Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Cobra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Cobra. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 sierpnia 2018
niedziela, 29 lipca 2018
Czarna Cobra - część 2
W wodopoju nie siedzieliśmy długo, ale zawsze to chwila oddechu. Opici i obciążeni świeżą dolewką w bukłakach ruszyliśmy dalej - na PK 19. W sumie nic ciekawego - blisko i łatwo.
Do dwudziestki popruliśmy drogą i zaliczyliśmy kolejny punkt na górce. Zdecydowanie górki lepiej nam wchodziły niż strumyki - może dlatego, że je łatwiej wypatrzyć? Za to co sobie myślałam o budowniczym na każdym, choćby najmniejszym podejściu, to już lepiej zmilczę, bo nie zawsze były to słowa jakie przystoją damie. Co prawda ze mnie tam taka dama, jak z Tomka tancerz baletowy, ale zawsze. Jakoś mój organizm nie jest dostosowany do chodzenia inaczej niż po równym i nie daje się przekonać, że można.
Na dwudziestce pocieszałam się, że teraz to już będziemy szli w kierunku mety i z każdym krokiem będzie coraz bliżej do końca.
Do sanktuarium na Krzyżance wiodła porządna droga, bo to bardzo popularne miejsce. Szkoda, że nie mieliśmy czasu żeby pójść na wieżę widokową, zresztą wtedy nawet o wieży nie wiedzieliśmy. Na tych pięćdziesiątkach to się człowiek dużo nachodzi, a mało zobaczy. Czy to się w ogóle kalkuluje???
W stronę szesnastki poszliśmy przecinką, której nie było na mapie, dlatego już w pobliżu punktu coś nam przestało pasować. Droga powinna iść na nasypie, a jakoś nie chciała. Zaczęliśmy przeszukiwać wszelkie małe, większe, a potem i największe wzniesienia w okolicy, a lampionu ani śladu. Dopiero kiedy zauważyliśmy po drugiej stronie obniżenia drogę na nasypie, zrozumieliśmy w czym rzecz - nie byliśmy tam, gdzie myśleliśmy, że jesteśmy. Co oczywiście nie znaczy, że od razu poszliśmy bezbłędnie na punkt. Gdzie tam - chłopaki przeciągnęli mnie jeszcze przez jakieś pieruńskie górzysko i dopiero schodząc z niego zauważyłam, że ktoś wchodzi na niewielką górkę obok. Poleciałam sprawdzić co tam jest i co było? Oczywiście nasz lampion.
Wydawało się, że osiemnastka nie przysporzy nam trudności, bo mieliśmy i porządną drogę (na mapie i w rzeczywistości) i punkt zlokalizowany był blisko osiedla, więc było się od czego namierzać, a jednak... W terenie jarów było od zatrzęsienia, tylko w żadnym nie wisiał lampion. A przynajmniej tak się nam wydawało, bo potem okazało się, że obok lampionu przeszliśmy kilka razy. Zataczaliśmy coraz większe kręgi penetrując każde podłużne zagłębienie terenu, w końcu postanowiliśmy wrócić pod same domy i od nich namierzyć się jeszcze raz. Skutek osiągnęliśmy podobny do poprzedniej próby.
W końcu mój zapał opadł do poziomu zerowego i odmówiłam dalszej współpracy. Osiadłam sobie nad strumykiem i kontemplowałam rzeczywistość. Tomek w tym czasie biegał po bliższej, dalszej i coraz dalszej okolicy, Łukasz spacerował po bliższej. Największe efekty dała moja kontemplacja, bo wypatrzyłam gdzie znikają kolejni zawodnicy i w końcu poszłam to sprawdzić. Kilkanaście metrów od mojego stanowiska postojowego wisiał sobie lampionik - jak gdyby nigdy nic. Razem z Łukaszem podbiliśmy punkt i pozostało nam jeszcze odszukanie Tomka, który zniknął, wydawało się, że na zawsze. Nawoływaliśmy - zrazu nieśmiało, potem coraz głośniej:
- Toomeek!!!!
- Toooomeeeek!!!!!!!
W końcu usłyszeliśmy jego głos, a i on sam wyłonił się z krzaków.
Szukanie osiemnastki zajęło nam dobrze ponad pół godziny, chociaż nam wydawało się, że przynajmniej ze trzy. Na każdej imprezie musi trafić się jakiś taki feralny punkt i w sumie cieszyliśmy się, że ten punkt programu mamy już za sobą.
Punkt siedemnasty wynagrodził nam stresy związane z osiemnastką i dał się znaleźć od pierwszego kopa, a na dokładkę większa część trasy prowadziła asfaltem i mogliśmy pobiec nadrabiając stracony czas. Co prawda z tym moim bieganiem to na tym etapie wycieczki było już krucho, ale przynajmniej tam gdzie było z górki lub po równym starałam się przyspieszyć. W miejscu gdzie powinien wisieć lampion znaleźliśmy sam perforator, lampion zaś schowany był w wybetonowanej dziurze w ziemi, pewnie jakimś umocnieniu jeszcze z czasów wojny. Nie wiem czy takie było zamierzenie organizatora, czy ktoś po prostu wrzucił lampion do dziury, ale mi się podobało.
Z siedemnastki na piętnastkę można było iść na azymut albo leśnymi dróżkami, ale postanowiliśmy nadłożyć drogi i przelecieć się asfaltem. Punkt był na górce (na drugim szczyciku), więc tradycyjnie umierałam i przystawałam niemal co metr. Przy pierwszym szczycie spotkaliśmy ekipę, z którą już od dłuższego czasu wymijaliśmy się w drodze i wyglądało, że oni mają większe możliwości biegowo wytrzymałościowe, my z kolei nawigacyjne. Podpowiedzieliśmy im, że są o jeden szczyt za blisko.
Między piętnastką, a dwudziestką jedynką zastał nas umowny czterdziesty czwarty kilometr (numer naszego klubu) i oczywiście zatrzymaliśmy się żeby strzelić sobie selfika. No, tym razem wyjątkowo to nie był selfik, bo miał nam kto cyknąć fotkę i Łukasz wykazał się takim dziełem:
Zostały nam już tylko cztery punkty do mety. Ta świadomość podtrzymywała mnie na duchu, chociaż odcinek między dwójką a ósemką ciut mnie niepokoił. Zasadniczo jednak nie mam zwyczaju martwić się na zapas, skupiłam się więc na dotarciu do PK 21. Na szczęście było dość blisko, a na mapie narysowanych było sporo dróg w kierunku marszu. Niestety - w terenie dróg było jeszcze więcej i oczywiście wstrzeliliśmy się nie w tę, o którą nam chodziło. Przekonani, że jesteśmy na drodze tuż przy dziurze z punktem zaczęliśmy czesać las. Oczywiście - bezskutecznie. Inne ekipy chyba też się nacięły na ten sam numer, bo chwilami las był pełen zawodników, a każdy zadawał jedno pytanie:
- Macie dwudziestkę jedynkę?
Niby wszystko się zgadzało - droga biegnąca w słusznym kierunku, mała górka po jednej stronie drogi i druga po przeciwnej, tylko dużej dziury nie było. No i powtórzyła się sytuacja z osiemnastki:-( A już myśleliśmy, że te atrakcje mamy za sobą. W końcu ustaliliśmy, że ja zostaję na drodze, żeby chłopaki wiedzieli gdzie wrócić w razie czego, a oni idą czesać las w promieniu stu kilometrów. Innego wyjścia nie było. Początkowo to nawet się cieszyłam, że sobie odpocznę, zjem, napiję się, ale kiedy to ja stałam się pożywieniem dla zgłodniałych komarów, to mina mi trochę zrzedła. Psikałam się co kilka minut muggą i z niecierpliwością nasłuchiwałam, czy panowie nie wracają. I kiedy tak stałam sama w tym lesie, nadeszła Dominika, którą wcześniej zostawiliśmy w tyle. I znowu miałam okazję do zaciukania rywalki (nawet nikt by się nie dowiedział, że to ja) i znowu przegapiłam szansę. Ależ ta dziewczyna ma farta! :-)
Chłopaki z poszukiwań wrócili jedynie z postanowieniem zejścia do asfaltu (hmmm, dość daleko) i niczym więcej. Ale w sumie innego wyjścia nie było, bo odpuszczenie punktu nie wchodziło w rachubę. I kiedy tak schodziliśmy w dół do tego asfaltu nagle zaczęło nam się wszystko zgadzać, a po chwili znaleźliśmy i dziurę i lampion. Ale i tak kręcąc się za własnym ogonem straciliśmy kolejne pół godziny. Gdybyśmy ....
Po tych kolejnych długich poszukiwaniach byłam już totalnie zniechęcona. Wiadomo było, że nawet jeśli zdążymy zebrać wszystkie punkty, to czas będziemy mieć słaby i uplasujemy się gdzieś w końcówce stawki. Tak czy siak, iść trzeba było, bo w lesie nie zamierzaliśmy nocować.
Trójka miała być prawie przy samej drodze, więc nie spodziewaliśmy się trudności. A jednak... Co prawda szukaliśmy znacznie krócej niż poprzedni punkt, ale parę minut zeszło.
Zastanawialiśmy się czy do trójki iść naokoło, czy ryzykować przeprawę przez strumień. Mi było już wszystko jedno, strumień to nawet kusił zimną wodą, ale Tomek zadecydował, że obchodzimy. Jak się okazało całkiem niepotrzebnie, bo większość osób poszła na skróty (jak pokazują ich ślady gps) i wcale się nie potopili. Punkt miał być na brzegu jeziora u ujścia cieku wodnego. Wydawało się, że tu już nic nas nie zaskoczy. Tymczasem na brzeg jeziora, owszem - dotarliśmy, tylko nie wiedzieliśmy, w którym miejscu dokładnie się znajdujemy. Postanowiliśmy się rozdzielić i rozejść w dwie strony: Tomek poszedł na północ, ja z Łukaszem na południe. Co prawda lampionu żadne z nas nie znalazło, ale Tomek natrafił na rzeczkę, którą omijaliśmy i przynajmniej było wiadomo gdzie jesteśmy. Teraz znalezienie dwójki było już proste. Tylko wędkarze dziwili się, co tak co chwilę ktoś łazi i pyta albo o kartkę na drzewie albo o innych szukających.
Zbliżaliśmy się do końca limitu czasu, słońce zaczynało się powolutku obniżać w stronę horyzontu, a my mieliśmy do zaliczenia jeszcze jeden punkt - dość odległy i w mokrych okolicznościach przyrody. Przez moment nawet rozważaliśmy możliwość odpuszczenia go sobie, bo baliśmy się, że dotrzemy po wszystkich limitach i nie będziemy klasyfikowani. Szczególnie Łukasz bał się tej wizji, bo on w ogóle nastawiał się, że obleci wszystko w kilka godzin, a nie kilkanaście. Mi było już wszystko jedno, a Tomek nigdy nie daje za wygraną. Ponieważ ósemka i tak była w stronę mety, postanowiliśmy ostateczną decyzję podjąć już bliżej niej. Z obliczeń wyszło nam, że jeśli nic się nie wydarzy (czyli jeśli ja nie odmówię współpracy i nie zaprę się, że dalej nie idę) to wyrobimy się w limicie dodatkowym. Ósemka, na szczęście, okazała się łatwa i bezproblemowa.
Tak jak przewidywaliśmy na metę dotarliśmy już w czasie dodatkowym, chociaż bardzo się starałam i nawet podbiegałam jeśli nie było pod górę. A na mecie przeżyłam szok. Okazało się, że w klasyfikacji kobiet wskakuję na pudło - na najniższy stopień, ale zawsze. Nastawiałam się na miejsce w dolnych rejonach tabeli, a okazało się że dużo osób przyszło bez kompletu punktów. Drugie miejsce przegrałam o jedyne sześć minut (!), a pierwsze - wiadomo - Dominika (drugie zresztą też Dominika, ale inna).
A potem to już tylko zasłużone piwko, kiełbasa pieczona na ognisku (niestety, trzeba było samemu sobie upiec) i pyszne pierogi wydawane ukradkiem, bez reklamy, ale człowiek głodny trafi za węchem. I arbuz. Duużo arbuza. Poczułam się usatysfakcjonowana. A jeszcze bardziej kiedy dostałam gustowny puchar.
A tak wygląda nasz przebieg:
Jeszcze będzie filmik, ale chwilkę trzeba poczekać. Bądźcie czujni!
Punkt na górce, tuż przy przecince.
Do dwudziestki popruliśmy drogą i zaliczyliśmy kolejny punkt na górce. Zdecydowanie górki lepiej nam wchodziły niż strumyki - może dlatego, że je łatwiej wypatrzyć? Za to co sobie myślałam o budowniczym na każdym, choćby najmniejszym podejściu, to już lepiej zmilczę, bo nie zawsze były to słowa jakie przystoją damie. Co prawda ze mnie tam taka dama, jak z Tomka tancerz baletowy, ale zawsze. Jakoś mój organizm nie jest dostosowany do chodzenia inaczej niż po równym i nie daje się przekonać, że można.
Ten uśmiech dużo mnie kosztował. w rzeczywistości ledwo żyłam.
Na dwudziestce pocieszałam się, że teraz to już będziemy szli w kierunku mety i z każdym krokiem będzie coraz bliżej do końca.
Do sanktuarium na Krzyżance wiodła porządna droga, bo to bardzo popularne miejsce. Szkoda, że nie mieliśmy czasu żeby pójść na wieżę widokową, zresztą wtedy nawet o wieży nie wiedzieliśmy. Na tych pięćdziesiątkach to się człowiek dużo nachodzi, a mało zobaczy. Czy to się w ogóle kalkuluje???
PK 5
W stronę szesnastki poszliśmy przecinką, której nie było na mapie, dlatego już w pobliżu punktu coś nam przestało pasować. Droga powinna iść na nasypie, a jakoś nie chciała. Zaczęliśmy przeszukiwać wszelkie małe, większe, a potem i największe wzniesienia w okolicy, a lampionu ani śladu. Dopiero kiedy zauważyliśmy po drugiej stronie obniżenia drogę na nasypie, zrozumieliśmy w czym rzecz - nie byliśmy tam, gdzie myśleliśmy, że jesteśmy. Co oczywiście nie znaczy, że od razu poszliśmy bezbłędnie na punkt. Gdzie tam - chłopaki przeciągnęli mnie jeszcze przez jakieś pieruńskie górzysko i dopiero schodząc z niego zauważyłam, że ktoś wchodzi na niewielką górkę obok. Poleciałam sprawdzić co tam jest i co było? Oczywiście nasz lampion.
Szesnastka
Wydawało się, że osiemnastka nie przysporzy nam trudności, bo mieliśmy i porządną drogę (na mapie i w rzeczywistości) i punkt zlokalizowany był blisko osiedla, więc było się od czego namierzać, a jednak... W terenie jarów było od zatrzęsienia, tylko w żadnym nie wisiał lampion. A przynajmniej tak się nam wydawało, bo potem okazało się, że obok lampionu przeszliśmy kilka razy. Zataczaliśmy coraz większe kręgi penetrując każde podłużne zagłębienie terenu, w końcu postanowiliśmy wrócić pod same domy i od nich namierzyć się jeszcze raz. Skutek osiągnęliśmy podobny do poprzedniej próby.
Przez ten strumyk przeprawialiśmy się kilkakrotnie.
W końcu mój zapał opadł do poziomu zerowego i odmówiłam dalszej współpracy. Osiadłam sobie nad strumykiem i kontemplowałam rzeczywistość. Tomek w tym czasie biegał po bliższej, dalszej i coraz dalszej okolicy, Łukasz spacerował po bliższej. Największe efekty dała moja kontemplacja, bo wypatrzyłam gdzie znikają kolejni zawodnicy i w końcu poszłam to sprawdzić. Kilkanaście metrów od mojego stanowiska postojowego wisiał sobie lampionik - jak gdyby nigdy nic. Razem z Łukaszem podbiliśmy punkt i pozostało nam jeszcze odszukanie Tomka, który zniknął, wydawało się, że na zawsze. Nawoływaliśmy - zrazu nieśmiało, potem coraz głośniej:
- Toomeek!!!!
- Toooomeeeek!!!!!!!
W końcu usłyszeliśmy jego głos, a i on sam wyłonił się z krzaków.
Znalazł się! I Tomek i lampion.
Szukanie osiemnastki zajęło nam dobrze ponad pół godziny, chociaż nam wydawało się, że przynajmniej ze trzy. Na każdej imprezie musi trafić się jakiś taki feralny punkt i w sumie cieszyliśmy się, że ten punkt programu mamy już za sobą.
Punkt siedemnasty wynagrodził nam stresy związane z osiemnastką i dał się znaleźć od pierwszego kopa, a na dokładkę większa część trasy prowadziła asfaltem i mogliśmy pobiec nadrabiając stracony czas. Co prawda z tym moim bieganiem to na tym etapie wycieczki było już krucho, ale przynajmniej tam gdzie było z górki lub po równym starałam się przyspieszyć. W miejscu gdzie powinien wisieć lampion znaleźliśmy sam perforator, lampion zaś schowany był w wybetonowanej dziurze w ziemi, pewnie jakimś umocnieniu jeszcze z czasów wojny. Nie wiem czy takie było zamierzenie organizatora, czy ktoś po prostu wrzucił lampion do dziury, ale mi się podobało.
Siedemnastka w dziurze.
Z siedemnastki na piętnastkę można było iść na azymut albo leśnymi dróżkami, ale postanowiliśmy nadłożyć drogi i przelecieć się asfaltem. Punkt był na górce (na drugim szczyciku), więc tradycyjnie umierałam i przystawałam niemal co metr. Przy pierwszym szczycie spotkaliśmy ekipę, z którą już od dłuższego czasu wymijaliśmy się w drodze i wyglądało, że oni mają większe możliwości biegowo wytrzymałościowe, my z kolei nawigacyjne. Podpowiedzieliśmy im, że są o jeden szczyt za blisko.
Piętnastkę zdobyliśmy wspólnie.
Między piętnastką, a dwudziestką jedynką zastał nas umowny czterdziesty czwarty kilometr (numer naszego klubu) i oczywiście zatrzymaliśmy się żeby strzelić sobie selfika. No, tym razem wyjątkowo to nie był selfik, bo miał nam kto cyknąć fotkę i Łukasz wykazał się takim dziełem:
Dobrze, że było się o co oprzeć:-)
Zostały nam już tylko cztery punkty do mety. Ta świadomość podtrzymywała mnie na duchu, chociaż odcinek między dwójką a ósemką ciut mnie niepokoił. Zasadniczo jednak nie mam zwyczaju martwić się na zapas, skupiłam się więc na dotarciu do PK 21. Na szczęście było dość blisko, a na mapie narysowanych było sporo dróg w kierunku marszu. Niestety - w terenie dróg było jeszcze więcej i oczywiście wstrzeliliśmy się nie w tę, o którą nam chodziło. Przekonani, że jesteśmy na drodze tuż przy dziurze z punktem zaczęliśmy czesać las. Oczywiście - bezskutecznie. Inne ekipy chyba też się nacięły na ten sam numer, bo chwilami las był pełen zawodników, a każdy zadawał jedno pytanie:
- Macie dwudziestkę jedynkę?
Niby wszystko się zgadzało - droga biegnąca w słusznym kierunku, mała górka po jednej stronie drogi i druga po przeciwnej, tylko dużej dziury nie było. No i powtórzyła się sytuacja z osiemnastki:-( A już myśleliśmy, że te atrakcje mamy za sobą. W końcu ustaliliśmy, że ja zostaję na drodze, żeby chłopaki wiedzieli gdzie wrócić w razie czego, a oni idą czesać las w promieniu stu kilometrów. Innego wyjścia nie było. Początkowo to nawet się cieszyłam, że sobie odpocznę, zjem, napiję się, ale kiedy to ja stałam się pożywieniem dla zgłodniałych komarów, to mina mi trochę zrzedła. Psikałam się co kilka minut muggą i z niecierpliwością nasłuchiwałam, czy panowie nie wracają. I kiedy tak stałam sama w tym lesie, nadeszła Dominika, którą wcześniej zostawiliśmy w tyle. I znowu miałam okazję do zaciukania rywalki (nawet nikt by się nie dowiedział, że to ja) i znowu przegapiłam szansę. Ależ ta dziewczyna ma farta! :-)
Chłopaki z poszukiwań wrócili jedynie z postanowieniem zejścia do asfaltu (hmmm, dość daleko) i niczym więcej. Ale w sumie innego wyjścia nie było, bo odpuszczenie punktu nie wchodziło w rachubę. I kiedy tak schodziliśmy w dół do tego asfaltu nagle zaczęło nam się wszystko zgadzać, a po chwili znaleźliśmy i dziurę i lampion. Ale i tak kręcąc się za własnym ogonem straciliśmy kolejne pół godziny. Gdybyśmy ....
Punkt w duuużej dziurze.
Po tych kolejnych długich poszukiwaniach byłam już totalnie zniechęcona. Wiadomo było, że nawet jeśli zdążymy zebrać wszystkie punkty, to czas będziemy mieć słaby i uplasujemy się gdzieś w końcówce stawki. Tak czy siak, iść trzeba było, bo w lesie nie zamierzaliśmy nocować.
Trójka miała być prawie przy samej drodze, więc nie spodziewaliśmy się trudności. A jednak... Co prawda szukaliśmy znacznie krócej niż poprzedni punkt, ale parę minut zeszło.
O, tam wisi.
Zastanawialiśmy się czy do trójki iść naokoło, czy ryzykować przeprawę przez strumień. Mi było już wszystko jedno, strumień to nawet kusił zimną wodą, ale Tomek zadecydował, że obchodzimy. Jak się okazało całkiem niepotrzebnie, bo większość osób poszła na skróty (jak pokazują ich ślady gps) i wcale się nie potopili. Punkt miał być na brzegu jeziora u ujścia cieku wodnego. Wydawało się, że tu już nic nas nie zaskoczy. Tymczasem na brzeg jeziora, owszem - dotarliśmy, tylko nie wiedzieliśmy, w którym miejscu dokładnie się znajdujemy. Postanowiliśmy się rozdzielić i rozejść w dwie strony: Tomek poszedł na północ, ja z Łukaszem na południe. Co prawda lampionu żadne z nas nie znalazło, ale Tomek natrafił na rzeczkę, którą omijaliśmy i przynajmniej było wiadomo gdzie jesteśmy. Teraz znalezienie dwójki było już proste. Tylko wędkarze dziwili się, co tak co chwilę ktoś łazi i pyta albo o kartkę na drzewie albo o innych szukających.
Bardzo malowniczo usytuowany punkt.
Zbliżaliśmy się do końca limitu czasu, słońce zaczynało się powolutku obniżać w stronę horyzontu, a my mieliśmy do zaliczenia jeszcze jeden punkt - dość odległy i w mokrych okolicznościach przyrody. Przez moment nawet rozważaliśmy możliwość odpuszczenia go sobie, bo baliśmy się, że dotrzemy po wszystkich limitach i nie będziemy klasyfikowani. Szczególnie Łukasz bał się tej wizji, bo on w ogóle nastawiał się, że obleci wszystko w kilka godzin, a nie kilkanaście. Mi było już wszystko jedno, a Tomek nigdy nie daje za wygraną. Ponieważ ósemka i tak była w stronę mety, postanowiliśmy ostateczną decyzję podjąć już bliżej niej. Z obliczeń wyszło nam, że jeśli nic się nie wydarzy (czyli jeśli ja nie odmówię współpracy i nie zaprę się, że dalej nie idę) to wyrobimy się w limicie dodatkowym. Ósemka, na szczęście, okazała się łatwa i bezproblemowa.
Mamy ostatni punkt!
Tak jak przewidywaliśmy na metę dotarliśmy już w czasie dodatkowym, chociaż bardzo się starałam i nawet podbiegałam jeśli nie było pod górę. A na mecie przeżyłam szok. Okazało się, że w klasyfikacji kobiet wskakuję na pudło - na najniższy stopień, ale zawsze. Nastawiałam się na miejsce w dolnych rejonach tabeli, a okazało się że dużo osób przyszło bez kompletu punktów. Drugie miejsce przegrałam o jedyne sześć minut (!), a pierwsze - wiadomo - Dominika (drugie zresztą też Dominika, ale inna).
Wreszcie na mecie!
A potem to już tylko zasłużone piwko, kiełbasa pieczona na ognisku (niestety, trzeba było samemu sobie upiec) i pyszne pierogi wydawane ukradkiem, bez reklamy, ale człowiek głodny trafi za węchem. I arbuz. Duużo arbuza. Poczułam się usatysfakcjonowana. A jeszcze bardziej kiedy dostałam gustowny puchar.
Chwila dla fotoreporterów.
A tak wygląda nasz przebieg:
Jeszcze będzie filmik, ale chwilkę trzeba poczekać. Bądźcie czujni!
czwartek, 26 lipca 2018
Jak nie pyton to Czarna Cobra - część 1.
Po Wawel Cup-ie w ogóle nie trenowaliśmy. Mało tego - praktycznie w ogóle się nie ruszaliśmy. Najpierw wszystko nas bolało, a potem przygotowywaliśmy Rodzinne i nie było czasu. I deszcz ciągle padał, więc jak to tak w deszczu...
Tym sposobem na Cobrę jechałam kompletnie rozmemłana, ciągle zmęczona i pewna, że będę musiała zejść z trasy, bo nie dam rady. Tomek, jak zawsze, był gotowy góry przenosić.
Do Manowa przyjechaliśmy późno, bo strasznie daleko, a wyjechaliśmy z Warszawy dopiero po pracy. W bazie było niewiele osób, ale Chrumkająca Ciemność już na nas czekała. Nocowaliśmy w Ośrodku Edukacji Ekologicznej PZŁ i pierwsze co po wejściu na salę rzuciło mi się w oczy to cała masa wypchanych zwierząt - wszelakie sarnowate, dzik, lis. Takie mieszane uczucia miałam, bo z jednej strony mogłam sobie je z bliska obejrzeć, a z drugiej to żal żyjątek.
W regulaminie zawodów najbardziej zafascynował mnie punkt o noclegu i śniadaniu: "Nocleg na sali ogólnej jest bezpłatny, jednak wszystkie osoby nocujące zobowiązane są do pokrycia kosztów śniadania w dniu 21 lipca w kwocie 30zł." Szalenie interesowało mnie jak będzie wyglądać śniadanie za kwotę, za którą można zjeść dwudaniowy obiad z deserem, biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że w perspektywie pięćdziesięciu kilometrów, jakie mieliśmy pokonać, ze śniadaniem to jednak trzeba było dość ostrożnie. Śniadanie okazało się normalne, z jajecznicą jako hitem dnia, a we wszystkim pewnie chodziło o obejście jakichś durnych przepisów:-)
Po śniadaniu i chwili na dopięcie ostatnich spraw (na przykład nowej kamizelki biegackiej) wyszliśmy przed budynek, gdzie miała się odbyć odprawa i rozdanie map. I tam stałam się gwiazdą telewizji. Zawsze myślałam, że wywiady, autografy, sława to dopiero po osiągnięciu jakiegoś wyniku, a tu proszę - organizatorzy zadbali żeby od razu poczuć się zwycięzcą:-) Mam tylko nadzieję, że tych głupot co tam naplotłam o sposobie używania kompasu to nikomu nie pokażą, bo jak ktoś to sobie weźmie do serca i zastosuje, to przepadł na wieki...
W końcu ruszyliśmy na trasę. Postanowiliśmy iść przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, bo w drugą stronę mapa była bardzo niebieska i obawialiśmy się zmoczenia butów już na dzień dobry. Ruszyliśmy biegiem i już po kilkudziesięciu metrach poczułam ból łydek.
- Nieźle się zaczyna - pomyślałam.
Po chwili i Tomek przyznał się do dyskomfortu w tej samej części ciała. Ewidentnie jeszcze Wawel Cup z nas wyłaził. Póki jednak dało się przebierać nogami nie zwalnialiśmy, a po chwili ból przeszedł. Grunt to przetrzymać.
Do PK 11 większość trasy prowadziła asfaltem, a potem drogą i ścieżką wzdłuż brzegu jeziora. Na zachętę punkt był bezproblemowy i szybko go zgarnęliśmy.
Do czternastki był dość długi przelot. Drogą przez las wróciliśmy do asfaltu, przebiegliśmy przez Wyszebórz, potem kawał asfaltem na północ i wreszcie drogą nad jeziorko. Po drodze spotkaliśmy nadwornego fotografa imprezy, który uwiecznił naszą radość z udziału w imprezie.
W pobliżu punktu spotkaliśmy zaś młodzieńca, który już dawno temu wyprzedzał nas i myśleliśmy, że jest już daleko, daleko z przodu. Okazało się, że kolega Łukasz dobrze biega, ale w nawigacji jest początkujący i z pewną nieśmiałością zasugerował, że on to by może tak się nas trzymał z lekka. Tomek wcisnął mu kit, że to ja jestem specem od kompasu i azymutów (przez ten nieszczęsny wywiad) i Łukasz patrzył we mnie jak w obrazek, aż wreszcie uświadomiłam go, że lepiej jednak pilnować się Tomka, a nie mnie.
W dalszą trasę ruszyliśmy tak niby razem, niby osobno. PK 7 umiejscowiony był w dziurze, dziura zaś była łatwa do znalezienia. Łukasz przydał się jako operator kamery i w końcu jesteśmy z Tomkiem na filmikach razem, a nie jak na ogół - albo jedno, albo drugie.
W pierwszym odruchu po siódemce chcieliśmy iść na trzynastkę, ale postanowiliśmy zgarnąć jeszcze czwórkę, żeby mieć łatwiej na powrocie. Poszliśmy najpierw kawał skrajem lasu do drogi, a potem już ścieżkami. Chwilę szukaliśmy lampionu, bo był powieszony od takiej strony, że niemal stojąc przy nim nie zauważyliśmy go. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu, ale dopiero widok innych zawodników podchodzących do drzewa naprowadził nas na trop.
Do trzynastki spory odcinek drogi prowadził asfaltem, mogliśmy więc przyspieszyć. Za to na zejściu z niego nie wstrzeliliśmy się w przecinkę, tylko poszliśmy naokoło drogą, oczywiście nie wiedząc o tym. Tym sposobem zamiast dokładnie na punkt, wyszliśmy za bardzo na zachód i chwilę krążyliśmy po okolicy. W drodze na trzynastkę po raz drugi spotkaliśmy Dominikę. Gdybym wiedziała, że to przyszła zwyciężczyni... Może zaciukałabym ją w tym lesie i poprawiła swoją pozycję?
Na dwunastkę nawigacja była prosta, udało się w terenie odnaleźć drogi z mapy, więc idąc mogliśmy poświęcić więcej czasu na pogaduszki z Łukaszem, bo nie trzeba było tak bardzo pilnować drogi. Tomek chciał go od razu nauczyć wszystkich nawigacyjnych metod i sztuczek i chyba tylko zrobił mu mętlik w głowie. Za to czas szybko mijał. Przy rzeczce (kolejnej) z rozpędu zaczęliśmy przechodzić na drugi brzeg, bo zobaczyliśmy wcześniej kogoś nadchodzącego z tej strony. Na szczęście szybko zorientowaliśmy się, że leziemy totalnie bezmyślnie i zawróciliśmy.
Od dwunastki do szóstki w linii prostej było już bardzo blisko, a na szóstce miała być woda. Oczywiście wcale nie chodziło mi o wodę tylko o parę minut odpoczynku, bo wiadomo, że napełnianie bukłaków chwilę zajmuje. Nie byliśmy jeszcze nawet w połowie drogi, ale już zaczynałam odczuwać zmęczenie. Głupio mi było jednak przy wciąż tryskającym energią Łukaszu robić za chylącą się ku upadkowi staruszkę ze wszystkimi geriatrycznymi dolegliwościami, bo jednak kobieta zawsze zostaje kobietą i przy młodym i przystojnym facecie chce dobrze wypaść :-)
Tymczasem do tej szóstki wcale nie wybieraliśmy się bezpośrednio z dwunastki, tylko po drodze mieliśmy wziąć jeszcze 22, 1, 9 i 10.
Przy dwudziestce dwójce po raz drugi spotkaliśmy Michała - fotografa, który postanowił iść z nami na jedynkę. Tym sposobem zaliczyliśmy kolejną prywatną sesję fotograficzną.
W stronę jedynki prowadziło sporo dróg i wydawało się, że dotrzemy szybko i łatwo, a jednak już pod koniec zacięło nam się. Przecinka, która miała nas podprowadzić niemal na miejsce okazała się zarośnięta i praktycznie niezauważalna. W pierwszym odruchu spróbowaliśmy iść na azymut w nadziei, że dalej będzie lepiej, no ale nie było. Wycofaliśmy się z powrotem na drogę i trochę nadkładając dotarliśmy do paśnika, przy którym wisiał lampion. Tam zostawiliśmy Michała z innymi uczestnikami, którzy w tym samym czasie dotarli na punkt, a my ruszyliśmy zdobywać dziewiątkę.
Do dziewiąteczki poszliśmy sobie przecinką, bo ta akurat była całkiem przebieżna, a że punkt był na na jednym ze szczytów górki, to nie było problemu ze znalezieniem.
Coraz bardziej dopadał mnie kryzys, bo teren jednak trochę pagórkowaty, a pogoda wcale nie była taka fajna jak mówiły prognozy, bo miało być 20 stopni, a na pewno było więcej. Pocieszałam sama siebie, że jak dotrzemy na punkt wodny, to już prawie połowa drogi, a już od dwudziestki to będziemy na nawrocie, a do bazy to i tak jakoś dojść muszę. Tyle, że niekoniecznie chciałam "jakoś", ale przynajmniej przed nocą. Zupełnie nie wiem jak ludzie robią taką trasę w kilka godzin i jeszcze potem żyją. No, może jest drobna różnica między mną a zwycięzcami w wieku i płci, ale jednak to niesprawiedliwe. Prawda? :-)
Dziesiątka była kolejnym punktem nad strumykiem - najwyraźniej autor trasy przewidział upały i chciał dać nam możliwość ochłody na trasie. Punkt niestety stał nie na tym przepuście co powinien, a do tego ścieżki były jakoś inaczej niż na rozjaśnieniu i chwilę łaziliśmy w te i we wte szukając lampionu. Tak łażąc spotkaliśmy Tomka K. z ekipą, który wykierował nas na właściwe miejsce.
A potem pognaliśmy prosto do szóstki z wodą. To znaczy nie tak zupełnie prosto, bo nas ciut na zachód zniosło i musieliśmy kawałek wracać asfaltem zamiast wyjść prosto na punkt. Ale co tam - grunt, że wreszcie doczekałam się chwili odpoczynku. Punkt wodny okazał się samoobsługowy, czyli pod wiatą stała pryzma butelek z wodą i każdy wlewał w siebie, w bukłak, w butelkę ile potrzebował. A woda była pyszna, bo zimna (w porównaniu do tej wygrzanej na plecach).
W nogach mieliśmy już okołu 28 kilometrów, a na mapie nie wyglądało to nawet na połowę.Coś ta pięćdziesiątka zapowiadała się znacznie dłuższa...
C.D.N.
Tym sposobem na Cobrę jechałam kompletnie rozmemłana, ciągle zmęczona i pewna, że będę musiała zejść z trasy, bo nie dam rady. Tomek, jak zawsze, był gotowy góry przenosić.
Do Manowa przyjechaliśmy późno, bo strasznie daleko, a wyjechaliśmy z Warszawy dopiero po pracy. W bazie było niewiele osób, ale Chrumkająca Ciemność już na nas czekała. Nocowaliśmy w Ośrodku Edukacji Ekologicznej PZŁ i pierwsze co po wejściu na salę rzuciło mi się w oczy to cała masa wypchanych zwierząt - wszelakie sarnowate, dzik, lis. Takie mieszane uczucia miałam, bo z jednej strony mogłam sobie je z bliska obejrzeć, a z drugiej to żal żyjątek.
Tego po prawej to nie znam.
W regulaminie zawodów najbardziej zafascynował mnie punkt o noclegu i śniadaniu: "Nocleg na sali ogólnej jest bezpłatny, jednak wszystkie osoby nocujące zobowiązane są do pokrycia kosztów śniadania w dniu 21 lipca w kwocie 30zł." Szalenie interesowało mnie jak będzie wyglądać śniadanie za kwotę, za którą można zjeść dwudaniowy obiad z deserem, biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że w perspektywie pięćdziesięciu kilometrów, jakie mieliśmy pokonać, ze śniadaniem to jednak trzeba było dość ostrożnie. Śniadanie okazało się normalne, z jajecznicą jako hitem dnia, a we wszystkim pewnie chodziło o obejście jakichś durnych przepisów:-)
Drogocenne śniadanie:-)
Po śniadaniu i chwili na dopięcie ostatnich spraw (na przykład nowej kamizelki biegackiej) wyszliśmy przed budynek, gdzie miała się odbyć odprawa i rozdanie map. I tam stałam się gwiazdą telewizji. Zawsze myślałam, że wywiady, autografy, sława to dopiero po osiągnięciu jakiegoś wyniku, a tu proszę - organizatorzy zadbali żeby od razu poczuć się zwycięzcą:-) Mam tylko nadzieję, że tych głupot co tam naplotłam o sposobie używania kompasu to nikomu nie pokażą, bo jak ktoś to sobie weźmie do serca i zastosuje, to przepadł na wieki...
Eh, ta sława...
W końcu ruszyliśmy na trasę. Postanowiliśmy iść przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, bo w drugą stronę mapa była bardzo niebieska i obawialiśmy się zmoczenia butów już na dzień dobry. Ruszyliśmy biegiem i już po kilkudziesięciu metrach poczułam ból łydek.
- Nieźle się zaczyna - pomyślałam.
Po chwili i Tomek przyznał się do dyskomfortu w tej samej części ciała. Ewidentnie jeszcze Wawel Cup z nas wyłaził. Póki jednak dało się przebierać nogami nie zwalnialiśmy, a po chwili ból przeszedł. Grunt to przetrzymać.
Do PK 11 większość trasy prowadziła asfaltem, a potem drogą i ścieżką wzdłuż brzegu jeziora. Na zachętę punkt był bezproblemowy i szybko go zgarnęliśmy.
Nasza pierwsza zdobycz.
Do czternastki był dość długi przelot. Drogą przez las wróciliśmy do asfaltu, przebiegliśmy przez Wyszebórz, potem kawał asfaltem na północ i wreszcie drogą nad jeziorko. Po drodze spotkaliśmy nadwornego fotografa imprezy, który uwiecznił naszą radość z udziału w imprezie.
Fot.: Michał Żmiejko
W pobliżu punktu spotkaliśmy zaś młodzieńca, który już dawno temu wyprzedzał nas i myśleliśmy, że jest już daleko, daleko z przodu. Okazało się, że kolega Łukasz dobrze biega, ale w nawigacji jest początkujący i z pewną nieśmiałością zasugerował, że on to by może tak się nas trzymał z lekka. Tomek wcisnął mu kit, że to ja jestem specem od kompasu i azymutów (przez ten nieszczęsny wywiad) i Łukasz patrzył we mnie jak w obrazek, aż wreszcie uświadomiłam go, że lepiej jednak pilnować się Tomka, a nie mnie.
Świeżo zawiązany team.
W dalszą trasę ruszyliśmy tak niby razem, niby osobno. PK 7 umiejscowiony był w dziurze, dziura zaś była łatwa do znalezienia. Łukasz przydał się jako operator kamery i w końcu jesteśmy z Tomkiem na filmikach razem, a nie jak na ogół - albo jedno, albo drugie.
Na zdjęciu nie widać, ale trudno było utrzymać się w pionie na zboczu dziury.
W pierwszym odruchu po siódemce chcieliśmy iść na trzynastkę, ale postanowiliśmy zgarnąć jeszcze czwórkę, żeby mieć łatwiej na powrocie. Poszliśmy najpierw kawał skrajem lasu do drogi, a potem już ścieżkami. Chwilę szukaliśmy lampionu, bo był powieszony od takiej strony, że niemal stojąc przy nim nie zauważyliśmy go. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu, ale dopiero widok innych zawodników podchodzących do drzewa naprowadził nas na trop.
Czwórka zdobyta, ale co dalej?
Do trzynastki spory odcinek drogi prowadził asfaltem, mogliśmy więc przyspieszyć. Za to na zejściu z niego nie wstrzeliliśmy się w przecinkę, tylko poszliśmy naokoło drogą, oczywiście nie wiedząc o tym. Tym sposobem zamiast dokładnie na punkt, wyszliśmy za bardzo na zachód i chwilę krążyliśmy po okolicy. W drodze na trzynastkę po raz drugi spotkaliśmy Dominikę. Gdybym wiedziała, że to przyszła zwyciężczyni... Może zaciukałabym ją w tym lesie i poprawiła swoją pozycję?
Kolejny punkt przy strumyku.
Na dwunastkę nawigacja była prosta, udało się w terenie odnaleźć drogi z mapy, więc idąc mogliśmy poświęcić więcej czasu na pogaduszki z Łukaszem, bo nie trzeba było tak bardzo pilnować drogi. Tomek chciał go od razu nauczyć wszystkich nawigacyjnych metod i sztuczek i chyba tylko zrobił mu mętlik w głowie. Za to czas szybko mijał. Przy rzeczce (kolejnej) z rozpędu zaczęliśmy przechodzić na drugi brzeg, bo zobaczyliśmy wcześniej kogoś nadchodzącego z tej strony. Na szczęście szybko zorientowaliśmy się, że leziemy totalnie bezmyślnie i zawróciliśmy.
Kolejny punkt zdobyty.
Od dwunastki do szóstki w linii prostej było już bardzo blisko, a na szóstce miała być woda. Oczywiście wcale nie chodziło mi o wodę tylko o parę minut odpoczynku, bo wiadomo, że napełnianie bukłaków chwilę zajmuje. Nie byliśmy jeszcze nawet w połowie drogi, ale już zaczynałam odczuwać zmęczenie. Głupio mi było jednak przy wciąż tryskającym energią Łukaszu robić za chylącą się ku upadkowi staruszkę ze wszystkimi geriatrycznymi dolegliwościami, bo jednak kobieta zawsze zostaje kobietą i przy młodym i przystojnym facecie chce dobrze wypaść :-)
Tymczasem do tej szóstki wcale nie wybieraliśmy się bezpośrednio z dwunastki, tylko po drodze mieliśmy wziąć jeszcze 22, 1, 9 i 10.
Przy dwudziestce dwójce po raz drugi spotkaliśmy Michała - fotografa, który postanowił iść z nami na jedynkę. Tym sposobem zaliczyliśmy kolejną prywatną sesję fotograficzną.
Naprawdę biegniemy!
W stronę jedynki prowadziło sporo dróg i wydawało się, że dotrzemy szybko i łatwo, a jednak już pod koniec zacięło nam się. Przecinka, która miała nas podprowadzić niemal na miejsce okazała się zarośnięta i praktycznie niezauważalna. W pierwszym odruchu spróbowaliśmy iść na azymut w nadziei, że dalej będzie lepiej, no ale nie było. Wycofaliśmy się z powrotem na drogę i trochę nadkładając dotarliśmy do paśnika, przy którym wisiał lampion. Tam zostawiliśmy Michała z innymi uczestnikami, którzy w tym samym czasie dotarli na punkt, a my ruszyliśmy zdobywać dziewiątkę.
PK 1
Do dziewiąteczki poszliśmy sobie przecinką, bo ta akurat była całkiem przebieżna, a że punkt był na na jednym ze szczytów górki, to nie było problemu ze znalezieniem.
Spotkanie na szczycie.
Coraz bardziej dopadał mnie kryzys, bo teren jednak trochę pagórkowaty, a pogoda wcale nie była taka fajna jak mówiły prognozy, bo miało być 20 stopni, a na pewno było więcej. Pocieszałam sama siebie, że jak dotrzemy na punkt wodny, to już prawie połowa drogi, a już od dwudziestki to będziemy na nawrocie, a do bazy to i tak jakoś dojść muszę. Tyle, że niekoniecznie chciałam "jakoś", ale przynajmniej przed nocą. Zupełnie nie wiem jak ludzie robią taką trasę w kilka godzin i jeszcze potem żyją. No, może jest drobna różnica między mną a zwycięzcami w wieku i płci, ale jednak to niesprawiedliwe. Prawda? :-)
Dziesiątka była kolejnym punktem nad strumykiem - najwyraźniej autor trasy przewidział upały i chciał dać nam możliwość ochłody na trasie. Punkt niestety stał nie na tym przepuście co powinien, a do tego ścieżki były jakoś inaczej niż na rozjaśnieniu i chwilę łaziliśmy w te i we wte szukając lampionu. Tak łażąc spotkaliśmy Tomka K. z ekipą, który wykierował nas na właściwe miejsce.
A potem pognaliśmy prosto do szóstki z wodą. To znaczy nie tak zupełnie prosto, bo nas ciut na zachód zniosło i musieliśmy kawałek wracać asfaltem zamiast wyjść prosto na punkt. Ale co tam - grunt, że wreszcie doczekałam się chwili odpoczynku. Punkt wodny okazał się samoobsługowy, czyli pod wiatą stała pryzma butelek z wodą i każdy wlewał w siebie, w bukłak, w butelkę ile potrzebował. A woda była pyszna, bo zimna (w porównaniu do tej wygrzanej na plecach).
W pierwszej kolejności podbiliśmy punkt, żeby nie zapomnieć o tym.
C.D.N.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























