Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GPS-O. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GPS-O. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2023

Dąbrówkowe GPS-O

Znowu mi się robią zaległości, więc w te pędy piszę gdzie, kiedy i z jakim skutkiem. 
W połowie kwietnia Michał zaproponował bieganie na aplikację, jak za starych "dobrych" czasów zarazy, tylko jakiś inny program zalecił zainstalować. Sprawy techniczne to zostawiłam już w rękach Tomka, ja dopilnowałam tylko wzięcia kompasu i telefonu.
Zawody (a w zasadzie trening) miały  odbyć się w Dąbrówce, gdzie niedawno były Sosnowe Klimaty, a z racji małej ilości biegaczy, nowe mapy trochę się zmarnowały. Ponieważ map w żadnych przypadku marnować nie należy, Michał postanowił dać im drugie życie. Stąd też pomysł na bieganie w Dąbrówce.
Ponieważ jedyne co umiałam, to odblokować telefon, więc uruchomienie i zapoczątkowanie działania tego czegoś zleciłam organizatorowi, podobnie zresztą jak większość uczestników.

Ale jak to ogarnąć???
 
W końcu Michał oddał telefon i wykierował mnie na start - na róg ogrodzenia placu zabaw. Jeszcze zanim tam dotarłam mój telefon zapipał oznajmiając, że wystartowałam i czas już biegnie. 
- Hola, hola! Ale jak to? Przecież jeszcze nie jestem gotowa! - dyskutowałam w myślach z aplikacją.

Niezamierzony start.
 
Skoro jednak już wystartowałam, to wypadało by ruszyć z miejsca. Tymczasem stałam przy ogrodzeniu, gapiłam się w mapę i nie mogłam zrozumieć jak start jest tutaj, kiedy na mapie widać wyraźnie, że jest na drodze. Tak się zafiksowałam na tym ogrodzeniu, że w ogóle nie brałam pod uwagę drogi biegnącej dosłownie  kilka metrów od placu zabaw. Tymczasem Tomek usiłował wydobyć ode mnie informację, w którą stronę pobiegnę, żeby mógł ustawić się z kamerą.
 
 Tam bym pobiegła, tylko domy przeszkadzają...
 
Po kilku minutach w końcu dotarło do mnie, że jednak trzeba drogę wziąć pod uwagę, więc ruszyłam w jej kierunku topiąc się od razu w mokradłach. Ale nic to, grunt, że udało się ruszyć. 
Ponieważ wciąż jeszcze byłam rozkojarzona, postanowiłam trzymać się ścieżek, bo to nie wiadomo jak bym azymut ustawiła... Kiedy udało się bezproblemowo dotrzeć do jedynki, od razu wrócił mi animusz i dalej pobiegłam już bezstresowo. Do dwójki początkowo prowadziły ścieżki, ale końcówka już na azymut. Do trójki głównie azymut. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeżyny - łapały za nogi i zmuszały do powolnego marszu. W sumie przeciwko marszowi to nie miałam nic naprzeciwko, ale jeżyn to nie lubię. 
Aplikacja już na pierwszym punkcie odmówiła pipania, więc żeby nie tracić czasu olałam ją - ostatecznie w zegarku też ślad się zapisywał.
Pierwszy problem pojawił się przy szóstce. Według mapy lampion miał stać na ciemnozielonym, czyli najgęstszym z najgęstszych (że tak sobie polecę neologizmem). W realu ciemnozielone stanowiło zwartą ścianę, w którą trudno byłoby się wbić. Krążyłam więc szukając jakiejś luki w drzewostanie, kiedy jakiś inny zawodnik podpowiedział, żeby iść kawałek wyżej.  Fakt - lampion był, ale w całkiem przebieżnej części lasu. Uznawszy, że Michał powiesił tam, gdzie się dało, a nie tam, gdzie zaznaczył, ruszyłam dalej. Musiałam obejść to ciemnozielone dookoła i z rogu namierzyć się na siódemkę. Jak się już na mecie okazało, ciemnozielone zawierało w sobie też część przebieżności i mając tak zafałszowany obraz świata, nie mogłam trafić na właściwy róg. Może gdybym mniej wypatrywała rogu, a bardziej rozglądała się dookoła, to z daleka zobaczyłabym siódemkę, ale ja szłam jak z klapkami na oczach. W końcu tknęło mnie, że coś za długo idę, odwróciłam się i zobaczyłam lampion. Po analizie mapy wyszło mi, że to ósemka raczej, no ale wiedziałam jak sobie dalej poradzić.

Problematyczne PK 6 i PK 7

Ostatnie dwa punkty były już łatwe i jednoznaczne, a na metę powrót tą samą drogą, którą ruszałam.
Niby wszystko było fajnie, ale las to mi się bardzo nie spodobał. Raczej nie chciałabym już tam biegać.
A co do aplikacji -  na całej trasie zapipała mi chyba trzy razy (nie licząc startu i mety), a kiedy Michał chciał wczytać wynik, okazało się, że w ogóle nie było mnie na wprowadzonej trasie. Dlaczego? Ha, bo ja biegałam na trasie B, aplikacja na trasie C. Nic dziwnego, że w lesie nie chciało mi pipać:-) Nie ma to jednak jak stary, sprawdzony system czipów.

Jak się porozciągam, to będę mogła się napić.

A tak wygląda mój cały przebieg:


niedziela, 18 kwietnia 2021

Zamaskowany Targówek?

Co tam jeden trening w ciągu dnia, skoro czeka ostatni etap GPS-O, na którym jeszcze nie byłem. Szczególnie, że czeka tuż za rogiem – jakieś 15 minut od Zielonki! Jest jedno „ale” – jest to etap parkowo-miejski… a w obecnych czasach – po mieście to niby w maseczce. Ale biegać w maseczce? No cóż, prawodawcy jak widać nie grzeszą rozumem i logiką, ale sami takich wybraliście….

Dobra, nie ma co narzekać, kaganiec do kieszeni i marsz na Targówek. No dobra, pojechałem autem;-) Najpierw dwa kółeczka, by zaparkować koło stacji metra. Potem maseczka na jamochłon i szukanie startu. W „parku” sporo ludzi, na ulicach sporo młodzieży bez maseczek. Nieprzyzwyczajony do „wielkiego świata” (od czasów początku pandemii rzadko wychylam swój nos z lasu, gdzie mieszkam) to nie wiem, czy w mieście to chodzi się w maseczkach, czy nie….

Dobra, wreszcie telefon piknął i ruszyłem. Niezbyt szybko. Tak na rozgrzewkę. Niestety, pomimo zmniejszenia dokładności zaliczania PK w aplikacji, pomimo że stałem na punkcie, telefon nie pikał. W wielu miejscach musiałem wyciągać telefon z kieszeni, odblokowywać, manualnie podbijać PK i znowu go chować do kieszeni. Słowem dłużej niż przy papierowej karcie startowej i systemie SI typu „perforator”. Niby mogłem biec na zegarek, ale po prostu lubię gdy „pika” – czuję się wtedy taki doceniony, że dobrze trafiłem na punkt. 

Co tu dużo opowiadać – stróżów prawa nie było, punkty były gdzie trzeba (choć nie zawsze pikały), żadnych emocjonujących przeżyć;-) Przebiegłem i wróciłem do domu, lekko niedobiegany, żałując, że nie pobiegłem tylko na zegarek. 


 

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Świąteczne bieganie w Wesołej.

Nową tradycją staje się przenoszenie Gambitu z jednych świąt na drugie, ale że przyroda nie znosi pustki, więc poniedziałkowy termin natychmiast został zaanektowany przez Michała i tym sposobem mogliśmy pobiegać blisko domu (w Wesołej) w ramach GPS-O.
Przed samym startem spotkała mnie miła niespodzianka w postaci nagród za wygrane TP na Zaworze, co to ta wygrana całkiem zaskoczyła mnie i Agatę. Co prawda moją nagrodową koszulkę od razu zaanektował Tomek, ale jak by nie było, zostało w rodzinie:-)
 
 Fot.:Andrzej K.

Do GPS-O coraz bardziej podchodzę jak pies do jeża (w miarę jak coraz bardziej mi się nie udaje), więc nastawiłam się głównie na pobyt w lesie i zrzucanie świątecznych kalorii, a nie rywalizację.
Pierwszy punkt od razu był daleko, ale przynajmniej można było dobiec do niego drogami, aż pod sam kopczyk. No, to chociaż dobrze się zaczęło. Dwójka blisko, ale za to na górce, jak dla mnie sporej, więc od razu się zasapałam, ale spoko. Trójka nieprzyzwoicie łatwa, a w drodze na czwórkę zepsułam dobrze zapowiadający się początek. Zaczęłam idealnie po kresce, ale po chwili coraz bardziej znosiło mnie na prawo. Na trzecim skrzyżowaniu nagle i niespodziewanie oraz wbrew mapie skręciłam w prawo i przy kolejnej ścieżce zaczęłam bezskutecznie szukać punktu.  A przecież niby cały czas patrzyłam na kompas. Do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą jak ja to zrobiłam.  Nie znalazłszy punktu, wylazłam w końcu z krzaków i udałam się na najbliższe skrzyżowanie w nadziei zlokalizowania się. Miałam farta, że akurat to skrzyżowanie było charakterystyczne (a nie zwykłe przecięcie dwóch ścieżek) i od  razu rozpoznałam gdzie jestem - hektar za daleko na wschód.

Okrążanie PK 4

Teraz uważniej już pilnowałam wskazań kompasu, dzięki czemu na piątkę pomaszerowałam niemal po prostej, za to przez wszystkie przeszkody terenowe jakie były po drodze, bo bałam się, że ścieżkami coś przekombinuję. Szóstka tożsama z dwójką, więc znowu wspinaczka pod górkę, ale za to nawigacyjnie łatwo. Przed siódemką znowu mnie ściągnęło na prawo, ale udało się skorygować. Z ósemką identycznie. Dziewiątka łatwa, a dziesiątka znowu na górce, gdzie już byłam dwa razy. Solidna porcja deja vu. 
Znoszenie w prawo jakoś bardzo mi się utrwaliło i o ile jedenastkę jeszcze znalazłam, to na dwunastce poległam całkowicie. Czwórka przy dwunastce to był mały pikuś. Na kopczyki to nawet i trafiłam, tylko nie na ten właściwy, chociaż był rzut beretem od tych, które obejrzałam. Jakaś taka desperacja mnie ogarnęła i poczucie porzucenia w wielkim dzikim lesie i poczułam potrzebę natychmiastowego zobaczenia cywilizacji. Pi razy oko wytypowałam kierunek i pomknęłam w dół. I wiecie jakiego miałam farta? Nie dość,  że dotarłam do zabudowań, to jeszcze spotkałam Tomka i miałam się komu wyżalić na swój okrutny los. No i zasięgnąć języka gdzie jestem i gdzie powinnam pójść. 
 
 To gdzie ja to jestem?

Ruszyłam więc wskazaną ścieżką i wcale znowu tak od razu nie znalazłam punktu. Wylazłam na te same kopczyki co poprzednio, ale ponieważ nadchodziłam z innej strony, ten właściwy w końcu jakoś wlazł mi w oczy. Ufff...

Dwunastkowe peregrynacje.

Do trzynastki poszłam trochę głupio, bo wciąż byłam w podwunastkowym szoku i nadłożyłam trochę drogi, no ale najważniejsze, że trafiłam. Końcówka za to poszła mi nadzwyczajnie dobrze, a za ostatnim punktem czekał Tomek, więc od razu było raźniej. Razem pobiegliśmy na metę, przy czym on szybciej, żeby sfilmować mój finisz. Jak by było co:-))

Ta czerwona wstążeczka na drzewie to meta.

Wcale, ale to wcale nie jestem zadowolona z tego "biegu", bo schrzaniłam co tylko się dało, jednakowoż nawet taki ułomny start był lepszy niż siedzenie za stołem i tycie. Tak, że zady i walety chyba się równoważą.

I po zawodach:-)

czwartek, 8 kwietnia 2021

Jesteśmy i nawet GPS-O się trafiło po drodze.

Żyjemy, żyjemy, tylko jakoś mi nie po drodze było na bloga, a i zawodów mniej niż zwykle. 
Tydzień przed świętami odpuściliśmy sobie Sosnowe Klimaty i Hałę bo Tomek spędzał sobotę na fotelu dentystycznym, a ja jeździłam na szmacie, żeby chałupę ciut ogarnąć.  W niedzielę nie chciało nam się nigdzie jechać, więc żeby się nie zastać, zrobiliśmy dyszkę po naszym poligonie. We wtorek powtórzyliśmy ten sam manewr, zmieniając tylko troszkę trasę, więc w sumie wybiegani to byliśmy.
W Wielką Sobotę, kiedy byliśmy już ze wszystkim ogarnięci, postanowiliśmy nadrobić zaległości w GPS-O i pojechaliśmy na Marysin. Tomek wydrukował mi mapę w wersji dla niedowidzących, w skali zbliżonej do 1:3000 i tak uzbrojona ruszyłam w las. 
Pierwszy punkt wydawał się banalny - ścieżką do skrzyżowania, potem w lewo, kolejne skrzyżowanie i przy nim dołek. Ścieżka okazała się wąziutką ścieżynką, pomna mapy skali co chwilę rozglądałam się za skrzyżowaniem, a tu nic. W krzakach po lewej widziałam pomykającego Tomka,bo on wybrał wersję na azymut. Niby miało być blisko, a skrzyżowania ani śladu. Już myślałam, że może to nie o tę ścieżkę chodzi i zaczęłam wracać, ale w końcu schowałam honor do kieszeni i pobiegłam za Tomkiem. Tym sposobem już przy pierwszym punkcie byłam poirytowana i nabuzowana. 
Na dwójkę poszłam już na azymut, a i tak trafiłam na stowarzyszony dołek. Nie podbudowało to mojego morale, ale wciąż miałam nadzieję, że dalej będzie lepiej. Trójka była usytuowana na końcu ścieżki biegnącej pod linią wysokiego napięcia i jednocześnie na początku rowu, więc wydawało się, że już nic prostszego być nie może. Nooo, wydawało się. Ścieżka to nawet się i skończyła, ale rowu ani śladu. Telefon, który zazwyczaj pikał już z daleka, uporczywie milczał i nie wiedziałam, czy jestem za daleko od punktu, czy tylko ma taką fanaberię, żeby ręcznie wymuszać zaliczenie punktu. Połaziłam więc chwilę po krzakach tam i z powrotem i wreszcie piknęło. Rowu i tak nie znalazłam, a i Tomek twierdzi, że go nie widział. 
 
 
Kolejne problemy pojawiły się przy szóstce. Z miliona dołków musiałam wybrać ten właściwy, więc zanim mi pipnęło, zaliczyłam ich chyba ze sto, a i tak nie miałam pewności, czy w dalszą trasę namierzam się z właściwego, bo na punktach nie było znaczników, a dokładność GPSa jest taka sobie. Na szczęście siódemka była na tyle charakterystyczna, że dołkowa odchyłka nie miała znaczenia.
Na ósemkę planowałam dobiec ścieżkami, ale w połowie drogi mi się odmieniło i skróciłam sobie zaliczając po drodze powtórnie dwójkę. Na dziewiątkę haniebnie zniosło mnie w prawo i tylko cudem trafiłam na punkt, za to dziesiątka i jedenastka jakoś weszły. Na dwunastkę wyszłam idealnie, ale niestety nie wiedziałam o tym, oddaliłam się więc od niej do najbliższego skrzyżowania żeby się zlokalizować i dopiero wróciłam z powrotem. W sumie to ciekawe dlaczego mi nie pipnęlo jak za pierwszym podejściem byłam już tak blisko. Trzynastka i czternastka z leciutkimi odchyłkami w prawo, ale nie na tyle, żeby stanowiło to problem, piętnastkę musiałam obejść w kółko zanim GPS zorientował się, że to już. Ślad pokazuje, że albo mapa jest niedokładna, albo GPS jest niedokładny bo wygląda jak bym krążyła po skrzyżowaniu, a nie wokół dołka:-)
 
 
Szesnaście znowu pipnęło gdzie indziej niż jest zaznaczone na mapie, nawet dołka żadnego nie widziałam, ale grunt, że pipnęło i mogłam lecieć dalej. Siedemnaście, osiemnaście i dziewiętnaście o dziwo były bezproblemowe, a na dwudziestce poległam. Punkt miał być tuż przy skrzyżowaniu, dobiegłam więc do skrzyżowania, weszłam w las, znalazłam dołek i... nic. Uparłam się, że jak do tej pory pikało, to i teraz musi, więc łaziłam dokoła dołka do upadłego. No, ale ile można? W końcu wymusiłam podbicie i poleciałam dalej. Ślad GPS pokazuje, że na mapie w ogóle nie było tej ścieżki i skrzyżowania, przy którym szukałam punktu, bo z tymi ścieżkami to i w innych miejscach było różnie - mapa sobie, teren sobie. 
 
 
PK 21 był łatwy, a 22 dobił mnie całkowicie. To był ten sam dołek co PK 16, co to pipało bez dołka. Teraz nadchodziłam od drugiej strony i prawdę mówiąc nawet nie zauważyłam, że to punkt podwójny. Tym razem natrafiłam na dołek, ale telefon nie zareagował. W zasięgu wzroku innego dołka nie było, więc dla pewności połaziłam po okolicy. Nic. Tymczasem z krzaków wyłoniło się dwoje młodych ludzi, wyraźnie pod wpływem i zaczęli komentować moje poczynania. Czym prędzej zeszłam do drogi, wróciłam do skrzyżowania żeby się upewnić czy szukałam w dobrym miejscu i w tym momencie poczułam, że mam dość. Mam dość i trochę, po dziurki w nosie, przestało mnie bawić, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, do domu daleko i wcale, ale to wcale nie mam ochoty zaliczać kolejnych siedemnastu punktów, z których przynajmniej polowa będzie problematyczna. Szybciutko sprawdziłam na mapie którędy najbliżej do mety i w try miga uciekłam z trasy.

Podczas gdy ja się kotłowałam z pierwszą połową trasy, Tomek zaliczył już całość i przynajmniej kiedy wróciłam, mogliśmy od razu wracać do domu.
Ja to się teraz tak zastanawiam - jak to się dzieje, że na trasach Andrzeja, a ostatnio notorycznie i Michała zawsze coś musi mi pójść nie tak. A na innych - nie.  Podejrzana sprawa.

piątek, 26 marca 2021

GPS-O za progiem

Michał to jednak dobry kolega. Jak on wyszedł naprzeciw moim biegackim potrzebom, no jak on wyszedł. We wtorek zrobił mi zawody niemal pod progiem. Nigdzie nie musiałam dojeżdżać, wystarczyło wstać, ubrać się, przebiec kawałek i już. Co prawda jak dobiegłam na start, to już byłam zmęczona, ale zanim Michał dojechał, zdążyłam dojść do siebie.
Startować mieliśmy spod karmnika, co to go nigdy nie mogę znaleźć, więc żeby się nie wygłupić we własnym lesie, od razu ruszyłam za Krzyśkiem, że niby tak samo wyszło. Jeszcze zanim doszłam na miejsce, mój telefon odpipał start, a ja taka nieprzygotowana byłam - ani zegarek nie uruchomiony, ani psychicznie się jeszcze nie nastawiłam. Ale ogarnęłam się szybciutko i pobiegłam. Wiedziałam gdzie jest pierwszy punkt, więc leciałam sobie na luzie. W okolicach dwójki raczej nigdy ne bywałam (a przynajmniej świadomie, bo Tomek twierdzi, że raz mnie tam zawlókł przy okazji zbierania lampionów po Niepoślipce). Szłam więc sobie na azymut, wydawało mi się, że już, ale wstążeczki nie było (bo biegaliśmy nie na lampionach tylko wstążkach), nic nie pipało, wiec stanęłam skonsternowana. Kawałek wróciłam sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłam, ale nie. Ruszyłam więc dalej. Ufff, dalej pipnęło. 
Trójka niby znajoma, ale od tej strony to tam raczej nie chodziłam. Mimo to znalazła się bez problemu. Czwórka i piątka to droga przez mękę. Zupełnie zapomniałam, że nas las jest dość zakrzaczony i zajeżyniony i nie ubrałam się odpowiednio - zamiast kolcoodpornych spodni ubrałam właśnie takie czepliwe i swoje musiałam odcierpieć. Chwilami miałam wręcz wrażenie, że ciągnie się za mną krwawy ślad.
Szóstka i siódemka na znanym terenie, to i weszły bezproblemowo, za to skończyły się jeżyny a zaczęły bruzdy i to takie konkretne. Szłam ostrożnie, ale chwilami mnie ponosiło i przeskakiwałam z jednej na drugą. Cały czas z duszą na ramieniu, że znowu urwę nogę. Ale nie, jakoś się udało. Przed samą ósemką ciut mnie zniosło, ale wypatrzyłam czerwony kawałek wstążki z daleka.
Dziewiątka - wiedziałam gdzie jest, ale dojście do niej dość trudne, bo las brzydki, nie do biegania. Do dziesiątki rozsądniej było biec drogą, ale czy ja jestem cienias, żeby biegać drogami? Oczywiście, że przedzierałam się na azymut. Dobra, potem tego żałowałam, ale na śladzie fajnie wygląda.
W drodze na jedenastkę natknęłam się na punkt stowarzyszony, ale byłam czujna odległościowo i poszłam dalej ledwo zaszczycając go spojrzeniem. Nie dałam się nabrać. Między jedenastką a drogą rozciągało się rozlewisko nie do przejścia suchą stopą. Samo zmoczenie się to nic, w końcu do domu blisko, nie byłam tylko pewna jak głęboko się zanurzę - po kostki, po kolana, po pas, po szyję? Obchodząc co bardziej podejrzane miejsca, udało się przejść nie mocząc nawet kostek.
Dalsza część trasy znowu prowadziła przez znane tereny i po nieco lepszym podłożu, więc luzik. Przed metą czekał Tomek, który nie biegał (bo kostka), ale przyszedł chociaż popatrzyć. Dzięki temu mam fotkę z mety.

Można wyłączyć zegarek.

Takie bieganie bez tracenia czasu na dojazdy to ja rozumiem. Żeby tylko ten nasz las był ciut przyjaźniejszy dla azymutowców.  A tak wygląda ślad:



czwartek, 11 marca 2021

GPS-O, a indeks dzieł zakazanych.

GPS-O wyskoczył tak z głupia frant w środku tygodnia i dałam się zapisać chyba tylko z zaskoczenia. Bałam się biegania po zmroku, ale okazało się, że jest opcja wystartowania już koło szesnastej, więc nie czekając na powrót Tomka z pracy, pojechałam do Międzylesia. Miałam to szczęście, że impreza odbywała się tam, gdzie potrafię dojechać:-)
Zanim dopchałam się do organizatora i zanim udało się pokonać wszystkie trudności techniczne, zrobiło się już dość późno, ale wciąż miałam szansę dobiec na metę za dnia. Na wszelki wypadek jednak do kieszeni wsunęłam czołówkę.
Najpierw nie chciał mi się odbić start. Krążyłam dookoła czekając na pipnięcie, a w tym czasie inni biegli już w las. W końcu wróciłam do organizatora i Michał coś tam pogrzebał mi w telefonie. Zadziałało.
Jakoś nie mogłam ogarnąć w która ścieżkę mam wbiec, wiec pobiegłam tak jak moi poprzednicy, a ponieważ przed sobą widziałam plecy Marcina, więc patrzyłam gdzie się kieruje. W końcu dopasowałam rzeczywistość do mapy i plecy mogłam sobie odpuścić.
Z dwójki na trójkę musieliśmy przebiec koło startu/mety, co niektórym powodowało zakończenie biegu przez aplikację, mi na szczęście telefon w ogóle nie chciał pikać i olał metę. Jedyne co, to zdziwiłam się na tak poprowadzoną trasę. Do trójki planowałam biec ścieżką i nawet zaczęłam, ale po kilkunastu metrach ścieżka zanikła, więc przedzierałam się na azymut. Punkt miał stać na skrzyżowaniu na drugiej poprzecznej drodze. Dotarłam do drugiej poprzecznej, jeszcze z daleka zobaczyłam odbiegającą Hanię i zaczęłam szukać słupka. Ani w prawo, ani w lewo nie było. Z lekka się zirytowałam, szczególnie, że dłonie przymarzały mi do kompasu, a stojąc w miejscu nie mogłam się rozgrzać. Postanowiłam zejść na południe do drogi i albo wrócić na metę i olać zabawę, albo powalczyć w zależności, czy będzie się od czego namierzyć. Biegłam w jakimś dziwnym kierunku, nic się nie zgadzało i znowu w oddali zobaczyłam Hanię. Postanowiłam jeszcze sprawdzić gdzie tym razem była i o dziwo, włażąc w kolejną ścieżkę natknęłam się na punkt. A miał być na drugiej, a nie trzeciej ścieżce. Niby na mapie były fragmenty tej pośredniej ścieżki, ale mapa a rzeczywistość to były dwie zupełnie różne rzeczy. Kręciłam się koło słupka czekając na pipnięcie aplikacji, ale gdzie tam. Musiałam wymusić podbicie punktu. Cała zabawa z trójką zajęła mi 12 minut!
Czwórkę znalazłam bez trudu, bo dobieg tylko drogami, podobnie do piątki i tylko końcówka na azymut. Z tym azymutem to też był problem, bo na mapie nie było ani jednego południka. Nic, zero, null. Założyłam, że mapa jest zorientowana i co chwilę składałam kartkę, żeby odmierzać się od jej równego brzegu. Azymut wychodził taki z lekka przybliżony i nigdy nie było wiadomo gdzie się dojdzie. Między drogą a piątką teren się nie zgadzał, bo w naturze widziałam okazały, gęsty młodnik, a na mapie przebieżny las. Na szczęście pamiętałam to miejsce z innych zawodów, więc piątkę udało się znaleźć. I czwórkę i piątkę musiałam podbijać ręcznie, bo nie pipało samo z siebie. I takie to ułatwienie z tą aplikacją.
Do szóstki teoretycznie prowadziła ścieżka, ale w praktyce wcale jej nie było i tylko gdzieniegdzie drzewa rosły w większych odstępach od siebie. Znowu posiłkowałam się kompasem i jakoś się udało.
Siódemka wkurzyła mnie na maksa. Miała stać na końcu trzeciej poprzecznej ścieżki, ale mimo, że szłam zgodnie z kompasem, udało się namierzyć tylko pierwszą ścieżkę, drugiej i trzeciej już nie było. Nie było w realu, bo na mapie widniały jak byk. Byłam pewna, że właściwe miejsce już minęłam, więc zeszłam do drogi i znowu pojawiła się myśl o powrocie na metę. Ruszyłam w jej kierunku. W jednym miejscu las wydał mi się jakby rzadszy, więc stwierdziłam, że zgodnie ze standardem mapy może to być ścieżka i postanowiłam sprawdzić. Faktycznie - była i punkt też się znalazł. Byłam już tak zniesmaczona niedokładną mapą, że myśl o powrocie na metę wcale mi nie przeszła. Postanowiłam jednak ćwiczyć się w cnocie cierpliwości, opanowania i hamowania wściekłości. Z najwyższą niechęcią ruszyłam więc w stronę ósemki. Szansa na jej znalezienie była spora, bo miała stać przy drodze. Faktycznie, obyło się bez problemów, pominąwszy fakt, że nie chciała się samoczynnie podbić. Do dziewiątki nawet nie próbowałam skracać na azymut, bo na mapie było trochę zielonego, a biorąc pod uwagę jak mapa kłamie, mogła być tam istna dżungla. Obiegłam ścieżkami, które wyjątkowo były widoczne w terenie.
Dziesiątkę pamiętałam z poprzednich kilku zawodów i wiedziałam, że jest źle na mapie oznaczona. Wiedza ta bynajmniej nie ułatwiła mi jej odnalezienia, a kiedy wreszcie natknęłam się na słupek i usiłowałam ręcznie wymusić podbicie, to dowiedziałam się, że jestem za daleko od właściwego miejsca. Super. Odeszłam więc kilkanaście kroków w stronę drogi i w końcu dostałam pozwolenie na podbicie.
Jedenastka była daleko, a biegło się do niej drogą i nic nie trzeba było nawigować. Taki trochę bezsensowny przebieg nic nie wnoszący do zabawy. Chyba autorowi trasy pod koniec już wyczerpała się koncepcja. Po drodze spotkałam Tomka, który był gdzieś na początku swojej trasy i czekała go nocna przeprawa z tą dziwną mapą. Jedenastka, a potem meta oczywiście nie chciały pipnąć, ale przyjęłam to już za standard.
Udało się pokonać całą trasę przed zapadnięciem zmroku, a latarka służyła jedynie jako obciążnik kieszeni. I dobrze.
Już po biegu skojarzyłam, że z mapą na której biegaliśmy zawsze były jakieś problemy. Nie zgadzają się ścieżki, położenie niektórych punktów, a dołki to zupełna abstrakcja. Doły, z których wystaje mi czubek głowy na mapie znaczone są jako v, a ich ilość ma się nijak do rzeczywistości. Uważam, że ta przeklęta mapa w ogóle powinna być obłożona anatemą i znaleźć się na indeksie dzieł zakazanych, a organizatorzy, którzy ośmielą się jej użyć powinni być paleni na stosie.
W sumie jedyną (jak dla mnie oczywiście) zaletą zawodów był fakt, że się odbyły i spaliłam trochę kalorii. Doceniam też pracę Michała, bo przygotowanie zawodów to nie jest jak pstrykniecie palcami i już, tylko poświęcony czas i praca. 



sobota, 9 stycznia 2021

Trzej Smokowie i niedobiegany GPS-O, czyli: "a nie mówiłam?"

Cały czas było mówione, że w Trzech Króli biegamy na GPS-O w Lasku na Kole, a tu dwa dni przed zawodami okazało się, że Tomek zapisał mnie też na Oswoja Smoka, co to był z bieganiem sprzężony, ale na przykład Agaty to już nie. Po rodzinnych konsultacjach i targach ustaliliśmy, że wszyscy idziemy na wszystko. Czułam lekki niepokój, ale co tam - jak wszyscy, to wszyscy - babcia też!
 
Pobór map
 
Ruszaliśmy zaraz na początku zwodów. Każdy zespół miał przydzielone minuty startowe, ale Tomek miał asa w rękawie - karty startowe dla organizatorów:-) Tuż przed wyjściem na trasę nasz zespół niespodziewanie powiększył się o młodą zawodniczkę Dianę. Michał poprosił, żeby zaopiekować się nią, bo szła pierwszy naz na MnO. Na szczęście z mapą i kompasem była obcykana, bo biega na orientacje. 
Mapa niby nie była jakoś specjalnie przekombinowana - raptem trzy wycinki i czwarty malutki, ale ortofoto i ten malutki bardzo długo stanowiły dla nas tajemnicę. O orto przynajmniej było wiadomo, że znajduje się pomiędzy pozostałymi dużymi, ale ten malutki mógł być wszędzie.
Zaczęliśmy od wycinka startowego na nietypowej mapie, bo mapie pokrycia terenu. Cóż, niby ta roślinność, a szczególnie drzewa powinny zgadzać się z tym, co mieliśmy przed oczami, ale jak dla mnie punkt widzenia robi dużą różnicę. Na szczęście wycinek był zorientowany, więc można było posiłkować się kompasem, żeby trafić przynajmniej w zbliżony obszar. Niestety, przy stowarzyszach trafiać trzeba idealnie, a nie mniej więcej, ale to już zostawiałam Tomkowi:-)
 
Idziemy na A1
 
 
A5 - podoba mi się umiejscowienie lampionu:-)
 
Z orto udało nam się na początek rozpoznać dwa punkty przy zabudowaniach, więc zgarnęliśmy je i poszliśmy na wycinek z mapą biegową, bo tam przynajmniej wiadomo co i jak. 
 
Wiemy gdzie jest F2!
 
C1 według śladu gps wcale nie zaliczyliśmy, ale chyba po prostu źle stał, albo mapa nie do końca się zgadzała. C2 dla odmiany przeszliśmy, bo fajnie się nam szło alejką, ale szybko naprawiliśmy błąd.
Zbierając punkty  z mapy biegowej cały czas kombinowaliśmy jak wkomponować te nieszczęsną ortofotomapę i w końcu stanęło na tym, że wrócimy na podbity już F2 i jakoś stamtąd ogarniemy. 
 
D2
 
No, i to był bardzo dobry pomysł. Pominąwszy oczywiście fakt, że na mapie tego typu g... widać i o ile ogólne zlokalizowanie miejsca  było łatwe, to już odróżnienie punktu właściwego od stowarzysza wiszącego pięć drzew dalej  nie wydawało mi się możliwe. Ale co ja tam wiem...
Mały wycineczek z górką, który bezskutecznie usiłowaliśmy dopasować na początku trasy do górki w okolicach startu, nagle sam nam się zlokalizował pod koniec trasy. Obie górki były niemal identyczne, ale ta była lepsza:-) No i był lampion.
 
Meetaaa!!!

 
 Cała ekipa na mecie.
 
Niby trasa nie była długa, ale na mecie moje plecy miały już dość. Byłam zesztywniała i nawet schylić się nie mogłam. No i czy ja nie mówiłam, że chodzenie szkodzi??? Miałam nadzieję na lecznicze działanie biegania, więc pobrałam mapę, rozebrałam się z grubej kurtki i ruszyłam z powrotem w las. Nooo, nie było dobrze. Pierwszy punkt zdobywaliśmy niemal rodzinnie, przy czym ja oczywiście przez największe krzaki. Eh, to moje przywiązanie do azymutu... Do dwójki i trójki dawało się dotrzeć alejkami i już planowałam rozwinąć zawrotne prędkości żeby się rozruszać, ale nie. Nie dość, że kręgosłup wciąż był na mnie obrażony za to chodzenie, to jeszcze poczułam pilną potrzebę skorzystania z WC. Tak mnie jakoś suszyło w drodze na zawody i beztrosko wytrąbiłam pół butelki wody. No dobra, porzuciłam bieganie, szczególnie, że na PK 4 to już inaczej jak przez krzaki nie dawało się. Pod względem roślinności Lasek na Kole jest wredny - krzaki, krzaczory i krzaczyska. Omijając to całe badziewie całkowicie zeszłam z azymutu i zamiast na PK 4 wylądowałam na PK 10. Spotkałam tam Tomka krzyczącego, że to nie ten kod i jakoś tak mi namieszał w głowie, że zamiast pójść z tej dziesiątki na czwórkę, ruszyłam od razu na piątkę.  Przy piątce zorientowałam się jaką głupotę palnęłam i w tym momencie padła mi psyche. 
- Nie dam rady:-( - pomyślałam. Perspektywa powrotu na czwórkę, a potem zaliczenie ponad dwudziestu punktów okazała się ponad moje siły - i te fizyczne, i te psychiczne. Nawet powiedziałabym, że bardziej te fizyczne tym razem. Pomaszerowałam więc najkrótszą drogą na metę, wzbudzając moim spacerowym krokiem zainteresowanie i bulwersację innych zawodników, pobrałam kluczyki do samochodu, usiadłam i... odetchnęłam z ulgą. Na siedząco znacznie lepiej przebywać na tych zawodach.
Jak by jednak nie patrzeć była to bardzo pouczająca wyprawa - wiem już teraz, że albo chodzenie, albo bieganie, ale nigdy, przenigdy nie łączyć tych dwóch aktywności! I nie pić przed zawodami:-)))

sobota, 2 stycznia 2021

GPS-O w Wesołej na dobry początek roku.

Zanosiło się na to, że pierwszy dzień roku spędzimy w domu zamiast w lesie, bo zwycięzca ubiegłorocznej Noworoczno-Bąbelkowej InO nie przejawiał żadnej działalności związanej z organizacją zawodów. Ponieważ jednak świat nie znosi pustki, tuż przed Nowym Rokiem pojawiły się dwie inicjatywy - Noworoczny GPS-O i Noworoczno-Bąbelkowy Spacer z Mapą. Jak nie ma, to nie ma, a jak zrobią, to nie wiadomo czy się rozdwoić, czy jak. Ponieważ GPS miał być niemal tuż za rogiem, czyli w sąsiedniej wsi, to padło na bieganie, a nie na spacerowanie.
Po odespaniu sylwestrowych szaleństw (he, he) w noworoczny poranek koło południa, we trójkę zjawiliśmy się na starcie. Do wyboru mieliśmy trzy trasy i oczywiście, jak nakazuje rodzinna tradycja, obsadziliśmy wszystkie trzy.

  Rodzinnie w Nowy Rok. (Fot. A. Krochmal)

Ruszyłyśmy ze startu razem z Agatą, bo do szóstego punktu miałyśmy taką samą trasę. Tomek zresztą też, ale on woli indywidualnie, za co go zresztą pokarało, bo miał problemy z dobrym rozpoczęciem biegu.

Pierwsze koty za płoty!

Na jedynkę poszłyśmy niemal po linii. Dowodziłam zespołem i bardzo, bardzo się starałam, żeby nie zrobić sobie obciachu i nie zgubić się już na początku. Niestety, na obciach nie trzeba było długo czekać i już przy dwójce zniosło mnie w prawo i choć mniej więcej wiedziałam gdzie jesteśmy, to potrzebnego dołka nie mogłam wyczesać. Nie chciało mi się schodzić do drogi i namierzać się od skrzyżowania i tak na oko celowałam gdzie by to mogło być. Po chwili przemknął koło nas Krzysiek, a ponieważ mógł biec tylko na dwójkę, więc podążyłyśmy jego śladem. I to było słuszne.
Trójka weszła gładko, więc myślałam, że dalej też tak będzie. Agata chciała na czwórkę trochę naokoło, ale bezpiecznie ścieżkami pod sam punkt, ja jednak twardo na azymut. No i pokarało mnie. Źle oszacowałam odległość i kiedy już nie wiedziałam czy jesteśmy przed punktem, czy za punktem, w końcu zarządziłam odwrót na drogę i podjęcie wariantu Agaty.
Na piątkę konsekwentnie chciałam azymutem i tu Agata już nie zdzierżyła i wyłamała się z zespołu. Ona poszła drogami, ja pobiegłam na przełaj. Spotkałyśmy się jeszcze za punktem, a potem już nasze drogi na stałe się rozeszły.
Jak tylko rozstałam się z Agatą, od razu przestałam się gubić. Czyżby przynosiła mi pecha? :-) Co prawda na ósemce nie zauważyłam słupka stojąc koło niego i zatoczyłam niewielkie kółeczko zanim go wreszcie wyłuskałam wzrokiem, ale to na pewno wina Tomka, bo był w pobliżu (spotkaliśmy się przy słupku) i wysyłał fluidy maskujące punkt.


PK 8

Ponownie z Tomkiem spotkaliśmy się przy dziewiątce, na którą on pobiegł łukiem, a ja po prostej, a potem jeszcze przez chwilę w drodze na dziesiątkę oglądałam z daleka jego plecy.
Drobny problem miałam z dwunastką, bo dość mocno ściągnęło mnie w prawo, ale udało się skorygować błąd. Dalsza część trasy poszła już znacznie lepiej - najwyraźniej nabrałam wprawy:-) Nawet na metę udało mi się trafić, chociaż chwilę trwało zanim zajarzyłam, że słupek z PK 17 jest moją metą, Nie wiem dlaczego byłam przekonana, że zastanę tam napis - meta.
Trasę pokonywałam sobie powolutku, bo najpierw z Agatą, a ona biega jak już naprawdę musi, a potem byłam po prostu zmęczona. Zresztą od samego początku zakładałam raczej rekreację niż wyścig.
A tak wyglądała trasa:

Ślad zielony - Agaty, czerwony - mój.

piątek, 9 października 2020

O! GPS!

Właściwie to lubię GPS. Konkretniej BePeKa, czy jak to zwał. W dowolnym czasie (no prawie dowolnym) lata człowiek z mapą i czeka aż coś mu piknie. Lepsze to niż latanie z mapą typowe w TNCZ, gdy szukamy czegoś, czego często nie ma. A tak - pik - namiastka prawdziwego podbicia punktu i pewność, że go się podbiło.

Dodajmy do tego mapę znaną ze Street-O i mamy… GPS-O.

Na starcie (fot A. Krochmal)

Na GPS-O dotarłem po raz pierwszy. Zawsze coś nie odpowiadało, termin, lokalizacja…. Tym razem blisko, bez deszczu i w czasie, gdy mogłem. Renata nie przepada za mapami typu Street-O, gdzie królują kreski, więc ostatecznie „stanowczo odmówiła” mówiąc dyplomatycznie;-) Michał zapowiadał pod regulaminem, że zaliczenie wszystkich punktów to jakieś 8 km. Krótka kalkulacja, że przy limicie 30 minut jest to kilkanaście minut spóźnienia. I że się opłaca spóźnić. Z takim przeświadczeniem udałem się na start. Pobrałem mapę, włączyłem telefon, wetknąłem słuchawki do uszu, by słyszeć pikanie (telefon do kieszeni, by nie przeszkadzał) i poszedłem nasłuchiwać startu. Start zapipczał i pobiegłem żwawym truchtem gdzieś tam w prawo. O dziwo, dawało się ułożyć jakieś sensowne przebiegi pomiędzy punktami. Popatrzyłem sobie na numery PK i troszkę dziwiłem się, że takie mało wartościowe PK są gdzieś na samych obrzeżach mapy. Ale co tam, skoro brać wszystkie, to i tak muszę je zaliczyć;-)

Chyba moja marszruta była dość egzotyczna, bo na początku spotykałem jakąś konkurencję wyraźnie omijającą te najdalsze punkty (np. PK 1). Szło całkiem nieźle. Na pipczenie czekałem chwilę, tylko na PK 1 i PK 32, którego szukałem kilka metrów za blisko (GPS Orienteering mam ustawiony na minimalną tolerancję punktu, by nie było). Właściwie ostatni raz konkurencję widziałem po dziesięciu minutach biegu i byłem zupełnie sam w ciemnościach właśnie zapadłej nocy (jak to poetycko zabrzmiało, ale lubię właśnie takie całkowicie samodzielne bieganie po nocy).

Gdy zbliżał się limit czasu (30 minut) została mi jeszcze jakaś 1/4 dystansu, a może mniej. Punkty z numerami 7, 8 zapowiadały duży uzysku punktów przeliczeniowych, więc powinno być dobrze – kalkulowałem i cieszyłem się, że punkty małowartościowe podbiłem na początku. 

45 minuta od startu, podbijam PK 28 (teraz wiem, że mógłbym go podbić wcześniej i oszczędziłbym kilka metrów), źle się okręcam (nie mam kompasu) i zamiast na PK 24 lecę na PK 31, gdzie już wcześniej byłem. Gdzieś przy punkcie dopada mnie deja vu – widzę, że ulica się kończy (a nie powinna) i odnajduję się w miejscu, gdzie mnie być nie powinno. Chwila konsternacji i odwrót po własnych śladach. Jak pokazują wyniki ponad dwie minuty w plecy:-( 

Na mecie nie ma już nikogo (no tak, 22 minuty spóźnienia). Wracam do auta i sprawdzam wyniki – jestem na 2 miejscu ze stratą 30 punktów do zwycięzcy. Patrzę na te wyniki i coś mi się nie zgadza. Odkładam telefon, zatrudniam palce do liczenia i po chwili … wiem! Wszystkie PK miały tę samą wagę – 20 pp! A ja głupi myślałem, że waga jak w rogainigu zależy od numeru punktu:-)! 

Zwycięzca ma 520 pp, ja 490 (po uwzględnieniu kar czasowych). Ja jako jedyny mam wszystkie PK i spóźnienie 22 minuty i 6 sekund. Porównując czas przebiegu z PK 28 na PK 24 widzę, że straciłem tam ponad dwie minuty, czyli 30 pp. Czyli miałbym taki sam dorobek punktowy jak zwycięzca, gdyby nie ten głupi błąd;-(. No cóż nie zawsze się wygrywa, odkuję się następnym razem;-)