Po sobotnim sprincie, w niedzielę czekał nas klasyk. Jak dla mnie to taki dość długi klasyk, bo moja trasa miała mieć prawie pięć kilometrów, ale za to tylko dwanaście punktów. Biegania w lesie troszkę się bałam, bo ostatnio wyszłam z wprawy, a to jednak nie to samo, co po mieście.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnowiec. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 19 października 2021
Klasykiem w Czarnowcu
Przed startem.
Tym razem konkurencja była większa, bo aż sześć osób w mojej kategorii, więc i szanse mniejsze, ale za to rozrywka większa.
Tomek startował z pół godziny przede mną, więc nakamerowałam go, a potem długo podejmowałam trudną decyzję, ile warstw z siebie zdjąć. Niby było słonecznie, niby ciepło, ale podmuchy wiatru trochę studziły optymizm. W końcu uznałam, że najwyżej szybciej pobiegnę i zmieniłam wystrój zewnętrzny.
Start Tomka.
Zaczęło się od razu pod górkę, na wydmę, gdzie stały PK 1 i PK 2. W pierwszej chwili nawet zastanawiałam się, czy nie pobiec drogą, ale las nie wyglądał źle, a azymut to to, co lubię najbardziej. Poleciałam więc po kresce. Z dwójki, nie schodząc z kreski, poleciałam w dół, a im bliżej trójki, tym na mapie więcej zielonego. Takie całkiem spokojne zielone. W drodze na czwórkę widziałam, że mnie ciut znosi, bo nie powinnam biec przez górkę, tylko obok niej, ale przez górkę można więcej kalorii stracić, to po co omijać. Od razu założyłam, że namierzę się od skrzyżowania ścieżki z linią energetyczną i tak też zrobiłam.
Do piątki był najdłuższy przebieg, więc zaszalałam i ponad połowę trasy przebiegłam ścieżkami. Akurat tak się sensownie układały, że warto było skorzystać. Na wygodnych ścieżkach, to człowiek z automatu przyspiesza i tym sposobem na piątce byłam już wykończona. Mimo to znowu biegłam ile dało rady, bo prawie pod sam PK 6 prowadziły ścieżki, no to głupio tak iść zamiast biec.
Do siódemki znowu ruszyłam azymutem, bo w końcu trzeba było odpocząć, chociaż może to nie był najlepszy pomysł... A już na pewno na ósemkę warto było skorzystać z dróg, bo mapa znowu się zazieleniła, no ale nie. Ja musiałam po krzaczorach. Na tym przebiegu straciłam najwięcej czasu. Już przed ósemką teren zrobił się ciut pofałdowany, a przed dziewiątką to już ho,ho,ho. Na szczęście to był już ostatni punkt "wysokogórski".
Gdzieś pod koniec trasy dogoniłam dziewczynę startującą przede mną, więc przynajmniej wiedziałam, że taka ostatnia to nie jestem. Od razu włączyła mi się żyłka rywalizacji, dzięki czemu na ostatnim punkcie i na mecie miałam najlepszy czas z całej naszej szóstki. Wystarczyło mi to na trzecie miejsce, ale podium, to podium.
poniedziałek, 22 marca 2021
Dzienny trening UNTS w Czarnowcu
Do sobotniego treningu UNTS-u podchodziłam jak pies do jeża, bo po środowym wciąż byłam jeszcze zdegustowana i zła. Na wszelki wypadek zapisałam się na najkrótszą trasę, żeby w razie czego krócej się stresować. Tomek oczywiście wybrał najdłuższą.
Kiedy ruszając spod domu włączyliśmy nawigację, ze zdziwieniem zauważyliśmy, że do celu mamy 70 km i godzinę drogi. 70 km żeby chwilę pobiegać??? Serio?? Pogięło ich? A przecież miało być za Otwockiem. No, w sumie było, tylko to "za" miało spory rozmiar. Gdybym się wcześniej zorientowała, że to tak daleko, to pewnie zostałabym w domu, a pobiegała sobie w lesie za płotem. No, ale skoro już siedziałam w samochodzie... Po drodze z Wesołej zgarnęliśmy Przemka i pojechaliśmy.
Już na miejscu.
Bałam się, że organizatorzy znowu nie rozwieszą lampionów, tylko powtykają w ziemię jakieś patyczki, których nie będę umiała znaleźć, ale tym razem stanęli na wysokości zadania. Uspokojona, po znalezieniu nijak nie oznaczonego startu, ruszyłam w las.
Pierwsze kroki na trasie.
Do jedynki nie miałam zacięcia biec na azymut, bo jakoś nie. Zaplanowałam sobie pobiec drogą, skręcić w trzecią ścieżkę w lewo i raz dwa znaleźć dołek. Proste - prawda? Też mi się tak wydawało do momentu, kiedy pojawiły się wątpliwości - czy to przerzedzenie drzew to ścieżka, czy tylko tak rosną daleko od siebie? Czy już powinnam skręcić, czy jeszcze kawałek prosto? Drogą biegło się wygodnie, więc nigdzie nie skręcałam i pewnie dobiegłabym do końca mapy gdyby nie młodnik, który ukazał się przede mną. Taki sam miałam na mapie. Oooo, czyżbym była już przy dwójce? Nie pozostało nic innego jak sprawdzić. No i faktycznie, kiedy poszłam kawałek w lewo już z daleka zobaczyłam lampion. Troszkę rozczarował mnie brak numerku przy lampionie, bo na mapie były, ale i tak nie miałam wątpliwości gdzie jestem.
No dobra, dwójkę już mam, to może warto by i jedynkę zebrać? Najwyraźniej z przeznaczeniem nie ma co walczyć - skoro pisane było mi lecieć na jedynkę azymutem, to żadne moje kombinacje z drogami nie pomogą. A że azymut od drugiej strony? Sama sobie jestem winna. W drodze na jedynkę spotykałam co chwilę kogoś biegnącego na dwójkę i niektórzy byli bardzo zaintrygowani moimi odwrotnymi poczynaniami.
Po zaliczeniu jedynki oczywiście wróciłam na dwójkę.
Przy kolejnych punktach już nie wydziwiałam i korzystałam z kompasu jak Bóg przykazał, ale jeśli na azymucie była ścieżka, to oczywiście korzystałam z niej. Nie żyłowałam się z tempem i traktowałam pobyt w lesie raczej jako miły spacer niż trening.
Takie tam widoczki po drodze.
Przy siódemce poczułam już lekkie zmęczenie, więc na ósemkę pobiegłam drogą, żeby ominąć górkę i drobne plamy zieleni na mapie.
Przy jedenastce coś nie pykło. Zniosło mnie w prawo i natrafiłam na lampion stowarzyszony, czyli z innej trasy. Ponieważ nie było numerków, to oczywiście o pomyłce dowiedziałam się dopiero w domu, analizując swój ślad. Rowek, z którego wzięłam punkt, bardziej przypominał kilka blisko położonych dołków, więc uznałam, że jestem we właściwym miejscu.
Było blisko...
Z dwunastką i trzynastką nie miałam problemów, choć oczywiście dwunastka wydała mi się ciut przesunięta. No, ale namierzałam się na nią nie z jedenastki, tylko jakiegoś innego punktu. Nawet na metę trafiłam od pierwszego kopa, bo na szczęście prowadziła do niej droga.
Cała trasa.
Ponieważ Tomek miał trasę prawie trzy razy dłuższą niż moja, więc jakoś musiałam zagospodarować sobie czas oczekiwania na jego powrót. Nie miałam innego wyboru jak tylko wrócić do lasu, bo siedzenie w samochodzie to żaden wybór. Zrobiłam sobie dwu i półkilometrową pętelkę i poczułam się dostatecznie wybiegana. Tomka nie było, Przemka też. Porozciągałam się, napiłam, sto razy sprawdziłam, że internetów nie dowieźli do lasu i już nie miałam pomysłu co ze sobą zrobić. Siedziałam w samochodzie, marzłam, drzemałam i tak przez półtorej godziny. Na parkingu było coraz mniej samochodów, organizatorzy dawno pozbierali lampiony i też szykowali się do odjazdu, a chłopaków nie było. Już zaczęłam się zastanawiać, czy nie trzeba organizować ekipy poszukiwawczej, kiedy wreszcie pojawili się na horyzoncie - najpierw jeden, potem drugi. Oczywiście, pomimo braku lampionów, zaliczyli wszystkie "punkty", a że najwolniej ze wszystkich... Kto im zabroni? Przynajmniej im opłacało się jechać te 70 km w jedną stronę. Bo mi to nie bardzo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










