Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrówka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2023

Dąbrówkowe GPS-O

Znowu mi się robią zaległości, więc w te pędy piszę gdzie, kiedy i z jakim skutkiem. 
W połowie kwietnia Michał zaproponował bieganie na aplikację, jak za starych "dobrych" czasów zarazy, tylko jakiś inny program zalecił zainstalować. Sprawy techniczne to zostawiłam już w rękach Tomka, ja dopilnowałam tylko wzięcia kompasu i telefonu.
Zawody (a w zasadzie trening) miały  odbyć się w Dąbrówce, gdzie niedawno były Sosnowe Klimaty, a z racji małej ilości biegaczy, nowe mapy trochę się zmarnowały. Ponieważ map w żadnych przypadku marnować nie należy, Michał postanowił dać im drugie życie. Stąd też pomysł na bieganie w Dąbrówce.
Ponieważ jedyne co umiałam, to odblokować telefon, więc uruchomienie i zapoczątkowanie działania tego czegoś zleciłam organizatorowi, podobnie zresztą jak większość uczestników.

Ale jak to ogarnąć???
 
W końcu Michał oddał telefon i wykierował mnie na start - na róg ogrodzenia placu zabaw. Jeszcze zanim tam dotarłam mój telefon zapipał oznajmiając, że wystartowałam i czas już biegnie. 
- Hola, hola! Ale jak to? Przecież jeszcze nie jestem gotowa! - dyskutowałam w myślach z aplikacją.

Niezamierzony start.
 
Skoro jednak już wystartowałam, to wypadało by ruszyć z miejsca. Tymczasem stałam przy ogrodzeniu, gapiłam się w mapę i nie mogłam zrozumieć jak start jest tutaj, kiedy na mapie widać wyraźnie, że jest na drodze. Tak się zafiksowałam na tym ogrodzeniu, że w ogóle nie brałam pod uwagę drogi biegnącej dosłownie  kilka metrów od placu zabaw. Tymczasem Tomek usiłował wydobyć ode mnie informację, w którą stronę pobiegnę, żeby mógł ustawić się z kamerą.
 
 Tam bym pobiegła, tylko domy przeszkadzają...
 
Po kilku minutach w końcu dotarło do mnie, że jednak trzeba drogę wziąć pod uwagę, więc ruszyłam w jej kierunku topiąc się od razu w mokradłach. Ale nic to, grunt, że udało się ruszyć. 
Ponieważ wciąż jeszcze byłam rozkojarzona, postanowiłam trzymać się ścieżek, bo to nie wiadomo jak bym azymut ustawiła... Kiedy udało się bezproblemowo dotrzeć do jedynki, od razu wrócił mi animusz i dalej pobiegłam już bezstresowo. Do dwójki początkowo prowadziły ścieżki, ale końcówka już na azymut. Do trójki głównie azymut. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeżyny - łapały za nogi i zmuszały do powolnego marszu. W sumie przeciwko marszowi to nie miałam nic naprzeciwko, ale jeżyn to nie lubię. 
Aplikacja już na pierwszym punkcie odmówiła pipania, więc żeby nie tracić czasu olałam ją - ostatecznie w zegarku też ślad się zapisywał.
Pierwszy problem pojawił się przy szóstce. Według mapy lampion miał stać na ciemnozielonym, czyli najgęstszym z najgęstszych (że tak sobie polecę neologizmem). W realu ciemnozielone stanowiło zwartą ścianę, w którą trudno byłoby się wbić. Krążyłam więc szukając jakiejś luki w drzewostanie, kiedy jakiś inny zawodnik podpowiedział, żeby iść kawałek wyżej.  Fakt - lampion był, ale w całkiem przebieżnej części lasu. Uznawszy, że Michał powiesił tam, gdzie się dało, a nie tam, gdzie zaznaczył, ruszyłam dalej. Musiałam obejść to ciemnozielone dookoła i z rogu namierzyć się na siódemkę. Jak się już na mecie okazało, ciemnozielone zawierało w sobie też część przebieżności i mając tak zafałszowany obraz świata, nie mogłam trafić na właściwy róg. Może gdybym mniej wypatrywała rogu, a bardziej rozglądała się dookoła, to z daleka zobaczyłabym siódemkę, ale ja szłam jak z klapkami na oczach. W końcu tknęło mnie, że coś za długo idę, odwróciłam się i zobaczyłam lampion. Po analizie mapy wyszło mi, że to ósemka raczej, no ale wiedziałam jak sobie dalej poradzić.

Problematyczne PK 6 i PK 7

Ostatnie dwa punkty były już łatwe i jednoznaczne, a na metę powrót tą samą drogą, którą ruszałam.
Niby wszystko było fajnie, ale las to mi się bardzo nie spodobał. Raczej nie chciałabym już tam biegać.
A co do aplikacji -  na całej trasie zapipała mi chyba trzy razy (nie licząc startu i mety), a kiedy Michał chciał wczytać wynik, okazało się, że w ogóle nie było mnie na wprowadzonej trasie. Dlaczego? Ha, bo ja biegałam na trasie B, aplikacja na trasie C. Nic dziwnego, że w lesie nie chciało mi pipać:-) Nie ma to jednak jak stary, sprawdzony system czipów.

Jak się porozciągam, to będę mogła się napić.

A tak wygląda mój cały przebieg:


poniedziałek, 11 lutego 2019

ABC bez lampionów

W niedzielę po WesolInO wcale nie odpoczywaliśmy, bo przecież trzeba trenować. Zapisaliśmy się na trening OK!Sportu w Dąbrówce. Jest jedna rzecz, której się boję na tych ich treningach - nie mają zwyczaju wieszania lampionów, a w terenie stoją tylko samotne stacje bazowe, które niestety nie są widoczne z daleka. Jak ktoś jest mistrzem nawigacji to znajdzie, ale ja to już niekoniecznie. Mogę stać metr od stacji i nie zauważyć, a mówię to z doświadczenia.
Do wyboru była warstwicówka albo mapa pełna, przezornie wybraliśmy pełną. Każdy otrzymywał taką samą mapę (oczywiście w obrębie tego podziału na pełną i niepełną) i mógł sobie wybrać wariant o odpowiadającej mu długości. Ja wybrałam trasę B - 6,6 km, Tomek ambitnie A - 15,2 km. Tuż przede mną wystartowała Ula i biegnąc za nią uzmysłowiłam sobie, że przecież na pewno też leci na 6 km i będziemy sobie deptać po piętach. A co to za trening kiedy osoba poprzedzająca wskazuje położenie punktu:-( Wyprzedzić jej raczej nie miałam szans, przeczekiwać nie chciałam, więc jedyną szansą był wybór innych wariantów przebiegu. Potem okazało się, że Ula podobnie jak ja też kombinowała jak by się wymiksować z tej niezręcznej sytuacji. Pierwsze trzy punkty: 50, 42, 38 wzięłyśmy praktycznie razem i dopiero przebieg na 36 trochę nas rozdzielił, a i tak zobaczyłyśmy się w okolicach punktu. Dopiero potem straciłyśmy się definitywnie z oczu.. Przebieg z 36 na 46 był dłuuugi i dawał możliwość różnych wariantów trasy. Dodatkowo gnałam ile sił w nogach (dużo to ich tam nie było) żeby dopaść punktu przed konkurentką.
Muszę powiedzieć, że moje obawy związane z brakiem lampionów tym razem okazały się bezpodstawne, bo punkty stały w miejscach charakterystycznych (a nie na niczym) i dodatkowo blisko dróg, więc w razie pobłądzenia można było się jakoś odnaleźć. Wyjątkowo nawigacyjnie szło mi dość dobrze, sporo przelotów było po drogach, a z azymutami raczej nie mam większych problemów. Przy PK 47 trochę mnie zastopowało, bo wyszłam na zakręt rowu, którego to zakrętu na mapie nie było - rów się po prostu kończył. Dla pewności pokręciłam się trochę po terenie i w końcu poszłam tam, gdzie na mapie był zaznaczony punkt.
Głupotę popełniłam dopiero na PK 48. Może nawet nie tyle głupotę, co zwykły czeski błąd. Podbiłam punkt, popatrzyłam na mapę gdzie dalej i zamiast przeczytać PK 45, to ja przeczytałam PK 54. PK 54 owszem - był, tyle że nie należał do mojej trasy. Zorientowałam się dopiero po jego podbiciu, kiedy sprawdziłam gdzie dalej.  Tym sposobem dołożyłam sobie trochę odległości, ale co tam. Przy PK 45 z daleka zobaczyłam plecy Uli i w drodze na metę usiłowałam ją dogonić. Oczywiście bezskutecznie i dobiegłam już po niej.
A potem długo, długo czekałam na Tomka. Pojadłam, popiłam, pogadałam, przeczytałam cały internet, a jego nie było. Organizatorzy zwinęli metę i poszli zbierać stacje bazowe, a Tomka wciąż nie było. Kiedy w końcu zadzwoniłam kontrolnie sprawdzić, czy coś go na trasie nie zjadło, okazało się, że już zbliża się do mety, co to już była zwinięta. Na szczęście organizatorzy wpisali mu czas z zegarka, a z zapisu trasy odtworzył międzyczasy, mógł więc załapać się na klasyfikację, która zresztą i tak nie miała znaczenia, bo to przecież trening.
A tak wyglądały moje zmagania z trasą: