Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niepoślipek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niepoślipek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2018

Święta rozleniwiają

Święta rozleniwiają. Wiadomo, że gwałtownie zmienia się wtedy obwód w pasie, a ubrania dziwnie się kurczą. Pamiętam jak wybrałem się na swoje pierwsze AnIno czyli lanoponiedziałkową imprezę kilka lat temu. Byłem zdziwiony, że w święta taki tłum ludzi orientuje się w lesie. Teraz mamy  lanoponiedziałkowy Gambit, więc także należało się wybrać, by stracić kilka kalorii. Niestety, Moja Druga Połowa „wymiękła”. Owszem miała „mocne argumenty”, że niby to musiała przygotować poniedziałkowe obżarstwo dla rodziny, która nas nawiedzała, ale myślę, że główną przyczyną było załamanie pogody. Ranek powitał nas deszczowy, wietrzny i niezbyt ciepły. Z pewną niechęcią zwlokłem się z łóżka, ubrałem i wybrałem do Michalina. Po drodze natknąłem się na policyjną blokadę i zatrzymywanie nielicznych pojazdów  do  świątecznej kontroli, zapewne w ramach akcji „Policyjne Jaja” czy jakoś tak. Zmarznięty stróż prawa machnął na mnie lizakiem i się zatrzymałem. Niespiesznie podszedł do auta. Popatrzył, poprosił o dokumenty. Ja już gotowałem się do świątecznego dmuchania, ale stróż prawa wykazał się wysokim wskaźnikiem domyślności i zapytał z lekkim  przerażeniem: „Na zawody? Jakie?” Nie wiem czy zrozumiał coś z mojego tłumaczenia o orientacji, tylko pokiwał ze zdziwieniem głową, coś mruknął o fatalnej pogodzie i machnął ręką bym jechał dalej.
Na miejscu już kłębił się tłum znajomych. Nie zdążyłem dojść do biura, gdy rzuciły się na mnie panny (szt. 1) z butelką wody. No cóż, kiedyś to się właśnie panny polewało, a nie żonatych panów w poważnym wieku. Ale cóż, mamy teraz gender;-)
Przyszedł czas, dostałem mapę i „pobiegłem” na trasę. Pobiegłem, bo biegiem traci się więcej kalorii, a poza tym obiecałem małżonce, że wrócę wspomagać ją w działaniach przygotowawczych do przyjęcia gości. Na mapie nie było opisu co i jak poprzekształcano, a  z tłumaczenia autora zrozumiałem, że pierścienie zamieniły się miejscami, przeskalowały i poobracały. Nic, zobaczmy. Pierwszy pierścień wyglądał na niezmieniony. No, może mapa mało aktualna, ale to pikuś. Mam pierwszy PK. Drugi pierścień podobnie. To jakieś podejrzane się wydaje, ale punkt był tam, gdzie trzeba. Na pewno trzeci pierścień musi być już zamieniony, bo nie wpasował się w otaczającą go mapę. Niby dotyka do zabudowań…  więc może tylko przekręcony? Idę, szukam i nic! Dobra, lecę dalej - mam czas i mogę tu wrócić biegiem. Kolejny pierścień… i znowu teren nijak się z niczym nie zgadza i w naturze brak jakichkolwiek lampionów. Zniechęcony biegnę do hałdy po wysypisku śmieci – znam ją sprzed roku i tu dopasowuje się dobrze pierścień z ortofotomapą.
Góra śmieci to było nie lada wyzwanie - na rozmokniętej glinie zjeżdżały nawet moje buty z agresywnym bieżnikiem!
I kolejny mały pierścień z PK 12 także jest na swoim miejscu. No, może trochę źle odwzorowane są młodniki, ale nie ma żadnych stowarzyszy tam gdzie szukałem pierwotnie. Szukam chwilę PK 8, bo ortofotomapa jest tu mało czytelna. Odkrywam, że jak nic, do tego miejsca pasuje także jeden z innych pierścieni. Nie zgadza mi się to z koncepcją przekształceń którą usłyszałem na starcie! Z krzaków wypada Leszek. Odpytuję go czy dobrze zrozumiałem koncepcję przekształceń i okazuje się, że myślałem źle. Pierścienie mogą być „gdziekolwiek”. To zmienia postać rzeczy, bo w  miejscu, w którym jestem, nakładają się 3 pierścienie, a ostatni bez problemu wpasowuję tam, gdzie być powinien. Zostaje mi troszkę się wrócić, podbić co trzeba i lecieć na ostatnie punkty. Zagwozdkę mam dopiero przy ostatnim PK 11. Na mapie jest on zaznaczony w miejscu, gdzie do drogi dochodzi jakaś ścieżka, na tajemniczym czarnym obiekcie. Obiekt ten przypomina trochę przepust. W terenie są dwa lampiony – jeden przy ścieżce (jakby ciut za blisko) i drugi przy jakiejś odnodze ścieżki, ale przy zasypanym dole/rowie i czymś, co wygląda na przepust. Niby trochę za daleko, ale to czarne na mapie musi coś oznaczać! Stawiam na przepust. Jak się potem okazuje to wcale nie był przepust tylko…. ostatnia literka „i” nazwy ulicy! Słowem „przegrywam”, a szkoda bo etap był łatwy.
Jest jeszcze w miarę wczesna godzina, więc decyduję się na BnO. Na wszelki wypadek najkrótszy dystans, bo oczami wyobraźni widzę Żoną z wałkiem czekającą w drzwiach na spóźnionego męża…
Niestety, okazuje się, iż święta zeżarły całą moja kondycję. Biegnę niczym mucha w smole. Podbijanie karty trwa godzinami, pewnie ze zmęczenia. Na dodatek z ostatniego PK odbiegam w złym kierunku. Wstyd. Owszem wygrywam kategorię, ale nie jestem zadowolony z biegu. Muszę porządnie potrenować. Tym bardziej, że zapisałem się na prawdziwy maraton. Właściwie ultramaraton, taki po górach i z punktami ITRA. I jak nic muszę zmieścić się w limicie czasu, ale na razie to marnie wygląda;-(

czwartek, 15 marca 2018

LONG z naddatkiem

Jakoś ciężko biegało mi się w tygodniu, a tu za pasem RDS i trzeba trochę się poruszać. Bieganie na bieżni w siłowni to nie to: gorąco, przeszkadza muzyka, duszno i bieżnia nie lubi zmiennego rytmu kroków. Padło na zawody kontrolne long. Renata wybrała trasę ok. 6 km, to ja zapisałem się na trasę 12 km – powinniśmy przybiec w miarę razem na metę.
Niedziela przywitała nas piękną wiosenną pogodą. Na stracie dobrze ponad setka ludzi! Już w kolejce do zapisów dopadł mnie Andrzej – chciał się zamienić na trasy. Oryginalnie zapisał się na najdłuższą, ale złapał jakąś kontuzję i skracał dystans. Skoro żona zgodziła się poczekać, to nie ma sprawy – wziąłem co dają, znaczy trasę ponad 18 km. Co to jest to 18+1 (1 to prolog sprint) wobec RDS-u?
Mapa wydana – dwustronna. Punktów jak mrówków i motylków także. Pierwszy PK gdzieś na drugim końcu świata – kilka km przebiegu! I to bez żadnej drogi, tylko same coraz mocniej zielone obszary. I tak co najmniej 2 km. Masakra. Ale jeszcze na strat sprint taki około kilometrowy. Miał być masowy ale 130 osób to sporo na taki krótki odcinek. Losowo zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, nie wykazałem czujności i załapałem się na tę drugą. Pierwsza z okrzykiem pobiegła w las, a my dostaliśmy zwoje mapki. Takie wielkości paczki papierosów z 7 PK, z tego pierwszy „obowiązkowy”. Wybiła nasza godzina i pobiegliśmy. Za tłumem. Nawet nie było wielkiego tłoku przy pierwszym PK – las fajnie rozbija stawkę, nie tak jak sprinty miejskie.
Prolog zaliczyłem lewoskrętnie i „grzecznie” wróciłem na właściwy start, zamiast skrócić przebieg i od razu biegnąć na  ten odległy PK 1. Po drodze spotkałem grupkę bezskutecznie szukającą jakiegoś PK (potem okazało się, że trasa 12 km miała źle na mapie zaznaczoną lokalizację pierwszego PK – dobrze, że się zamieniłem!) Niedługo potem zaliczyłem pierwszą glebę – niegroźną na szczęście. Chwilę potem drugą – niestety gorszą w skutkach – obiłem i tak obolałe jeszcze po Spacerze z Mapą (i ogólnie bolące) kolano. Dalej trzeba było kuśtykać. A niby zamieniłem się z kontuzjowanym Andrzejem – teraz jesteśmy obydwaj po równi „kontuzjowani” ;-)
Pierwszy PK przestrzeliłem w lewo i wypadłem prawie na PK 2. Bo z jednej strony kompas moscow wskazuje co lubi, a z drugiej strony, jak sprawdziłem po fakcie, północ na mapie nie była północą w terenie i odchylenie zgadza się idealnie;-)  Przy drodze pomiędzy tym PK 2 do właściwego PK 1 z górki zbiegały dwie sarny (czy inna rogacizna – nie rozpoznaję dokładnie) z takim impetem, że mało nie rozdeptały zawodniczki idącej równolegle do mnie, ale na dole wydmy! Jakie to BnO jest niebezpieczne!
Dobra, po łyku wody na PK 1 pobiegłem dalej. Im dalej, tym lepiej szło. Co chwila spotykałem Przemka, który był na trasie najdłuższej, ale wyraźnie miał podobny wariant i tak jakby przewagę jednego PK. Tyle że on był zaopatrzony jak na setkę – stuptuty, picie, wałówka, a ja zaczynałem odczuwać pragnienie. Dobrze, że punkty nie były zdechłe  i opadłe jak na ostatnim FalInO (tam lampiony poniewierały się na dnie dołków). Było kilka PK typu „samotny dołek w rozległym lesie” i bałem się, że jak nie trafię w dołek dokładnie, to będzie czesanie, ale litościwie lampiony świeciły się z daleka. I znowu Przemek przemyka! Co chwilę znosiło mnie w lewo. A najbardziej widowiskowo przy PK 7 - chciałem „obiec” zielone od północy, a w efekcie obiegłem od południa. I PK 9 – niby znany z „prologu”, ale coś mi się pomyliło, znalazłem podobny dołek, ale bez lampionu i zgłupiałem. Praktycznie dobiegłem do startu i jeszcze raz się namierzałem, tym razem skutecznie. PK 10 był inaczej w terenie i inaczej na mapie – szukałem go z rozpędu przy punkcie nawodnieniowym!
Druga strona mapy. Wydawało mi się, że jestem w połowie, ale patrzę, a tu do potwierdzenie PK 11-32! Dwa razy więcej niż na pierwszej stronie!
Nic, trzeba biec. Co tu dużo opisywać – z upływem czasu coraz mniej ludzi w lesie, a nogi pracują coraz wolniej. Na przedostatnim motylku znowu Przemek, ja dopiero ruszam na pętelkę, on wraca. Może jak się postaram, na mecie będziemy razem! Koniec motylka PK 20. Widać go z daleka, więc lecę na skróty. Wykańczające – las z bruzdami i przeskakiwanie z bruzdy na bruzdę daje popalić. Przede mną najdłuższy przebieg na PK 21, czyli moją jedynkę. Wybieram wariant drogowy, trochę naokoło, by ominąć te zielone plamy w środku mapy. I znowu PK z wodą co ratuje życie! Gdzieś w oddali przemyka zielona koszulka – znaczy nie jestem sam! Wracając z motylka widzę zmierzającego do niego jakiegoś zawodnika w czarnym ubraniu – świeżo to on nie wygląda i od razu przyspieszam kroku. Telefon od żony, bo już punkty i metę zwijają – mi zostały jeszcze trzy! Na szczęście ich nie zwinęli!
Tą metę broniła własną piersią Renata! Widać nawet but którym broniła;-)
A metę Moja Druga Połowa, niczym Rejtan, uratowała własną piersią! Okazuje się, że Przemka jeszcze nie ma!
Meta: 14:26:38

Wyniki się drukują

Czyli nie jest źle (miał kilka kilometrów więcej, ale zwykle wyprzedzał mnie znacznie więcej na takim dystansie – a wręcz dublował)! Wydruk dostałem taki niepełny (Renata to miała miejsce, a ja mam czyste godziny podbicia PK) bo komputer się już zwinął. Czas mety 14:26.38 czyli zeszło jakieś 3 godziny i niecałe 3 minuty (startowaliśmy chyba o 11:24 czy jakoś tak) i coś ciut powyżej 20 km. Grunt, że przeżyłem – bo ponoć sporo osób poddało się i nie zaliczyli wszystkiego na dłuższych trasach!
Pomiar śladu GPS wykazuje 20 350 m

czwartek, 1 marca 2018

Z mapą na mróz

Przed zawodami zastanawialiśmy się, kto do którego PK przymarznie. Bo szykowały się chyba najzimniejsze zawody tej zimy. Renata wyczuwając pismo nosem (no, może bardziej patrząc na termometr) przezornie nie zapisała się na start. Ja niestety, jak przystało na mężczyznę, zapisałem się na trasę nienormalną.
Przybyłem na start, gdy baza była jeszcze w proszku. Mapy się kleiły, bannery rozwieszały się i szukano chętnych do rozstawienia punktów. W szatni wszyscy zastanawiali się, co by tu na siebie jeszcze założyć, by za bardzo nie zmarznąć.
Co chwila pojawiali się znajomi, ale tak zamaskowani i poowijani, że ciężko było ich rozpoznać zanim nie wydali głosu;-)
Litościwie start zrobiono tuż za oszklonymi drzwiami – zawodnicy rozgrzewający się przy kaloryferze mogli patrzeć na zegar i wybiec we właściwej chwili na zewnątrz.
Wreszcie przyszła moja minuta na wejście do boksu. Wydano nam mapę raczej minimalistyczną. I nie dla ślepych. Na kartce A4 sama mapa z 22 PK zajmowała stanowczo mniej niż połowę kartki. Plątanina kresek, punkty wielokrotne i w tej plątaninie pierwszym wyzwaniem było znalezienie startu. Godzina wybiła i ruszyłem. Do PK 1 – na drugi koniec mapy nawet dobiegłem sprawnie. Podobnie na PK 2 i PK 3. Na PK 4 przelot znowu na przeciwległy koniec mapy. Biegnę sobie i wypatruję na mapie jak się przedostać przez płoty, a tu nagle rzuca się na mnie władza. Konkretnie jakaś mało żywa władza w postaci „martwego policjanta”. No cóż… zmrożony asfalt jest stanowczo bardziej twardy niż taki, co rozpływa się przy plus 30 stopniach. Rozbiłem sobie kolano i wiarę w lepsze jutro. Wstałem, sprawdziłem czy nic mi nie odpadło i ruszyłem stanowczo wolniej do PK 4. Takim zmęczonym starczym truchtem, jak to wypada w mojej kategorii wiekowej.
Co tu dużo pisać – wlekłem się, co chwila odwiedzając te same miejsca, wokół coraz mniej światełek i zostałem sam. Zastanawiałem się, czy mi punktów nie zdejmą, jak kiedyś Renacie. Po prawdzie jak przybiegłem na metę, na placu boju zostały chyba jeszcze trzy osoby – jednak startowałem w końcówce. Tyle, że zebrałem wszystkie PK właściwie, ale wynik nie wyszedł najlepszy. Tak to jest, gdy ślepy zabiera się za bieganie po nocy;-( A na przyszłość – proszę o usunięcie tych martwych policjantów z mojej trasy!

GPS także zgłupiał po wywrotce i zarejestrował dziwne przebiegi

niedziela, 25 lutego 2018

Skorpion z grypą cz. 2

Niestety, grypa ma w sobie to, że całkowicie wysysa moce twórcze. Do tego stopnia, że zostaje mi dokończenie relacji;-(
Najpierw chciałbym sprostować wszelakie pomówienia i niedomówienia:
Na PK 12 poszliśmy wariantem „prawie autorskim”, bo ile można deptać po InoStradzie? Przed nami, na właściwym azymucie widać było jakiś samotny ślad. Ja się nie dziwię, bo pod górkę było „prawie na czworaka”, ale odkąd Renata ma nowe buty nie może narzekać, że gdzieś się nie da podejść – buty chwytają się wszystkiego (poza lodem) jakby były fabrycznie smarowane kropelką:-). Tak więc wleźliśmy pod stromą górę i zaczęliśmy schodzić uroczym, nie deptanym przez nikogo jarem. Było tak pięknie, że zostało nam tylko cykać fotki niczym japońscy turyści.
Cyk, cyk cyk niczym japońscy turyśli

Wracając do grypy – ja na trasę wyruszyłem już z objawami – świszczący oddech, boląca głowa (nie znalazłem w domu termometru by sprawdzić, czy jest temperatura, ale wszystko wskazywało, że jakaś tam jest). Po cichu łykałem paracetamol i udawałem, że wszystko jest ok.
Po PK 12 poszliśmy drogą „prosto” na PK 5. Prosto, bo droga w pewnym momencie zanikła (tzn. została założona jakimiś powalonymi drzewami). Kawałek drogi przeszliśmy „na celowniku” myśliwych. Ostatnio czytałem artykuł jak to poszli dwaj myśliwi na polowanie, a wrócił tylko jeden…. Jakoś tak przyspieszałem mimowolnie kroku widząc za sobą człowieka ze strzelbą;-)
Po PK 5 idziemy na PK 6. Grzbiet, droga w lewo. Coś mało wydeptana, ale są ślady naszych. Do pewnego momentu, potem śladów coraz mniej. Jakiś jeden z lekka zasypany odbija na północ. Kierunek dobry – idziemy. Przed nami jar. Z mapy nie wynika by tu miał być jakiś jar! Coś nas najwyraźniej zniosło. Brniemy dalej. Jakaś InoStrada, na początku ma w miarę dobry kierunek, ale skręca nie tu gdzie trzeba. Zataczamy wielkie koło i… widzimy przed sobą człowieka (niebieskiego) którego przegoniliśmy na PK 5. Teren zaczyna mi pasować do mapy. Renacie nie pasuje. Jednak idziemy „po mojemu” i za chwilę trafiamy na jar – jesteśmy w domu - to musi być jar z punktem! I odnajduje się niebieski. Idziemy dalej tym razem już po wyraźnych śladach poprzedników. PK7 i PK 8 bez historii, InoStradą.

Przed nami dłuuugi przelot do PK 9. Tak w połowie dostajemy smsa od Stowarzyszonej ekipy, że właśnie zaliczyli PK 8. Wcześniej wyprzedzaliśmy ich ponad 1 PK, a ta wredna szóstka spowodowała, że prawie nas doganiają! Próbujemy podbiegać, ale nierówny i śliski teren nie sprzyja. Skracamy ile się da. Przy PK 10 chyba jest z nami niedobrze, bo widzimy… różowego psa. Tzn. psa w różowym kubraczku. Ponoć takie widoki to bywają na setkach, a nie na 30-tym kilometrze pięćdzisiątki! Przy ognisku spotykamy…. Huberta. O dziwo „po cywilnemu”, a już liczyłem, że biega w kółko poszukując bezskutecznie lampionu;-)
PK 10 - fot Hubert

PK 10 fot Hubert
Do PK 11 InoStrada. Tak już jest w drugiej połowie etapu. Wybieramy wariant „granicą lasu”. Dochodzimy do skrętu w lewo. Patrzę na mapę – do punktu powinno być 500m. Liczę kroki. 300, 400, 500, 700 m. Coś nie tak. Jakieś pojedyncze ślady schodzą w dół. My także. Cofamy się szukając jaru. Nie ma! Dochodzimy do miejsca gdzie jednoznacznie się identyfikujemy –PK powinien być jednak dalej! Coś kłamie ta mapa! Wracamy po śladach i wkrótce widzimy Stowarzyszony tramwaj podbijający PK 11. Wyprzedzili nas niedobrzy, gdy błąkaliśmy się po zboczu! Podbijamy PK i ruszamy za nimi. Tu odzywa się żyłka sportowej rywalizacji - tramwaj rusza niczym Pendolino! Wybieramy nasz własny wariant i niedługo doczepiamy się jako ostatni zdyszany wagonik do Pendolino. No tak – my tak szybko nie chodzimy, a ostatnio coś nie podbiegaliśmy! Nic dziwnego, że nas dogonili!

PK 13 – bardzo fajnie ukryty, wymaga pokonania stromej ściany, ale tramwaj potrafi wszystko! Dalej do PK 16. Ja mierzę czas na zegarku. Wchodzimy w jar, liczymy odległości i odnogi. Mamy rozwidlenie, tu powinien być lampion, ale nie ma! Komuś wychodzi, że ciut za blisko, o jakieś 500m. Idziemy dalej. Jest lampion, ale zakręt wąwozu jakoś tak niezbyt wyraźny. Idziemy kawałek dalej, ale wygląda jakby jar się kończył. Nie ma sensu czesać, bierzemy co jest i wracamy do zauważonej wcześniej wygodnej drogi w kierunku PK 17. Zaczyna się ściemniać, czas wyciągnąć latarki. Wychodzimy do Ponikiew i wiemy, że na PK 16 to musiał być stowarzysz. Idziemy i idziemy, droga się dłuży. W okolicach PK 17 w lesie widać czołóweczki. Skracamy po śladach i wkrótce PK jest nasz. Dalej w dół. Niby marszem, ale tempem niezłego truchtu. Do PK 18 odmierzamy się dokładnie i lampion jest, gdzie być powinien. Wcześniej tradycyjna fotka na 44 km (mój krokomierz pokazywał więcej, ale on kłamie z zasady!)
Na metę dalej InoStradą. Na przełaj przez zamarznięte pola. Dochodzimy do krzaków i jaru. Chwila zastanowienia i wpadamy w jar. Nie wiem czy to był najlepszy wybór, bo jar szedł trochę naokoło, prawie koło PK1! Nasze Pendolino całkiem sprawnie sunęło tym jarem. A na asfalcie włączyło 5-ty bieg. Myślałem, że do mety dojdziemy wszyscy zgodnie, ale lokomotywa zaczęła przyspieszać. Zostało nam biec za nią. Ostatni chrumkający wagonik niestety nieprzyzwyczajony do prędkości kosmicznych odpadł, a szkoda;-(

Potem okazało się, że ten bieg to słuszna decyzja – mixy wygraliśmy różnicą…. 3 minut!


wtorek, 30 stycznia 2018

Łosie, rekiny i inne atrakcje na Śnieżnych Konwaliach

Rzadko startuję samotnie. Ale czasami trzeba. Szczególnie gdy to trzeci start w miesiącu i Druga Połowa „regeneruje się”.
Miało być łatwo szybko i przyjemnie. Temperatura niezimowa: 5-8 stopni, brak śniegu, czyli tak jesiennie lub wiosennie.
W ostatniej chwili do wyjazdu dopisali się Ewa i Krzysztof, więc raźniej było jechać na  „drugi koniec kraju”. Niestety, ten „drugi koniec” jest daleko, a wyjazd po południu z Warszawy jest ślimaczy, nawet autostradą. Z tradycyjnym postojem na pizzę (tym razem Jarocińską) dojechaliśmy do bazy gdzieś koło 22. Sala już w połowie zapełniona. Dokładnie w połowie, bo drugą połowę zapełniły dwa psy z właścicielami. Niby po to by „nie przeszkadzać uczestnikom”. Widzę, że z psami jest dokładnie jak z moimi kotami – w nocy one zajmują 80% przestrzeni spalnej, a my z żona zwisamy gdzieś na boczku, by nie przeszkadzać kotkom;-)
Dobra, nie ma co narzekać, w kupie raźniej;-) I na sali były luksusy – podłoga wyłożona filcem i puzzle do spania. Puzzle takie piankowe – składało się dwie sztuki i otrzymywaliśmy całkiem wygodne legowisko;-)
W bazie przywitała nas ekipa Orientopu
Przed spaniem mały wywiad środowiskowy – wszyscy znajomi liczą na mecie na „dobre miejsce” - znaczy ci, co zwykle są w pierwszej trójce, chcą załapać się do pierwszej trzydziestki;-) Ot, to takie specyficzne zawody, gdzie zwycięzca zwykle ma czas dobrze poniżej pięciu godzin! I jak tu z takim konkurować?
Poranek. Na dworze mokro. Coś tam siąpi z nieba. Temperatura zgadza się z prognozami – znaczy ciepło. O 8:30 ma być podsumowanie PMnO za rok 2017. Zamówiłem sobie dyplom, a co! Nawet dwa dyplomy! Będą na pamiątkę. Nawet po cichu zamówiłem dyplom dla Renaty – niech ma;-)
Ja się na podium nie załapałem, ale Przemek dzielnie Stowarzyszy reprezentował
Oczywiście część oficjalna się opóźnia i wychodzimy przed szkołę „do autokarów” z opóźnieniem. Tym bardziej, że autokarów przed szkołą brak. Tłum się kłębi, a autokarów nie ma. Wreszcie ktoś przybiega, coś krzyczy i tłum rusza za nim. Jak się okazuje „przed szkołą” można rozumieć zupełnie inaczej;-)
Mapy dostajemy przy wejściu do autokaru. Dwustronną mapę. Jest chwilka czasu na analizę wariantu. Jedyne możliwe kombinacje – na początku na części z mapą o skali ok 1:10 tys. Do decyzji czy zacząć od piątki, od siódemki, czy jakoś inaczej. Druga połowa trasy (chyba dłuższa) to już typowe dla szybkobiegaczy – wyraźne przecinki, większe odległości, jedyna słuszna kolejność zaliczania punktów. Dojeżdżamy do Strączy Starych. Start jakoś tak się rozmywa – część już biegnie, część się jeszcze gramoli z autokarów. Ja jakoś przeoczyłem moment startu i ruszyłem w ariergardzie. Widzę, że Przemek i kilku szybkich odbija od razu w prawo do piątki. Ja się zastanawiam czy od piątki, czy od siódemki. Widząc tłum lecący prosto do siódemki, decyduję się zacząć od PK 5. Nie lubię tłoku i kolejek do perforatora. Fajny sosnowy las i za chwilę zaczynam ścinać na azymut. Dodatkowo jeszcze wpadam na pomysł z PK 5 na PK 1 polecieć przez PK3, bo akurat drogi prowadzą w tym kierunku. Przede mną ktoś biegnie, ale gubię go przed PK 3. Kogoś widzę przy PK 2. Słowem fajnie i pusto. Co chwila słyszę jakiś głosy i rozglądam się czy ktoś mnie dogania. Okazuje się, że to jakieś gęsi czy inne ptaki przelatujące kluczami na niebie wydając niepokojące odgłosy.
Koło PK 6 spotkałem tłumy. Tłumy TP25, dla których to był drugi PK. Tłum z daleka wskazywał przejście po grobli pomiędzy jeziorkami (z mapy nie było pewne czy jest to suche przejście), ale dwudziestkopiątkowicze wyglądali całkiem sucho. Spotkałem tu Katarzynę, którą dokładnie odpytałem, czy daje się przejść suchą nogą.
PK7 malowniczy "brzeg polany"
Pora na wyjście z mapy dokładnej i jestem na PK 14. I pierwsza wtopa – pomyliły mi się strony nasypu i zszedłem w  prawo zamiast w lewo. Po chwili brnięcia skrajem dzikowych chaszczy odkryłem, że miałem być po drugiej stronie nasypu, więc na czworakach na górę i dalej na azymut na PK 15. W efekcie dogoniła mnie (i przegoniła) ekipa, która była spory kawałek za mną.
Z PK 15 na PK 8 – żadnych oczywistych dróg, mapa jakaś taka blada, deszcz pada coraz mocniej. Biegnę jakąś drogą, która chyba jest na mapie. Nagle kamień i leżę jak długi. Obtarte kolana. Grunt, że okulary całe! Sprawdzam czy nogi normalnie zginają się w kolanach i ruszam dalej.
Przy PK 8 tłum. Przemoczona  Ania, jeszcze suchy Orientop. Punkt „mokry”, ale udaje się go podbić bez większych strat. Teraz mostkiem przez rzeczkę na PK 9. Gdzieś tu z naprzeciwka biegnie Piotrek Kwitowski, Staszek Kaczmarek. Hmmm, czyżbym był w zasięgu czołówki? Chwila samozadowolenia i na otrzeźwienie babol – szukam lampionu nie w tym jarze co trzeba. Czasowo strata nieduża, ale samoocena mocno w dół;(
Na dziesiątce znowu spotykam Kasię z TP 25 – robi mi pamiątkowe zdjęcie.
Teraz mój wariant autorski: PK 10 i PK 11. Z pomiarów w autobusie wyszło mi to troszkę krócej niż potem przelot PK 18-11-13. Jest jeden myk: rzeczka pomiędzy PK 11 i PK 12. Na mostku wydaje się „do przejścia” , a jakby co, mokre buty daje się przeżyć. Z PK 11 przecinka do rzeczki. Z naprzeciwka idą ludzie – podpytuję ich czy przechodzili przez rzeczkę. „Po kolana” słyszę. Nie jest źle! Spotykam kolejną ekipę. Mocno zdezorientowaną. Podpowiadam im, że szukają zdecydowanie za wcześnie PK 11. Oni także przeprawiali się przez rzeczkę. Tyle, że „po szyję”…. Nic, lecę dalej – zejście do rzeczki. Mokradła. Z kępki na kępkę – nie jest źle. Widać jakiś samotne duże drzewo. Niedaleko. Trzciny coraz wyższe, kępki jakieś takie dziwnie pływające. Mlask  i noga wpada mi po udo. Jedna noga. I chce głębiej… wciąga i wciąga… Chwytam się jakiegoś krzaka i się wydobywam. Grunt, że buta nie zabrało! Coś zimna ta woda. Idę ostrożniej. Już mi wszystko jedno. Na szczęście dno stabilniejsze, ale nagle plusk i … niestety bielizna mokra.  Wreszcie wypełzam na suchy ląd. Nie powiem by było mi jakoś ciepło. Nogi ruszają się z oporami. Stwierdzam brak prawego stuptuta – musiało mi go wciągnąć to pierwsze bagno. Jakby ktoś widział w tych okolicach łosia, czy inne błotne zwierzę spacerujące w moim stuptucie, to proszę mu przekazać, że liczę na zwrot mojej własności!
Wychodzę na jakąś łąkę. Droga z gliną klejąca się do podeszw. Warto by pobiec by się rozgrzać, ale droga skutecznie łapie za buty i próbuje je zdjąć. Bez butów to by było głupio, więc zwalniam i zziębnięty poruszam się w żółwim tempie. Znajduję dziurę w ziemi z PK 12.
Dalej na południe. Niestety tą błotnistą łąką. Na azymut do lasu. Chaszcze, powalone drzewa… standard. Gdy trafiam na asfalt sprawdzam dokąd prowadzi – niestety, to ta droga na „teren prywatny”. Byłby o fajny skrót, ale okazuje się, że właściciel tego terenu miał zbyt dużo siatki i poogradzał jakieś straszne połacie pola. Zostaje obejść od zachodu, niestety droga ciągle błotnista. Wlokę się do PK 16 powoli się rozgrzewając. Na szczęście dalej do PK 17 jest sensowna droga i można podbiec. Wysycham i uśmiech wraca na twarz. Ścigam się z kolegą, któremu podpowiedziałem, że PK 15 jednak stoi. Dalej dłuuuugi przelot na PK 13. Na mapie jest droga przez pola. W terenie także droga się znajduje. Przede mną biega jakiś lepszy biegacz. Najpierw się oddala, a potem zwalnia i idzie jakoś „bokiem”. Po chwili wiem czemu – droga zamienia się w grzęzawisko rozjeżdżone traktorami. Próbuję iść po polu – okazuje się całkiem twarde i mało przylepne! Świta mi diabelski pomysł: skoro droga jest grząska a pole dobre, to czemu nie skrócić na krechę? Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Ten przede mną to zauważył i także próbuje skracać, ale po chwili się wycofuje. Mam szansę go dogonić, Wkraczam na pole zbronowane „w poprzek” i … zapadam się do połowy łydek, ziemia próbuje stanowczo zabrać mi buty. Grunt wygląda na twardy, ale taki nie jest. Na szczęście trafiam na jakiś twardszy fragment, ubity przez traktor, bo inaczej do asfaltu dotarłbym bez butów, które pochłonęłaby glina.
Efekt ścinania przez pola do PK 13 krok w prawo lub lewo można było zapaść się po łydki
Teraz kawałek asfaltem. Biegnę po wszelakich kałużach by spłukać glinę z obuwia. Mijam jakiś zator na drodze, wóz strażacki i radiowóz na sygnale, policjant kierujący ruchem zatrzymuje auta bym mógł przebiec. Dobiegam do linii kolejowej…. Której nie ma! To już drugie tory, które ktoś zwinął (pewno by ułatwić ich przekraczanie). Mam wreszcie PK 13. Tu dopędza mnie sam sędzia główny PMnO. Po chwili zaś dopędzamy dwie dziewczyny z psem. Ścigamy się tak do sklepu w Krążkowie. Ja się nie zatrzymuję i lecę dalej. Jakiś szybkobiegacz mnie wyprzedza, ale za wcześnie odbija w las w poszukiwaniu PK 19 i go doganiam przy lampionie. PK 19 szukam jedną górkę za wcześnie – zmęczenie chyba zaczyna się pojawiać. Do PK 21 na azymut i coś mnie znosi w lewo - to na pewno zmęczenie! Dopadają mnie dziewczyny z  pieskiem.

PK 21 na malowniczej górce
Do PK 22 droga prosta jak drut, biegnę ile sił i im uciekam. Tu wyjmuję czołówkę, bo następny PK będzie po ciemku. Niby droga prosta, ale coś nie zgadzają się przecinki. Jest ich więcej niż na mapie. Liczą je uważnie. Po drodze spotykam tego, co mnie wyprzedził przy PK 19 - leci w dziwnym kierunku. Zawracam go i skierowuję właściwie na PK 24. Patrzę na swój zegarek co „teoretycznie” liczy dystans z kroków (teoretycznie, bo niby działa na marsz, a nie podbieganie) i widnieje na nim liczba bliska 44. Wiadomo 44 kilometr to czas na selfie, smsa i te sprawy. Wychodzi mi, że będzie to w miejscu, gdzie mam skręcić na północ. Dobiegam, staję, wyjmuję telefon, cykam fotkę.

Tradycyjne selfie na 44 kilometrze
I dostaję zaćmienia. Zapominam, że mam przebiec przecinkę na północ i uznaję, że jestem przy PK 23. Zaczynam poszukiwania. Wiadomo, że ciężko się szuka gdy jesteśmy w złym miejscu. Teren co nieco się zgadza – skrzyżowanie na górce i niewielkie obniżenie tam gdzie być powinno. Wydaje mi się, że szukam godzinę. Ze śladu GPS wynika, że tylko dwadzieścia kilka minut. Przy PK 24 ponownie doganiam dziewczyny z psem. Chwilkę idziemy razem, ale one zaczynają zwalniać. Decydujemy, że będziemy próbowali się przebić „na krechę” do PK 25, by skracać dystans. Ja trochę podbiegam, znajduję drogę z odpowiednim azymutem i wbijam się w mokradła. Spoko, nie takie mokradła dzisiaj przechodziłem. Tyle, że mokradła stają się coraz głębsze. Światło latarek zasłaniają trzciny. Co chwila wpadam coraz głębiej i głębiej. Dochodzę do miejsca gdzie kończą się trzciny i zaczyna bezkresny przestwór oceanu… znaczy jeziora Młyńskiego Małego. Co tu dużo pisać, w nocy nawet to jezioro „Małe” wydaje się duże, plusk fal wygląda jakby wkoło pływały stada rekinów i piranii… Rzutem na taśmę znajduję jakiś rozwalający się pomost i wypełzam nim na suchy brzeg. Idę dalej szukać przesmyku pomiędzy jeziorami i trafiam na dziewczyny z psem, które poszły trochę naokoło i doszły tu suchą nogą. Idziemy dalej, widać jakąś ścieżkę ze „śladami naszych”. Coraz bardziej błotniście, grząsko, bagiennie. Mi to już wszystko jedno, a dziewczyny starają się skakać z kępki na kępkę, starając się jak najmniej zmoczyć. „Sucha droga” prowadzi w złym kierunku, ja idę na zwiady głośno chlupiąc w wodzie by odstraszyć pływające wokół piranie i innego zwierza i krusząc cienką warstewkę lodu, która tworzy się na wodzie. Trafiam na kępki, które coraz bardziej pływają, wygląda, że zaraz będzie jakiś ciek, wydaje się, że za nim świeci już odblask lampionu, daję krok do przodu i… chlup tracę grunt pod nogami. Wpadam po pas lub lepiej. Dobrze, że telefon wodoodporny, ale mój zegarek-krokomierz wg instrukcji wcale wodoodporny już nie jest! Udaje mi się czegoś złapać i wypełznąć na „suchszy” ląd. Odwrót. Nie da się tędy przejść, a pływać nie zamierzamy.
Mozolnie okrążamy jezioro. Rękawiczki, co były w kieszeni – mokre. Dłonie mokre i nie chcą wyschnąć. Ogólnie zaczyna mi być zimno. Po PK 25 zostawiam dziewczyny i biegnę, by nie zamarznąć. Wyciągam z przemoczonej kieszeni zapasy na czarną godzinę – żelki. Niestety zgrabiałe dłonie i większość żelek się rozsypuje! Zgroza! Sięgam po ogrzewacz chemiczny – rozrywam opakowanie i troszkę to pomaga. Znajduję ostatni PK 26 i na metę.
Wreszcie na mecie!
Ślad GPS pokazuje prawie 65 km! Na PK 21 i 25 straciłem dobrze ponad 40 minut – bez tego błądzenia miałbym zaplanowane „osiem godzin z hakiem”.  Co ciekawe, gdy na mapie wyznaczyłem moja trasę tak jak się wyznacza dystans „do pomiaru” wyszło mi 54 km, czyli prawie jak w komunikacie technicznym. Skąd wzięło się to dodatkowe 10 km??? I jak tu wierzyć długości trasy podawanej przez organizatora;-)

niedziela, 31 grudnia 2017

Zagubione antenki

Ostatnia tegoroczna impreza MnO w postaci OrtInO. Zaczęło się pechowo – w ramach intensywnych przygotowań do Ełckiej Zmarzliny Moja Druga Połowa nadwyrężyła sobie wiarę w lepsze jutro, a dokładniej kolano. Bo my się przygotowujemy tak matematycznie do tego startu – na reprezentatywnej próbce dystansu docelowego (jakieś 10%) testujemy nasze możliwości i ekstrapolujemy wynik na cały dystans. Ta ekstrapolacja wychodziła całkiem optymistycznie aż do tej awarii kolana. Teraz zastanawiam się jak ekstrapolować to kolano na cały dystans…
Ale wracając od OrtInO – chcąc nie chcąc poszedłem sam. Wiadomo – po ciemku niedowidzę, a szukanie elementów wspólnych na ortofotomapach nie jest moją najmocniejszą stroną. Dostałem mapę pełną choinek i gwiazdek z pourywanymi antenkami i poszedłem w świat. Wydawało mi się, że na choince widzę jakąś większą ulicę - czyżby Trasa Toruńska? Na szybko poprzypisywałem brakujące antenki do gwiazdek, a nawet powymieniałem pomieszane elementy choinek. Gorzej było to wszystko połączyć w kupę. Był niby tajemniczy „schemat” u dołu, ale dużo on nie pomagał. Podbiłem PK na gwiazdce startowej i poszedłem w stronę Trasy Toruńskiej. Ooo, jakieś bloki podobne do tej drugiej gwiazdki! Patrząc na cienie wyszło, że gwiazdka musi być obrócona o 180 stopni – jest budynek pomiędzy blokami i jest lampion tam, gdzie być powinien! Dobra nasza! To teraz trzeba by poszukać tej urwanej antenki – pasuje tu PK L lub PK N. Chodzę, patrzę, nic się nie zgadza, lampionów brak. Odpuszczam i idę dalej na wschód. O! Jakaś szkoła i z boiskami – jest coś takiego na choince – PK H i reszta. Ale otoczenie znowu się nie zgadza. Obchodzę szkołę z jednej i z drugiej strony. Kicha. Wracam więc do gwiazdki, by coś znaleźć. Po drodze trafiam na jakiś pawilon handlowy. Eureka! Mam coś takiego na drugiej choince! Uff, odnalazłem się. I nagle olśnienie – na mapie jest jeszcze jedna szkoła – na gwiazdce! I ta się zgadza! I kolejne olśnienie – nie doczytałem, że urwane antenki złośliwy autor zlustrował i przeskalował! Jestem w domu. Może nie optymalnie, ale obchodzą gwiazdkę i choinkę. Wracam na tą drugą gwiazdkę, szukam jeszcze raz lampionu na antence zlustrowanej – trochę pasuje, ale jakby autorowi coś się lekko przekręciło. Biorę. Wychodzi mi PK potrójny – znając autora to prawdopodobne. Brakuje jeszcze kilka PK do kompletu, czas się kończy. Ale nie biegam. Logika mówi, że ostatnia choinka będzie na zachód, gdzieś koło pętli tramwajowej. O, jest ta pętla nawet na choince! Docieram na metę po czasie, jeszcze zadania. Azymut na oko ponad 100 stopni wychodzi… koryguję na trochę mniej. Odległość na oko pomiędzy 300 – 400 m. Znając konkurencję, czasem wszystko położyłem.
Następnego dnia wyniki….. mam 3 stowarzysze. Patrzę na wzorcówkę… jak się okazuje, tę drugą gwiazdkę wpasowałem w zupełnie inne miejsce! A prawie się zgadzało! I gdybym wpisał zadania jak na początku typowałem… a tak wstyd, ostatnie miejsce I ciągle się zastanawiam jak to jeden zespół zawsze bezbłędnie robi zadania – tego się nie da – w warunkach polowych pomiar azymutu jest obarczony sporym błędem i statystyka mówi, że nie daje się zawsze bezbłędnie wstrzelać w wynik… W przyszłym roku to ja będę bezbłędnie rozwiązywał zadania a co!

poniedziałek, 25 grudnia 2017

UrodziInO po raz 99!

W roku 2017 miało być kolejne 52. UrodzInO. Ale (chyba na jakimś ZPK-u) padł pomysł: a może by tak zrobić podwójnie? Bo razem z Przemkiem urodziny mamy w grudniu, w odstępie 6 dni. Wyszła z tego całkiem fajna, okrągła liczba 99. Dwóch jubilatów i dwa etapy. Problem pojawił się jakoś tak w listopadzie: 17 grudnia miała być Nocna Masakra i Przemek „musiał” powalczyć o PMnO. Dwa etapy w tygodniu (zastanawialiśmy się nad wyciągnięciem średniej, która dawała datę 14 grudnia) to raczej ciężko zrobić. Przemek poza tym chciał zrobić także etapy dla tych, co lubią podbiegiwać. Summa summarum wyszły dwa etapy w dwóch terminach, dokładnie w dni naszych urodzin.
Na pierwszy ogień poszedł Przemek. Najpierw dopracowywał koncepcje „punktów podwójnych”, potem dwóch wariantów - dla biegaczy i niebiegaczy, a następnie czesał teren, by uzupełnić mapę. Dochodziły mnie jakieś mrożące krew w żyłach sygnały, że to jakiś ciężki teren. Że rekonesans hektara zajmuje Przemkowi mniej więcej tyle, co przebiegnięcie 50 km. Szczerze mówić jakoś nie wierzyłem w ten ciężki teren i myślałem, że Przemek wyolbrzymia. Do czasu…
11 grudnia. Może nie jakoś bardzo zimno, coś tam powyżej zera, ale w kraju wichura. U nas może mniejsza, ale także wieje. Jadę z pracy prosto na start z wyposażeniem. Przemka nie ma jeszcze. Telefonicznie mówi, że jeszcze rozstawia punkty. Nic, ogarniam sekretariat. Przemek przemyka na rowerze i leci rozstawić ostatnie. Ile ich rozstawia??? Trzysta?
W międzyczasie dzwoni Renata. Standardowo zgubiła się jadąc na start. Jadąc z ubraniem dla mnie i ciastem. Muszę porzucić wszystko i lecieć ratować Moją Drugą Połowę.
W sekretariacie już kłębi się tłum, a jubilata nie ma. O! jest wreszcie. Zaczyna się skomplikowana procedura startu – najpierw preambuła do przeczytania. Kartka formatu A4. Po tym mapa i w drogę . Wkrótce zostajemy sami. Przemek wygląda na wykończonego niczym po jakiejś setce. Zostawiam go i lecę załatwiać zaopatrzenie, bo w ferworze walki zapomnieliśmy o kubeczkach do herbaty, Przemek nie zdążył upiec ciasta, a Renata jakoś niedużo dowiozła. Jadąc mostem zerkałem na boki, ale żadnych światełek nad Wisłą nie widziałem.
UrodzInO to i Życzenia być musiały!
Baza usytuowana była pod mostem, czy raczej wiaduktem trasy S8. Na tyle niefortunnie, że cały czas nam wiało. Po chwili czekania w takim „przeciągu”, pomimo kilku warstw, wszystko zaczyna przymarzać. Ja to jeszcze byłem ubrany cieplej, ale Przemek ubrał się na „szybkie rozwieszanie punktów” i coraz bardziej zmieniał kolor na siny. Nie ma to jak urodziny pod mostem.
Koncepcja trasy była tak dopracowana, by nie opłacało się spóźniać. Wkrótce zaczęli wracać biegacze.  Ponoć dużo sobie nie pobiegali „po krzakach”. Ale wrażenia, które opowiadali – bezcenne: kontakt z dziką przyrodą, dziki, krzaki, powalone drzewa.... Niczym z jakiejś amazońskiej dżungli, gdzie przejście 10 metrów bez maczety to wyczyn nie lada;-)
Niestety, wersja turystyczna miała znacznie dłuższy limit. I mniejsze kary czasowe za spóźnienie. Co tu dużo opowiadać – jeden zespół poszedł „na Leszka” i nie bacząc na czas, postanowił wyczesać wszystkie punkty. Wracający z trasy opowiadali różne historie, jak to lider tego zespołu, nie bacząc na teren „o zadziwiającej nieprzebieżności” parł do przodu przez największą gęstwinę głośno dając upust swojej frustracji nierówną walką z dziką przyrodą;-).
Po 3 godzinach stania na starcie to ciepło raczej nie jest...
O godzinie 21:30, czyli oficjalnym zamknięciu mety, na trasie był już tylko ten jeden, ambitny zespół. I jakoś wcale nie kwapił się z powrotem. Na poważnie zastanawialiśmy się czy nie przyjąć, że zespół „zaginął w akcji” i wrócić do domu…  Znaleźli się na szczęście w ostatniej chwili!
Etap 52 w niedzielę 17 grudnia. Jakoś nie miałem czasu zrobić mapy. Wiedziałem gdzie i jak, ale nie miałem kiedy. Wreszcie jakiegoś wieczora (czy właściwie późną nocą) przysiadłem i wykończyłem, potem wydrukowałem i w sobotę postanowiłem mapy wyprodukować. Bo jak to na UrodzInO, tradycyjnie mapy są „produkowane” metodą chałupniczą. Siadłem do produkcji, zrobiłem pierwsze fragmenty i nagle awaria. Wysiadł laminator.  Darek M. uratował mi życie i dowiózł swój. Dzięki temu na niedzielę została tylko lampionówka. Potem stawianie punktów. Przyznam się – robiąc mapę nie byłem w terenie, ale teren mi znany, mapy BnO dokładne (biegałem na nich nie tak dawno), a punkty miejskie sprawdziłem na StreetView, czy będzie gdzie lampion doczepić;-). Rozwiesiłem jak trzeba, Renata tym razem na start dotarła bez większych przygód (może dlatego, że szwagier ją dowiózł;-)
Pierwsi dotarli „miejscowi”- Bartek i Kamil chyba, potem ci, co przyjechali pociągiem (nie wszystkim udało się trafić bezpośrednio na strat i zwiedzali teren wokoło), a na sam koniec niedobitki z otwarcia ZPK. Pojawiły się nawet czapeczki urodzinowe, które rozdawaliśmy chętnym na trasę (jako wspomagacze myślenia).
Ja we własnej osobie i czapeczce;-)
Trasa w gruncie rzeczy nie byłą ciężka, ale druk dwustronny, trochę cyrylicy i mała aktualność map co niektórych dobrze zdezorientowała.  Andrzej z Kazikiem ruszyli w przeciwnym kierunku niż trzeba i dobry kwadrans czesali tam, gdzie nie było żadnego PK, a Karolina, Bartek i Kamil na starcie spędzili chyba z połowę czasu dopasowując do siebie fragmenty.
Czas mija, a Karolina siedzi nad mapą...
Start się rozwlekł, bo ostatni „spóźniony” zawodnik wyruszył na trasę z minutą 80-tą przy limicie trasy 100 minut!
Chyba wszyscy wyglądają na zadowolonych!
Chyba jednak robię za trudne mapy (na wydruku, przed pocięciem i oprawieniem mapa wydawała się „banalna”), ale w gruncie rzeczy na mecie chyba wszyscy wiedzieli gdzie co jest i jak się składa, tylko że wpadali na to zbyt późno;-) Jakieś utrudnienie jednak musi być;-) I dobrze, że było kilka stowarzyszy, bo co niektórzy je z chęcią brali:-)
Niedługo nowy rok… szykują się kolejne Imieniny i Urodziny…. Może by tak puchar UrodzInO (ImienInO) zrobić? Może taki „ogólnopolski”?

środa, 20 grudnia 2017

Na ślepo po Kępie

Nadrabiam zaległości sprawozdawcze

Właściwie to znam Gocław. Tak myślę, że znam. Przynajmniej wiedziałem gdzie jest baza drugiego etapu Warszawy Nocą. Co z tego, że wiedziałem, skoro nie idzie tam dojechać z mojej pracy? A jeszcze gorzej zaparkować! Po długiej walce wreszcie się udało.
Po rejestracji zadanie specjalne: znaleźć tego, co sprzedaje okulary sportowe i dokupić „jedynkę” dla Pawła. Bo swoje gdzieś zgubił. Co to za zwyczaje gubić okulary? Znaczy, nie są mu wcale potrzebne! Pomarudziłem, ale udało się nabyć co trzeba.
Start masowy. Tego nie lubię. Bo zawsze biegnę za tłumem i ląduję…. No, nie wiadomo gdzie ląduję. Mam taki uraz po pierwszym starcie masowym – obiegłem wtedy Bibliotekę Narodową (dołączając się do profesjonalistów) szukając pierwszego PK który był może 50 metrów od startu. Jakby ktoś nie wiedział – ta Biblioteka Narodowa to całkiem duży budynek!
Tym razem start był na boisku, a wybieg przez wąską bramę z zaparkowaną w niej Skodą. Właściciela auta nie znaleziono, ale to jego strata, bo dobrze wiadomo jak wygląda auto gdy przebiegnie przez niego kilkaset osób;-)
Ruszałem w 2 turze o 19:10. Na początku do przodu wyrwała młodzież, która gdy zobaczyła kałużę, nagle stanęła. Próbowałem rozdeptać jakieś dziewoje, które przed akwenem wodnym bez znaczenia strategicznego nagle stanęły, ale w ostatniej chwili skręciłem i przebiegłem przez środek owego akwenu. Chyba co nieco je ochlapałem.
Dalej ciągle w tłumie. Przed pierwszym PK (takim z długim przebiegiem) przegoniłem Mariusza G.  Niestety, już w drodze na drugi PK lekko się zakręciłem (nie dowidzę w nocy, więc czytanie mapy w biegu nie zawsze wychodzi sprawnie) i Mariusz mnie dogonił, a nawet przegonił. Dalej biegłem praktycznie tuż za nim, aż do PK 8. Postanowiłem przyspieszyć i mu się urwać i oczywiście się zgubiłem. Jak zwykle, że tak powiem. Co tu dużo pisać, to nie był jeden raz gdy się zgubiłem ;-( Najgorzej zakręciłem się przy przebiegu na PK 14. Miało być tuż obok licząc z PK 13, a trafiłem … w okolice PK 12. Zamiast 30 sekund wyszło ponad 2 minuty. Wstyd.  Pocieszam się, że gdy mi dziecko zrobi nowe okulary, to wtedy wygram jakieś nocne bieganie! Bo co z tego, że nogi niosą, skoro oczy nie widzą dokąd biec?

czwartek, 5 października 2017

Kaczawska porażka

Kaczawską Wyrypę polecał Przemek. Polecał, bo jest kombinowanie z wyborem punktów. Kaczawską Wyrypę zachwalała także Barbara, wprawdzie pośrednio, bo była na Rudawskiej Wyrypie, a to prawie to samo;-). Jak zwykle gór nie polecało moje kolano, bo to nigdy nie wiadomo kiedy się zbuntuje na jakimś podejściu lub zejściu.
Wyjątkowo wyruszyliśmy piątkowym popołudniem – za sprawą transportu w postaci Chrumkolotu, prowadzonego oczywiście przez męskiego lidera Chrumkającej Ciemności. Wyjeżdżając planowo o 15:30 z centrum, na wysokości Pruszkowa byliśmy już o... 17:30! Dlatego nie lubię wyjeżdżać w piątkowe popołudnia:-). W efekcie bez żadnego TRInO dotarliśmy do bazy w Świerzawie po nocy. Na sali gimnastycznej niedobitki – głównie setkowicze gotujący się już do odprawy. Na chwilę przed północą do bazy wpadł Leszek (oczywiście na setkę) i dowiedział się, że obowiązują tu specjalne zasady wyboru PK do zaliczania. W efekcie na odprawę (tajna, by inne trasy nie podglądały) i start poszedł w kapciach i bez skarpet – jak przystało na prawdziwego twardziela. Ogólnie setkowicze jakoś nie wyrywali się na trasę – pierwszy chyba poleciał Przemek, a część szykowała się do wyjścia jeszcze dobre pół godziny.
Rankiem przybyło kilka osób. Pojawił się Hubert w całkiem nowym „designie”, grzecznie się przywitał z męską konkurencją (pomijając zupełnie damską), ale rozpoznałem go dopiero pół godziny później po głosie, gdy opowiadał o jakichś tam przygodach z innych imprez. No coś moja spostrzegawczość źle rokuje przed startem;-)
Odprawa. Połączona z rozdawaniem map, bo okazało się, że map jest cała sterta. Najpierw poszły opisy PK i wyjaśnienia. Ponoć wariant optymalny to 53,8 km, a rozjaśnienia miały mieć usunięte warstwice. W opisach PK, wzorowanych na opisach BnO rzuciły się w oczy jakieś „nietypowe” symbole. I ogólnie „radosna twórczość” budowniczego, bo skoro w obowiązujących w BnO symbolach podstawowych dla kolumny D jest symbol 4.8 (samotna grupa drzew) i 4.9 (pojedyncze samotne drzewo), a tu mamy symbol wycofany  i w dodatku niewłaściwie narysowany oznaczający to samo…  Nie mówimy o rozmiarach, bo te także definiują normy IOF, kolumnach  i prawdę mówiąc dłuższą chwilkę zastanawialiśmy się nad „oczywistym” symbolem paśnika przy PK G2. Oj widać, że budowniczy chciał dobrze, ale nie skonsultował tego co zrobił z kimś, kto ma pojęcie o co w tym chodzi – osoby biegające BnO przeżyły więc tu pierwszy szok;-)
Teraz kolej na rozjaśnienia.  5 Kartek. Czarnobiałe mapy geoportalowe. Na koniec właściwa mapa, kolorowa, w formie obrusu – czyli format coś powyżej A3. Wszyscy rzucili się do planowania trasy. My od razu spojrzeliśmy na południe – jakieś 2 PK na najwyższej górze muszą być nasze! I zagęszczenie PK w okolicy wróżyło, że da się zrobić z tego sensowną trasę. Niestety, jak zwykle brakowało gdzieś jednego sensownego PK. Mieliśmy za to możliwość wyboru jednego z kilku brakujących PK na trasie.
Start przebiegł jakoś tak „po cichu”. Nie było odliczania, wszyscy próbują jednocześnie upchać sensownie tą makulaturę do torebki i zaplanować trasę, więc nikt nie był zainteresowany startem w sekundzie zero;-)
Chrumkająca Ciemność bała się gór i wybrała wariant północny. My potruchtaliśmy do PK A2. Na mapie głównej i na rozjaśnieniu – okrąg wskazuje miejsce dokładnie pod linia energetyczną. Opis zaś mówi… nie wiadomo o czym. Nie ma takiego symbolu w normach IOF. Domyślamy się, że chodzi o jakąś budowlę.  Wybieramy wariant asfaltowy. Przy punkcie widzimy kogoś zbiegającego z góry, podpowiada nam „jeszcze z 50 m”. Jest linia energetyczna, a pod nią chaszcze. Żadnej budowli nie widać. Jest za to ciekawa rzeźba terenu, tyle że rozjaśnienie bez rzeźby nie pomaga. Pod linią żadnego budynku nie widać, więc podchodzimy wyżej patrząc uważnie w las po lewej. Na pewno przeszliśmy, więc wchodzimy w krzaki i szukamy wracając. Jest! Jakieś ukryte w lesie ruiny i lampion. Jakoś ten pierwszy PK dobrze nie wróży!
Pierwszy PK A2 zaliczony!
Do PK H2 lecimy asfaltem. Zastanawiamy się czy ściąć przez pole, ale wygląda na niedawno zaorane, gliniaste, błotniste, zbronowane i coś na nim kiełkuje. A mamy nie przechodzić przez uprawy. Więc lecimy naokoło, choć konkurencja tnie równo przez uprawy. Mamy lampion i już wiemy co oznacza to  kółko w trójkącie na opisie;-)
H2 - charakterystyczne drzewo
Do H1 idziemy jakąś gliniastą ścieżką. Dochodzimy do wsi i… kicha. Cała ulica obstawiona gospodarstwami i drogi, która powinna być na mapie ani widu ani słychu. Wreszcie w miejscu gdzie powinna być droga prowadząca na punkt wbijamy się w jakieś obejście. Pytamy gospodarza o możliwość przejścia „na pola”. Z uśmiechem wskazuje nam drogę pytając co się dzieje, bo przed chwilą wskazywał drogą jakiejś „dziewuszce”. Co tu dużo pisać, pogoda przepiękna, widoki przepiękne. Dobrze, że kilka dni nie padało, ale zgodnie naszymi założeniami po drogach „niebezpiecznych dla nóg” nie biegamy, więc poza biegiem asfaltowym do pierwszego PK chodziliśmy. Koło H1 widzimy w oddali  Staszka Kaczmarka (chyba) – dziwne, że dopiero tu jest (no chyba, że coś więcej zaliczył od startu).
Idziemy do H1 a w oddali znajomy Stromiec z Sudeckiej Wyrypy!
Przed nami H3 - na mapie głównej punkt na niczym. W/g opisu tajemniczy znak nie wiadomo czego dotyczący, na rozjaśnieniu – jakieś krzaki.  Drogi z mapą średnio się zgadzają, ale tu nawet rozjaśnienie co nieco pomaga. Znajdujemy.
H3 ukrył się w tej kępie drzew

Opis punktu H3 to x w trójkącie równobocznym. Ten trójkąt po takie "potrójne drzewo"?
Dalej długi przebieg na najwyższą górę. Teren trochę odbiega od mapy, idziemy na czuja stokówkami, a potem „na azymut” i trafiamy na charakterystyczne miejsce ze skałkami w pobliżu grzbietu. Zaraz znajdujemy charakterystyczne skrzyżowanie i podbiegamy do ciekawie opisanego PK G2. Bo w opisie rozwidlenie dróg i… paśnik.
Dalej szlakiem na drugi koniec grzbietu. Znowu coś drogi się nie zgadzają i krzalujemy przez chwilę. Czujni, za wcześnie odbijamy na G3. A można było iść szlakiem na sam punkt widokowy przepięknej urody!
Panorama z G3. Kto nie był niech żałuje
Za to dokładnie liczymy wszelakie skałki. Tu rozjaśnienie tylko wprowadza w błąd;-( Nie wiem po jaka cholerę się męczyć z usuwaniem poziomnic, gdy się nie aktualizuje innych ważnych elementów, choćby takich jak drogi czy skały.
Dowód, że byłem na punkcie!

I Barbara także
Tak zostaje nam przeczesać wszystkie skałki, a chyba nie o to w tej zabawie chodzi;-( A w/g opisu na stronie organizatora „Mapy zostaną odpowiednio przeskalowane i zaktualizowane w newralgicznych obszarach tak aby zminimalizować element "farta". Bezpośrednia strefa punktów kontrolnych będzie doprecyzowana opisem oraz wycinkiem dokładniejszej mapy.” Jak na razie to widzę dokładnie coś odwrotnego, czyli promowanie „farta” – im ktoś mniej dokładny, tym lepiej trafia;-)
Przed nami zbieg z górki.
Ech te widoki...
Do F1. Opis wskazuje „szczyt”. Na mapie głównej za szczytem (kilkaset metrów) jakieś skałki. Na rozjaśnieniu nic z tych rzeczy, więc gdy docieramy do skałek (przedzierając się przez bardzo mało przebieżne krzaki) mała konsternacja. Zaczynamy się cofać, ale w ostatniej chwili postanawiamy sprawdzić kolejną (najwyższa) skałkę. I oczywiście jest lampion!
Na szczycie drugiej skałki czekał na nas lampion

z napisem F01
Zastanawiamy się nad modyfikacją wariantu, ale lecimy wg planów. Do F2 asfaltem (punkt „na niczym” na mapie głównej, na rozjaśnieniu coś widać, a w terenie  lampion stoi dobre 100m za wcześnie, nie na tej skarpie co powinien. Akurat z naszej strony weszliśmy na niego „od razu”, ale fakt złego ustawienia lampionu niestety jest.
W tej kępie krzaków był lampion F2

A ze wszystkich map (także rozjaśnień) wynika, że powinien być dalej
Na F3 lecimy „na krechę” – tu przynajmniej  wszystko się zgadza.
E3. Woda zdatna do picia!
Dłuższy przelot na E1. Oczywiście drogi się nie zgadzają i nadrabiamy przez górę.Jesteśmy na miejscu i znowu coś się nie zgadza. To znaczy na mapie głównej kółko jest w złym miejscu. Dobrze, że rozjaśnienie jest już poprawne!
Tam szukaliśmy lampionu ale go nie  było!
Przed nami E3 czyli „jeziorko którego nie ma na rozjaśnieniu”. Jaki sens rozjaśnienia? Bo dróg do jeziorka nie ma także!

Jeziorko, którego nie ma
A na odpływie ukryty lampion E3
Na azymut, wzdłuż cieku do E2. Przez pastuchy elektryczne i druty kolczaste. Sam PK na mapie głównej na niczym, wg opisu na końcu wału, na rozjaśnieniu na granicy kultur pod linią energetyczną i tak było w terenie. Wału nie zobaczyłem, widać przestraszył się i uciekł!
Zardzewiałe pola przed E2
Ogólnie byliśmy już zbyt długo na trasie. Zwycięzca pewnie dobiegał już do mety, a nam brakowało dobrych kilkunastu kilometrów. Dalej brnęliśmy na azymut, bo nie było sensownych przebiegów drogowych. D3 dość oczywisty. Coraz więcej śladów poprzedników. Do D2 droga w terenie była bardzo „umowna”. Za wcześnie skręciliśmy w prawo (ale także tam było sporo śladów) i musieliśmy korygować bardziej na zachód. 
Malowniczy zachód słońca w drodze do D1
Do D1 w promieniach zachodzącego słońca przez łąki i nieużytki. C3 to ostatni punkt bez latarek. Oczywiście „na azymut” i drogami z rozjaśnienia. Tu już trzeba było wyjąć czołówki. W międzyczasie dostaliśmy pozdrowienia od Chrumkającej Ciemności z D1. Znaczy minęliśmy się na tym odcinku. Został nam powrót do mety przez ostatni PK A3. Asfaltem i z górki. Biegło się przyjemnie i punkt wydawał się „łatwizną”. Granica kultur, do niej dojście wyraźnymi drogami. Dobiegliśmy do Świerzawy i skręciliśmy w prawo w drogę z płyt betonowych. Doszliśmy do lasu i w lewo wyraźną drogą. W międzyczasie telefon z bazy kiedy wrócimy, bo umawiałem się na wcześniejszy powrót z inną ekipą do Warszawy, a oni już przytupują (jak się jest na podium to się przytupuje!) No, jeden PK więc ile to zajmie? 20 minut spacerkiem! Problem zaczął się gdy droga zaczęła iść inaczej niż na mapie. Inny kierunek i jakiś wąwóz. Ale udało się znaleźć właściwy ciek. Teraz na azymut przez krzaki gdzieś na łąkę – powinna być granica kultur. Azymut dobry, odległość dobra, po ciemku granicy łąki nie widać. W oddali lasek i jakieś światełko. Okazuje się, że ktoś idący z naprzeciwka także szuka lampionu. Stawiamy na las na horyzoncie. Wcześniej jakiś „sad dębowy” ale nic się nie zgadza. Rozbiegamy się każdy w inną stronę – Barbara przypadkiem znajduje lampion (pewnie to ta sławna „Kobieca Intuicja”. Niby jest „granica kultur” znaczy łąka i pole orne. Ale lampion jest jak wół na charakterystycznym samotnym drzewie. Ze śladu GPS wynika, że stoi w złym miejscu, a w dobrym byliśmy wcześniej. Gdyby na rozjaśnieniu były warstwice, a tak rozjaśnienie nic nie pomaga.
Jak widać byliśmy "w środku kółka". Mylący opis faworyzujący tych co dotarli tu za dnia, czyli mieli "farta"
Lecimy do mety. Niezbyt szybko, bo odzywa się telefon i Kazik zapisuje się na Przejście Smoka. I oczywiście dopytuje się gdzie jesteśmy, jaka impreza itp. Zamiast biec do mety Barbara nawija przez telefon. Ostatnie jary, stromizny i jesteśmy w bazie. Kolega z A3 wyprzedził nas o 3 minuty czy jakoś tak – wszystko przez Kazika (oj, dam mu jakąś specjalnie spreparowaną mapę na Przejściu Smoka;-)
Efekt – prawie 12 godzin (czyli prawie 2 razy dłużej niż zwycięzca),dystans  57,5 km, 1182 m podejścia i miejsce 16-ste. No cóż, góry są nieprzewidywalne, a autor trasy dołożył starań by wynik był jak najbardziej losowy (tu „złośliwie” autorowi trasy polecam lekturę
http://orienteering.org/resources/mapping/
A w szczególności pliku: 
http://orienteering.org/wp-content/uploads/2010/12/Control-Descriptions-2004-symbols-only.pdf )

Chrumkająca Ciemność zrobiła podobny dystans, ale w łatwiejszym terenie – gdybyśmy tak poszli, potrwałoby to krócej. Ale to my zdobyliśmy Grzbiet Północny i górę Okole (714 m n.p.m.) - bez tego co to za „Kaczawska Wyrypa”? Uważam, że punkt na jakiejś górze rzędu 700m powinien być OBOWIĄZKOWY!
A Przemek oczywiście wygrał Kaczawską i cieszył się, że wyprzedził nas kilka minut na mecie (tyle że startował odpowiednio wcześniej;)

Dla dociekliwych - track w 3drerun.worldofo.com

wtorek, 19 września 2017

Zapiski kierownika drużyny (cz.2)

Sobota po obiedzie
Powoli pojawiają się pierwsze wyniki. Kajakarze idą wszyscy łeb w łeb. Nasze TM-y - tak jak się spodziewaliśmy - walczyły na trasie o przeżycie, ale wróciły zadowolone i to się liczy. No, może poza jednym incydentem - jedna z dziewczyn się źle poczuła. Wymagała pomocy. Okazało się, że na mapie nie ma żadnego telefonu kontaktowego do organizatorów! Dzwonienie do nauczyciela czy kierownika drużyny buszującego po jeżynach nie zawsze jest skuteczne. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale robiąc mapy – szczególnie dla młodzieży - pamiętajmy o telefonie ratunkowym do kogoś, kto jest na stracie czy w bazie „pod zasięgiem” – zawsze można złamać nogę, wpaść do jakiejś dziury i nie być w stanie samodzielnie się z tego wykaraskać! „Uśmiałem się” argumentacją organizatorów „nie podajemy telefonów na mapie, bo mapy idą potem w świat i potem znają nasz telefon i miewamy z tego powodu nieprzyjemności, musieliśmy kiedyś zmienić numer”.
Pojawiły się wkrótce wyniki pierwszych etapów TJ i TS, a potem wyniki TR. Iza z Pawłem poszli całkiem dobrze i byli w  czołówce TJ-tów. Naszego zespołu w wynikach TS E1 nie było – pewnie dlatego, że dotarliśmy na metę ostatni. W wynikach zadziwiała mnogość PM, BPK  i zmian. Wkrótce okazało się, że karty sprawdzał jakiś program, który błędnie interpretował punkty podwójne zaliczając zmianę i wpisując BPK-a. No cóż, technika bywa zawodna. Tłum zaniepokojonych uczestników oblegał domek organizatorów i co chwila pojawiały się nowe zaktualizowane wersje wyników. Niknęły z nich zmiany, ale zostawały ciągle PM-ki. Okazało się, że organizator, a może bardziej budowniczy tras, każdy lampion nawet na podobnej formie terenu odległy więcej niż 5 mm od PK traktuje jako PM. Jak za czasów prehistorycznych, a nie obecnych regulacji. A nawet jeszcze rygorystyczniej – na naszym etapie pierwszym  za punkty na mapie pomocniczej (w skali ok. 1:37 000) ludzie dostawali mylniaki za potwierdzenie lampionu w odległości 50 m od właściwego PK (łatwo przeliczyć, że wg regulaminu 5mm, gdzie wszystkie lampiony MUSZĄ być traktowane jako stowarzysze, to ponad 180 m!). Coś tam chyba udało się autorowi trasy przetłumaczyć, bo kilka mylniaków w wynikach ubyło, ale dalej były takie, które mylniakami być nie mogły (np. te dotyczące PK 13 na etapie 1).
Na mapę główną (warstwicówkę) nałożony jest wycinek z mapy dodatkowej z zaznaczonym PK 13 (małe kółko) i okręgiem 5mm, gdzie każdy lampion MUSI być PS, a nie PM! Więc dla czego mamy PM w PK 13?
Naszych wyników ciągle nie było, więc ciężko było mi się do tego odnieść. Także wzorcówki, które zawisły niewiele mówiły: są standardy oznaczania PS i PM (zresztą wymagane bezwzględnie na imprezach klasy mistrzowskiej), a tu tego nie było, tylko czyste kody.
Trochę zamieszania wprowadziły wyniki TR. Autor coś tam przekombinował stawiając punkty i okazało się, że jest więcej prawidłowych punktów niż myślał. Ale z tego co widziałem, sprawa została szybko załatwiona. Pojawiły się wyniki etapu drugiego – nam i naszym TJ-tom poszło znośnie. Drugie TS tu poległy.  W międzyczasie pojawiły się wyniki TW – Darek zaraz zgłosił zastrzeżenie co do jednego punktu. Jako, że TW szło na trasie TJ, było to istotne, bo uznanie zastrzeżenia znacząco poprawiało wynik Izy i Pawła. Zaraz ekipa pojechała sprawdzać rozlokowanie lampionu. Oczywiście Darek miał rację!
Naszych wyników z etapu pierwszego ciągle nie było;-(

Wieczór
Na etapy nocne mieli nas wywieźć, a etap ma zakończyć się w bazie. Może wreszcie będzie mniej jeżyn! Pojechaliśmy. Zostaliśmy wysadzeni w środku lasu. Deszcz rozpadał się na całego. Wreszcie dostaliśmy mapę i ruszyliśmy. Pierwszy problem - brak skali. Gdzieś na prawo od drogi czekały nas w lesie PK 1, 2 i 3, tyle że w miejscach na tyle niecharakterystycznych, że bez skali nie do znalezienia. Trzeba jak nic przejść kawał drogi, by skalę wyznaczyć. Postanowiliśmy iść do PK 5. Wyszło ze 700m. Jest zakręt drogi, rozwidlenie, rowy obok, nawet rów poprzeczny. Tyle, że nie ma lampionu. Chodzimy, szukamy właściwie prawie wszystko się zgadza. No, może jedynie duża dziura pojawia się zbyt wcześnie. Zajęło nam to 40 minut zanim dostrzegliśmy dołki na wycinkach. Poszliśmy na północ, a nie na południe! Zgroza. Wracamy, cichaczem przemykając się obok startu, bo wstyd. Idziemy w drugą stronę i znajdujemy PK 4. Także dobre kilkaset metrów. Szczerze mówiąc znowu nie wiem jaki cel przyświecał budowniczemu – gdyby dał coś, na co można by się namierzyć i zacząć od PK 1, a tak niezależnie czy najpierw szukamy PK 4, czy skrzyżowania w bok na asfalcie trzeba z kilometr przejść bez sensu. Ale to ten „nowy budowniczy,” więc takie „błędy” się wybacza;-)
Uzbrojeni w skalę wracamy po PK 1. Wchodzimy w las i szukamy maleńkiego kopczyka przy wale (bądź rowku). Wałów znajdujemy bez liku (na wycinku raczej ich nie mamy), zaś kopczyka ani widu, ani słychu. Po długiej chwili udaje się go namierzyć. Wiemy, że z drogami do kolejnych PK cienko, więc idziemy na azymut. Znaczy, przedzieramy się … oczywiście przez jeżyny i szukamy kolejnych wałów. Coś obrodziły te wały w terenie, zupełnie jak jeżyny! 40 minut w plecy na starcie, więc nie czeszemy zbyt dokładnie i wbijamy lampiony z pierwszych pasujących miejsc, bez sprawdzania czy to na pewno dobre punkty. Wreszcie wydobywamy się na drogę w okolicach PK 4. PK 5 to miła odmiana, bo można dotrzeć drogą, Nawet jeszcze kawałek w kierunku grzybka C. Pierwsze dopasowanie – udaje się. I znowu mozolnie na azymut w poszukiwaniu kolejnego grzybka D. Tu spotykamy jakiś spory tramwaj TS-owy. Ruszamy innym wariantem w kierunku następnego grzybka, ale to wyraźnie tramwaj pospieszny i wkrótce nas dopędza. Tu źle dopasowujemy fragment i przez chwilę szukamy nie tego co trzeba. Dalej jeżyny w wersji premium. Zaliczam glebę, gdy łapią mnie za nogi, ale podnoszę się. Spotykamy surrealistyczny słupek działowy w środku krzaków. Zastanawiam się, czy nie wracać do bazy, bo czas nam się skończył. Przemek twierdzi, że mu się podoba taka extremalna przygoda (bardziej męcząca niż setki na które na namiętnie biega) i idziemy na wszystko. Właściwie to wszystko jedno, więc idziemy. I dalej brniemy na azymut. Jeszcze dwa grzybki i wreszcie wychodzimy na drogę. Można podbiec. Dwa punkty to formalność. I długi dobieg do ostatniego grzybka już niedaleko mety. Przebiegamy drogę prowadzącą na „korzonek” grzybka i zamiast wrócić lecimy na azymut. Nie wiem jak nazwać te jeżyny, skoro wersja premium już była.  Takie nowe powiedzenie ciśnie się na usta „są jeżyny – jest zabawa”. I rów z wodą, a za nim płot jakichś działek. Przejścia między płotem a rowem z wodą praktycznie nie ma. Trafiamy na sterty skoszonej trawy i podesty wysypane żwirkiem, a także plamę jakiegoś nieprzyjemnie pachnącego „nawozu” (oczywiście pochodzenia organicznego), która wymyka się spod nóg i Przemek organoleptycznie ma okazję sprawdzić jakość tego produktu. Słowem hardcore. A w oddali (nie takiej dalekiej) niesie wiatr rytmy Disco Polo z dyskoteki tuż obok bazy. Wreszcie znajdujemy punkt i biegiem do bazy.
W bazie szybka kiełbaska z grilla. O, wiszą nasze wyniki z E 1! Jakieś bezsensowne PM-ki  - wspomniany wcześniej PK 13. Idę poawanturować się do domku organizatorów – by sprawdzili karty poprawnie, a nie według jakichś nieregulaminowych zasad. Teraz już wiem – uprawnienia PInO budowniczego etapów dziennych i Sędziego Głównego pochodzą sprzed wielu lat. O Ile budowniczy jest jeszcze czynnym Przodownikiem, to Sędzia główny uprawnienia utracił – znaczy nie ma styczności z InO. I obydwoje jak widać nie śledzą zmian regulaminowych. Nie wiem czy to był dobry wybór organizatorów – Agnieszka lub Adam na pewno by takich baboli nie popełniali! A ciężko dyskutować z kimś, kto nie ma pojęcia o czym mówi, więc nie liczyłem na jakąś większą korektę wyników. Choć świerzbi mnie ręka by napisać paszkwila do KInO – oni teoretycznie mogą skorygować wyniki, a mam wrażenie, że by trochę to przetasowało w klasyfikacjach końcowych.

Noc.
Noc jak noc. Mało spania bo uda i kolana rozorane jeżynami i poparzone pokrzywami nie dają zasnąć. I muzyka w oddali „A Ona tańczy dla mnie…”.

Niedzielny poranek
Oczywiście przywitał nas deszcz. Wyników etapu nocnego nie widać (a szkoda) tylko jakieś podsumowanie drużynowe. Podobno były, ale przespałem. I Sędzia główny wołający kapitanów na zebranie komisji odwoławczej. Protest dotyczący trasy rowerowej. Bezzasadny, bo wnioskujący chciał potraktowania punktów wyznaczanych wg zasad dokładnie opisanych jak LOP-kę (a to nie była LOP-ka). Jednomyślnie protest odrzucony. Po śniadaniu kolejne zebranie komisji. Tym razem  zamiast jednej drużyny – sztafeta. Uzasadnienie zupełnie bezsensowne. Znowu jawna sprzeczność z regulaminem i protest odrzucony. Co chwila jeszcze jakieś korekty wyników. Ja ciągle czekam, by zobaczyć swoje z etapu nocnego. Nie doczekałem się. Mamy wreszcie zakończenie. Drużynowo 5 i 8 miejsce. O włos od czwartego. Może warto było się więcej awanturować? Iza z Pawłem na TJ/TU miejsce trzecie. Rowery zdominowali Barbara z Darkiem. W weteranach bezkonkurencyjni Darek z Renatą, a Beata druga. I jeszcze jesteśmy drudzy w MiniInO.
Warszawa 4 czyli drużyna inetregionalna

Stowarzyszona Warszawa


Zamiast podsumowania
Wrażenia – mieszane. Na pewno widać zaangażowanie organizatorów. A sukienka Agnieszki to zupełny odlot! Brakowało mi inetgracji – nie wszyscy zmieściliśmy się w bazie, nawet integracja w obrębie drużyny była ciężka. Pogoda była jaka była, za to nikogo winić nie można. Grunt, że nie przeszkodziła kajakarzom i rowerzystom. Trasy niepiesze nie zgłaszały większych uwag do tras, znaczy było dobrze. Duży niesmak zostaje po sędziowaniu i budowniczym etapów dziennych. I oczywiście jeżyny – rozumiem, że pobliskie lasy są jakie są, ale warto pochodzić po lesie przed budową trasy i pomyśleć jak będzie uczestnik szedł z punktu na punkt. I nie przesadzać z wpuszczaniem go w maliny:-)
Na koniec nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotki w  deszczu całego składu