„Podjęli monotonną wędrówkę w górę. Kilka kroków, potem przerwa. Martin postanowił trzymać się schematu: pięć kroków pomiędzy każdą przerwą. (…) Szli teraz nieco szybciej. Martin robił osiem długich kroków, potem zatrzymywał się i liczył do trzydziestu. (…) Po chwili stracił poczucie czasu, koncentrował się wyłącznie na tych ośmiu trudnych krokach, przerwie, podczas której liczył do trzydziestu, i kolejnych ośmiu krokach.”
Martin z thrilleru „Everest” wspinał się na Mount Everest, a ja na pomniejsze sudeckie górki, ale w tempie i metodzie pokonywania trasy właściwie nie było żadnej różnicy. No dobra, ja szłam trochę wolniej. Od Martina miałam lepiej tylko pod jednym względem – u niego było tylko w górę, u mnie raz w górę, raz w dół, chwilami po równym.
Uczciwie powiem – z trasy pamiętam niewiele, właściwie to tylko start, bufet, tęczę i metę. Po tej pandemicznej przerwie, kiedy większość imprez poodwoływano, moja kondycja jest jak Pszczółka Maja – gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie…
Na dokładkę na mecie okazało się, że mam trzecie miejsce wśród kobiet (i to nie na trzy uczestniczki) i to jest strasznie głupie, bo zombie dowleczone siłą powinno w ogóle być zdyskwalifikowane. Ale gdyby były nagrody za największą wolę przetrwania, nooo to już inna rozmowa…
Na mecie podjęłam twarde postanowienie, że na górską pięćdziesiątkę to ja już nie idę, a potem pożegnałam się z organizatorami słowami: do zobaczenia za rok!
Pogięło mnie????