Powoli pojawiają się pierwsze wyniki. Kajakarze idą wszyscy łeb w łeb. Nasze TM-y - tak jak się spodziewaliśmy - walczyły na trasie o przeżycie, ale wróciły zadowolone i to się liczy. No, może poza jednym incydentem - jedna z dziewczyn się źle poczuła. Wymagała pomocy. Okazało się, że na mapie nie ma żadnego telefonu kontaktowego do organizatorów! Dzwonienie do nauczyciela czy kierownika drużyny buszującego po jeżynach nie zawsze jest skuteczne. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale robiąc mapy – szczególnie dla młodzieży - pamiętajmy o telefonie ratunkowym do kogoś, kto jest na stracie czy w bazie „pod zasięgiem” – zawsze można złamać nogę, wpaść do jakiejś dziury i nie być w stanie samodzielnie się z tego wykaraskać! „Uśmiałem się” argumentacją organizatorów „nie podajemy telefonów na mapie, bo mapy idą potem w świat i potem znają nasz telefon i miewamy z tego powodu nieprzyjemności, musieliśmy kiedyś zmienić numer”.
Pojawiły się wkrótce wyniki pierwszych etapów TJ i TS, a potem wyniki TR. Iza z Pawłem poszli całkiem dobrze i byli w czołówce TJ-tów. Naszego zespołu w wynikach TS E1 nie było – pewnie dlatego, że dotarliśmy na metę ostatni. W wynikach zadziwiała mnogość PM, BPK i zmian. Wkrótce okazało się, że karty sprawdzał jakiś program, który błędnie interpretował punkty podwójne zaliczając zmianę i wpisując BPK-a. No cóż, technika bywa zawodna. Tłum zaniepokojonych uczestników oblegał domek organizatorów i co chwila pojawiały się nowe zaktualizowane wersje wyników. Niknęły z nich zmiany, ale zostawały ciągle PM-ki. Okazało się, że organizator, a może bardziej budowniczy tras, każdy lampion nawet na podobnej formie terenu odległy więcej niż 5 mm od PK traktuje jako PM. Jak za czasów prehistorycznych, a nie obecnych regulacji. A nawet jeszcze rygorystyczniej – na naszym etapie pierwszym za punkty na mapie pomocniczej (w skali ok. 1:37 000) ludzie dostawali mylniaki za potwierdzenie lampionu w odległości 50 m od właściwego PK (łatwo przeliczyć, że wg regulaminu 5mm, gdzie wszystkie lampiony MUSZĄ być traktowane jako stowarzysze, to ponad 180 m!). Coś tam chyba udało się autorowi trasy przetłumaczyć, bo kilka mylniaków w wynikach ubyło, ale dalej były takie, które mylniakami być nie mogły (np. te dotyczące PK 13 na etapie 1).
| Na mapę główną (warstwicówkę) nałożony jest wycinek z mapy dodatkowej z zaznaczonym PK 13 (małe kółko) i okręgiem 5mm, gdzie każdy lampion MUSI być PS, a nie PM! Więc dla czego mamy PM w PK 13? |
Trochę zamieszania wprowadziły wyniki TR. Autor coś tam przekombinował stawiając punkty i okazało się, że jest więcej prawidłowych punktów niż myślał. Ale z tego co widziałem, sprawa została szybko załatwiona. Pojawiły się wyniki etapu drugiego – nam i naszym TJ-tom poszło znośnie. Drugie TS tu poległy. W międzyczasie pojawiły się wyniki TW – Darek zaraz zgłosił zastrzeżenie co do jednego punktu. Jako, że TW szło na trasie TJ, było to istotne, bo uznanie zastrzeżenia znacząco poprawiało wynik Izy i Pawła. Zaraz ekipa pojechała sprawdzać rozlokowanie lampionu. Oczywiście Darek miał rację!
Naszych wyników z etapu pierwszego ciągle nie było;-(
Wieczór
Na etapy nocne mieli nas wywieźć, a etap ma zakończyć się w bazie. Może wreszcie będzie mniej jeżyn! Pojechaliśmy. Zostaliśmy wysadzeni w środku lasu. Deszcz rozpadał się na całego. Wreszcie dostaliśmy mapę i ruszyliśmy. Pierwszy problem - brak skali. Gdzieś na prawo od drogi czekały nas w lesie PK 1, 2 i 3, tyle że w miejscach na tyle niecharakterystycznych, że bez skali nie do znalezienia. Trzeba jak nic przejść kawał drogi, by skalę wyznaczyć. Postanowiliśmy iść do PK 5. Wyszło ze 700m. Jest zakręt drogi, rozwidlenie, rowy obok, nawet rów poprzeczny. Tyle, że nie ma lampionu. Chodzimy, szukamy właściwie prawie wszystko się zgadza. No, może jedynie duża dziura pojawia się zbyt wcześnie. Zajęło nam to 40 minut zanim dostrzegliśmy dołki na wycinkach. Poszliśmy na północ, a nie na południe! Zgroza. Wracamy, cichaczem przemykając się obok startu, bo wstyd. Idziemy w drugą stronę i znajdujemy PK 4. Także dobre kilkaset metrów. Szczerze mówiąc znowu nie wiem jaki cel przyświecał budowniczemu – gdyby dał coś, na co można by się namierzyć i zacząć od PK 1, a tak niezależnie czy najpierw szukamy PK 4, czy skrzyżowania w bok na asfalcie trzeba z kilometr przejść bez sensu. Ale to ten „nowy budowniczy,” więc takie „błędy” się wybacza;-)
Uzbrojeni w skalę wracamy po PK 1. Wchodzimy w las i szukamy maleńkiego kopczyka przy wale (bądź rowku). Wałów znajdujemy bez liku (na wycinku raczej ich nie mamy), zaś kopczyka ani widu, ani słychu. Po długiej chwili udaje się go namierzyć. Wiemy, że z drogami do kolejnych PK cienko, więc idziemy na azymut. Znaczy, przedzieramy się … oczywiście przez jeżyny i szukamy kolejnych wałów. Coś obrodziły te wały w terenie, zupełnie jak jeżyny! 40 minut w plecy na starcie, więc nie czeszemy zbyt dokładnie i wbijamy lampiony z pierwszych pasujących miejsc, bez sprawdzania czy to na pewno dobre punkty. Wreszcie wydobywamy się na drogę w okolicach PK 4. PK 5 to miła odmiana, bo można dotrzeć drogą, Nawet jeszcze kawałek w kierunku grzybka C. Pierwsze dopasowanie – udaje się. I znowu mozolnie na azymut w poszukiwaniu kolejnego grzybka D. Tu spotykamy jakiś spory tramwaj TS-owy. Ruszamy innym wariantem w kierunku następnego grzybka, ale to wyraźnie tramwaj pospieszny i wkrótce nas dopędza. Tu źle dopasowujemy fragment i przez chwilę szukamy nie tego co trzeba. Dalej jeżyny w wersji premium. Zaliczam glebę, gdy łapią mnie za nogi, ale podnoszę się. Spotykamy surrealistyczny słupek działowy w środku krzaków. Zastanawiam się, czy nie wracać do bazy, bo czas nam się skończył. Przemek twierdzi, że mu się podoba taka extremalna przygoda (bardziej męcząca niż setki na które na namiętnie biega) i idziemy na wszystko. Właściwie to wszystko jedno, więc idziemy. I dalej brniemy na azymut. Jeszcze dwa grzybki i wreszcie wychodzimy na drogę. Można podbiec. Dwa punkty to formalność. I długi dobieg do ostatniego grzybka już niedaleko mety. Przebiegamy drogę prowadzącą na „korzonek” grzybka i zamiast wrócić lecimy na azymut. Nie wiem jak nazwać te jeżyny, skoro wersja premium już była. Takie nowe powiedzenie ciśnie się na usta „są jeżyny – jest zabawa”. I rów z wodą, a za nim płot jakichś działek. Przejścia między płotem a rowem z wodą praktycznie nie ma. Trafiamy na sterty skoszonej trawy i podesty wysypane żwirkiem, a także plamę jakiegoś nieprzyjemnie pachnącego „nawozu” (oczywiście pochodzenia organicznego), która wymyka się spod nóg i Przemek organoleptycznie ma okazję sprawdzić jakość tego produktu. Słowem hardcore. A w oddali (nie takiej dalekiej) niesie wiatr rytmy Disco Polo z dyskoteki tuż obok bazy. Wreszcie znajdujemy punkt i biegiem do bazy.
W bazie szybka kiełbaska z grilla. O, wiszą nasze wyniki z E 1! Jakieś bezsensowne PM-ki - wspomniany wcześniej PK 13. Idę poawanturować się do domku organizatorów – by sprawdzili karty poprawnie, a nie według jakichś nieregulaminowych zasad. Teraz już wiem – uprawnienia PInO budowniczego etapów dziennych i Sędziego Głównego pochodzą sprzed wielu lat. O Ile budowniczy jest jeszcze czynnym Przodownikiem, to Sędzia główny uprawnienia utracił – znaczy nie ma styczności z InO. I obydwoje jak widać nie śledzą zmian regulaminowych. Nie wiem czy to był dobry wybór organizatorów – Agnieszka lub Adam na pewno by takich baboli nie popełniali! A ciężko dyskutować z kimś, kto nie ma pojęcia o czym mówi, więc nie liczyłem na jakąś większą korektę wyników. Choć świerzbi mnie ręka by napisać paszkwila do KInO – oni teoretycznie mogą skorygować wyniki, a mam wrażenie, że by trochę to przetasowało w klasyfikacjach końcowych.
Noc.
Noc jak noc. Mało spania bo uda i kolana rozorane jeżynami i poparzone pokrzywami nie dają zasnąć. I muzyka w oddali „A Ona tańczy dla mnie…”.
Niedzielny poranek
Oczywiście przywitał nas deszcz. Wyników etapu nocnego nie widać (a szkoda) tylko jakieś podsumowanie drużynowe. Podobno były, ale przespałem. I Sędzia główny wołający kapitanów na zebranie komisji odwoławczej. Protest dotyczący trasy rowerowej. Bezzasadny, bo wnioskujący chciał potraktowania punktów wyznaczanych wg zasad dokładnie opisanych jak LOP-kę (a to nie była LOP-ka). Jednomyślnie protest odrzucony. Po śniadaniu kolejne zebranie komisji. Tym razem zamiast jednej drużyny – sztafeta. Uzasadnienie zupełnie bezsensowne. Znowu jawna sprzeczność z regulaminem i protest odrzucony. Co chwila jeszcze jakieś korekty wyników. Ja ciągle czekam, by zobaczyć swoje z etapu nocnego. Nie doczekałem się. Mamy wreszcie zakończenie. Drużynowo 5 i 8 miejsce. O włos od czwartego. Może warto było się więcej awanturować? Iza z Pawłem na TJ/TU miejsce trzecie. Rowery zdominowali Barbara z Darkiem. W weteranach bezkonkurencyjni Darek z Renatą, a Beata druga. I jeszcze jesteśmy drudzy w MiniInO.
![]() |
| Warszawa 4 czyli drużyna inetregionalna |
![]() |
| Stowarzyszona Warszawa |
Zamiast podsumowania
Wrażenia – mieszane. Na pewno widać zaangażowanie organizatorów. A sukienka Agnieszki to zupełny odlot! Brakowało mi inetgracji – nie wszyscy zmieściliśmy się w bazie, nawet integracja w obrębie drużyny była ciężka. Pogoda była jaka była, za to nikogo winić nie można. Grunt, że nie przeszkodziła kajakarzom i rowerzystom. Trasy niepiesze nie zgłaszały większych uwag do tras, znaczy było dobrze. Duży niesmak zostaje po sędziowaniu i budowniczym etapów dziennych. I oczywiście jeżyny – rozumiem, że pobliskie lasy są jakie są, ale warto pochodzić po lesie przed budową trasy i pomyśleć jak będzie uczestnik szedł z punktu na punkt. I nie przesadzać z wpuszczaniem go w maliny:-)
![]() |
| Na koniec nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotki w deszczu całego składu |




