezależnie czy najpierw szukamy PK 4, czy skrzyżowania w bok na asfalcie trzeba z kilometr przejść bez sensu. Ale to ten „nowy budowniczy,” więc takie „błędy” się wybacza;-)
Uzbrojeni w skalę wracamy po PK 1. Wchodzimy w las i szukamy maleńkiego kopczyka przy wale (bądź rowku). Wałów znajdujemy bez liku (na wycinku raczej ich nie mamy), zaś kopczyka ani widu, ani słychu. Po długiej chwili udaje się go namierzyć. Wiemy, że z drogami do kolejnych PK cienko, więc idziemy na azymut. Znaczy, przedzieramy się … oczywiście przez jeżyny i szukamy kolejnych wałów. Coś obrodziły te wały w terenie, zupełnie jak jeżyny! 40 minut w plecy na starcie, więc nie czeszemy zbyt dokładnie i wbijamy lampiony z pierwszych pasujących miejsc, bez sprawdzania czy to na pewno dobre punkty. Wreszcie wydobywamy się na drogę w okolicach PK 4. PK 5 to miła odmiana, bo można dotrzeć drogą, Nawet jeszcze kawałek w kierunku grzybka C. Pierwsze dopasowanie – udaje się. I znowu mozolnie na azymut w poszukiwaniu kolejnego grzybka D. Tu spotykamy jakiś spory tramwaj TS-owy. Ruszamy innym wariantem w kierunku następnego grzybka, ale to wyraźnie tramwaj pospieszny i wkrótce nas dopędza. Tu źle dopasowujemy fragment i przez chwilę szukamy nie tego co trzeba. Dalej jeżyny w wersji premium. Zaliczam glebę, gdy łapią mnie za nogi, ale podnoszę się. Spotykamy surrealistyczny słupek działowy w środku krzaków. Zastanawiam się, czy nie wracać do bazy, bo czas nam się skończył. Przemek twierdzi, że mu się podoba taka extremalna przygoda (bardziej męcząca niż setki na które na namiętnie biega) i idziemy na wszystko. Właściwie to wszystko jedno, więc idziemy. I dalej brniemy na azymut. Jeszcze dwa grzybki i wreszcie wychodzimy na drogę. Można podbiec. Dwa punkty to formalność. I długi dobieg do ostatniego grzybka już niedaleko mety. Przebiegamy drogę prowadzącą na „korzonek” grzybka i zamiast wrócić lecimy na azymut. Nie wiem jak nazwać te jeżyny, skoro wersja premium już była.  Takie nowe powiedzenie ciśnie się na usta „są jeżyny – jest zabawa”. I rów z wodą, a za nim płot jakichś działek. Przejścia między płotem a rowem z wodą praktycznie nie ma. Trafiamy na sterty skoszonej trawy i podesty wysypane żwirkiem, a także plamę jakiegoś nieprzyjemnie pachnącego „nawozu” (oczywiście pochodzenia organicznego), która wymyka się spod nóg i Przemek organoleptycznie ma okazję sprawdzić jakość tego produktu. Słowem hardcore. A w oddali (nie takiej dalekiej) niesie wiatr rytmy Disco Polo z dyskoteki tuż obok bazy. Wreszcie znajdujemy punkt i biegiem do bazy.
W bazie szybka kiełbaska z grilla. O, wiszą nasze wyniki z E 1! Jakieś bezsensowne PM-ki  - wspomniany wcześniej PK 13. Idę poawanturować się do domku organizatorów – by sprawdzili karty poprawnie, a nie według jakichś nieregulaminowych zasad. Teraz już wiem – uprawnienia PInO budowniczego etapów dziennych i Sędziego Głównego pochodzą sprzed wielu lat. O Ile budowniczy jest jeszcze czynnym Przodownikiem, to Sędzia główny uprawnienia utracił – znaczy nie ma styczności z InO. I obydwoje jak widać nie śledzą zmian regulaminowych. Nie wiem czy to był dobry wybór organizatorów – Agnieszka lub Adam na pewno by takich baboli nie popełniali! A ciężko dyskutować z kimś, kto nie ma pojęcia o czym mówi, więc nie liczyłem na jakąś większą korektę wyników. Choć świerzbi mnie ręka by napisać paszkwila do KInO – oni teoretycznie mogą skorygować wyniki, a mam wrażenie, że by trochę to przetasowało w klasyfikacjach końcowych.

Noc.
Noc jak noc. Mało spania bo uda i kolana rozorane jeżynami i poparzone pokrzywami nie dają zasnąć. I muzyka w oddali „A Ona tańczy dla mnie…”.

Niedzielny poranek
Oczywiście przywitał nas deszcz. Wyników etapu nocnego nie widać (a szkoda) tylko jakieś podsumowanie drużynowe. Podobno były, ale przespałem. I Sędzia główny wołający kapitanów na zebranie komisji odwoławczej. Protest dotyczący trasy rowerowej. Bezzasadny, bo wnioskujący chciał potraktowania punktów wyznaczanych wg zasad dokładnie opisanych jak LOP-kę (a to nie była LOP-ka). Jednomyślnie protest odrzucony. Po śniadaniu kolejne zebranie komisji. Tym razem  zamiast jednej drużyny – sztafeta. Uzasadnienie zupełnie bezsensowne. Znowu jawna sprzeczność z regulaminem i protest odrzucony. Co chwila jeszcze jakieś korekty wyników. Ja ciągle czekam, by zobaczyć swoje z etapu nocnego. Nie doczekałem się. Mamy wreszcie zakończenie. Drużynowo 5 i 8 miejsce. O włos od czwartego. Może warto było się więcej awanturować? Iza z Pawłem na TJ/TU miejsce trzecie. Rowery zdominowali Barbara z Darkiem. W weteranach bezkonkurencyjni Darek z Renatą, a Beata druga. I jeszcze jesteśmy drudzy w MiniInO.
Warszawa 4 czyli drużyna inetregionalna

Stowarzyszona Warszawa


Zamiast podsumowania
Wrażenia – mieszane. Na pewno widać zaangażowanie organizatorów. A sukienka Agnieszki to zupełny odlot! Brakowało mi inetgracji – nie wszyscy zmieściliśmy się w bazie, nawet integracja w obrębie drużyny była ciężka. Pogoda była jaka była, za to nikogo winić nie można. Grunt, że nie przeszkodziła kajakarzom i rowerzystom. Trasy niepiesze nie zgłaszały większych uwag do tras, znaczy było dobrze. Duży niesmak zostaje po sędziowaniu i budowniczym etapów dziennych. I oczywiście jeżyny – rozumiem, że pobliskie lasy są jakie są, ale warto pochodzić po lesie przed budową trasy i pomyśleć jak będzie uczestnik szedł z punktu na punkt. I nie przesadzać z wpuszczaniem go w maliny:-)
Na koniec nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotki w  deszczu całego składu

Zapiski kierownika drużyny (cz.1)

W ramach wstępu
Rok temu nie mieliśmy drużyny na DMP-ach. Bo sami je organizowaliśmy. Ale na tegoroczne drużynę mieć wypadało. Wici rozpuszczone na stowarzyszonej liście dyskusyjnej dały pierwsze zgłoszenia chętnych. Na mnie - jako posiadacza biletu bezpłatnego wstępu na imprezę - padło ogarnięcie tej drużyny. Jak zwykle najtrudniej jest z młodzieżą. Szczególnie termin zgłoszeń, który upływał jeszcze w sierpniu utrudniał kontakt z gimnazjalistami.  Niezawodna Beata i jej SKKT 101 dał nam wsparcie, choć do ostatniej chwili krystalizował się skład drużyny. W efekcie dostaliśmy dwa zespoły TM i połówkę TJ. Ale należy tu wspomnieć o Izie, która w ostatnich czasach przebojem wdarła się do InO i pomimo wieku zaliczającego ją spokojnie do TM-ów, z sukcesami zmaga się z trasami TU. W ten sposób dostaliśmy właściwie pierwszy od dłuższego czasu zespół TJ mogący walczyć o wysokie miejsca. Specyfika DMP-ów i konstrukcji drużyn przy naszych dwóch zespołach TM wymusiły  konieczność utworzenia drugiej drużyny naszego środowiska. No bo jak logicznie wytłumaczyć sytuację, gdy gimnazjaliści jadą na Drużynowe Mistrzostwa Polski, pokonują tę samą trasę co koledzy z drugiego zespołu, a w uzysku przywożą nie 5 tylko 3 lub 4 punkty do odznaki InO za etap (a są  oni na etapie intensywnego zbierania punkcików na kolejne odznaki)? Jest to bardzo zniechęcające! A wystarczyłoby pozwolić na maksymalny skład drużyn określony w regulaminie (czyli 12 zespołów, po dwa zespołu w TS/TU/TM), i do klasyfikacji drużynowej liczyć wyniki najlepszego zespołu z danej kategorii!
Grunt, że udało się utworzyć drugą drużynę, wprawdzie niepełną, ale startującą już w klasyfikacji mistrzowskiej. Udało się także uzyskać „wspomaganie” w postaci zespołu TJ z Łętowni, który dołączył do drużyny w ostatniej chwili. Zabrakło tylko zespołu TK.
Tyle w ramach przydługiego wstępu.

Piątek
Ważne, że na czas dotarliśmy na miejsce (oczywiście w podgrupach). I tu zaczęły się problemy. Na początek logistyczno-organizacyjno-noclegowe. Baza imprezy dysponowała niewielkim zapleczem noclegowym. Zbyt małym by pomieścić wszystkich uczestników. Nieszczęśliwy dla naszych perypetii z młodzieżą i dokompletowywaniem drugiej drużyny termin zgłoszeń spowodował, że zabrakło nam z 10 miejsc noclegowych w domkach. Alternatywą była możliwość noclegu w namiocie, ale po niedawnych zdarzeniach w Borach Tucholskich rodzice młodzieży postawili twardy warunek – żadnych namiotów. Udało mi się, po wielu perypetiach i odpytaniu organizatorów o możliwości noclegowe obok, dodzwonić do położonego „tuż za płotem” ośrodka „Kolejarz” i zarezerwować brakujące dwa domki. Oczywiście dopytałem się czy to Kolejarz i ul. Sosnowa. Cena ciut wyższa niż w bazie, ale akceptowalna. Gdy na miejscu znalazłem ów DW Kolejarz, okazało się, że… tam nie ma domków. Znaczy są, ale wykupione przez osoby prywatne, a sam ośrodek to jakaś ruina w stanie likwidacji. Znowu chwytam za telefon i okazuje się… że chodziło o inną lokalizację, prawie kilometr od bazy. Ten sam numer (4) tyko zamiast ulicy Sosnowej zrobiła się ulica Słoneczna (niby pierwsza litera ta sama). Z duszą na ramieniu wraz z grupą młodzieży poszedłem szukać ulicy Słonecznej i charakterystycznego „Najwyższego słupa energetycznego”. Domki się znalazły, nawet w ciut lepszym standardzie niż w bazie, ale kilometrowa odległość wykluczała integrację środowiska. Szkoda.

Sobota rano
Sobota przywitała nas deszczem. Może nie jakimś ulewnym, ale z nieba ciągle coś padało. Wiadomo, mokra trawa i po chwili będzie wszystko mokre. Zapowiadało się niefajnie, szczególnie dla etapów kajakowych, choć z drugiej strony wiadomo że oni będą mieli mokro od spodu.
Nas wywieźli w jakiś las (a konkretniej na skraj pola), gdzie musieliśmy swoje odstać czekając na minutę startową. Ja startowałem z Przemkiem na TS-ie, ale razem z nami czekały obie drużyny TJ, także te, które dojechały wcześniejszym kursem busika.  Widzieliśmy, że poprzednicy po pobraniu map kierują się w stronę lasu majaczącego na horyzoncie. Wreszcie przyszła nasza kolej. Mapa – wyglądała niegroźnie – warstwicówka i znany numer z „zagięciem mapy” skutecznie gmatwający obraz całości. Do tego „mapka ratunkowa” mocno nieświeża (początek XX wieku) w skali bliskiej 1:40000 jak się okazało  z trzema punktami do znalezienia.
Na początek niedokładnie ustawiliśmy mapę (lustro trochę myli) i zamiast  trafić na PK 1 przeszliśmy niewielki lasek „na przestrzał”. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – dzięki temu mieliśmy dobry ogląd sytuacji i wiedzieliśmy gdzie szukać PK 1-3. Po chwili trafiliśmy na idące z naprzeciwka zespoły wracające z PK 1, 2 i 3, w tym naszego drugiego TS-a. Podpowiedzieli nam, iż kopczyk na PK 2 jest wątpliwy i mało charakterystyczny i szukajcie go przy „śladach zwierząt”. Poszliśmy dalej starając się dopasowywać mapę do terenu i usiłując unikać bliższego kontaktu z pokrzywami atakującymi nas ze wszystkich stron. Spotkaliśmy lampion w okolicach spodziewanego PK 2, ale coś nam nie pasowało. W efekcie dotarliśmy do wałów na których powinien być PK 1. W międzyczasie przebieżność lasu gwałtownie spadała. Las wprawdzie nie był zbyt gęsty, ale głębokie bruzdy jak to w nowych nasadzeniach, kolczaste jeżyny i róże stanowczo hamowały nasze tempo przemieszczania się. Na PK 2 i PK 3 poszliśmy na azymut. No cóż – do tej pory sądziłem, że Lampionada (zwana po cichu Jeżynadą) była imprezą ekstremalną. Ale zacząłem rewidować swoje poglądy. Właściwie to poszycie mi je rewidowało, a konkretne (krwawe) ślady tej rewizji zostawiało na udach i kolanach.
Do PK 4 kawałek dało się podejść drogą. Przemek podbiegł wpisać 13-stkę (z tej starej mapy), a ja poszedłem szukać PK 4. Niestety, drogę zagrodziły mi płoty. Znalazłem wreszcie jakieś rowki i jeden jedyny lampion – nie dałbym sobie uciąć ręki, że stał on na właściwym rowku. Nie wiem co za sens jest wybierać lokalizację PK w miejscach tak niejednoznacznych?
Postanowiliśmy dalej chodzić na azymut. Niestety na drodze na PK 5 wyrósł nam kolejny płot. Obchodząc go naokoło drogą łatwo się wkręcić, co i nam się zdarzyło.  Coś źle wyliczyliśmy odległość i wyszło nam, że PK będzie „po lewej strony drogi, na górce”. Górka była, kształt mniej więcej się zgadzał i był lampion. Wpisaliśmy kod. Dalej na azymut w dół, na wschód do PK 12. Powinien być wałek po ok 100 m. Wałek jest. Na jego prawym końcu szukamy lampionu. Lampionu brak. Przeczesujemy teren wokoło. Badamy wszelkie krzaki pełne jeżyn. Co chwila z moich ust padają niecenzuralne słowa. Ani śladu lampionu. Szukamy innych elementów charakterystycznych, ale tu coś przestaje się zgadzać. Po dobrej pół godzinie poszukiwań dociera do nas, że to nie ta górka – powinna być ta po drugiej stronie drogi! Teraz idzie łatwo (oczywiście uwzględniając jeżyny). Problem w tym, że czas podstawowy się skończył, a my mamy tylko 8 PK z 15! Odpuszczamy PK 10, lecimy na PK 9 i PK 8. Potem znajdujemy drogę – powinien być na niej PK 15 ze „starej mapy”. Pewnie drogi się pozmieniały od tego czasu, więc bierzemy coś, co wcale nie jest na rozwidleniu przecinek, ale na pewno gdzieś w okolicach wskazanych na mapie. Znowu nie kumem podejścia autora strasy – wg definicji PK powinien być na obiekcie charakterystycznym w terenie zaznaczonym na mapie, a tu co innego na mapie i co innego w terenie. Zerkam na mapę – autor ma bardzo porządny numer legitymacji PInO 23 – to zobowiązuje i nie powinien robić takich dziecięcych pomyłek! Czas się coraz bardziej kończy. Przedzieramy się na PK 7. Potem biegiem w kierunku mety – na szczęście drogą – jeszcze zahaczamy o PK 11. Bez 2 PK i w 10-ciu ciężkich minutach wpadamy na metę jako ostatni zespół. Zastajemy przytupująca obsługę mety, jakąś resztkę bułek i brak wody. Dobrze, że mam w zapasie troszkę wody. Wsiadamy w auto i zostajemy dowiezieni na start drugiego etapu.
Wrażenia z etapu pierwszego? Wygląda jakby autor wyznaczył punkty palcem na mapie nie będąc w terenie. Wiadomo, że na warstwicówce chodzi się na azymut. Co za sens jest wymyślać taką mapę w terenie nieprzebieżnym, a wręcz groźnym dla zdrowia uczestnika? MnO to nie jest żadna impreza ekstremalna! Może większy limit czasu pozwoliłby próbować obchodzić najniebezpieczniejsze miejsca, ale tu naprawdę nie było na to czasu – trzeba było pruć naprzód, nie zważając na to, że leje się krew. Jestem zdziwiony, że tak doświadczony autor wymyślił coś takiego, a sędzia główny nie sprawdził tras.
Etap drugi przywitał nas całkiem intensywnymi opadami deszczu. Dostaliśmy mapę czy właściwie produkt mapopodobny – w postaci obrazu lidarowego pokrycia roślinnością. Czarnobiały. Co tu dużo mówić - o czytelność dość umiarkowanej. Na szczęście były „rozjaśnienia” do dopasowania, ale kilka PK było zaznaczonych na głównej mapie i szczerze mówiąc, na sporej części z nich nie dostrzegałem co miały wskazywać środki okręgów. Ot choćby PK 9 – środek okręgu wskazywał „charakterystyczny obiekt w terenie” w postaci… różowego ramienia gwiazdki oznaczającego miejsce dopasowania wycinka. Hmm, już sobie wyobrażam grubą różową linię w lesie:-) Zaraz poszukałem kto takie dziwa wymyślił. Ale widać autor wstydził się tego co zrobił, bo na mapie się nie podpisał. A w/g regulaminu (konkretnie obowiązków organizatora imprez rangi PP i MP) obowiązkowe jest zamieszczenie tej informacji na mapie! Nie pamiętałem z rozpiski kto jest autorem poszczególnych etapów, ale jednym z autorów miał być ktoś bez większego doświadczenia i wtedy stawiałem na niego. Mocno zdziwiłem się potem, gdy sprawdziłem, że autorem był PInO nr 23 – ten sam co etapu pierwszego. Taka seria wpadek jest po prostu u kogoś doświadczonego karygodna!
Na mapie zastanawiały jeszcze dwa wycinki z punktem o tym samym numerze 6. Na starcie nikt nie chciał nic wyjaśnić, mówiąc że okaże się w terenie. Dobra, poszliśmy. Pierwszy wycinek powinien być niedaleko. Odmierzyliśmy – gwiazdka oznaczająca środek wycinka jest w tym miejscu. Na wszelki wypadek sprawdziłem – ta różowa gwiazdka w terenie nie istnie (tak odnośnie czekającego nas PK 9). Wycinak dopasowaliśmy bez problemu. Wszystko się zgadza. Tylko, że nie ma żadnego lampionu! Jeszcze raz czytamy opis mapy „ w potwierdzeniu należy podać oznaczenie punktu z mapy oraz kod z chorągiewki punktu kontrolnego znajdującego się w terenie”. Hmm, co to są te „chorągiewki”? Może należy szukać czegoś innego niż lampion? Jeszcze raz przeszukujemy teren  - bezskutecznie. BPK-a można wpisać zawsze, ale ta podwójna szóstka daje do myślenie. Na pewno wpis BPK byłby do obronienia jak i wpisanie dwóch punktów o oznaczeniu 6, choć po tych dziwnych zapisach i licznych błędach na mapie, podejrzewamy autora o jakąś złośliwość i chęć wstawiania PM za wpisanie BPK-a w tym miejscu (a po co się kłócić z kimś niedouczonym, skoro możemy ten PK pominąć?). Bo z drugiej strony regulamin InO nie dopuszcza sytuacji świadomego stawiania BPK-a przez autora!
Idziemy na kolejną gwiazdkę. Przedzieramy się znowu przez jeżyny zamiast iść wygodną drogą. Jadąc na zawody w pobliżu bazy widzieliśmy przepiękne lasy, przebieżne, fajne, a nas tu ciągają po jakiś chaszczach. Dochodzimy do kolejnej gwiazdki i trafiamy na młodnik. Gęsty i oczywiście pełny jeżyn. Gdzieś w tym młodniku jest kilkanaście dziur w ziemi i jedna z nich to ta właściwa. Ciekawe czy autor wie, że do takiego młodnika nie można wchodzić (uprawa leśna o wysokości poniżej 4 m)? Jest to karalne! Zastanawiamy się czy tak nie postąpić – napisać „uprawa leśna – zakaz wejścia” – punkt jest bezsensowny. Musimy zadeptać hektar uprawy by znaleźć właściwy dołek! Nic.
Bądź tu mądry i znajdź właściwy dołek w młodniku!
Decydujemy się czesać. Płot na środku nie ułatwia sprawy. Znajdujemy 3 lampiony i losowo wpisuję ten który wydaje mi się najlepszy. Podejrzewam, że budowniczy i tak stawiał te lampiony sam nie będąc pewny, który dołek jest właściwy. Zniesmaczeni idziemy dalej. Kolejna gwiazdka to dwie duże dziury w ziemi. Normalny punkt. Nawet taki „zbyt prosty” w porównaniu do poprzednich. I właściwie bez chodzenia po jeżynach! Przed nami wspominana na wstępie dziewiątka. Na początku dopasowujemy zły fragment, ale po kolejnym wejściu w młodnik (uprawę leśną), oczywiście pełnym jeżyn, weryfikujemy przypisanie wycinka. Zostaje teraz nieszczęsna 9-tka. Jako, że nie wiadomo co wskazuje okrąg, szukamy lampionu gdzieś na SE od PK 8. Wychodzi nam z tego duży dół.
PK 10 jak widać znajduje się na łące. Jakaś niewyraźna plamka. Wygląda na jakieś drzewo, ostatnie w szeregu. Przeczesujemy łąkę i zarośla na środku. Lampion jest, ale nie na ostatnim drzewie tylko skitrany niczym japoniec na jakimś powalonym konarze. Znowu pomyłka w wieszaniu lampionu? Bo zgodnie  z regulaminem lampion ma być „DOBRZE WIDOCZNY”  i w miejscu charakterystycznym, a nie ukryty gdzieś obok. Ręce i nogi opadają po prostu. Dawno nie spotkałem tak zepsutej trasy i braku myślenia u budowniczego;-(
Kolejny PK 3 znowu w młodniku, zaś „druga szóstka” ciężka do wyczajenia. Końcówka trasy raczej oczywista, podbiegamy. Przed nami ostatnia zagwozdka - meta. Gdzieś poza mapą , na białym. Analiza mapy i ogląd w terenie pokazuje, że meta jest gdzieś… na środku autostrady, albo na jej brzegu! Wiadomo, że autostrady nie daje się przejść w dowolnym miejscu. Konsternacja. Na granicy mapy widać przelot pod autostradą. Szybka decyzja - z lewej, czy z prawej? Bo jeśli przy mecie nie ma przejścia to czeka nas kilkaset metrów powrotu, a lekkie minuty zaczynają się kończyć. Meta wydaje się bardziej po lewej stronie, więc ryzykujemy (po prawej drogę na wprost zagradza nam pole kukurydzy). Okazuje się, że to dobra decyzją. Mamy przebieżną łąkę aż do mety… ukrytej w przelocie pod autostradą. Uff zdążyliśmy!
Teraz prawie godzina czekanie na powrót ostatnich zawodników (a nie chcą wrócić z trasy) aż wreszcie autokar zabiera nas bez nich do bazy na zasłużony ”żurek”.
Wrażenia z etapu – bardzo negatywne. Znowu jakby autor nie widział terenu przed wymyśleniem trasy, łamanie wszelakich przepisów i zasad. Gdy dowiedziałem się kto jest autorem – no cóż, może jednak powinno odbierać się uprawnienia PInO osobom, które na nie nie zasługują. Albo co najmniej po czymś takim kierować na kurs i egzamin sprawdzający. Takie trasy to po prostu kompromitacja na imprezie rangi Mistrzostw Polski:-(
Ciepły żurek poprawia humor (tu bardzo duży PLUS dla organizatorów – to chyba pierwsza impreza na której jestem z tak wypasionym wyżywieniem: śniadaniem, obiadem, kolacją! All Inclusive!).
Dobra – czas opatrzeć rany na nogach, zmienić ubranie na suche i poczekać na wyniki.

c.d.n.

poniedziałek, 18 września 2017

I po co mi to było????

Uczciwie przyznam, że na DMP-y nie chciało mi się jechać, ale ponieważ oboje z Tomkiem mieliśmy bilety wstępu, więc głupio by było nie skorzystać. Za to wymiksowałam się ze startu w drużynie i lajtowo zapisałam się na trasę weterańską. A co? Swoje lata już mam.
Tradycyjnie wyjechaliśmy dość wcześnie, żeby po drodze zaliczyć jakieś trino, ale trino było w Spale, a w Spale to ja spałam. Co prawda szturchana przez Tomka na moment martwą podniosłam powiekę, ale zaraz mi opadła i tym sposobem trino nam się wściekło.  Była jeszcze opcja kolejnych trzech w Częstochowie, ale po wpakowaniu się w korki spowodowane robotami drogowymi uznaliśmy, że mamy za mało czasu. Nawet na jedzenie się nie zatrzymywaliśmy. Chyba pierwszy raz w życiu zrezygnowaliśmy z tylu tradycyjnych elementów wyjazdu.
W bazie okazało się, że młodociana część drużyny wcale nie będzie mieszkać tuż za płotem, jak było pierwotnie mówione, tylko w pieron daleko, że nogami nie warto iść. Tomek, jako kapitan drużyny cały wieczór spędził na rozlokowywaniu ich, a ja na czekaniu w sumie na nie wiem co. Potem chwilę posiedzieliśmy w stowarzyszonym gronie i dość wcześnie poszliśmy spać. W końcu następnego dnia miało się dziać!
Po śniadaniu (organizatorzy wykazali się i zapewnili posiłki na każdą porę dnia) wywieziono nas nie wiadomo gdzie, dano mapę i wysłano w teren. Obejrzeliśmy z Darkiem mapę – plątanina warstwic przecinających się wzajemnie pod niemożliwymi kątami, trochę żółtych i zielonych plam i opis, z którego niewiele zrozumieliśmy. Ja na ogół z opisów niewiele rozumiem, więc żadna nowość, ale Darek czasem coś łapie, a tym razem – nic, zero, null. Usiłował więc odpytać autora co ten miał na myśli, ale został odprawiony z kwitkiem.  W sposób skutecznie zniechęcający do dalszego nagabywania. A Darka niełatwo zniechęcić!  Znowu obejrzeliśmy mapę, przeczytali i jak nic wcześniej nie wiedzieliśmy, tak stan naszej wiedzy pozostał bez zmian. Mapa miała być zagięta wzdłuż południka, ale wzdłuż którego? - za nic nie mogliśmy wymyślić. Nie było też wiadomo czy punkty naniesione są na warstwę spodnią, wierzchnią czy i tu i tu. Za to wiedzieliśmy co oznacza białe, żółte oraz zielone paćki. Niedużo, ale zawsze coś :-)
Od mety wiodła droga prowadząca do lasu i wszyscy szli w tamtą stronę, więc i my poszliśmy. I słusznie, bo po chwili po prawej stronie pokazały się wały, takie jak na naszej mapie. Zaliczyliśmy trójkę. Czwórka była łatwa (nawigacyjnie, bo dojścia broniły jeżyny), tyle tylko, że jej nie było. Była odległość, był koniec kolejnego wału, byli czeszący zawodnicy – tylko lampionu brakowało. Ewidentny BPK.
Powoli zaczęliśmy ogarniać mapę i wychodziło, że punkty są na jednej warstwie, a druga to zwykła przeszkadzajka.  Wychodząc z tego założenia postanowiliśmy na piątkę pójść na azymut. Łatwo nie było, bo las nieprzyjazny, jak nie jeżyny, to pokrzywy, ale jakoś daliśmy radę. Z mapy nie udało nam się wywnioskować na czym punkt stoi, szukaliśmy więc na oślep. Niestety – bezskutecznie. Zaczęliśmy wątpić w naszą teorię punktów na jednej warstwie, postanowiliśmy zejść do drogi i zobaczyć co z szóstką.  Piątkę uratował nam mój pęcherz, bo za potrzebą udałam się dokładnie pod drzewo z lampionem. Szóstkę wzięliśmy tę, co wszyscy brali, bo nie byliśmy pewni, które maziaje są z której warstwy i na czym tak stuprocentowo ma być punkt. Przy szóstce byliśmy już zdegustowani  całokształtem  (mapa, deszcz, jeżyny, pokrzywy) do tego stopnia, że siódemkę postanowiliśmy odpuścić i iść od razu na ósemkę.

 Gdzieś po drodze spotkaliśmy Chrumkająca Ciemność.
 Darek zarządził, że idziemy drogą na południe i staramy się trafić na ósemkę. Było to o tyle nieskomplikowane, że ósemka była na górce, a górkę na ogół łatwo wypatrzeć. Wypatrzeć, a dotrzeć na miejsce nie jest tożsame i po zejściu z drogi znowu wpadliśmy w kłębowisko jeżyn.  Najgorsze jednak było dopiero przed nami. Odcinek między ósemką a dziesiątką znacząco wzbogacił słownictwo Darka, bo chociaż sporą część życia spędził w wojsku, to twierdzi, że niektórych słów nauczył się dopiero ode mnie.
- A żeby piiii, piiiiii to piiiiii w piiii!!!!!
- Po co piiii ten piiiii piii tutaj piiii!!!
- A żeby to piiii, piiii, piiii!!!!!
A potem było jeszcze gorzej. W pewnym momencie Darek poszedł bardziej w prawo, ja bardziej w lewo (bo każde swoim azymutem i każde inaczej omijało jeżynową dżunglę) i drogę przegrodziło mi ogrodzenie.  Usiłowałam się wycofać, potem pójść wzdłuż ogrodzenia, a potem to już tylko w ogóle ruszyć z miejsca w którąkolwiek stronę. Stałam niczym pierdoła stulecia, a jeżyny trzymały mnie za nogi, ręce, włosy, usiłowały wydłubać oczy, wiły się dookoła, dusiły, raniły, szarpały, oplatały całe ciało. Darek nawoływał mnie zza ogrodzenia (jakim cudem udało mu się tam przedrzeć???) a ja ze łzami wściekłości w oczach powtarzałam: piiii, piiii, piiii, piiii, piiii… !!!!!!!!!! Człowiek dużo czyta, to się i wysłowić potrafi w każdych okolicznościach. Wkurzała mnie tylko myśl, że po powrocie do domu będę musiała usta wyszorować domestosem, bo choć dama powinna znać wiele związków frazeologicznych, to nie wszystkich powinna używać publicznie.

Po kilkunastu minutach szarpania się w pułapce, jakoś udało mi się dotrzeć do końca ogrodzenia i z jeżyn wyszłam w pole traw wyższych ode mnie. Gdzieś w tych trawach miała być dziesiątka. Nawet na mapie nie bardzo miałam jak sprawdzić gdzie jej szukać, bo mapa solidnie ucierpiała w nierównym starciu z roślinnością. Na dołek z lampionem natknął się Darek.
Miałam dość. Najchętniej wróciłabym bezpośrednio na metę, bo całkowicie przestało mnie to wszystko bawić, ale dziewiątka podwójna z jedynką były tak blisko, że szkoda było je pominąć.  Stały w jednej z odnóg wieloczłonowego jaru. Jakiż ten jar miał potencjał! I jak bardzo został niewykorzystany :-(
Kiedy i jak wzięliśmy jedenastkę (i czy w ogóle wzięliśmy) nie mam pojęcia, bo szczątki swojej mapy spakowałam do woreczka i już tylko szłam za Darkiem. Dwójka gdzieś tam była blisko mety, na którą szczęśliwie udało się nam w końcu dotrzeć.
Na mecie Darek chciał podyskutować z autorem mapy, ale znowu został potraktowany odmownie, więc dał spokój. Zresztą co tu dyskutować … Pomysł na mapę może i był dobry, tylko na litość – nie w tym terenie! Robienie mapy wymuszającej chodzenie na azymut w totalnie nieprzebieżnym lesie to kompletna pomyłka. Nigdy więcej! W życiu!
c. d. n.