Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UNTS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UNTS. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 grudnia 2023

Leśny Mózg w siedzibie wampirów

W sobotę biegaliśmy w Emowie i od razu jak się dowiedziałam o lokalizacji, to miałam nadzieję na spotkanie jakiegoś wampira od Magdy Kozak, no ale one to wolą w nocy, a ja wolę w dzień, więc nie wypaliło.
Tym razem pojechaliśmy bez Agaty, obsadzając trasy odważni i profesjonaliści. Wiadomo, kto jest kto.

Odważna z profesjonalnym.
 
Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza, a Tomek dokumentował ten moment (jak by było co:-))

Ruszam.
 
Pierwszy punkt wyglądał na dziecinnie prosty: kawałek drogą, potem w prawo, potem w lewo i punkt tuż przy ścieżce. Może wszystko byłoby dobrze, gdyby nie śnieg. Ścieżki na mapie, a ścieżki wydeptane w śniegu trochę nijak miały się do siebie, a efekt był taki, że biegłam przed siebie i biegłam i nie było gdzie skręcić w to lewo. W końcu zatrzymałam się przy sporym skrzyżowaniu, co to wiedziałam, że jest już dużo za daleko i tak wpatrzoną w mapę dogoniła mnie Ania. Też nie znalazła ścieżki w lewo i też wiedziała, że jesteśmy za daleko. Powiem więcej - była lepsza, bo zlokalizowała skrzyżowanie, na którym stałyśmy, co dało nam możliwość logicznego odwrotu. Ścieżka, w która powinnyśmy były wejść okazała się jakąś wyślizganą bezpłozowymi sankami rynienką i w niczym nie przypominała tradycyjnej, wydeptanej ścieżki. Jak widać zimą to i nawet właściwości fizyczne ścieżki odbiegają od normy.
Przez moment mignęła mi myśl, żeby wrócić na start i zacząć od nowa jak tydzień wcześniej, ale olałam, bo w sumie po co?

Nieudany początek.
 
Na wszelki wypadek po jedynce od razu postanowiłam porzucić ścieżki i lecieć tylko i wyłącznie na azymut, bo to jest jedyny pewnik w tym zwariowanym świecie (jeśli ma się oczywiście sprawny kompas). 
Tak więc do dwójki przedzierałam się przez ciemnozielone, mimo że ścieżka dawała opcje obejścia, ale za to trafiłam bezbłędnie od pierwszego kopa, a ścieżkami, to wcale nie wiadomo.
Do trójki i czwórki szłam idealnie po kresce, do piątki ciut na oko mając dobry punkt odniesienia w postaci zaoranego pola, a długi przebieg do szóstki tuż obok kreski, równolegle do niej.
Od szóstki też w sumie szłam po kresce, tylko najwyraźniej coś źle sobie ustawiłam kompas, bo kreska wcale nie prowadziła do punktu siódmego, tylko gdzieś w bok. Ale po linii prostej, żeby nie było. W pewnym momencie zauważyłam, że stąpam po dziewiczym śniegu, po horyzont nie widać żadnych śladów, a w oddali majaczy tylko jedna postać.  Z rozpędu zrobiłam jeszcze kilkanaście kroków, po czym zaczęłam odwrót po śladach.
 
 Lost.
 
- Gdzie ja kurna mogę być? - zastanawiałam się wracając powoli skąd przyszłam.
I wtedy zobaczyłam Tomka. Biegł kawałek dalej, ale udało mi się zwrócić jego uwagę. Dobrze, że wiedział gdzie jesteśmy i mógł mnie wykierować we właściwą stronę. Zupełnie nie wiem co ja takiego robiłam z tym kompasem, że się zbiesił o jakieś 45 stopni.

I poszłaaaa... w las.
 
Do dziesiątki znowu szło dobrze, szczególnie, że w międzyczasie pojawiło się wiele inostrad i dość mądrze wybierałam miedzy nimi. W drodze na jedenastkę zgubiło mnie omijanie co większych gęstwinek przez co zeszłam z azymutu i zaczęłam szukać za bardzo na wschód. Na szczęście w miarę szybko zorientowałam się, że coś nie gra, wróciłam na drogę i bezczelnie wypatrywałam gdzie inostrada wchodzi w las. Baardzo skuteczna metoda - polecam:-)

Prawie trafiona jedenastka.
 
Po jedenastce zostały jeszcze dwa łatwe punkty z dobrymi miejscami orientacyjnymi dookoła, wydeptanymi inostradami  i tłumami zawodników ciągnących w stronę mety. Na mecie czekał Tomek, który miał co prawda dużo dłuższą trasę niż ja, ale szybciej się z nią rozprawił niż ja ze swoją.

Koniec trasy.
 
Słabo mi poszło, kto chciał, to mnie wyprzedził, ale za to mam dobry przelicznik w złotówkach na minutę zabawy. A to też coś w dzisiejszych trudnych czasach.

Cała trasa.
 

wtorek, 24 stycznia 2023

LeśnoMózgowe dożynki

Po pewnych przygodach z nawigacją, która nie załapała, że otworzono już węzeł Zakręt, dotarłem na start do Radości. Już sporo osób latało z mapami wokół startu. Budowniczy wrócił z lasu i jakoś dziwnie od razu zmieniał spodnie. Pobrałem mapę i ruszyłem na start. 

Na starcie już całkiem dużo aut i ludzi z mapami

No to startujemy!

W kierunku PK 1 prowadziła droga, więc nią pobiegłem. Należało gdzieś tam odbić w prawo, ale na mapie jakieś takie mokre kreseczki, a w lesie typowa roślinność rosnąca w mokrzejszych miejscach lasu (czytaj niefajna do biegania), więc biegnę ile mogę drogą. Słonko świeci i oślepia, a ja szukam dołka nie tam gdzie trzeba. Pierwsza skucha;-( 

Za to PK 2 po kresce. I dalej niczym ten gacek, co latał i omijał przeszkody, wesoło biegnę sobie po lesie i widzę dołek (z lampionem). Na mapie, na przebiegu są dwa dołki i lampion w drugim, więc nawet nie sprawdzam kodu i biegnę dalej. Biegnę, biegnę i nic. Nie ma dołka, zaczyna się wzniesienie. Zawracam sprawdzam kod na lampionie - to mój dołek! Tak to jest, gdy za dobrze idzie;-( 

Ostrożniej ruszam dalej. Idzie dobrze. Teren wbrew pozorom (dużo białego na mapie) jest ciężki do biegania: mchy, borówki i trochę gałęzi dobrze dają w kość - trzeba wysoko podnosić nogi, uważać, a to strasznie meczy. Na szczęście kilka przebiegów można bez zbytniego nadkładania przyspieszyć drogami. Takie mapy lubię - gdy jest wybór. 

Gdzieś tak koło PK 6 zaczynam się ścigać z jakąś konkurencją. Konkurencja po tych mchach biega chyba ciut szybciej. W każdym razie nie mogę go przegonić (tego konkurenta), choć na drogach wyraźnie się do niego zbliżam (co chwila rozwiązuje mi się but, więc niestety przegonić nie daję rady). Dopiero długi przebieg z PK 10 do PK 11. Patrząc na mapę, na azymucie widzę górkę, trochę zielonego koloru. Niby drogami jest ciut dalej ale…. Ryzyk-fizyk - wybieram drogi. Inne niż konkurent (pewno chce na koniec lecieć na azymut). I rzeczywiście wyprzedzam go znacznie! Co z tego, skoro PK 11 szukam nie tam, gdzie trzeba (ale za to w doborowym towarzystwie). 

PK 15 znowu górka. Dobiją mnie dzisiaj te górki! 

To już końcówka. Jeszcze obiec bajorko i do mety. Rozpędzam się i „przebiegam” miejsce gdzie można by ciąć na azymut do ostatniego PK. Obiegam drogami, ale chyba dużej straty czasowej nie ma. Podbijam ostatni PK i na metę ścieżką, która zanika. Zanika w małym bagienku! No dobra, przedeptanym bagienku przez poprzedników i wcale nie takim głębokim! Ale zawsze to nieprzyjemnie gdy mlaska pod nogami i za chwilę potem mlaska w butach;-) 

Już widać metę...
 
Tylko jeszcze przebiec to bagienko;-)

Uff dotarłem na metę!

Uff, dałem radę, ale czuję kilometry w nogach. Dobrze, że choć pogoda się udała, bo w niedzielę ma lać… 


 

środa, 1 grudnia 2021

Leśny Mózg - zaczynamy.

Tydzień odpoczynku po Nocnych Manewrach i w sobotę znowu na zawody. Tym razem za dnia i zdecydowanie krócej. UNTS-a ciągnie coś do lasu i zamiast Szybkiego Mózgu zaserwowali nam Leśny Mózg.
Pojechaliśmy we trójkę z Agatą -Tomek na trasę dla profesjonalistów, ja dla zuchwałych, a Agacie została tylko rodzinna, bo nie było już żadnej innej do wyboru.

Przed startem.

Moja trasa miała mieć 5 kilometrów, a na mapie wydawała się jakaś taka krótka. Może dlatego, że zajmowała tylko połowę terenu zawodów.
Na pierwszy punkt ruszyłam za jakąś sporą grupą, tak trochę równolegle do zaplanowanej przeze mnie trasy, ale za to ścieżką, a nie po krzakach. Przynajmniej połowa grupy biegła na mój punkt, więc tylko kontrolowałam, czy lecę za właściwymi ludźmi. Zresztą punkt i tak był łatwy - kawałek za rogiem ogrodzenia. Dwójka była bliziutko jedynki, przede mną szła kilkuosobowa grupa i tak głupio sobie pomyślałam, że co tam będę patrzyć na mapę - pójdę za nimi. Fakt, punkt znaleźli, ale samodzielnie wyszłoby mi dużo szybciej. Postanowiłam więc trochę się sprężyć i nie patrzeć na innych, tylko lecieć po swojemu. No, to w efekcie przebiegłam trójkę, dotarłam do drogi, na szczęście w dość charakterystyczne miejsce i musiałam namierzyć się od nowa. Poszło.
Po trójce ogarnęłam się jeszcze bardziej i aż do ósemki szło dobrze, chwilami wręcz po kresce. Przy ósemce do właściwego dołka zabrakły mi dosłownie pojedyncze metry, kiedy zboczyłam z azymutu i poszłam w bok. Kawałek dalej odbiłam się od rowu i w końcu znalazłam co trzeba.
Kolejnego wzmożenia koncentracji wystarczyło mi do dwunastki i przy trzynastce znowu miałam problemy. Tak prawdę mówiąc to z lenistwa. Nie chciało mi się porządnie namierzyć od rogu ogrodzenia i stwierdziłam, że jakoś przecież znajdę. Normalnie to pewnie "jakoś bym znalazła", ale po Hale i Nocnych Manewrach rozregulowało mi się poczucie odległości i nie byłam w stanie na oko oszacować jak daleko weszłam w las. W efekcie i tak musiałam namierzyć się z rogu ogrodzenie, tylko tego dalszego. Lenistwo jednak nie popłaca.
Na metę wbiegłam dynamicznie, ścigając się z zawodnikiem z pieskiem. Dynamikę pięknie ujął Andrzej na zdjęciu:

Fot.: A. Krochmal

Tak ogólnie to zamiast zawodów i rywalizacji wyszedł mi z tego sympatyczny spacerek po lesie i w sumie czego więcej chcieć? Grunt, że było fajnie.
Ale Szybkiego Mózgu mi jednak trochę brakuje.

Mój ślad.

wtorek, 5 października 2021

Niwka nocą...

Renata z zasady odmawia nocnego biegania po lesie. No, z pewnymi wyjątkami typu Mistrzostwa Polski;-) Na nocny trening Niwka by night namówić się nie dała, choć próbowałem. Gdyby były to jakieś mistrzostwa i można by było stanąć na pudle… 

Za to namówić dała się Agata. Dla niej to było pierwsze zmierzenie się z nocnym BnO, choć karierę w InO zaczynała od nocy, konkretnie Nocnych Manewrów SKPB. Widać po tych manewrach zostało jej zamiłowanie do marszy, które niewzruszenie stosuje przy pokonywaniu trasy BnO;-) 

Na Niwkę dotarliśmy jakoś tak o zmroku. Na starcie tłum. Ci bardziej ortodoksyjni czekali aż zapadnie noc czarna jak smoła. Ja tam osobiście uważam, że trudniej jest gdy noc nie jest tak ciemna, bo wtedy nie wiadomo czy kierować się tylko światłem latarki, czy tym, co wydaje się, że widzimy w oddali i zawsze robię jakiegoś buraka. Agata także wolała stratować wcześniej. Bo przy jej dostojnym marszowym tempie istnieje spora szansa, że zbiorą jej lampiony, nim dotrze do mety. Więc pobraliśmy mapy, uruchomiliśmy czołówki i podreptaliśmy na start. Agata ruszyła pierwsza, ja kilka minut później. Dopadłem ją koło PK1 – coś mówiła zdenerwowanym tonem, że latarka jej przeszkadza w lesie i jak świeci na mapę, to nic nie widzi. Taki urok już mają mocne latarki – po prostu nie patrz w mapę! 

Nic, pobiegłem dalej w ciemną już noc. PK 2 – dołek znany z poprzedniego treningu na Niwce – jakiś felerny, bo nigdy nie trafiam na niego od pierwszego kopa. W nocy także nie trafiłem, ale wiedziałem, że jest gdzieś po prawej. 

PK 4 dał popalić. Przebieg na drugi koniec mapy. 850 m w linii prostej przez las różnie (nie)przebieżny. Pobiegłem ciut nadkładając drogami. Niby niewiele więcej, ale 200m. Ciekawe czy na azymut byłoby szybciej? Na pewno drogami nie zastanawiałem się gdzie jestem i jak trafić na lampion. Gorzej, że płuca odwykłe od biegania rzęziły i łapały oddech „ostatnim tchnieniem”. Na PK 6 także drogą – co ja będę po jakiś nieprzebieżnych terenach szlajał się po nocy? To tylko 30 m dalej! Właściwie taki sam czas przebiegu jak jakiegoś szybkobiegacza prującego równolegle po krzakach ;-) 

PK 7 i PK 8 asekuracyjnie omijając młodniki. Do PK 9 znowu dobre 800m w linii prostej, dokładnie przez najgęstsze młodniki. Nie dam się na to nabrać – drogą, lekko nadkładając dystansu. Ktoś biegnie przede mną. Ale nie oddala się, a nawet go doganiam. Wreszcie ścieżka w lewo do punktu. Ten ktoś przede mną nie zauważa jej i biegnie dalej. Ja skręcam. Za szybko próbuję wejść w krzaki, ale udaje się znaleźć lampion bez większych strat. PK 10 i 11 bez większych sensacji. Gorzej z odejściem z tego ostatniego. Na mapie: zielono. A widomo – zielone, w nocy robi się bardzo ciemno zielone. Kluczę miedzy krzakami i wreszcie wypadam na drogę. Nie patrząc na kompas, a tylko na mapę ruszam w lewo do skrzyżowania. Ale skrzyżowania nie widać. Przykładam kompas do mapy i (cenzura) to nie ta droga ! Pobiegłem w złą stronę! Zostaje mi zawrócić. PK 12 ma być na prawo, buszuje tam jakiś wyczynowiec, więc trafiam bez problemu. PK 13 dołek za górką. Przy górce widzę światełko bardziej na prawo. Zniosło mnie? Lecę niczym ćma do światła. Jest niby jakiś dołek, ale bez lampionu. Może jestem za wcześnie? Ja i posiadacz tego światełka co mnie zwabiło, krążymy bezładnie w koło niczym te ćmy. Wreszcie stopuję , przypominam sobie że zboczyłem do światła w prawo i znajduję lampion. Potem w domu zauważam, że to ten sam PK co PK 2. Ten z którym zawsze mam problemy;-) Feralna 13-stka;-) 

Na PK 14 dla odmiany po azymucie, choć na mapie zieleń bardziej soczysta. Ale czasami dla odmiany trzeba powalczyć z zieleniną. Trafiam idealnie;-) PK 15 praktycznie także. Na PK 16 ciut mnie znosi, ale nie jest tak źle. Na PK 17 byłem wcześniej (jako PK 8) więc bez problemu, staram się omijać młodnik. Na PK 18 znowu mnie znosi. Ale w sposób kontrolowany – wiem gdzie jestem i gdzie szukać lampionu. Ostatnie dwa PK i meta. Wydawało mi się dobrze poszło, ale stawka raczej elitarna i miejsce nie jest tak wysokie jak by się chciało. 

Agata majestatycznie wkroczyła na metę....
 

Zostaje mi poczekać na Agatę. Wkrótce majestatycznie dociera na metę. Z NKLką bo nie chciało jej się wchodzić w krzaki po lampion. Ech ta dzisiejsza młodzież….;-)


 

sobota, 1 maja 2021

Pokonać Leszka

Renata do Aleksandrowa nie dała się wyciągnąć. Chyba go jakoś niezbyt lubi- szczególnie po nocy! 

I gdzie jest ten organizator???
 

Jak zwykle sprawca treningu wpadł na miejsce zbiórki pędem, w ostatniej chwili. Rozdał… koszulki na mapy (map nie) i ruszył w stronę startu. 

Komu koszulkę???
 

700 metrowy dobieg na start, który okazał się dobiegiem kilometrowym, pozwolił większości uczestników wyzionąć ducha.


 

Na odprawie dowiedzieliśmy się, że „wszystkie chwyty dozwolone” – będzie obracanie mapy i one-man-relay z rozbiciami, klasyczne motylki i teren ze sporą ilością „niezbyt wysokiej roślinności” jak na najbliższych MP. Fajnie. Mapy pod nogę (tu wynikł problem trasy B, która niby była dostępna w zapisach, ale jako omyłka i ci zapisani na nią dostali mapę A, czyli ponad 7 km). Odliczanie i start. Co ciekawe, sprawca-organizator nie został na miejscu, tylko pobiegł gdzieś z czołówką wydając jakieś głośne okrzyki. Pomyślałem sobie, że pewno chce przepłoszyć dziki. Niedaleko miejsca zbiórki pasło się stadko tych zwierząt, a miejscowa młodzież przyglądała się temu stadku z miną zdziwiono-zaniepokojoną. 


 

PK 1 był tuż obok startu – w młodniku. Za punkty służą odblaskowe znaczniki wbite gdzieś pod poziomem gruntu – tak, pod poziomem, bo większość PK w dołkach;-) 

Nie byłem nastawiony na jakieś bardzo szybkie bieganie, więc do PK nie musiałem się tłoczyć jak inni. Do PK 2 już trochę dalej – peleton się rozciąga – ja statecznie, dbając o swoje stawy skokowe, powoli pogrążam się w ciemności. Jest dołek z PK 2 – skręt w lewo i kierunek… kolejny młodnik! Akurat nie dołek tylko mulda, więc znacznik widoczny z daleka. Przynamniej dla mnie – spotykam po chwili tu Leszka, który jakoś ma mniej szczęścia i kieruję go we właściwą stronę. Dla ścisłości nie jest to zwykły młodnik, tylko taki specjalnie spreparowany przez leśników (ścięte gałęzie i drzewka) - metoda rzucania kłód pod nogi biegającym;-). 

PK 4 na drugim końcu tego samego młodnika w dołku. Przedzieram się – są dołki. Ale coś nie widać świecącego znacznika. Krążę dłuższa chwilę nim wreszcie go znajduję z grupa dziewczyn, która chodzi, a nie biega… 

Na szczęście PK 5 już nie w młodniku (ale najpierw trzeba z młodnika wyjść) i łatwo go znaleźć. Rozochocony biegnę na PK 6. Biegnę, biegnę i nagle droga, której tu być nie miało. Znaczy przebiegłem i na dodatek zboczyłem z kierunku. Chwila zastanowienia i wracam po punkt. Znowu pojawia się ta grupa dziewczyn co na PK 4 (one szły, ja biegłem i na jedno wyszło. Wrrr). 

PK 7, 8, 9 – idzie mi ciut lepiej, trochę mnie znosi, a i teren nie jest szybki i ciągle czuję damski oddech na karku… 

Po PK 9 odrywam się od konkurencji – wyraźnie biegnę po kresce, dobiegam do zakrętu górki – na zboczu ma być dołek ze znacznikiem i…. dołka brak. Zajumali! Krążę, szukam, zjawiają się inni poszukiwacze. Wreszcie dołek się znajduje – musiałem na samym początku przejść dwa metry od niego nie zauważywszy znacznika (i dołka). Wkurzony biegną na PK 11. Znowu krzale. Wreszcie droga. Coś mnie zniosło – ale nic, pobiegnę drogą. Tyle że coś źle policzyłem drogi i to obieganie nic nie daje. Znowu słychać damskie głosy. Pierwszy wypatruję dołek z PK 11 i ruszam dalej na azymut do PK 12 w… młodniku! Czy te MP mają być tylko po młodnikach? Ile można! 

Obrót mapy. 

PK 13 jest tożsamy z PK 4 i podobnie nie mogę znaleźć znacznika. Jakieś feralne miejsce:-) Za to kolejne trzy punkty wchodzą jak powinny. Wreszcie jestem sam na sam z nocą w lesie! 

PK 17 ukryty w kolejnym młodniku – chwilę do niego się przedzieram (liczyłem na lepszą widoczność znacznika ze ścieżki, wiec go ciut przebiegłem). Na osiemnastce już byłem (PK 11) i znowu chwilę go szukam, bo coś kompas zawodzi i mnie znosi. PK 19 tradycyjnie … w młodniku, ale nauczony doświadczeniem, nie daje się nabrać i go szybko znajduję (bo tak naprawdę już tu byłem – PK 5). 

PK 20 to punkt węzłowy motylków. Biegnę do niego bezpiecznie drogą, może ciut naokoło, ale teren poza drogami szybki nie jest – szczególnie w nocy. 

Przy PK 21 znowu spotykam Leszka. Jest ciut przede mną, ale pewno go przegonię. Na PK 22 jest ciągle pierwszy. Powrót na punkt węzłowy PK 23/PK 20. I strzelam babola. Znosi mnie w lewo i dłuższą chwilę szukam znacznika. Światełko Leszka znika w oddali. PK 24, przedzieram się w kierunku PK 25. Dobiegam do drogi – wygląda, że mnie zniosło. Postanawiam odszukać charakterystyczne oczko na ścieżce. Jako że mnie znosiło ostatnio w lewo, biegnę w prawo. Oczka nie widać, tylko rozwidlenie ścieżki. Rzut oka na mapę – muszę zawrócić. Po chwili – chyba jest oczko – skręcam w prawo. Szukam. Nie ma znacznika. Wracam na drogę i znowu szukam oczka. Jest. Teraz już znajduję 25 i węzłowy 26. Światełka Leszka już od dawna nie widać. Żadnych innych światełek także.

Tak gubić się nie należy...

 Wreszcie meta i kilometr do auta. Oprócz mojego stoi jeszcze jeden samochód i świeci światłami, ale chyba nie Leszek tylko organizator kontrolował czy wszyscy wrócą. Więc jak by się dopytywał – wróciłem. I udało mi się pokonać samego Mistrza Leszka w długości czasu spędzonego w lesie;-)

sobota, 17 kwietnia 2021

Trening w Aleksandrowie

Po sobocie nastała równie piękna i ciepła (a nawet cieplejsza) niedziela, więc oczywiście nie siedzieliśmy w domu. Wybraliśmy się do Aleksandrowa na trening UNTS-u. Podchodziłam do tego treningu jak pies do jeża. Teren, po którym mieliśmy biegać zapamiętałam  z którejś TnCZ jako wyjątkowo wredny, mało przebieżny i trudny. Po ścieżkach przepiękny, ale po zejściu w las - dramat. Dodatkowo trening UNTS, po pierwszym w w którym brałam udział, jawi mi się jako coś trudnego, z czym na pewno sobie nie poradzę.  Założyłam więc z góry, że całej trasy (raptem 9 punktów) nie zrobię, bo zgubię się gdzieś przy 4-5-6 i na metę pobiegnę tą dużą drogą w dole mapy. Odcinka mikro w ogóle nie brałam pod uwagę.
Na miejscu, na starcie spotkaliśmy dwie młode zawodniczki UNTS i trochę mnie uspokoiło, że nie będę w lesie sama, bo Tomek wiadomo - pogna i tyle go zobaczę.
Zakodowane miałam w pamięci, że na odcinku między startem a jedynką jest teren prywatny i właściciele kiedyś gonili stamtąd, więc profilaktycznie ruszyłam drogami dokąd się dało, a poza spornym terenem już na azymut. Przed jedynką dogonił mnie Tomek, a jedna z dziewcząt dotrzymywała nam kroku, choć dyskretnie z boku. Trochę za wcześnie zaczęliśmy szukać, ale dokładniejsze obejrzenie mapy podpowiedziało, że punkt ma być dopiero za rowem.
Na dwójkę już dobiegłam sama, bo Tomek poleciał szybciej, a za młodą koleżanką specjalnie się nie rozglądałam, żeby się nie rozpraszać. 
Do trójki był długi przebieg i trochę się bałam, że zgubię azymut, więc na wszelki wypadek na ostatniej drodze dobiegłam do skrzyżowania, żeby namierzyć się z pewnego punktu. Wyszło idealnie. Teren wcale nie był jakoś specjalnie trudny i nie wiem gdzie ja poprzednio właziłam, że takie hardkorowe wspomnienia mi się zakodowały. Większość trasy do czwórki poleciałam drogą. Trochę martwiłam się o końcówkę i choć ciut mnie zniosło w prawo, to punkt udało się znaleźć niemal bezproblemowo. Podniosło mnie to na duchu, no bo przecież przed startem byłam pewna, że na tym etapie już na pewno wymięknę. Do piątki i szóstki to już szłam (górki tam były, a ja się już zmęczyłam) po liniach prostych, jak bym ten azymut miała wyrysowany pod nogami. Szóstka to niekoniecznie stała w środku kółeczka, ale grunt, że dawała się znaleźć. 
Na skrzyżowaniu między siódemką a ósemka spotkałam jedną z dziewcząt startujących razem z nami. Nie obyło się bez tradycyjnego pytania: "gdzie ja jestem? Akurat wiedziałam gdzie, to podzieliłam się tą wiedzą. Ósemka i dziewiątka weszły gładko, a dobieg do mety był formalnością. Oczywiście pod względem nawigacyjnym, bo był strasznie daleko od ostatniego punktu i jeszcze trzeba było okrążyć jeziorko, na szczęście ścieżką.  
No i proszę - nigdzie się nie zgubiłam, teren wcale nie był trudny i jedyne co nawaliło to moja kondycja. Po sobotnim bieganiu na Kępie, gdzie dałam z siebie wszystko, praktycznie ledwo powłóczyłam nogami i tak dla przyzwoitości to w ogóle nie powinnam używać słowa "bieg" w odniesieniu do tego, co robiłam na trasie. 
 
Wcale nie było trudno.
 
Na mecie trasy głównej musiałam zdecydować - wracam do samochodu, czy zaliczam jeszcze mikro. A co tam, postanowiłam spróbować. Pierwszy problem pojawił się już przy jedynce. Niby byłam we właściwym miejscu, ale nigdzie nie mogłam zlokalizować znacznika. Może dlatego, że stałam tyłem do niego i dopiero po kilku minutach przyszło mi do głowy odwrócić się... 
Na dwójkę ustawiłam azymut i miałam nadzieję, że co jak co, ale azymut to mnie nie zawiedzie. Ale gdzie tam. Od razu zniosło mnie w prawo, teren się za jakiś czas wypłaszczył, a dwójki na zboczu nie znalazłam. Z lewej strony nadeszła druga z biegających dziewcząt (tej to jakoś na trasie nie spotykałam) i stwierdziła, że też nie znalazła dwójki. Chwilę czesałyśmy wspólnie, ale bezskutecznie. Wróciłam trochę w górę, do rowu i poleciałam sprawdzać teren z prawej. Jest! Znalazłam!  
Namierzyłam się na trójkę, wyszłam idealnie na punkt, wstążka wisi, tylko nie ma końca rowu. Ba, całego rowu nigdzie nie widać. Tymczasem z naprzeciwka znowu pojawiła się koleżanka od szukania dwójki i uświadomiła mnie, że wcale nie jestem na trójce, tylko na czwórce, a ona zaliczyła trójkę, ale dwójki nie udało się jej znaleźć. Teoretycznie mogłam od tej czwórki namierzać się na dwójkę, ale w zasadzie to już mi się odechciało. Jak pomyślałam, że na kolejnych punktach znowu będą takie atrakcje, to ja już dziękuję. Odwróciłam się twarzą na południe i ruszyłam w stronę mety. I wiecie co? - nawet głupiej mety nie potrafiłam znaleźć. Jak zaczęłam obchodzić młodnik, to za bardzo zeszłam  na zachód, potem natrafiłam na zabudowania, na drogę, a ponieważ w lewo droga kończyła się na czyimś podwórku, więc poszłam w prawo, coraz bardziej oddalając się od mety. Doszłam do jakiegoś asfaltu i w ogóle nie wiedziałam gdzie jestem. Podczas konsultacji telefonicznej Tomek poradził mi ustawić sobie trasę w nawigacji, a ta głupia nawigacja powiedziała mi, że moja meta jest oddalona o 3 km. Wymiękłam. Jak ona tam naliczyła te 3 km to nie wiem, ale niech jej będzie. W efekcie Tomek przyjechał po mnie samochodem i to tyle w temacie nawigacji. 
Wstyd i poruta.

Odcinek hańby.

poniedziałek, 22 marca 2021

Dzienny trening UNTS w Czarnowcu

Do sobotniego treningu UNTS-u podchodziłam jak pies do jeża, bo po środowym wciąż byłam jeszcze zdegustowana i zła. Na wszelki wypadek zapisałam się na najkrótszą trasę, żeby w razie czego krócej się stresować. Tomek oczywiście wybrał najdłuższą. 
Kiedy ruszając spod domu włączyliśmy nawigację, ze zdziwieniem zauważyliśmy, że do celu mamy 70 km i godzinę drogi. 70 km żeby chwilę pobiegać??? Serio?? Pogięło ich? A przecież miało być za Otwockiem. No, w sumie było, tylko to "za" miało spory rozmiar. Gdybym się wcześniej zorientowała, że to tak daleko, to pewnie zostałabym w domu, a pobiegała sobie w lesie za płotem. No, ale skoro już siedziałam w samochodzie... Po drodze z Wesołej zgarnęliśmy Przemka i pojechaliśmy.

Już na miejscu.

Bałam się, że organizatorzy znowu nie rozwieszą lampionów, tylko powtykają w ziemię jakieś patyczki, których nie będę umiała znaleźć, ale tym razem stanęli na wysokości zadania. Uspokojona, po znalezieniu nijak nie oznaczonego startu, ruszyłam w las.

Pierwsze kroki na trasie.
 
Do jedynki nie miałam zacięcia biec na azymut, bo jakoś nie. Zaplanowałam sobie pobiec drogą, skręcić w trzecią ścieżkę w lewo i raz dwa znaleźć dołek. Proste - prawda? Też mi się tak wydawało do momentu, kiedy pojawiły się wątpliwości - czy to przerzedzenie drzew to ścieżka, czy tylko tak rosną daleko od siebie? Czy już powinnam skręcić, czy jeszcze kawałek prosto? Drogą biegło się wygodnie, więc nigdzie nie skręcałam i pewnie dobiegłabym do końca mapy gdyby nie młodnik, który ukazał się przede mną. Taki sam miałam na mapie. Oooo, czyżbym była już przy dwójce? Nie pozostało nic innego jak sprawdzić. No i faktycznie, kiedy poszłam kawałek w lewo już z daleka zobaczyłam lampion. Troszkę rozczarował mnie brak numerku przy lampionie, bo na mapie były, ale i tak nie miałam wątpliwości gdzie jestem.
No dobra, dwójkę już mam, to może warto by i jedynkę zebrać? Najwyraźniej z przeznaczeniem nie ma co walczyć - skoro pisane było mi lecieć na jedynkę azymutem, to żadne moje kombinacje z drogami nie pomogą. A że azymut od drugiej strony? Sama sobie jestem winna. W drodze na jedynkę spotykałam co chwilę kogoś biegnącego na dwójkę i niektórzy byli bardzo zaintrygowani  moimi odwrotnymi poczynaniami.

Po zaliczeniu jedynki oczywiście wróciłam na dwójkę.

Przy kolejnych punktach już nie wydziwiałam i korzystałam z kompasu jak Bóg przykazał, ale jeśli na azymucie była ścieżka, to oczywiście korzystałam z niej. Nie żyłowałam się z tempem i traktowałam pobyt w lesie raczej jako miły spacer niż trening.

Takie tam widoczki po drodze.
 
Przy siódemce poczułam już lekkie zmęczenie, więc na ósemkę pobiegłam drogą, żeby ominąć górkę i drobne plamy zieleni na mapie. 
Przy jedenastce coś nie pykło. Zniosło mnie w prawo i natrafiłam na lampion stowarzyszony, czyli z innej trasy. Ponieważ nie było numerków, to oczywiście o pomyłce dowiedziałam się dopiero w domu, analizując swój ślad. Rowek, z którego wzięłam punkt, bardziej przypominał kilka blisko położonych dołków, więc uznałam, że jestem we właściwym miejscu.

Było blisko...
 
Z dwunastką i trzynastką nie miałam problemów, choć oczywiście dwunastka wydała mi się ciut przesunięta. No, ale namierzałam się na nią nie z jedenastki, tylko jakiegoś innego punktu. Nawet na metę trafiłam od pierwszego kopa, bo na szczęście prowadziła do niej droga.

Cała trasa.
 
Ponieważ Tomek miał trasę prawie trzy razy dłuższą niż moja, więc jakoś musiałam zagospodarować sobie czas oczekiwania na jego powrót. Nie miałam innego wyboru jak tylko wrócić do lasu, bo siedzenie w samochodzie to żaden wybór.  Zrobiłam sobie dwu i półkilometrową pętelkę i poczułam się dostatecznie wybiegana. Tomka nie było, Przemka też. Porozciągałam się, napiłam, sto razy sprawdziłam, że internetów nie dowieźli do lasu i już nie miałam pomysłu co ze sobą zrobić. Siedziałam w samochodzie, marzłam, drzemałam i tak przez półtorej godziny. Na parkingu było coraz mniej samochodów, organizatorzy dawno pozbierali lampiony i też szykowali się do odjazdu, a chłopaków nie było. Już zaczęłam się zastanawiać, czy nie trzeba organizować ekipy poszukiwawczej, kiedy wreszcie pojawili się na horyzoncie - najpierw jeden, potem drugi. Oczywiście, pomimo braku lampionów, zaliczyli wszystkie "punkty", a że najwolniej ze wszystkich... Kto im zabroni? Przynajmniej im opłacało się jechać te 70 km w jedną stronę. Bo mi to nie bardzo.

piątek, 19 marca 2021

Trening UNTS w Lesie Lindego

No dobra, ochłonęłam to mogę coś napisać bez rzucania mięsem i obracania panienek nie najlżejszych obyczajów.
Trening odbył się we środę, czyli wiadomo, że musiał być wieczorem. A jeśli wieczorem, to musiało być ciemno. A jak ciemno, to... ciemno. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce startu nikt nic nie wiedział, a główny organizator był nie do odnalezienia. Chwilę łaziliśmy to tu, to tam szukając miejsca wydawania map, w końcu znalazł się i organizator i mapy. 
Start był w środku lasu i poszliśmy do niego specjalnie  przez PK 2, żeby zobaczyć jak wyglądają znaczniki, które miały być zamiast lampionów. Nooo, słabo wyglądały. Start był wspólny, a potem każdy pobiegł w inną stronę, swoim wariantem. Mój punkt pierwszy był nie do znalezienia, bo nie połączony kreseczką ze startem, a opis punktu nie dość, że kilometr od kółeczka, to jeszcze wypadł akurat na ścieżce i był niewidoczny. Całe szczęście, że obejrzałam mapę dużo wcześniej i wyłapałam ten niuans. Ruszyłam na azymut, który akurat wypadł w okropnych krzaczorach i już po kilkunastu krokach wypierniczyłam się, bo coś mnie złapało za nogę. Pozbierałam się jakoś i przedarłam się na punkt. 
Na dwójkę zamiast cofnąć się do ścieżki, ruszyłam dalej na azymut, jak to mam w zwyczaju. Azymut za nic nie chciał mi się zgodzić z moim wyobrażeniem gdzie jest dwójka, co to ją przed startem oglądaliśmy. Szłam więc parę kroków azymutem, parę kroków wg mojego "wydaje mi się" i tak na przemian. To się nie mogło dobrze skończyć. W pewnej chwili w ogóle już nie wiedziałam gdzie jestem. To znaczy tak ogólnie to jeszcze tak, tylko się nie mogłam uszczegółowić. Wylazłam więc na parking, gdzie mieliśmy zaparkowany samochód i stamtąd. już ścieżkami ruszyłam na dwójkę. 
Trójka litościwie była łatwa, bo stała w "mieście", ale zanim przedarłam się do cywilizacji, zaliczyłam drugą glebę. Czwórka i piątka poddały się bez walki. 
Do szóstki darłam na azymut, który to azymut przecinały mi miliony ścieżek i po chwili zupełnie pogubiłam się w ich liczeniu. Coś mi tam po drodze przy ziemi pobłyskiwało, ale ponieważ przy znacznikach nie było kodów ani nic, to i tak nie było jak sprawdzić czy to już mój punkt, czy jakiś inny. Powoli narastała we mnie furia. Zupełnie mi ta formuła treningu nie podpasowała i powoli dojrzewałam do rezygnacji z reszty trasy. Pewnie nawet bym tak zrobiła, ale akurat doszłam do miejsca, które udało mi się zidentyfikować na mapie. Oczywiście, byłam już kawałek za moją poszukiwaną szóstką. 
Siódemka świeciła do mnie z daleka, więc dałam jej szansę, a na ósemce poległam. Zniosło mnie z azymutu, pogubiłam się w liczeniu ścieżek, znowu coś mnie chwyciło za nogę i przygięło do ziemi i w końcu szlag mnie trafił. Nie będę szczegółowo przedstawiać toku mojego myślenia, bo takie słownictwo to mi nie przejdzie przez klawiaturę, w każdym razie ruszyłam w stronę najbliższej cywilizacji żeby opuścić ten koszmarny las. Rozdzierające mnie emocje musiały jednak znaleźć jakieś ujście, więc pędem ruszyłam przed siebie obrzeżem lasu (bo z samym lasem nie chciałam mieć nic wspólnego) i tak wyszło, że obiegłam go naokoło. Pewnie gdybym na końcówce nie spotkała Tomka, to pobiegłabym jeszcze raz, bo wcale mi nie ulżyło. Wyłącznie dzięki mojemu niezwykłemu opanowaniu Tomek uszedł z życiem, a był jedyną dostępną osobą, na której mogłam się wyżyć. No dobra, powiem prawdę - bez niego nie trafiłabym z powrotem do domu, bo ze mnie d... nie kierowca, a Warszawy nie znam. 
W każdym razie obiecałam sobie, że po ciemku na żaden taki zwydziwiany trening nie dam się namówić. W sobotę przekonam się, czy w przyszłości dam się namówić na UNTS-owy trening dzienny. Trzymajcie kciuki!

Las Lindego trafia na czarną listę:-)

wtorek, 28 lipca 2020

Nocne Masakry chodzą parami;-)

Rok temu w Otwocku udało mi się wygrać Mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO w M50. Tym razem należałoby osiągnąć podobny wynik. W czwartek – dwa dni przed Mistrzostwami – Igor przygotował „Podksiężycowy trening” w Wesołej. Oczywiście trzeba było tu wystartować, by sprawdzić czy jeszcze potrafię biegać po nocy. Renata – jak można było przewidzieć – stanowczo odmówiła biegania po nocy. Zarówno na treningu jak i na mistrzostwach pewno miałaby zapewnione zwycięstwo, a w tych drugich wręcz złoty medal, gdyby tylko zaliczyła wszystkie punkty. Ja tam miałem zapewnione czwarte miejsce. Ale… wróćmy do treningu.

Trening w Wesołej - czekamy na ciemność (fot Team360)

W czwartek pojechałem do Wesołej. Zwiedziłem wszystkie okoliczne wjazdy, bo oczywiście zapomniałem jak znaleźć miejsce startu samochodem. Biegowo pewno bym trafił bez problemu. Na starcie już sporo ludzi. Tyle, że ani widu księżyca i nocy. Pierwotnie start miał być o 20:30, ale Igor szybko zorientował się, że to nie będzie jeszcze wtedy trening nocny. Szybko zweryfikował się mówiąc o godzinie 21:00. Na miejscu okazało się, że o 21:00 wcale ciemno nie jest. Czekaliśmy z niecierpliwością na sygnał startu. Co niektórzy ruszali już na trasę nie czekając aż się ściemni. Powoli konsumowały nas komary. Wreszcie pomyślałem "czas ruszać, bo nas noc zastanie" i odbiłem puszkę start.

Pierwszy PK zdobyłem jeszcze bez latarki. Tyle że punkty bez lampionów, tylko z odblaskami, a wiadomo - krótkowidz o zmroku nic nie widzi, zarówno z jak i bez latarki… więc zdobyty trochę na ślepo. Przy pierwszych 2 punktach grupa "początkujących" – zastanawiająca się przy punkcie, blokująca dobieg i odbieg. Na szczęście gdzieś koło 3-ciego PK zapadła już noc właściwa.

Lubię biegać samotnie nocą. Światełka, odgłosy zawsze mnie rozpraszają. A tak mogę się skupić i dokładnie trafić tam gdzie chcę. Chyba po PK 5 straciłem z oczu wszelaką pogoń i zostałem sam w lesie, tak jak lubię. PK 6 pamiętam z WesolInO – kilka razy nie mogłem trafić na te dołki, ale tym razem wyszedłem idealnie. Zaraz przebieg koło startu – koniec pierwszej pętelki. Bo trasa C składała się z 3 "pętelek" i w sumie dwa razy przebiegałem w okolicach startu.

Martwiły mnie trochę PK 11 i PK 12 dołki "na niczym" z którymi zawsze miewałem kłopoty za dnia. O dziwo, w nocy wszystko poszło dobrze. Chwilę szukałem PK 14, to przez gęste krzaki w okolicy.

Pod koniec trasy zaczęły mnie doganiać inne światełka. Troszkę czasu zmitrężyłem na PK 14, a potem nie mogłem znaleźć PK 18, więc miały prawo. Ale nie dałem się i pierwszy wpadałem na metę z grupy zawodników z trasy C. Jak się okazało do najlepszego miałem raptem 6:44 minut straty, a do Marcina K … tylko niewiele ponad pół minuty!!!


Po takim treningu w sobotę stanąłem na starcie pełen nadziei. Start dokładnie tam, gdzie był Mazowiecki Track w Aleksandrowie, na „czerwonej drodze”.

Biuro sobotnich zawodów
Start masowy, czyli to czego nie lubię. Dostaliśmy imienne mapy z wypasionym opisem na odwrocie:


Start przez dobrze zakrzaczoną łąką, którą pamiętam z finiszu na Tracku. Pamiętam że dalej w lesie były niezłe chaszcze. 3,2,1 wystartowaliśmy. Na końcu łąki korek. Wytaśmowana ścieżka miała 30 cm szerokości, po bokach kłujące zarośla, więc nic nie da się zrobić. Zostaje wlec się krok za krokiem za jakimiś dziećmi. Wreszcie baner: start. Pasowałoby na azymut, ale wokół niezłe krzaki. Zostaje ścieżka w prawo lub w lewo. Wybieram tę w prawo, bo chyba na niej mniej ludzi. Niby troszkę naokoło, ale gdy krzaki się kończą, ruszam na azymut. Wokół wesoły pokrzykujący tłum światełek. Po dłuższej chwili trafiam na PK 1 (waidomo pierwszy PK dość daleko od startu). Jak pokazują międzyczasy byłem pierwszy z mojej trasy. Trasa z motylkami - nawet przy 4 uczestnikach autorzy zrobili rozbicia już po pierwszym PK. Na PK 2 biegłem samodzielnie, ciut naokoło, ale trafiłem. Wiadomo, w mapę należy się wstrzelić. PK3, PK 4 - wszystko dobrze. PK 5 - rząd dużych dołów. Na azymut. Biegnę – jest dół, nie ma lampionu. Powinny być trzy doły w rzędzie i stawiam, że jestem bardziej po prawe, więc szukam w lewo. Dołu brak;-( To szukam w prawo. Po chwili bezowocnych poszukiwań i zastanawiania się, postanawiam biec naokoło, przez wyraźne skrzyżowanie dróg. W efekcie ponad 7 minut, gdy rywalom zajęło to niewiele ponad 2 minuty. Czyli 5 minut w plecy;-( A wszystko przez kurzą ślepotę – był jeszcze czwarty dół, na który trafiłem, wyłamujący się z szeregu.

PK 6 w miarę, PK 7 znosi mnie w lewo – typowo. Ale miejsce charakterystyczne, daje się skorygować, choć ze stratą czasową. PK 8 i 9 idealnie. Do PK 10 na azymut. Pojawiają się jacyś ludzie. Biegnę za innymi, gdzieś powinien być lampion. Nie widzę. Jedna droga poprzeczna, przed drogą ten lampion być powinien, tyle że tej drogi brak. Biegnę i biegnę – wreszcie jest droga, ale stanowczo za daleko. Staję zdezorientowany. Dobiegam do skrzyżowania – chyba wiem gdzie jestem. Wracam drogami trochę naokoło, by potwierdzić, że wiem, gdzie jestem. Mam wreszcie PK 10 – zajęło mi to ponad 11 minut, gdy innym trochę ponad 4. Kolejne 5 minut straty. Jak pokazują międzyczasy na tym etapie jestem trzeci ze sporą stratą do lidera. Co ciekawe, ślad GPS mówi że… przebiegłem przez lampion z PK 10 i go nie podbiłem. Tam było kilka osób, wszyscy świecili i odblask na PK był niewidoczny. Dlatego nie lubię biegać nocą w tłumie;-(

Kolejna wpadka to PK 12. Dołek w krzakach. Musiałem kilka razy koło niego przechodzić i nie dostrzegłem. Ale plątała się tam sporo grupa ludzi. Zdegustowany pobiegłem dalej. A wisienką zwiększającą skalę mojej porażki był przedostatni PK. Znowu jakieś światełka i znowu kilka ładnych minut poszukiwań czegoś, co było bardzo blisko.

Na pierwsze miejsce raczej nie miałem szans – brak SIACa i ślepota raczej nie dawały mi szans wygrania z Piotrem – chyba, że on popełniłby jakiś błąd. Tego nie zrobił. Wygrać z Andrzejem miałbym szansę – biegowo jestem lepszy, ale on jest dokładniejszy i wiadomo - doświadczenie robi swoje. Najgorzej, że trzecie miejsce utraciłem na tym feralnym przedostatnim PK;-( Ale co tam, za rok się odkuję;-)

piątek, 19 czerwca 2020

Mózg może i szybki, ale lekko przegrzany

Kolejny etap Szybkiego Mózgu – tak nietypowo jeden po drugim i w dodatku w zamienionej kolejności – etap czwarty tuż po etapie drugim. Ale tak to już bywa w czasach, gdy niejaki koronawirus szleje;-)

Tym razem ekipa w składzie okrojonym – Renata została z kotem, który właśnie nabawił się jakiejś dziwnej kontuzji i trzeba było go wozić po doktorach.

Upalne lato mamy tego roku i burzowe. Gdy wracałem z pracy do domu, dopadła mnie niezła ulewa na północy Warszawy. W Zielonce było sucho, choć parno. Czarnie niebo gdzieś tam na północy, a w stronę Ursynowa jakby jaśniej. Pełen niepewności czy brać strój do biegania, czy raczej kąpielowy wsiadłem w auto i pojechałem na start.

Cynamonowa – miejsce wydało się znajome… tak były już tutaj jakieś zawody. I to nie tylko biegowe. Ciekawie zapowiadał się start – boks startowy za górką, wygrodzony wybieg…. prosto w zamkniętą na wielką kłódkę furtkę! Czyżby szykował się jakiś Runmagedon z przeszkodami???

Po kilku rozgrzewkowych okrążeniach niewielkiego tartanowego boiska znowu zajrzałem na start – kłódka zniknęła – a szkoda byłoby ciekawie;-) Podpatrzyłem, że profesjonaliści po wyjściu przez furtkę biegną w lewo. Cenna wiedza;-)

Startowałem w 16 minucie, czyli dość wcześnie. Łaps za mapę, wybieg za furtkę, w lewo… i jak przystało na profesjonalistę (czyli poza widokiem kibiców na starcie) mogłem się spokojnie zatrzymać i poszukać startu na mapie;-) No cóż chwilę to trwało, bo do jedynki chyba najdłuższy przebieg z całej trasy!

Reszta punktów, o dziwo (bo to niespotykane na sprintach UNTSu), blisko siebie. Ot, takie zawody na szybkie podbijanie lampionów – wiadomo krezusi z SIAC-ami mają fory w takiej sytuacji. Ja sobie spokojnie truchtałem od lampionu do lampionu starając się nie tracić zbyt dużo czasu na zastanawianie się, jak odbiegać do następnego punktu. Wszystko szło nawet znośnie, powoli się rozgrzewałem, aż do PK6. PK 7 na drugim końcu bloku, tyle że to są dwa bloki ustawione w literkę L. Nie spojrzałem na kompas i oczywiście pobiegłem na koniec złego budynku;-( Niby nie dużo, ale przy tak szybkiej trasie to strata nie do odrobienia;-( Jak pokazują międzyczasy – spadek o 10 oczek w dół:-(

Główna wtopa w przebiegu PK6-PK7
Ogólnie bieganie po terenach bardzo zurbanizowanych jest dla mnie niemiłe, odkąd rzucił się kiedyś na mnie martwy policjant i rozbił mi to i owo – po alejkach jak na Ursynowie pełnych krawężników i innych przeszkód zawsze biegam wolniej niż bym mógł, uważniej patrząc pod nogi, niż na mapę.

Dalej szło znośnie, no może poza małymi wyjątkami. Wiadomo, gdy jest duszno i upalnie szybki mózg wymaga chłodzenia, więc moje przegrzane neurony doprowadziły mnie okrężną drogą na PK 23 i dały mały reset na PK 12, gdzie jakoś nie mogłem oczywistego lampionu namierzyć.

Grunt, że cały dotarłem na metę, przed deszczem, choć z lekkim niedosytem, że mogło być znacznie lepiej.

piątek, 22 czerwca 2018

Przedwakacyjny Szybki Mózg

Zeżarło mi! Zeżarło prawie całą notkę :-(
To teraz już będzie tylko w skrócie.
Ostatnio jakaś niedobiegana jestem, więc cieszyłam się na tego Mózga strasznie. Tyle, że się zorganizować nie mogłam - zapomniałam gaci do biegania i zostały w domu; między kioskiem, a SKM-ką zgubiłam bilet i musiałam stoczyć nierówną walkę z automatem w pociągu, a po wyjściu z metra nie miałam pojęcia gdzie iść, mimo że na mapie googlowej w komputerze wydawało się to proste. Na szczęście spotkałam Anię i Janusza i oni doprowadzili mnie na start.
Minuty startowe mieliśmy z Tomkiem jakieś takie nieludzkie, już pod koniec stawki. Tomek to tam nic, ale mi groziło, że organizatorzy zbiorą lampiony zanim wrócę na metę.

Rozgrzewka, czyli wystawianie się na słońce.

Jakoś krótkie te trasy zrobili tym razem, bo nasza miała raptem 2,6 km, ale za to 20 PK. Czyli trzeba się szybko orientować. Jak zwykle pierwszy sprawdzian to znalezienie na mapie symbolu startu i wyjątkowo dość sprawnie mi poszło. Do szóstki w zasadzie leciałam bezproblemowo i dopiero kiedy skończyły się zabudowania i dobiegliśmy do górki, zaczęły się schody. No, nie takie dosłowne, bo takich luksusów organizatorzy nie przewidzieli. Od szóstki aż do czternastki biegaliśmy po wysokich trawach, to w górę, to w dół, a co kawałek rosły kępy krzali i drzew i tam były lampiony. Dużo lampionów, bo w pewnej chwili w zasięgu wzroku miałam aż trzy. No i oczywiście pogubiłam się i musiałam latać od lampionu do lampionu i sprawdzać kody. Po łące biegał tłum zawodników i gdybym wiedziała kto jest z mojej trasy, to bym się sprytnie podpięła i nie kombinowała sama jak koń pod górę (oj, pod górę chwilami, pod górę), a tak to musiałam sobie jakoś poradzić. Oczywiście, że dałam radę, ale parę minut straciłam. Potem znowu wbiegliśmy w cywilizację i było łatwo i kiedy tak się cieszyłam, że dobrze wchodzi, dobiegłam do osiemnastki. W pierwszym odruchu chciałam wbiec na schody, bo tak było zaznaczone na mapie, ale nieopatrznie spojrzałam na opisy punktów. Oczywiście, że większości piktogramów nie znam i do tego ciągle mi się mylą, no i wyszło mi, że lampion ma wisieć w rogu żywopłotu. Jako żywo - żywopłotu na schodach jeszcze nigdy nie widziałam, cofnęłam się więc na skwerek, a tam już tłum ludzi przeczesywał teren. Nagle pojawił się Tomek, który swój bieg już ukończył i ruszył mnie szukać. Przydał się, bo podpowiedział, że punkt jest jednak na górze. Faktycznie był. Pozostałe dwa PK to już była formalność, a do mety pognałam ile fabryka dała, żeby choć parę sekund nadrobić. Jakiś dżentelmen widząc moją desperację nawet ustąpił mi miejsca przy stojaku i pozwolił odbić się przed nim. Pełna kultura.

Ostatnie metry przed metą.

W wynikach szału oczywiście nie ma, ale taka całkiem ostatnia to nie byłam, coś koło dwudziestu osób przegoniłam. Szkoda tylko, że mnie przegoniło ponad pięćdziesiąt. C'est la vie.

piątek, 16 marca 2018

Warszawa Nocą - finał

Ostatnia runda Warszawy Nocą w ogóle mi nie pasowała, bo miałam straszne braki czasowe w życiu, ale skoro łapałam się na podium w klasyfikacji generalnej (oczywiście w swojej kategorii wiekowej), więc wypadało jechać odebrać dyplom.
Start przewidziano masowy, co z jednej strony jest bardzo widowiskowe, ale z drugiej totalnie rozprasza i dekoncentruje. Jeszcze przed startem podejrzeliśmy z Tomkiem, że mamy ten sam wariant trasy, więc postanowiłam mieć go w zasięgu wzroku jak tylko długo dam radę. Dałam radę do pierwszego punktu, zresztą leciał tam cały tłum, a ja starałam się trzymać środka stawki.  Ponieważ nie było kiedy zajrzeć do mapy, więc dopiero po podbiciu jedynki zaczęłam patrzeć gdzie jestem i co dalej. W tym czasie Tomek i reszta biegaczy zniknęła mi z oczu, a ja pobiegłam do ... innego punktu, bo mi się mapa przekręciła. Szybko skorygowałam i pobiegłam za właściwy blok. I tak najpierw nadziałam się na trójkę, a potem długo, wraz z kilkoma innymi osobami, szukałam dwójki, której umiejscowienie za nic mi nie pasowało.
Potem poszło całkiem przyzwoicie, aż do stacji benzynowej, gdzie znowu poptaszkowały mi się strony świata i koniecznie chciałam znaleźć punkt za ogrodzeniem, zamiast w krzaczorach. Oczywiście w końcu zorientowałam się co źle robię, ale straciłam tam masę czasu. Wiedząc, że po szukaniu tego punktu i dwójki nie mam żadnych szans na inne miejsce niż ostatnie, przestałam się spieszyć i biegłam tylko tyle żeby nie zmarznąć.
Przed metą czekał już Tomek zaniepokojony moją długą nieobecnością. I całe szczęście, bo gdyby nie spytał czy mam ostatni PK 20, to przeoczyłabym go - jakoś taki niepozorny był na mapie i nie rzucał się w oczy.

W końcu udało się dotrzeć do celu.

Po biegu zostaliśmy czekać na dekorację zwycięzców, chociaż ja przestępowałam z nogi na nogę, bo spieszyłam się do domu. Zajęłam drugie miejsce razem z Beatą, ale i tak mnie wyczytali, że trzecie. Niech im będzie, na dyplomie jest poprawnie:-)

Silna ekipa pięćdziesiątek:-)

A teraz nie pozostaje nic innego, jak czekać na Szybki Mózg!

czwartek, 11 stycznia 2018

Warszawskie Stegny Nocą

Po Warszawie Nocą nie obiecywałam sobie zbyt wiele, bo wciąż czułam w nogach Ełcką Zmarzlinę, chociaż - o dziwo - kolano w ogóle nie dawało o sobie znać. Może dlatego, że postraszyłam je ortopedą. Poza tym miałam jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że tym razem się zgubię, chociaż zupełnie nie mam pojęcia dlaczego.
Start był masowy, ale jakoś dzikiego tłumu nie było. Ja to jednak jestem ograniczona - zupełnie nie miałam świadomości, że trasa może przybierać różne warianty dopiero po dobiegnięciu do "motylka", bo gdybym wiedziała, to nie zawracałabym sobie głowy patrzeniem w mapę, tylko leciałabym za najlepszymi:-) Ale ponieważ nie wiedziałam, to pilnie studiowałam mapę  przez cały czas. Najpierw oczywiście trzeba było znaleźć trójkącik startowy, a z tym zawsze największy problem. Litościwie ktoś w tłumie krzyknął, że start jest pośrodku mapy, więc w miarę szybko się ogarnęłam. Ponieważ pierwszy punkt był dopiero za trzecim rzędem bloków, to zanim doleciałam, cała czołówka już mi zniknęła z oczu i zostały takie niedobitki jak ja. I kiedy wszyscy oświetlacze drogi ze swoimi wielkimi czołówkami odbiegli, dotarła do mnie przerażająca prawda - Tomek miał rację mówiąc, że wzięłam najgorszą czołówkę. Może nie tyle czołówka była najgorsza, tylko baterie w niej - zupełnie na wykończeniu. Mapę jeszcze jako tako widziałam, ale przestrzeni przed sobą już nie. Całe szczęście, że cała trasa była w terenie cywilizowanym i co kawałek stały latarnie, bo w lesie to chyba musiałabym zrezygnować z biegu. Tym niemniej moje możliwości (i tak mizerne) zostały znacznie ograniczone i porządnie biec mogłam tylko po ulicach (latarnie), bo już po trawnikach to się trochę bałam tak na oślep. Trasa na szczęście nawigacyjnie była łatwiutka i prawie nie zatrzymywałam się przy kolejnych punktach, żeby oglądać mapę, tylko leciałam jednym cięgiem. A biegło mi się wyjątkowo dobrze, nic nie bolało i nic nie przymulało. Gdybym tylko widziała coś przed sobą, to pewnie nie byłabym jak zawsze w ogonie stawki, tylko bliżej środka. Ale trudno, najważniejsze, że fajnie się wybiegałam, a już na dobiegu do mety dałam z siebie wszystko i po zatrzymaniu się myślałam, że padnę trupem. Nie padłam, bo Tomek poganiał mnie żeby wejść do szkoły i sczytać czipy.  I co się okazało? Byłam lepsza od niego, bo przynajmniej zaliczyłam wszystkie punkty, a on ma NKL-kę!

 Dałam z siebie wszystko...