Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skarpa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skarpa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2020

Mordercza skarpa?

Podobno liczba 66 to kwintesencja artyzmu, wolności i swobody duchowej. Jadąc na 66. OrtInO zastanawialiśmy się jak ta wolność duchowa się objawi u budowniczego(ej) trasy TZ. Miejsce startu znaliśmy z jakiejś wcześniejszej imprezy – o ile pamiętam był to jeden z pierwszych Oswojów Smoka. O dziwo, udało się zaparkować tuż obok startu – imprezy w centrum zawsze są ciężkie do ogarnięcia od strony znalezienia miejsca parkingowego – a tu taka niespodzianka;-)

Start było widać z daleka z powodu światełek krążących wokół jednego miejsca w ciemnym parku. Aby nie zwlekać pobraliśmy mapę. Dostaliśmy jakieś takie kropki. Trochę czytania opisu i wyszło, że 1/3 wycinków jest na terenie parku ze startem. Park miał na oko jakiś hektar, kilka alejek, więc przeczesanie każdego drzewa i krzaczka nie wydawało się niewykonalne – czyli nie jest źle (choć wycinki są obrócone i zlustrowane)! Druga 1/3 wycinków była w planie mapy i tylko dwa z nich zamienione miejscami - to także do ogarnięcia. Zostały wycinki czerwone, które trzeba było dopasować do tych w planie mapy. Tu zaczęły się schodki. Jeden wycinek (I,Y) – wiedziałem gdzie jest w terenie – tam była pamiętna „mordercza skarpa”. Kolejny (K,L) dało się dopasować w miarę łatwo. Jeszcze wycinek z PK A obejmował park ze startem, więc sam się wpasował gdzie trzeb. Zostały dwa wycinki, które jakoś do niczego nie pasowały (T,Q i C,F). Ale nie było co stać - był na nich dość charakterystyczny teren, więc liczyliśmy, że gdzieś na trasie się znajdzie.
Startujemy!
Na początek poszedł wycinak A, ale aby nie iść po parku na próżno, dopasowaliśmy 3 punkty parkowe. Gdzieś w zasięgu wzroku kręcił się Marcin K. – wiadomo, skoro on bierze lampion, to jest to ten dobry – mieliśmy te same typy co on, żeby nie było że ściągamy:-)

Nie braliśmy w parku wszystkiego, bo prawdę mówiąc, nie mieliśmy pojęcia, gdzie są pozostałe 3 wycinki, tylko poszliśmy na kolejny wycinek w planie mapy – chyba jedyny miejski (czyli na skarpie). Gdzieś na horyzoncie mignął Marcin, więc wiedzieliśmy, że idziemy w dobrą stronę. Znaleźliśmy PK B i przed nami stanął problem jak przedrzeć się na drugą stronę ul. Puławskiej. Niby ulicę było widać, ale odgradzał nas od niej płot z zamkniętymi bramkami i zaczął do nas zbliżać się groźnie wyglądający ochroniarz. Dziwne to jakieś – niby ogrodzone osiedle, ale tylko od jednej strony! Aby zdezorientować ochroniarza zgasiłem czołówkę i udawaliśmy autochtonów. Chyba dał się nabrać. Za chwilę natknęliśmy się na Maćka idącego z przeciwnej strony. Wyglądał na lekko spłoszonego. Dopytywał się czy my jesteśmy na jakimś zamkniętym osiedlu i czy jest z niego jakieś wyjście. On miał lepiej, bo przed nim było jakieś wyjście, a nas czekało forsowanie zamkniętej furtki, przez którą Maciek prześlizgnął się korzystając z nieuwagi jakiegoś mieszkańca. Znaleźliśmy furtkę, naciskamy przycisk i nic. Ale po kliku sekundach (ochrona? a może jakaś sztuczna inteligencja) ulitowała się nad nami i bzyknął rygiel odblokowujący furtkę. Udało się! Po podbiciu PK Ł, na kolejny wycinek z PK H i N poszliśmy bezpiecznie i… naokoło. Przy PK N spotkaliśmy jakieś tramwaje. Tu dołączał się jeden z czerwonych wycinków, odbiliśmy więc, by podbić na nim punkty (dokładniej to wróciliśmy się – gdybyśmy nie szli naokoło….). Po podbiciu PK K i L poszliśmy dalej, gdy kapnęliśmy się, że to był punkt podwójny! Dopasował się nam jeden z 2 niedopasowanych do tej pory wycinków! Uff.
PK Q

Po zaliczeniu czego trzeba wróciliśmy do jeziorek w parku Arkadia (nawet nie wiedzieliśmy, że się tak nazywa – na nazwę naprowadziło nas zadanie związane z areałem tego parku). Przy PK H znowu natknęliśmy się na Marcina. Albo nam idzie tak dobrze, albo jemu coś słabo – bo powinien być już dawno na mecie;-)

Do tej pory sądziliśmy, że owiany tajemnicą wycinek C,F przedstawia brzeg lasu, ale gdyby ta ciemna plama była stawem? Obeszliśmy oba stawy w tę i we wtę - nie zgadzało się niestety;-( Podbiliśmy więc PK Y i zaczęliśmy wspinaczkę w stylu alpejskim na skarpę, by znaleźć PK Y. Nie wiem co nami kierowało – pewno frustracja z niedopasowania ostatniego wycinka – bo logiczniej było iść dołem do PK S i po drodze rozglądać się, by może coś dopasować, a tak zaliczyliśmy wspinaczkę po pionowej skarpie. I oczywiście po podbiciu PK Y zajście pionową skarpą i wędrówka dalej wzdłuż jeziorek do ostatniego wycinka w planie mapy. Gdzieś tak zaczęło mi świtać, że właściwie może coś by pasowało tu na końcu parku. I rzeczywiście, było drzewo z lampionem na brzegu stawu i widać było półwysep wchodzący w wodę i jeszcze jakiś mokry ciek za ścieżką. Podbiliśmy. I tu pojawił się Marcin zdziwiony, że coś tu podbijamy. I tu następuje moment chwały (fanfary) – uświadomiliśmy Marcina, że jest to PK F! Po chwili oglądania terenu przyznał nam rację! W ramach odwdzięczenia podał nam powierzchnię parku – nam do tej pory nie udało się znaleźć tablicy z tą wartością. Ale po przejściu 10 kroków… okazało się, że jest tablica potwierdzająca ten areał;-) Sami ją znaleźliśmy jakby co:-)

Teraz wdrapanie się na skarpę (kulturalnie schodkami), PK S, D i dochodzimy do ostatniego poza startowym skwerem PK X. Miejsce jest ewidentne, lampionu nie ma. Jest za to znowu Marcin, który mówi, że już 10 minut tu czesze i lampionu brak. Już chcemy komisyjnie wpisać BPK, a tu nagle Marcin dostrzega wpis na mapie uczyniony małymi literkami „PKX: Ile gatunków zwierząt?”. Kolejny uff;-)

Zostały nam jeszcze 3 PK przy starcie. Niedopasowane. Marcin podpowiada, że E to G. Rzeczywiście! Człowiek ślepnie na starość. Brakuje jeszcze 2 PK. Marcin jeszcze podpowiada , że PK W to chyba BP K, bo go nie znalazł. Hmm. Idziemy w park dopasować coś z brakujących wycinków. Nagle dostrzegamy łuk, który przypomina łuk na wycinku A. Jest na nim PK W. Ale jego podobno nie ma…. Trzeba to potwierdzić. Idziemy patrzymy… i jest – minilampion na latarni. Łatwy do przeoczenia! Jesteśmy z siebie dumni. Brakuje jeszcze jednego PK i został jeden wycinek, który do niczego nie pasuje. Przeszukujemy wszystkie żywopłoty (bo taki charakterystyczny jest na wycinku) i wysokie drzewa typu świerk. Jeden świerk w pobliżu PK G by pasował, ale brak na nim lampionu. Co tu dużo pisać, błąkamy się po tym parku zbyt długo. W akcie desperacji idziemy w jedyny nie spenetrowany dokładnie kawałek parku tuż koło startu, bo są tam jakieś krzaki i… eureka! Jest! Mamy komplet. Tyle że minutę w ciężkich;-( Po chwili na metę wpadają Ewa i Darek – im udało się minutę przed ciężkimi;-(
Meta, a w tle nasze "kropeczki"!

No cóż, nie wygramy, ale chociaż nasz ślad ułożył się w ładnego psa z otwartą paszczą;-)

PS. Była w historii jeszcze jedna Mordercza Skarpa :-)

piątek, 3 listopada 2017

Mordercza skarpa.

Nawet nie zdążyliśmy złapać oddechu po Podkurku, a tu już kolejna impreza – stowarzyszony trening BPK. Tak całkiem znienacka, bez ostrzeżenia. Ponieważ BPK-i są fajne, to szkoda było odpuścić, chociaż pogoda zapowiadała się fatalna, a Tomek od razu po przeczytaniu gdzie będzie impreza stwierdził, że będzie ciężko.
Takich wariatów jak my zebrało się ponad dwudziestka i tym sposobem pobiliśmy kolejny rekord frekwencji. Na start przyjechaliśmy jakoś strasznie wcześnie, bo po drodze chciałam wstąpić do sklepu, ale że nic w nim nie była, to szybko wyszliśmy. Siedzieliśmy więc w ciepłym autku i przygarnialiśmy kolejne pojawiające się osoby. No, ale ile osób może wejść do Malusia?
W końcu wszystkie mapy zostały rozdane, aplikacje zainstalowane i uruchomione i towarzystwo zaczęło powoli znikać z pola widzenia.
Czekając aż Tomek i Barbara się ogarną, obczaiłam trasę do trzech pierwszych punktów, bo wiedziałam z doświadczenia, że potem nie będzie czasu patrzyć na mapę. Ruszyliśmy. Już po drugim punkcie zaczęło mi się robić ciepło i był to najwyższy czas, bo zaczynałam wpadać w hipotermię. Tak było pioruńsko zimno!
W okolicach trzeciego PK przypomniałam sobie, że już byłam w tym miejscu na jakichś zawodach i wcale nie wspominałam tego miejsca dobrze, bo zdajsie tam miałam przyspieszony dupozjazd w dół. Tym razem jednak od PK 3 musieliśmy się wspiąć na skarpę. Nie było to łatwe, bo pod nogami mieliśmy istne wysypisko śmieci i kiedy stanęłam na przysypaną liśćmi butelkę, straciłam równowagę i przewracając się przygrzmociłam czymś w udo. Jakie ja gwiazdozbiory zobaczyłam…. A jak zaklęłam szpetnie… Aż Tomek, który zdążył wspiąć się już spory kawałek, wrócił sprawdzić czy żyję i czy mogę lecieć dalej. Jakoś się pozbierałam.
Czwórka i piątka były na górze skarpy, ale już do szóstki musieliśmy zejść (zjechać) w dół. Kto zgadnie gdzie była siódemka? :-) Myślałam, że ducha wyzionę przy tym lataniu góra – dół, ale już na płaskim, w drodze do ósemki odzyskałam oddech. Z dziewiątki na dziesiątkę było tak daleko, że już w jednej trzeciej drogi zapomniałam gdzie biegniemy, ale wolałam patrzyć pod nogi niż na mapę. Założyłam, że albo Tomek, albo Barbara wiedzą gdzie biec.  Dziesiątka stała u podnóża skarpy przystadionowej, ale jedenastka już na jej szczycie. PK 11 był ostatnim punktem na pierwszej stronie mapy i przeszliśmy na drugą stronę - takie nowatorskie (aczkolwiek już spotykane) rozwiązanie, żeby nie nosić wielkiej płachty mapy.
Póki biegaliśmy po płaskim dawałam radę biec i nie zostawać jakoś dramatycznie w tyle, mało tego coraz częściej miałam czas użytkować mapę zgodnie z jej przeznaczeniem, czyli czytać ją, porównywać z terenem i korzystać ze zdobytej w ten sposób wiedzy, a nie tylko nosić ją jako rekwizyt. Tylko ta skarpa… I jeziorka, które wciąż trzeba było obiegać, no bo przecież punkty stały naprzemiennie raz na jednym brzegu, raz na drugim. Popis wyboru optymalnej drogi dałam z PK 20 na 21. I tak w zasadzie to miałam rację, bo po mojemu było krócej, a że po drodze trafiło się bagienko… Kto mógł to przewidzieć. Byliśmy jednak twardzi i nie wycofaliśmy się, tylko dzielnie robiliśmy chlup, chlup, chlup. Nawet będąc  już daleko stamtąd, wiedzieliśmy kiedy kolejne osoby zaliczały PK 21 – informowały o tym ich entuzjastyczne okrzyki:-)
Z 24 na 25 to już naprawdę myślałam, że umrę, bo o ile bieganie po równym już mi jako tako idzie, to pod górkę za nic nie daję rady. Nawet jeśli jest to łagodne wzniesienie, a nie pionowa ściana. Powiem więcej – na pionowej się mniej męczę. Ostatni atak skarpy miał miejsce między 29 a 30. Było stromo i ślisko. Wymiękłam i myślałam, że w życiu nie wdrapię się na górę. Światła czołówek  moich towarzyszy dawno zniknęły w ciemnej nocy, a ja byłam dopiero w połowie stoku i jeszcze zaliczyłam kilkumetrowy obsuw. Tyle wysiłku mi się zmarnowało:-( Tomek na szczęście nie zostawił mnie na pastwę losu i wrócił wciągnąć mnie na górę. A potem już tylko dobieg do mety i nawet zebrawszy wszystkie siły zrobiliśmy wyścig, kto pierwszy dobiegnie. Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia, bo nasze telefony i tak zapipczały metę wtedy, kiedy same chciały. O ile w poprzednich BPK-ach nie miałam większych problemów z pipaniem, to tym razem aż cztery razy musiałam ręcznie przepychać punkt, bo nie chciało załapać. Tak na trening to fajna ta apka, ale zawodów tym by nie zrobił.