Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 50 km. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 50 km. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2023

Wiosenne 360°

 

Za mną już kolejna edycja Wiosennych 360°. Tym razem bez podium, ale jak zawsze "było blisko". Zresztą co tu opisywać skoro można zobaczyć!

wtorek, 28 marca 2023

Prymulek w cieniu patodeveloperki

Prymulek to specyficzna impreza. Specyficzna formą i treścią. Jako dziecko Barbary jest odpowiedzią na brak w okolicy dobrych imprez typu TP50. Prymulek nie doczekał się jednak udziału w PMnO, choć technicznie na pewno zasługuje. Pomimo, że na mapie wszystko wygląda prosto i łatwo, na uczestników zawsze czekają jakieś niespodzianki. Raz to była źle wyskalowana mapa i z TP50 zrobiło się TP80, drugim razem trzeba było zabrać ze sobą peryskop… ale zawsze były jakieś zagwozdki nawigacyjne, czy optymalnego wyboru trasy. 

Tym razem Prymulek zawitał na zachodnio-północne obrzeża Warszawy. Jak to przy wielkim mieście - nieużytki, zabudowania, sporo "ekologicznych" PK w dołkach, gdzie zbierają się różne okruchy cywilizacji. 

Prymulek na pewno ma ciekawą formułę: baza czynna jest zwykle 13 godzin, startujesz kiedy chcesz i masz limit 12 godzin. Jesteś szybszy możesz wystartować później;-) Tym razem było mniej kameralnie. Ale tylko na trasie TP25, która wchodzi do nowego pucharu „połówek”. Na TP50 ciągle jest mniej niż 10 osób. 

Co w tym roku było fajnego? Na pewno "Mogiła żołnierza AK". Punkt występujący chyba na wszystkich trasach. Sęk w tym, że na mapie mieliśmy kropkę gdzieś w środku lasu. W lesie oczywiście było więcej dróg niż na mapie. A na drogach drogowskazy "Mogiła AK". Jak się okazało tych mogił było sporo w lesie, a tak ładnie oznaczona chyba tylko jedna. Dołożyli do tego zamieszania swoją cegiełkę lokalni biegacze spotykani w lesie, którzy w dobrej wierze odsyłali do coraz dalszych mogił… 

Kolejną specyfiką były płoty. Wiadomo, w okolicach wielkomiejskich płoty wyrastają jak grzyby po deszczu. Za dnia daje się jeszcze płot dostrzec i czasami ominąć. Gorzej po nocy. Gdzieś tam po zmroku przebijałem się przez las do drogi. Na azymucie zachodnim trafiam na płot. Wracam się do poprzecznej drogi i odbijam na północ. Droga kończy się na kolejnym płocie. Słowem wydostanie się ze skrawka lasu na drogę do następnego lasu trochę zajęło. Potem biegnąc drogą, do której chciałem dotrzeć widziałem, że te płoty miały przerwy, ale wypatrzenie ich w świetle latarki było co najmniej ciężkie. 

I oczywiście patodeveloperka. Droga z PK 29 na PK 31 prowadziła (na mapie) przez jakieś pola. W praktyce - przez nowo wybudowane osiedle domków jednorodzinnych. Ulice jeszcze niewykończone – krawężniki, szutr i trochę błota. Za domami las. I płot. Płot szczelnie otaczający całe osiedle! Jeden wjazd do setek domów. Wg folderów reklamowych developera – miasto-ogród, w zgodzie z naturą, las i takie hasła. Przy tej ilości domów i mieszkańców jeden wjazd to musi być koszmar. Podobno jest jedna furtka do lasu w otaczającym wszystko płocie, ale jej nie znalazłem. Wściekając się na tego patodevelopera nie dostrzegłem na rozjaśnieniu mapy sugestii, gdzie w płocie może być ta furtka. W efekcie powrót i obieganie naokoło - tak gdzieś z 6 dodatkowych kilometrów w nogach. 

Ale takie są uroki długodystansowych imprez na orientację: nieprzewidywalność i przygoda. 

Problem był w tym, że ciągle walczę z kontuzją. Liczyłem, że zgodnie z komunikatem technicznym zrobię 50 km, a może mniej i przetestuje jak sprawuje się rozcięgno przy dystansie dłuższym niż 5 km. Wyszło tych kilometrów ponad 60… 

Tu można pooglądać przebiegi na Liveloxie, a dla dociekliwych gorący jeszcze filmik na YouTubie


środa, 14 lipca 2021

Letnie Wiosenne 360

Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat). 

Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \

Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników. 

Odprawa
 

Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu. 

Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”. 

 

Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju. 

 Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy

Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę… 

Wyciągnąć wiosła!

 PK 52 kojarzy się z Lampionadą i jeszcze kilkoma zawodami. PK 51 znowu przydałby się peryskop;-) PK 50 i PK 46 były na treningu WMTour późną zimą. PK 42 rozwala opisem „EX Paśnik”. No cóż, w terenie wygląda to tak: 

 

Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex)
 

Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki. 

Chlup , chlup..

Chwila czasu i przekleństw mija, zanim wyciągam się z mokradła i podbijam punkt. Jakaś konkurencja dogania mnie przy punkcie – jak widać nie zgubiła ścieżki na końcówce. Pełen złości lecą drogami przez tereny zaznaczone na niebieskawo. Woda po kolana, ale mi już wszystko jedno. Byle nie potknąć się o coś na dnie. Na koniec przeprawa przez tę rzeczkę co do pierwszego PK – już bez żadnego mostka, woda powyżej ud. 

Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-) 

Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem! 

Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł)
 

Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety. 

Wypogodziło się - aż za bardzo
 

W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety. 

W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu. 

Dokładnie 44,44 km;-)

 

Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-( 

To czerwone to Kwito;-)
 

To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-) 

Meta!

 Podsumowanie: miejsce nr 5, czas nie rewelacyjny 8:30, 53 km. 

Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca

 

sobota, 29 sierpnia 2020

Łapiguz... za rok?

Zrobiłam poważny błąd. Pozwoliłam zapisać się na Łapuguza przed przeczytaniem ubiegłorocznej relacji, a potem było już za późno. No zapomniałam, po prostu zapomniałam, jak cholernie ciężko było poprzednio. Tomek najwyraźniej pamiętał moje zmagania z górkami, bo tym razem zapakował dla mnie kijki, szczególnie, że na Jadze Korze bardzo mi pomogły. No to od razu powiem – orientacja i kijki nie dają się połączyć – albo człowiek wie gdzie idzie, bo trzyma przed oczami mapę, ale iść nie może, bo nie ma się na czym wesprzeć (brak wolnych rąk do trzymania kijów), albo kroczy dziarsko wspomagając się kijami, ale za to nie ma pojęcia gdzie idzie, bo nawet jeśli mapę niesie w zębach, to nie ma jak na nią patrzeć. Czyli jedna wielka chała:-) Ponieważ w naszym przypadku najważniejsze było żebym się w ogóle przemieszczała, więc na Tomka spadło zadanie nawigowania. Co jakiś czas zerkałam na mapę, ale nie mogłam na bieżąco śledzić jak idziemy. Na początku strasznie mnie to frustrowało, ale kiedy zaczęłam walczyć o przetrwanie, stało się obojętne.
„Podjęli monotonną wędrówkę w górę. Kilka kroków, potem przerwa. Martin postanowił trzymać się schematu: pięć kroków pomiędzy każdą przerwą. (…) Szli teraz nieco szybciej. Martin robił osiem długich kroków, potem zatrzymywał się i liczył do trzydziestu. (…) Po chwili stracił poczucie czasu, koncentrował się wyłącznie na tych ośmiu trudnych krokach, przerwie, podczas której liczył do trzydziestu, i kolejnych ośmiu krokach.”
Martin z thrilleru „Everest” wspinał się na Mount Everest, a ja na pomniejsze sudeckie górki, ale w tempie i metodzie pokonywania trasy właściwie nie było żadnej różnicy. No dobra, ja szłam trochę wolniej. Od Martina miałam lepiej tylko pod jednym względem – u niego było tylko w górę, u mnie raz w górę, raz w dół, chwilami po równym.
Uczciwie powiem – z trasy pamiętam niewiele, właściwie to tylko start, bufet, tęczę i metę. Po tej pandemicznej przerwie, kiedy większość imprez poodwoływano, moja kondycja jest jak Pszczółka Maja – gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie…
Na dokładkę na mecie okazało się, że mam trzecie miejsce wśród kobiet (i to nie na trzy uczestniczki) i to jest strasznie głupie, bo zombie dowleczone siłą powinno w ogóle być zdyskwalifikowane. Ale gdyby były nagrody za największą wolę przetrwania, nooo to już inna rozmowa…
Na mecie podjęłam twarde postanowienie, że na górską pięćdziesiątkę to ja już nie idę, a potem pożegnałam się z organizatorami słowami: do zobaczenia za rok!
Pogięło mnie????


sobota, 22 lutego 2020

Skorpion 2020

 Motto:  
              Kiedy się wypełniły dni
              i zgubić się przyszła pora,
              prosto do jarów czwórkami szli,
              inocy ze Skorpiona...

Dwa miesiące odwyku i wreszcie jakaś pięćdziesiątka. Co prawda nie wyobrażałam sobie, że po takiej przerwie będę w stanie zaliczyć całą trasę, ale lepiej nawet odpuścić jakieś punkty jakby co, niż nie być na Skorpionie. W piątek wieczorem, w składzie powiększonym o Barbarę, dotarliśmy do Goraja. Odebraliśmy skromne pakiety startowe, czyli kartę i koszulkę na mapę oraz podpisaliśmy cyrograf. Koszulki dla ludzi miały dopiero dojechać. Kiedy wreszcie dotarły, miłym zaskoczeniem było, że nie są bawełniane, tylko prawdziwie techniczne, zaś niemiłym (ale nie zaskoczeniem) fakt, że tylko wersje męskie. Zamówiłam rozmiar S, ale i tak mogę się w nią owinąć. Śmiałyśmy się z Basią, że na Przejście Smoka powinna zamówić tylko wersje damskie i niech się panowie w nie wciskają:-)


Od razu udało mi się stworzyć dookoła siebie artystyczny nieład:-)

W sobotę rano największym problemem było - co na siebie włożyć, czyli w sumie nic nowego. Po kilkukrotnym sprawdzeniu pogody udało się ustalić jakąś wersję, spakowaliśmy plecaki, wysłuchali uwag Organizatora,  pobrali mapy i wreszcie  nastąpił start do przygody.

Ostatnie przygotowania.

Mapa wyglądała mizernie - mała kartka A4, a na niej cały teren zawodów. Do tego żadnych rozświetleń ani nawet opisów punktów! O ja głupia! Rok temu wyśmiewałam różnorodność opisów - początek jaru, koniec jaru, to teraz dostałam za swoje - nie ma żadnych. I proszę jak to trzeba uważać co się mówi i pisze... Cóż, na dokładność mapy nie mogliśmy liczyć, ale w końcu trzy głowy przecież dadzą radę rozgryźć trasę.
Postanowiliśmy punkty 1, 2 i 3 zostawić sobie na powrót, bo wyglądały na łatwiejsze - po ciemku trudniej szukać w lesie niż na otwartej przestrzeni. Planowaliśmy zacząć od PK 13, potem PK 12 i dalej zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Podobny pomysł miała większość zawodników, co zauważyliśmy po starcie. Kilka najszybszych osób pomknęło w dal, a przez chwilę my przewodziliśmy reszcie stawki. Tak gdzieś przez minutę, ale zawsze to coś:-)
Do trzynastki umiejscowionej (jak to na Skorpionie) w jarze, praktycznie dobiegliśmy drogami, a przy punkcie zrobił się lekki tłok, chociaż nie zator.

 PK 13

Na dwunastce znowu było tłoczno. Ponieważ, jak na razie, do punktów dobiegaliśmy wygodnymi drogami, bez wariantów, stawka nie miała jak się rozciągnąć i rozdzielić. Z tego jaru gramoliliśmy się powoli, bo zbocza miał dość strome, a ja pod górę to tak średnio.
Jedenastka urzekła mnie swoim majestatem - to już był konkretny, głęboki jar, na którego dno musieliśmy zejść po stromym zboczu. 

Stowarzysz do PK 11

Po jedenastce skończyły się wygodne, wybetonowane fragmentami drogi, a zaczęły drogi błotniste i rozjeżdżone oraz pola. Z polami to mieliśmy trochę kłopot. Na odprawie Organizator prosił żeby nie chodzić po tych obsianych oziminą, zapomniał tylko nam pokazać jak ona wygląda. W końcu wymyśliliśmy, że jak zielone rośnie w rządkach, to ozimina, a jak chaotycznie, to trawa. Staraliśmy się chodzić miedzami, ale jak pragnę zdrowia - nie wszędzie się dało. Wtedy staraliśmy się unosić nad ziemią. 

 Polami, polami, po miedzach, po miedzach, po błocku skisłym, w mgłę i wiatr...

W Hoszni Ordynackiej to sami gospodarze kazali nam iść przez obsiane pole i spieszyć się, bo widzieli, że już dużo naszych szło wcześniej i sądzili, że jesteśmy spóźnieni:-))) Tak się nam od razu przypomniała sytuacja z Wilgi Orient, gdzie większość napotkanych ludzi patrzyła na nas krzywo, a za wejście na prywatny teren najchętniej by zabili. Tutaj wszyscy byli życzliwi i sami z siebie chętni do pomocy.
Dziesiątka znowu była w głębokim jarze i z góry widzieliśmy kilka sztuk konkurencji wdrapującej się na przeciwległy stok wąwozu. Nas to też czekało, ale najpierw musieliśmy zejść nie zabijając się po drodze. Ufff... udało się.
Czternastka zadziwiła nas swoim położeniem, bo - uwaga!- nie była w jarze, lecz na skraju krzaczorów. A co tam było w krzaczorach - nie dociekałam. Aż zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę żeby uwiecznić to nietypowe umiejscowienie punktu:-)

PK 14

Byliśmy zaledwie na naszym piątym punkcie, a już następny miał być tym najdalszym, jak na odprawie mówił Organizator. Może był i najdalej położonym od bazy, ale my mieliśmy za sobą dopiero jakieś 1/3 trasy. Na punkcie miało, albo nie miało być być ognisko i miała, albo nie miała być herbata. No taki ten Organizator niezdecydowany był, jak o tym informował - że to niby kociołek się zgubił, a to może drzewa na podpałkę w lesie nie będzie, a to zapałek - no, nie słuchałam dokładnie czego mu tam brakowało. Szesnastka była niemal na końcu długaśnego wąwozu, ognisko się paliło, a czy kociołek się znalazł nawet nie zwróciliśmy uwagi, bo jakoś nie mieliśmy ochoty na herbatę. W ubiegłym roku przy ognisku zmieniałam przemoczone skarpety i padałam na pysk, teraz było jakoś bardziej lajtowo. W sumie to podbiliśmy punkt i po dolaniu wody do butelki od razu ruszyliśmy dalej. Świadomość, że od tej pory będziemy zbliżać się do bazy i w razie czego można będzie do niej wrócić w każdej chwili, bardzo podnosiła mnie na duchu, chociaż nie czułam się tak zmęczona jak przewidywałam, że będę.
Po szesnastce zaliczyliśmy dziewiątkę i ósemkę prawidłowo ustawione w jarach, a przejście na ósemkę trochę mi dało w kość. Ciągle było pod górę i pod górę. Nasza wędrówka wyglądała tak - Barbara darła przed siebie oddalając się coraz bardziej, ja lazłam dwa kroki, odpoczynek, krok, odpoczynek, Tomek usiłował mnie na co stromsze odcinki wciągać albo wpychać, żeby było szybciej.
Ilość poziomnic między ósemką, a siódemką trochę mnie przeraziła.  Byłam pewna, że u celu wyciągnę kopyta i koniec, kaplica, a tymczasem nie było tak tragicznie. Siódemka była pierwszym punktem, który nie chciał wejść. Niby wszystko się zgadzało, ale wąwóz szedł pod złym kątem i według mnie był za daleko. Wróciliśmy do jego wejścia i Tomek wymyślił, żeby spenetrować drugie rozgałęzienie. Faktycznie, był tam lampion, ale wzięliśmy go bez przekonania. Niestety, przy takiej skali mapy jaką mieliśmy, trudno było dopatrzeć się takich niuansów jak odgałęzienia niewielkiego wąwozu. Jak się później okazało, udało się nam wstrzelić na właściwy lampion, ale nawet nie wiem czy w ogóle był tam stowarzysz.
Do piętnastki szliśmy głównie otwartym terenem, najpierw na azymut, a od  Jędrzejówki drogami. Taki bezproblemowy punkt. Po piętnastce chcieliśmy wziąć szóstkę, do której było z każdego punktu nie po drodze. Żeby się do tej szóstki dostać, musieliśmy podejść prawie pod piątkę, żeby potem kawał drogi wracać po śladach do niej. Jedyna zaleta, że wszystko odbyło się drogami, oczywiście oprócz samych wejść na punkty, które tradycyjnie stały w jarach. Za piątką natrafiliśmy na pole kwitnących przebiśniegów, ale gdzie tam kto tej zimy widział śnieg - ty były raczej przebibłota, a nie przebiśniegi:-)

Śniegu to one raczej nie przebijały.

O ile wcześniej co chwile kogoś spotykaliśmy, szczególnie przy lampionach, to teraz już od jakiegoś czasu nie było w zasięgu wzroku żywej duszy. Trochę nas to niepokoiło, bo nie widzieliśmy żeby wszyscy nagle nas wyprzedzili, ale z drugiej strony niemożliwe żeby zostali daleko w tyle. Ale trudno - nie ma, to nie ma.
Po piątce powoli zaczynało robić się coraz ciemniej. Jeszcze nie wyciągaliśmy czołówek, ale ja praktycznie niewiele co widziałam na mapie, więc musiałam wierzyć Barbarze i Tomkowi, że idą w słusznym kierunku. Faktycznie prowadzili w słusznym, tylko dlaczego w pewnej odległości od drogi, a nie drogą, to już zupełnie nie wiem. Ale grunt, że do czwórki dotarliśmy bez żadnych problemów.

Co im ta droga przeszkadzała?

Zostały nam jeszcze tylko trzy punkty, godzina była całkiem przyzwoita, a ja czułam, że mimo wcześniejszych obaw, spokojnie dam radę przejść cała trasę. Oczywiście, że byłam porządnie zmęczona, ale nie wyczerpana, jak na niektórych trasach.
Za czwórką, w Wólce Abramowskiej nie wstrzeliliśmy się we właściwą drogę i troszkę nadłożyliśmy, ale nie dużo i po chwili już byliśmy na właściwym asfalcie, a potem przecięliśmy główną drogę. Gdzieś w tamtych okolicach zastał nas klubowy 44-ty kilometr. Tym razem jego czterdziestoczwartość była jeszcze bardziej umowna niż zwykle, bo każdemu z naszej trójki gps pokazywał inną odległość, a między największą, a najmniejszą było prawie 5 km różnicy. Tak więc tradycyjna fotka została zrobiona gdzieś między 40-tym, a 50-tym kilometrem:-)

Ciemno, to i tak niewiele widać.

Od jakiegoś czasu byłam już okropnie głodna, ale batoniki przestały mi wchodzić.  Zaczęłam więc marzyć o obiedzie (weganom proponuje opuścić ten fragment) - o ogromnym, dwukrotnie panierowanym, ociekającym tłuszczem, przyrumienionym schabowym. Takim wielkim na cały talerz, jak dają na przykład w Oleśnicy. Tak się rozmarzyłam, że nawet nie zauważyłam kiedy zaliczyliśmy PK 3. Ale oczywiście byłam na nim, co dokumentuje poniższe zdjęcie.

 
PK 3. Tam między nami widać lampion.

Do dwójki musieliśmy oddalić się od mety. Mówię Wam - to jest straszne uczucie - ciemno, zimno, do domu daleko, do mety blisko, a ty musisz iść w przeciwnym kierunku. Jakiż to trzeba mieć hart ducha, żeby nie odpuścić punktu. I my wykazaliśmy się tym hartem. I już wiemy Как закалялась сталь. Na szczęście z trójki na dwójkę prowadziła droga, więc przynajmniej szło się w miarę dobrze, a punkt stał przy drodze, a droga nie prowadziła przez wąwóz.
Jedynka była w pieron daleko, no bo przecież oddaliliśmy się od niej, ale na ostatni punkt, to zawsze człowiek jakoś żywiej idzie. Nie kombinowaliśmy z chodzeniem na skróty, tylko ruszyliśmy drogami, trochę zygzakiem, ale za to wygodnie. Z mapy wynikało nam, że punkt będzie przy skarpie, ale czy to po ciemku da się cokolwiek zobaczyć. Na zakręcie ścieżki wisiał na widokowym miejscu lampion, więc rozejrzeliśmy się za skarpą. Była. Ja z Barbarą byłyśmy gotowe wbijać i iść dalej, ale Tomek postanowił dokładnie spenetrować dziurę, bo coś mu nie pasowało. Oczywiście nie znalazł żadnej alternatywy, więc zgodził się na to, co było.
Teraz nastąpił najprzyjemniejszy moment - powrót do bazy. Z jedynki było już blisko, do tego głównie z górki, więc szybko zbliżaliśmy się do celu. Ostatni odcinek tradycyjnie pokonaliśmy biegiem, chociaż któreś z nas zadało zasadnicze pytanie : po co? Ano, chociażby dla zachowania tradycji:-)

Meta i fotka w proroczym miejscu:-)

W bazie interesowało mnie głównie gdzie dają żarcie i nie myjąc się (no dobra, ręce - tak) i nie czekając na resztę towarzystwa pognałam na stołówkę. Wymarzonego kotleta co prawda nie było, ale trafili z pomidorową, którą lubię, a mielony też dał radę. Dla mnie najgorsza opcja to kurczak i ryż, ale oczywiście też bym wciągnęła jak by co.


 Ziemniaków niewiele, ale surówki ile kto zmieścił.

Ponieważ na metę dotarliśmy o przyzwoitej porze, postanowiliśmy od razu wracać do domu. Organizatorzy widząc, że wynosimy rzeczy do samochodu, zatrzymali nas, chcąc wręczyć nam dyplomy. I co się okazało? Barbara klasyfikowana w kategorii kobiet zajęła drugie miejsce, a my klasyfikowani w mixach - pierwsze. Oprócz dyplomów były więc i statuetki i spora torba z nagrodami oraz książka " Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu 2". I teraz zastanawiamy się, czy to jest jakiś znaczący podarunek i czego spodziewać się na kolejnej edycji Skorpiona. Na wszelki wypadek planujemy dokładnie przestudiować otrzymane dzieło:-)

Wkrótce film - bądźcie czujni!

czwartek, 17 października 2019

Jatka nie-jatka

Ubiegłoroczna Jatka była jatką nie tylko z nazwy, ale faktycznie mocno dała nam w kość, łącznie z odpuszczeniem kilku punktów, na które brakło czasu i sił. Tym razem przygotowałam się więc psychicznie na wszystko co najgorsze, bo wtedy rzeczywistość może okazać się jedynie lepsza niż się spodziewamy. Pierwszą oznaką tej lepszości była podana przez organizatora długość trasy po wariancie - 51 z hakiem. Bardzo ludzka odległość. I jeszcze się zarzekał, że na pewno nie będzie dłużej. No dobra.
Pogoda na pewno zapowiadała się gorsza niż rok wcześniej, bo nieprzyjemnie siąpiło i kropiło i było wrednie zimno. Oczywiście w ogóle nie wiedziałam jak się ubrać i co chwilę albo wpychałam coś do plecaka, albo wyjmowałam, wciągałam na siebie, zdejmowałam, aż w końcu udało mi się wypracować jakiś kompromis.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy - normalną pięćdziesiątkową A4 i dwa razy większą płachtę do BnO w skali 1:12500. Trochę nieporęczna, ale przynajmniej wszystko było dobrze widać. No, może poza kółeczkami, którymi oznaczono punkty, bo nie dość, że totalnie zlewały się z tłem, to jeszcze były maleńkie i w ogóle nie trzymały standardów. Od razu wiedzieliśmy, że trzeba być czujnym, żeby któregoś PK nie przegapić. Do pilnowania tych PK mieliśmy tym razem trzy pary oczu, bo razem z nami szła Barbara.

Rozdanie map w sali gimnastycznej, bo na zewnątrz zimno i deszcz.

Zaczęliśmy od punktu na krawędzi (PK 10), a potem Tomek chcąc się utrzymać w konwencji przeczołgał nas dokładnie przez kolczastą zwartą ścianę roślinności, nie zwracając uwagi na nasze nieśmiałe propozycje, że może by jednak obejść, jak wszyscy inni to robili. W tych krzaczorach ustaliłyśmy z Basią, że decyzje o łażeniu po nieprzebieżnościach to jednak my będziemy podejmować i więcej nie damy się wmanewrować w żadne takie.
Po ósemce na szczycie (taki tam szczyt, nawet się za bardzo nie zasapałam) postanowiliśmy wziąć jedenastkę, żeby na powrocie nie trzeba było po nią zbaczać. Tak na pierwszy rzut oka to po ósemce pasowało 68 i przejście na drugą mapę, ale to tylko pozory. Ponieważ mapy różniły się znacząco skalami, musieliśmy czujnie pokombinować, gdzie najlepiej wstrzelić się po jedenastce. Pomogły nam w tym cycki utworzone z poziomnic, które wyhaczyliśmy na obydwu mapach. A przy cyckach mieliśmy PK 73.

Jurajskie cycki - bez sutków, bo cenzura:-)

Zrobiliśmy szybką burzę mózgów jak najsensowniej zaliczyć BnO, żeby za bardzo nie nadkładać drogi, zebrać wszystko i rezerwat brać od północy (bo tak). Jeden punkt mogliśmy odpuścić, bo był nadmiarowy i zaczęliśmy od eliminacji. Padło na 61 bo najdalej i najwyżej. Resztę wzięliśmy w kolejności: 73, 72, 69, 70, 71, 68, długi przelot na 65 i zachodnią część mapy biegowej mieliśmy z głowy. Na mapie biegowej leciało się luksusowo - punkty były stosunkowo gęsto, a odległości takie, jakie jestem w stanie przyswoić i oszacować. Bo na pięćdziesiątce to mam z tym problem - wciąż wydaje mi się, że to już. PK 69 szukaliśmy najdłużej. W opisie mieliśmy - "zagłębienie terenu", szukaliśmy więc dołka, dołu, niecki, niedużej dziury. W trzy osoby dokładnie czesaliśmy teren i dołków, owszem, było nawet sporo, ale lampionu ani jednego. Właściwą dziurę bylibyśmy pominęli, bo lampion z góry był niewidoczny, ale albo Tomka albo Basię tknęło wychylić się za krawędź i zajrzeć głębiej. Baardzo głębiej. Bo obniżenie terenu okazało się być w zasadzie małą studnią krasową - głęboką, ze skalnymi ścianami, a zejście do lampionu groziło skręceniem karku. Wyjście z niej było, nie wiem czy nie trudniejsze.

Pionowa, skalista ściana "obniżenia terenu". Niebieskie  (lewo-dół) to czyjaś głowa.

Oczywiście nie wychodziliśmy po tych skałach, tylko po ziemnym fragmencie dziury.
Dla odmiany PK 68, który w opisie miał "studnia krasowa" w ogóle nie wyglądał na żadną studnię, do momentu kiedy nie zadarło się głowy do góry. Bo dla urozmaicenia ta studnia nie szła w głąb, tylko w górę.
I tak się można naciąć na opisy punktów.

PK 68

Za rezerwatem mieliśmy jeszcze tylko 5 punktów z mapy biegowej - 62, 64, 66, 67 i 63. Punkty jak punkty - łatwo weszły, choć nie zawsze łatwo znaczyło - bez zmęczenia. Ot, nawigacyjnie łatwo. Po drodze spotykaliśmy stowarzyszone płaskie lampiony, ale żadnej ekipy, która by ich szukała. Może one tak wiszą całorocznie i są na każdą okazję?

Widok miły oku.

Po  wyjściu z dużej (rozmiarem) mapy zaliczyliśmy PK 7 i stanęliśmy przed dylematem - iść na dziewiątkę czy na dwunastkę? Mi przypadło w udziale podjęcie tej trudnej decyzji, ale ponieważ dwunastka była punktem żywieniowym, więc nie miałam praktycznie żadnego dylematu - idziemy na dwunastkę! Na dwunastce mieliśmy niewielką szansę spotkać Anię z Moniką z naszej ekipy, ale rozminęliśmy się gdzieś po drodze.

Ciastka, owoce, woda i piwo tylko dla rowerzystów. Jedyny moment, kiedy żałowałam , że nie mam roweru:-)

Bunkier na dziewiątce trochę mnie rozczarował, bo myślałam, że będzie można do niego wejść, a zobaczyłam tylko kawałeczek betonu wystający z ziemi.
 PK 15 i 16 były malowniczo usytuowane przy skałkach, ale dużo większe wrażenie robił PK 17 niepozornie nazwany przez autora mapy - "barierka". Ale to nie była taka zwykła barierka, tylko barierka odgradzająca Jaskinię Wielkanocną. Co prawda gdyby nie podpis na mapie to do dzisiaj myślałabym, że to taka duuuża i bardzo, bardzo głęboka dziura w ziemi, a nie jaskinia. Szkoda, że nie mam fotki, bo naprawdę robiła wrażenie. W drodze na dziewiętnastkę trochę machnęliśmy się na skrzyżowaniu i poszliśmy dłuższą drogą nadkładając jakieś pół kilometra, ale co to jest naprzeciwko nieskończoności.
Robiło się coraz zimniej i coraz bardziej zaczynało padać. Zaczęliśmy naciągać na siebie kolejne warstwy odzieży - kto oczywiście miał w plecaku. Na szczęście do bazy było już stosunkowo blisko i co ciekawe - wciąż jeszcze było jasno. Mieliśmy więc bardzo dobry czas, oczywiście jak na nasze możliwości. Rok temu, o takiej porze byliśmy jeszcze niewyobrażalnie daleko od Włodowic.
Między dziewiętnastką, a dwudziestką dopadł nas umowny 44-ty kilometr. Umowny - bo każdemu gps pokazywał inną odległość, więc wyciągnęliśmy średnią:-)

Fotka trochę nie wyszła, ale wiadomo przynajmniej gdzie byliśmy:-)

W okolicach PK 18 wyciągnęliśmy już latarki, bardziej żeby widzieć mapę niż teren, bo poruszaliśmy się praktycznie drogami. Czternastka była już tylko formalnością i kilka minut po dziewiętnastej zameldowaliśmy się na mecie.

Na mecie.

Tradycyjnie każdy dostawał medal i butelkę piwa marki "Zasłużone" o cudownych właściwościach: chłodzi, nawadnia, usuwa pęcherze.
W pierwszej kolejności, tuz po zdjęciu butów,  pognaliśmy na obiad, bo ile można żyć o samych batonikach? Jak ja nie cierpię kurczaka z ryżem! I jak bardzo mi smakował na mecie:-) Ostatnio ciągle co impreza to kurczak i ryż, a ja zawsze od połowy trasy marzę o schabowym z ziemniakami. Chyba zacznę wozić swoje żarcie.
Ta Jatka wyjątkowo była mało jatkowata.  Gdyby nie przecudne widoki po drodze, to powiedziałabym, że wręcz nudna - nie zgubiliśmy się, nie wdzieraliśmy się na niebotyczne szczyty, nie przeprawialiśmy się przez rzeki, zebraliśmy wszystkie punkty i spokojnie wyrobiliśmy się przed limitem czasu i to sporo. Nie wiem czy krzaki z pierwszego punktu i  "zagłębienie terenu" ratują sytuację, no, nie wiem... Chyba organizator za bardzo przejął się uwagami po ubiegłorocznej imprezie i przygotował taką mocno zachowawczą trasę. A ja to w gruncie rzeczy lubię być trochę przeczołgana na pięćdziesiątce. Bo wiecie, w razie jakichś wnuków w przyszłości, to będzie o czym opowiadać:-)
Ale jedną rzecz udało się Łukaszowi zrobić wbrew prawom fizyki. Skoro start i meta były w tym samym miejscu to ilość podejść i zejść chyba powinny być takie same, a jemu udało się tak zbudować trasę, że więcej było w dół i po płaskim niż pod górę. A pamiętam imprezy gdzie start i meta w tym samym miejscu, a kurde - cały czas pod górę.
I za to obalenie praw fizyki w słusznym kierunku - wielki szacun!

piątek, 2 sierpnia 2019

Orientiada 2019

Orientiadę lubię, za to, że jest kameralnie, blisko i po płaskim. W tym roku zachodziła też uzasadniona obawa, że będzie w upale. Przy typowaniu trasy Tomek stawiał na lasy po zachodniej stronie Mińska i faktycznie trafił. Mieliśmy dojść pod Pęclin i Malcanów.
Na starcie dostaliśmy po jednej marnej małej mapce. Na niektórych pięćdziesiątkach to dają duże płachty, albo plik map, tu najwyraźniej nie było na bogato. Możliwa była też opcja, że punkty są tak łatwe, że w sumie to i bez mapy nawet by można. Postanowiliśmy trzymać się tej drugiej interpretacji.

Tradycyjna fotka przed wyjściem na trasę.

Podobnie jak większość uczestników zaczęliśmy od PK 21 na zakręcie cieku wodnego. Do tego cieku musieliśmy zasuwać kawał asfaltem, łącznie z przekroczeniem DK 50. Staraliśmy się nie odstawać od grupy i punkt zbieraliśmy całą bandą. Do PK 4 znowu asfaltami, więc cały czas biegiem. Bałam się, że tyle biec to nie dam rady jednym cięgiem, ale nawet jakoś specjalnie nie zostaliśmy w tyle. Lampion miał wisieć na punkcie wysokościowym - całe 139 metrów.
Z czwórki na dwudziestkę czekał nas dłuugi przelot. I znowu asfalty, czyli bieganie. Nie wiem czy od tego biegania, czy po porannym śniadaniu, w każdym razie mój żołądek oznajmił, że on protestuje i jak dalej pobiegnę, to odpali bombę atomową. Pobiegłam. Przy ambonie, pod którą wisiał lampion, już się słaniałam na nogach, a potem pognałam w najbliższe krzaki nie sąsiadujące bezpośrednio z punktem, no bo ta bomba... Jak odpaliła.... Od razu zrobiło mi się lżej i nawet coś tam zaczęłam biec żeby nie stracić kontaktu z uciekającą grupą. Do banalnie prostej osiemnastki  cały czas przemieszczaliśmy się drogami i dopiero trzynastka na górce była pierwszym punktem, którego rzeczywiście musieliśmy szukać. Na górce rozdzieliliśmy się - panowie na prawo, panie na lewo i miałam to szczęście, że lampion wisiał akurat po mojej stronie górki, więc się dużo nie nachodziłam.
Dojście do czternastki dostarczyło nam mnóstwo wrażeń natury estetycznej, bo szliśmy piękną przecinką porośniętą soczystozieloną trawą i do tego pięknie oświetloną. Sam punkt był na mostku na rowie, któremu w urodzie też nic a nic nie brakowało.

Trochę nam obiektyw zaparował.

Przed piętnastką, już blisko celu, dogoniliśmy Sylwię i Krzysztofa, którzy chyba mieli problem ze znalezieniem tego punktu, bo jakoś w dziwnych kierunkach chodzili po okolicy. Udało się nadgonić czasowe straty "żołądkowe". Przy siedemnastce dogoniliśmy już większą grupę, z tym że oni już odchodzili od punktu, a my wchodziliśmy. Ponieważ przy siedemnastce były butle z wodą, zatrzymaliśmy się na moment, żeby uzupełnić nasze pojemniki. A po wyjściu na drogę musieliśmy zrobić jeszcze przystanek na oporządzenie butów, bo mieliśmy w nich już połowę lasu i nie dawało się chodzić. Kiedy tak gmeraliśmy w tych naszych butach, ze zdziwieniem zauważyliśmy, że w naszą stronę biegnie Hubert. Ale Hubert tutaj???? Powinien być już co najmniej kilka punktów przed nami! Okazało się, że od trzynastki do piętnastki miał jakąś złą passę i stracił masę czasu na szukaniu tych punktów. Teraz zresztą też zaczął biec dalej zamiast skręcić w stronę jeziorka i musieliśmy go nakierować.
Ruszyliśmy dalej, na PK 16. Po chwili dogonił nas Hubert i punkt zdobywaliśmy razem. Razem też ruszyliśmy na kolejny, ale po kilkudziesięciu metrach mój żołądek przypomniał sobie, że jeszcze warto by mnie ciut podręczyć i zaproponował akcję zwrotną. Nooo, nie ze mną takie numery - zacisnęłam zęby i powiedziałam: nie puszczę! A ten drań na to: na kolana! No to padłam na te kolana, siadłam na d.... i czekałam na rozwój sytuacji. W międzyczasie Hubert zniknął za horyzontem, a Tomek nerwowo przebierał nogami żeby go gonić. Gonić? Jakie gonić? Ledwo leząc dowlokłam się do sklepu w Malcanowie, zakładając, że mają tam lekarstwo na żołądek, czyli colę. Ufff, mieli. Z całych sił starałam się uwierzyć, że pomoże, bo wiadomo, że uzdrawia nie lek, tylko wiara w jego działanie. Pomogło o tyle, że dziarskim krokiem ruszyliśmy dalej, choć nie na tyle żeby biegać. Ale dobre i to.

Lekarstwo zażyte, a ta puszka to na drogę:-)

Od sklepu do dwunastki było blisko i wygodnie drogą, więc to akurat był dobry moment żeby przeprowadzić wewnętrzną regenerację. Jak by nie patrzeć, przed nami jeszcze była połowa trasy.
Dziesiątkę nad brzegiem jeziora zgarnęliśmy bez problemów, a potem się zaczęło. W planach mieliśmy dwudziestkę czwórkę. Planowaliśmy więc pójść na północ do drogi zaznaczonej na mapie jako taka większa, potem tą drogą na wschód do dużego skrzyżowania, a stamtąd to już rzut beretem. Zaczęliśmy okrążać jeziorko, żeby nie przedzierać się przez zarośla bezpośrednio na północ. W końcu wyszliśmy na piaszczystą drogę, ale zamiast na wschód, Tomek dalej ruszył na północ. Na mój nieśmiały protest stwierdził, że ta droga jest za mała i to na pewno nie ta, którą pokazuję na mapie. No, może.... W końcu dotarliśmy do górek. Tomek to nawet jakimś cudem wypatrzył na mapie poziomnice. Nawet jeśli były, to ja nie byłam w stanie ich zobaczyć bez okularów i lupy. Uwierzyłam więc na słowo, że jesteśmy w okolicach PK 24 i rozpoczęliśmy poszukiwania. Dłuuugie i nieskuteczne. Kiedy już sto razy przeczesaliśmy cały teren, zaczęliśmy dopuszczać do siebie myśl, że to może nie te górki. Ruszyliśmy ścieżką przed siebie w nadziei natknięcia się na jakieś charakterystyczne miejsce, które uda się dopasować do mapy. Napotkany rowerzysta twierdził, że jedzie z dziewiątki i pokazał na mapie gdzie według niego jesteśmy. Korzystając z nowej wiedzy ruszyliśmy dalej. Gorki zniknęły, a następne nie nastąpiły, chociaż przecież powinny. Znowu coś się nie zgadzało:-( Zaczęliśmy już łazić trochę bezsensownie: to w prawo, to w lewo, to w górę, to w dół.
W końcu doszliśmy do momentu, kiedy kompletnie nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie jesteśmy i w którą stronę iść.
- Co robimy? - padło sakramentalne pytanie. Ponieważ na północy ciągnął się jakiś większy ciek wodny, zaproponowałam iść w tamtą stronę, bo jak się na niego natkniemy, to przynajmniej w jednej płaszczyźnie będziemy umiejscowieni. Tak też zrobiliśmy, przyjmując od razu opcję, że jak będziemy w tamtej okolicy, to znajdziemy dziewiątkę, a na PK 24 i 11 namierzymy się od niej. Trochę naokoło, ale nie widzieliśmy żadnej innej alternatywy. Po jakimś czasie teren zaczął się nam z lekka zgadzać z mapą. Przed domniemaną dziewiątką spotkaliśmy Kingę idącą trasę w przeciwnym kierunku. Potwierdziła nasze przypuszczenia co do miejsca pobytu i razem ruszyliśmy zdobywać punkt. Potem, tak jak planowaliśmy, we trójkę, ruszyliśmy po 24 i 11. Ani dwudziestki czwórki, ani jedenastki wcale nie znaleźliśmy tak od pierwszego kopa, ale w końcu udało się. We trzy osoby zawsze się szybciej czesze niż we dwie:-)

 PK 9 z Kingą.


Najprostsza droga z PK 10 do PK 24:-)

Z jedenastki na siódemkę było w pieron daleko, no bo przecież nie szliśmy optymalnie. Najpierw wpakowaliśmy się w krzaki, bo ścieżka, czy przecinka w pewnym momencie zupełnie nam zanikła, a z kilometr przed siódemką weszliśmy w złą drogę. Nic już nie mówiłam, bo kto tam zwraca uwagę na moje gadanie.... Wpakowaliśmy się w jakieś ogrodzone osiedle, którego z żadnej strony logicznie nie dawało się obejść i musieliśmy cofnąć się kawałek, a potem znowu pokonywać bujną roślinność typu nieużytek/łąka.
Z siódemki do szóstki przeszliśmy bezproblemowo, w większości porządnymi drogami. Biegać już się nam specjalnie nie chciało, bo stracony czas i tak był nie do odrobienia.

PK 6

Przed odcinkiem między szóstką a piątką ostrzegała nas Kinga i odradzała wariant południowy, ale też nie była w stanie powiedzieć, czy groblą daje się przejść, bo nie sprawdzała. My postanowiliśmy sprawdzić, ale okazało się, że do grobli to się w ogóle nie da dojść i szybko zrezygnowaliśmy. W wariancie południowym najtrudniejsze było przebicie się do drogi, bo jakoś tak zapomnieliśmy spakować maczet, ale udało się "siłom i godnościom osobistom". Punkt wyglądał na prosty, bo wydawało nam się, że wystarczy znaleźć ciek wodny i iść nim aż się zauważy lampion. Ciek narysowany dość grubą kreską na mapie w skali 1:50000 wyobrażałam sobie jako rów co najmniej po pas, a tymczasem poszukiwany rowek w porywach sięgał do kostek i był mocno zarośnięty. No to nic dziwnego, że nie mogliśmy go znaleźć, szczególnie jeśli dodatkowo źle zmierzyliśmy odległość.


Ta wyjątkowa seria niepowodzeń ciągnąca się od PK 10 zaczęła mnie zastanawiać. I wiecie co ja sobie myślę? To wszystko wina Huberta! To on sprzedał nam swojego pecha, bo przecież po naszym spotkaniu, on poleciał przodem i tyle go widzieliśmy, a my zaczęliśmy błądzić i robić głupoty. Ja Wam radzę - na trasie trzymajcie się od niego z daleka! :-)
Trójkę, dla równowagi w przyrodzie, zdobyliśmy bezproblemowo, a jakoś tak kawałek za trójką zastał nas 44-ty kilometr, czyli nasz klubowy. Tradycyjna fotka musiała być, a ja z całych sił usiłowałam wykrzesać z siebie uśmiech, żeby to jakoś wyglądało. W rzeczywistości to wcale mi już nie było do śmiechu.

44-ty kilometr.

Jedynki szukaliśmy długo i bezskutecznie przez ponad 20 minut, zanim dowiedzieliśmy się, że ktoś ukradł lampion i punkt należy pominąć. Niestety - cichego piśnięcia telefonu oznajmującego przyjście sms-a od organizatora nie usłyszeliśmy.

Dokładnie obejrzeliśmy cały rów i wszelaką otwartą przestrzeń.

Wkurzeni ruszyliśmy po ostatni punkt - PK 2. Na szczęście z nim nie mieliśmy żadnych problemów. Już się zaczynaliśmy cieszyć, że teraz to tylko do bazy i kombinowaliśmy  jak najbardziej skrócić sobie drogę. "Kto ścieżki prostuje, w domu nie nocuje" - mówiła moja babcia i miała rację. Jak zaczęliśmy kombinować ze skrótami, to władowaliśmy się w łąkę-nie-do-pokonania. Łąka (a właściwie nieużytek) ciągnęła się wzdłuż DK 50, tyle, że nie dało się z niej ani wejść na drogę, ani przedrzeć się do potencjalnej ścieżki, którą mieliśmy na mapie. Nie powiem, łąka wyglądała bardzo malowniczo i świetnie nadawała się do sesji zdjęciowej, ale już do chodzenia po niej, zwłaszcza kiedy się komuś spieszy, to zdecydowanie NIE!

Prawie kilometr w trawach i kwiatach.

W końcu jednak dotarliśmy do bazy, oddali karty startowe i pierwsze o co spytaliśmy, to - gdzie dają żarcie?! Po takiej pięćdziesiątce nie ma dla mnie nic ważniejszego.  Na szczęście mój żołądek już kilka godzin wcześniej się uspokoił  i teraz bez obaw mogłam nawrzucać mu mięska, ryżu i surówkę.

Pełna ekstaza.

Dopiero po posiłku zainteresowałam się odebraniem dyplomu za trzecie miejsce wśród kobiet, bo też i nie było się do czego spieszyć. To trzecie miejsce to na cztery uczestniczki, więc żadne tam osiągnięcie. Ale dawali, to brałam.

Trzeba zamówić kolejną półkę na trofea.

Osiągnięcia tym razem raczej mieliśmy mierne, prawie 100 minut straciliśmy na błądzenie z własnej winy oraz szukanie nieistniejącej jedynki, umordowaliśmy się strasznie (przynajmniej ja), ale oczywiście w przyszłym roku też bierzemy udział i może uda się odkuć za tę edycje:-)

niedziela, 16 czerwca 2019

DYMnO - suplement

Nie mogliśmy zostać na zakończeniu imprezy, bo spieszyliśmy się szykować Rodzinne, więc zakończenie przyszło do nas. Bo ja to tak niby młodzież, młodzież, ale jak dają coś w kategorii weterańskiej, to przecież też wezmę. Co się ma zmarnować? No bo okazało się, że zostałam Pierwszą Weteranką DYMnO! :-)

Wręczanie trofeum.

 Największy puchar w mojej kolekcji.

piątek, 7 czerwca 2019

Nie uszło nam to na sucho! DYMnO 2019.

DYMnO od zawsze kojarzy mi się z wodą. Dwa lata temu startowałam po raz pierwszy i wodę, owszem - widziałam, ale nie zamoczyłam nawet czubka palca. W ubiegłym roku susza była taka, że zaznaczone na mapie bajora, w terenie okazywały się małymi kałużami. Mimo to, w tym roku znowu nastawiłam się na mokre przejście i nie żałowałam sobie sudokremu na stopy.
Na start jechaliśmy rano, ale to rano było bardzo, bardzo barbarzyńskie - wstać musieliśmy trochę po czwartej w nocy. Dodatkowo wcale nie zdążyłam się zregenerować po Jadze-Korze i brałam pod uwagę opcję, że nie dam rady.
Przed siódmą otrzymaliśmy mapy i parę minut na wybranie wariantu, a o siódmej ruszyliśmy.

 Grzecznie czekam na swoją kolej.

Punkty na mapie były tak rozłożone, że ciężko było wybrać jakiś logiczny wariant, bo jak by nie iść, środek mapy zawsze bruździł. Postanowiliśmy zacząć od punktu 31, czyli wariantem północnym, podczas gdy większość grupy ruszyła na południe. Przynajmniej nie mieliśmy tłoku, szczególnie, że biegliśmy raczej w końcówce stawki.
Pierwszy punkt, na rozwidleniu rowów, na zachętę był łatwiutki, z dobrym dobiegiem i dopiero ostatnie metry, kiedy musieliśmy zejść z drogi, zaczęły wprowadzać nas w atmosferę zawodów - punkt stał na podmokłej łące.
Kolejny PK, z numerkiem 34, miał być za górami, za rzekami... A nie, tylko za rzekami, a tak dokładniej rzeczką Strugą i rowami. Na pierwszych rowach zaznaczone były przepusty, a przez Strugę przechodziła droga, więc założyliśmy, że jak jest droga, to będzie i mostek. No niestety... zamiast mostku był bród. A myśmy taki kawał drogi specjalnie nadłożyli. Jeszcze przymierzaliśmy się do przejścia (na oklep) po zwalonym pniu, ale odpadała z niego kora, a pod spodem mogły być robaki, albo co, więc kategorycznie odmówiłam. To już wolałam zmoczyć nogi.

Odświeżająco i całkiem miło.

Między rzeczką, a lasem, do którego mieliśmy dotrzeć, ciągnął się łan pokrzyw, a gdzieś między nimi powinien być rów. Rów to mało powiedziane - woda stała po całości, a rów znaleźliśmy wpadając w wodę po uda. Ja to nawet zanurzyłam się z przyjemnością, bo chwilę wcześniej oblazło mnie milion ogromnych, czerwonych, kąsających mrówek.


 Znaleźliśmy rów!

Ponieważ kolejny punkt miał być na górce przynajmniej mieliśmy pewność, że będzie sucho. Namierzyliśmy się starannie i po chwili dotarliśmy do lekkiego wzniesienia. Ucieszyłam się, że górka jest mała, bo po Jadze Korze mam lekki uraz do przewyższeń. Wszystko było pięknie oprócz tego, że nigdzie nie było ani śladu lampionu. Przeczesaliśmy górkę od prawa do lewa, z góry na dół, po przekątnej, a potem to samo tylko w przeciwnych kierunkach. Lampionu nie było. Okazało się, że owszem - namierzyliśmy się bardzo dokładnie, tylko nie z tej drogi co myśleliśmy. Nasza górka była bardziej na północ i niestety, była znacznie wyższa niż te nędzne pagóreczki, które tak ochoczo czesaliśmy. Historia z górką wyrwała nam z wyniku aż 70 minut. Ale trzeba przyznać, że w czesaniu byliśmy bardzo konsekwentni i nie poddawaliśmy się po pierwszych niepowodzeniach:-)))
Między 34 a 39 mieliśmy na mapie zaznaczony sklep, ale uznaliśmy, że na przyjemności to jeszcze za wcześnie. 39 na muldzie weszło bez większych problemów.
Po 39 postanowiliśmy przejść się środkiem mapy i zgarnąć kilka tych środkowych punktów, co to ni przypiął, ni przyłatał. Wiązało się to z ponownym przekroczeniem Strugi, ale ustalając marszrutę jakoś nie braliśmy tego pod uwagę. Zresztą - skoro w jedną stronę udało się przejść, to i w drugą musi. Punkt 40-ty stał na granicy lasu, tylko Tomek nie chciał mi uwierzyć, że ta granica jest rzeczywiście na drugim brzegu. A Struga to nie jest proszę Was taka normalna rzeczka, co to ma wodę, potem brzegi, a potem sucho. Nie, ona ma wodę głęboką, wodę płytką, podmokłość, chaszczory mokre (z nadreprezentacją pokrzyw), chaszczory suche i dopiero potem normalna reszta. Co z tego, że najgłębsze udało nam się przejść po żeremiu, kiedy i tak łażąc po standardowo mokrym nasiąknęliśmy od dołu.
Z 40-stki polecieliśmy na 36, bezsensownie omijając 35, który tym sposobem został nam na powrót. PK 41 na ogrodzeniu nie dostarczył nam żadnych wrażeń, za to kiedy go minęliśmy, spotkaliśmy mordercę. Mroczny mężczyzna wysiadł z samochodu w środku lasu, otworzył bagażnik i wyjął z niego... wielką siekierę i piłę mechaniczną, niewątpliwie planując jakąś drobną masakrę. Na szczęście sprzęt nie był jeszcze gotowy do użycia i chyba tylko dzięki temu udało nam się ujść z życiem. Ufff.
PK 45 na końcu szerokiego rowu wodnego był łatwy. Schody, czy raczej stopnie (wodne) zaczęły się tuż za punktem. Chcieliśmy pójść prosto na północ (bo tak było najkrócej), ale okazało się, że Struga w tym miejscu jest szeroko rozlana i dość głęboka.Z mapy wynikało, że na zachód jest trochę węziej, ale okazało się, że bynajmniej - nie płycej. Spróbowaliśmy jeszcze bardziej na zachód i jedyną odmianą było mniej wciągającego mułu na dnie. Dobre i to. Gdyby woda była czysta, to ta przeprawa byłaby całkiem przyjemna, bo w ciepły dzień miło się ochłodzić. Niestety, na powierzchni pływały jakieś syfy i bałam się, że natychmiast po wyjściu dostaniemy parchów.

W najgłębszym miejscu sięgało mi prawie po pas.


Zaraz przypomniała mi się "Szanta ekologiczna" zespołu Watersztagi:

Płynęła sobie plama ropy wolno w dół rzeki.
- Hurra, dziewczyno ma! Płyną se ścieki!
I weszła do niej dziewczyna, ciemna blondyna.
- Hurra, dziewczyno ma! Płyną se ścieki!

   Płyną ścieki w dół rzeki, płyną ścieki, hej!
   - Hurra, dziewczyno ma! Płyną se ścieki!

Ażeby zażyć ochłody wlazła do wody.
W wodzie płyną wirusy, wyszły jej włosy.

  W rzekę weszła dziewczyna,
  Wyszła ruina!


Przez 44, 43 i 47 przemknęliśmy rączo i bezstratnie w czasie. Podziwialiśmy przepiękne okoliczności przyrody, bo od punktu 47 szliśmy szeroką łąką porośniętą jakimiś żółto kwitnącymi krzaczkami. Normalnie - sielanka. A po sielance nastąpił zamach na nasze życie. Zauważcie - kolejny już! Szliśmy sobie spokojnie przecinką, a tu nagle, niemal przed nosem, na drogę runęło drzewo. Trafiliśmy na ścinkę i na wszelki wypadek zagrożony teren obeszliśmy wielkim łukiem. I znowu udało się uciec kostusze spod kosy!
PK 48 zaczęliśmy szukać trochę za wcześnie. Coś na tej imprezie nie mieliśmy szczęścia do górek, bo punkt (podobnie jak 34) miał być na szczycie i znowu nie tym, który typowaliśmy. Co ciekawe, na górce spotkaliśmy rowerzystów czeszących za lampionem, więc nie tylko nas zniosło z trasy.
Na kolejny punkt - 49 poszliśmy naokoło, przez Ugoszcz, ale tam był sklep, a nam zaczynało kończyć się picie. Poza tym impreza bez sklepu jest nieważna, a przecież nie mogliśmy do tego dopuścić! Nasze zdanie podzielała też Ewa, Kazik i kilka innych osób, które spotkaliśmy przy sklepie.

Cukierki na wzmocnienie.

Punkt 49 miał być na karpie, idziemy więc sobie przecinką do niego, patrzymy, a tu Kasia K. idzie nam naprzeciw. Normalnie ruchomy punkt kontrolny! :-)

 PK 49

PK 50 nie sprawił nam problemów, a na strumyku nawet natrafiliśmy na mostek. Mostek, to może za dużo powiedziane, ale dwie deski, po których dawało się przejść - były. To była chyba nasza pierwsza woda, którą pokonaliśmy na sucho! Po PK 51 nastąpił 44-ty kilometr, więc tradycyjne okolicznościowe selfie oczywiście musieliśmy zrobić.

44-ty, klubowy kilometr.


Z 51, przez Syberię, udaliśmy się do PK 46, który co prawda miał nudny opis "koniec rowu", ale mieścił się niemal nad samym jeziorkiem z przepięknymi nenufarami i wędkarzami. Przepiękne były nenufary, a wędkarze to nie wiem, bo nie było czasu się przyglądać. Poza tym łypali na nas groźnie, bo pewnie płoszyliśmy im ryby.
Od jakiegoś czasu każdy kolejny punkt był coraz łatwiejszy i coraz ładniejszy. Po jeziorku z nenufarami czekało na nas kolejne, położone w środku Rezerwatu Moczydło. Prowadziła do niego ścieżka dydaktyczna zakończona pomostem widokowym. Poza widokami pomost miał tę zaletę, że na jego stopniach można było wygodnie usiąść i odpocząć. To znaczy można by, gdyby Tomek mnie nie poganiał...

Na żywo wygląda to znacznie lepiej.

Kolejne punkty nie przysporzyły nam już żadnych większych problemów (bo mniejsze, to i owszem), ale też nie przyniosły żadnych niezwykłych wrażeń estetycznych. Bardzo spodobało mi się określenie PK 32 - "róg granicy wysokopiennego lasu". W terenie te wysokie pnie jakoś mnie specjalnie nie ruszyły. Może też i dlatego, że było mi już wszystko jedno, chciałam tylko dowlec się do bazy i zjeść coś, co nie będzie słodkie.

Wysokopienny lampion

Wbrew moim wewnętrznym obawom mieliśmy jeszcze całkiem przyzwoity zapas czasu i wyglądało na to, że nawet jeśli resztę trasy pokonam czołgając się, to i tak wyrobimy się w limicie, z kompletem punktów. No, ale taka to ja już nie jestem - sprężyłam się w sobie  i większość drogi od ostatniego punktu (33) biegłam. Na ostatniej prostej spotkaliśmy organizatorów idących do bazy, więc tym bardziej nie wypadało przechodzić do marszu:-) Wreszcie dotarliśmy do mety, ostatni raz pipnęliśmy czipem i koniec, fajrant, odpoczynek i upragniony obiad. Kiedy w restauracji, przy kotlecie, dzieliliśmy się wrażeniami z trasy z innymi uczestnikami, okazało się, że chyba byliśmy na całkiem innej imprezie. Oprócz nas nikt nie łaził w wodzie po pas, a nawet jeśli, to przecież nie trzykrotnie.
Zaraz, zaraz - czy myśmy czasem nie poszli pieszo na trasę kajakową???
A koniec końców wreszcie wyszło na moje - DYMnO niebezpodstawnie od początku kojarzyło mi się z wodą!

 Nasz ślad.