wtorek, 23 lutego 2021

WesolInO i zaginiona czternastka.

WesolInO kocham trochę inaczej niż Dystans Stołeczny. Chyba bardziej interesownie, bo kocham za coś. Za to, że jest blisko domu; za to, że zawsze w tym samym miejscu i nawet jak się pogubię to nie jest to stresujące; za to, że jest baza w szkole, a ja lubię odrobinę luksusu i wreszcie za to, że w razie czego umiem samodzielnie dojechać:-). Bardzo ucieszyłam się, że wreszcie impreza rusza i od razu postanowiłam iść na całość, czyli zapisać się na trasę C.

 
Ekipa w składzie....

Na starcie (bo bazę w szkole tym razem ominęliśmy) zastaliśmy grupę przytupujących nogami orientantów i... nic więcej. Organizator w lesie. Stwierdziliśmy, że pewnie się zgubił, ale postanowiliśmy jednak poczekać. W końcu organizator wrócił i mogliśmy ruszyć na trasy. Moja miała nominalnie 6,3 km i 24 punkty. Trochę dużo.

Start!

Ruszyłam wygodnie drogą, potem kawałek ścieżką, ciut na przełaj i pierwszy punkt był mój. Na dwójkę - przełaj, droga, ścieżka, jest. A potem ustawiłam sobie kompas odwrotnie i zamiast na trójkę, ruszyłam w dokładnie przeciwnym kierunku. Doszłam do ścieżki i za nic nie chciał mi się zgodzić jej kierunek. Bo i dziwne byłoby gdyby się zgodził. Dopiero wtedy mnie olśniło, że zgodnie z normami matematycznymi kierunek to może i mam dobry, ale zwrot to na pewno nie. Zawróciłam do dwójki i namierzyłam się już prawidłowo.

 
 A ta ścieżka tu skąd???

Po tym błędzie skupiłam się już bardziej na tym co robię i od razu poszło lepiej. Początkowo szlaki azymutowe musiałam wydeptywać sobie sama, bo chyba startowałam jako pierwsza w mojej kategorii, ale bez problemu dałam radę. Z czasem zaczęły pojawiać się małe inostradki, potem i duże i to było wielkie ułatwienie dla mnie. I wcale nie chodzi mi o nawigację, tylko dużo wygodniej leci się po udeptanym śniegu, niż po nieudeptanym, który zapada się pod nogami i strasznie męczy. A przecież dodatkowo trasa prowadziła po wydmie, przy czym niemal każdy punkt stal po jej przeciwnej stronie.
Do trzynastki szło dobrze. Podbiłam punkt i ustawiłam azymut na kółeczko podpisane 10/14. Wszystko się zgadzało - droga, rów, lampion, tylko kod jakiś taki inny. Przy punkcie spotkałam Anię, która była na innej trasie, więc pomyślałam, że ten lampion jest jej, a mój będzie kawałek dalej, bo ma być przecież na końcu rowu, a nie w jego trakcie. No niestety, na końcu rowu nic nie było. Na wszelki wypadek przeszukałam teren w różnych kierunkach, wróciłam do drogi, znowu się namierzyłam, znowu wylądowałam przy tym samym lampionie i dopiero wtedy zauważyłam, że po drugiej stronie kółeczko oznaczające punkt jest podpisane 6/15. A niech to szlag trafi! Mój właściwy punkt był całkiem gdzie indziej. Jak ja nie lubię podpisywania punktów kilometr od kółeczka!! Wrrr!!!

 
Szukaj wiatru w polu...

Strasznie byłam zdegustowana po tej czternastce i całe szczęście, że reszta trasy poszła mi dobrze, bo inaczej na metę chyba wpadłabym gryząc i plując jadem. Po czternastce zaliczyłam jeszcze dziesięć punktów, więc złość zdążyła wyparować i dzięki temu organizator ocalił życie:-) Na metę dotarłam ledwo żywa bo przez to błądzenie zrobiłam prawie osiem kilometrów, zahaczając o rekord długości czasu przebywania na trasie - godzina i czterdzieści kilka minut. Akurat na czas wpłynęło też marne tempo przemieszczania się i jedynie pociesza mnie dobry przelicznik opłaty w stosunku do czasu trwania zabawy. Ten zresztą zawsze mam dobry:-)

Ufff, koniec!

Nie chcecie wiedzieć jak na drugi dzień bolały mnie nogi, w każdym razie posiadanie schodów w domu uznałam za duży, duży błąd. Ale cóż - bieganie po wydmach musi boleć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza