Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hała. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 marca 2021

(nie taka) Mała Przedwiosenna Hała

Jako że ostatnio ultra-wyryp jak na lekarstwo (wszystkie się odwołały z wiadomych powodów), to szansa wystartowania przez dwa dni w 4 imprezach kusiła. Dokładniej to w trzech imprezach w sobotę i jednej w niedzielę. W sobotę zaczynając od najkrótszego WesolIno, poprzez całkiem długi Dystans Stołeczny, aż wieczorem do naprawdę długiej Przedwiosennej Hały. Niestety, w ostatniej chwili Dystans Stołeczny padł – znaczy się odwołał/przeniósł na za tydzień, czy jakoś tak. Dzięki temu udało się ogarnąć wszystko logistycznie, zassać po drodze obiad i na start Hały dotrzeć jeszcze za dnia. 

 Jakby ktoś nie pamiętał – Hała to zwykle taki produkt Jaszczuropodobny – pojawiają się lidary do dopasowania, nieoczywiste punkty, spory dystans, a każde wydanie sponsorują nietypowo okrągłe liczby. Ten sponsorowała liczba 333 (limit czasu) i 99 (limit spóźnień). Nominalna długość 13,6 km w liniach prostych, tyle że to okolice Kosewka. Takie kultowe okolice – jary, skarpa do pełzania na czworaka, super krzale, znowu jary, znowu skarpa, jeżyny… 

Patrząc historycznie, to w tych okolicach wystartowaliśmy w pierwszym InO – Nocnych Manewrach Stowarzyszy w roku 2014 – więc taki mały „powrót do przeszłości”. 

Do Pomiechówka dotarłem dobrze po godzinie 13:00 – czas, kiedy co niektórzy już wracali z trasy;-) Założenie było proste – 14 km – z błądzeniem jakieś 16, czyli ze trzy godziny i o 17stej wracam do domu. Dostałem połowę mapy, tajemniczy pakunek do plecaka z instrukcją słowną „otworzyć gdy skończy się mapa, wyłącznie na moście w Kosewku” i „poszedłem w las”. 

Hałobus jako baza
Mapa wydawała się prosta – kilka PK w okolicach wyraźnie wyznaczonych przecinkami, lidary raczej oczywiste do dopasowania i zero morderczych skarp i jarów! Pierwsze trzy punkty opisowe w tym pomnik z kawałkiem samolotu, który kojarzę z naszej pierwszej imprezy InO. Szło fajnie, szybko, choć drogi były co nieco oblodzone. Pierwszy wycinek do dopasowania – oczywisty – wszystko się zgadza, jest dół, pełno śladów tylko jakoś lampionu nie widać. Niczym Indianin, na czworaka sprawdzając ślady widoczne w podłożu, nagle dostrzegam lampion – ukryty prawie w „dziupli”. Tu zacząłem się cieszyć, że jednak udało się wystartować za dnia- znalezienie go w nocy byłoby większym wyzwaniem! 


 Mam zdobyte 4 PK, czas 21 minut, ponad 2,5km. Dobrze idzie! 

Dalej drogą prosto jak strzelił. Ciut zwalniam, bo robi się mokro, a szkoda od razu za bardzo się moczyć. Jest poprzeczna droga asfaltowa, powinienem pójść dalej na wskroś ale… coś mi się ta droga nie podoba. Ma inny kierunek!!!. Patrzę na mapę, myślę… czyżbym wyszedł gdzie indziej? Bardziej na południe? Jeśli droga, którą szedłem miała zły kierunek? Niby sprawdzałem ale…. Może ostatni PK to był jednak stowarzysz? Typuję gdzie jestem i lecę asfaltem pół kilometra na północ, aż asfalt nabiera właściwy kierunek. No, prawie słuszny, ale jest jakaś droga w lewo i w prawo jak być powinna. Skręcam w prawo, znajduje jakąś drogę, która zaraz zanika (strasznie ten teren się pozmieniał w stosunku do mapy - myślę) dochodzę do torów i widzę, że tory zaczają skręcać. Czyli już jestem przy PK 9, choć miało być dalej. Idę od torów na azymut, szukam charakterystycznych elementów z lidaru, ale trafiam na lampion i dziurę w ziemi. Dziura jest przy PK 10 – miał to być następny wycinek! Obszukuję dziurę dokładnie, jak nic - PK 10 i trzy lampiony do wyboru. Nie wyznaczyłem sobie skali mapy, więc muszę wybrać właściwy „na oko”, tylko po ukształtowaniu terenu – wybieram japońca;-) 

Trafienie do kolejnego wycinka z PK 9 to już formalność. Przy okazji odkrywam w czym tkwił problem: droga oznaczona na mapie jako utwardzona (asfalt?) zmieniła przebieg – teraz auta jeżdżą przez to, co na mapie oznaczone jest jako ścieżka! Grunt że lampiony znalezione, choć trochę pokrążyłem po okolicy i straciłem czasu na rozmyślania nad mapą. 

Tak krążyłem po PK5
 

Nie dowierzając mapie poleciałem dalej. Znowu asfaltem, którego nie ma na mapie. Aż do wycinka z punktem G. Jak mówi sama nazwa, punkt G zawsze sprawia trudności. Tym razem punkt G zaznaczony na szczycie jakiegoś bunkra. Oczywiście wczołgałem się na górę i szukałem lampionu. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że literki oznaczają punkty opisowe. Doczytałem, że chodzi o liczenie wnęk z symbolami. Musiałem zejść i szukać tych wnęk. Jak to wnęki, były w środku. Czyli najpierw wejście do środka. Jest. Wchodzę – ciemno. Trzeba wyjąć latarkę. Świecę i rozglądam się – wnęka koło wnęki, a w każdej jakiś symbol – taki przypominający pisma dalekowschodnie. Czy chodzi o wszystkie wnęki, czy tylko te w pomieszczeniu zaznaczonym kropką? Liczę je jeden raz, potem drugi, trzeci. Wyszło mi ich 19. Podobno było 20 ale ja tylu nie znalazłem. Może w jakiejś wnęce było kilka znaków? Choć skoro znaki są nieznane, nie wiem czy dwa kolory w jednej wnęce to dwa znaki, czy kreski znaków muszą się stykać? Zresztą pytanie poniżej pasa – bez latarki nie miałbym szans w ogóle zbliżyć się do poprawnego wyniku. I na tyle nieprecyzyjne, że nie wiadomo co liczyć;-) Na pocieszenie fakt, że same umocnienia urokliwe;-) A samo liczenie – 20 minut;-) 

Znajdź tu te 20 punktów G...

 Kolejny wycinek – kolejny bunkier. Jeszcze ładniejszy. Znowu liczenie „wąskich okienek strzelniczych w całym obiekcie”. Problem w tym, że w środku jakaś zakrapiana imprezka. Brzęk tłuczonego szkła, jakieś podniesione głosy. Skoro jakieś otwory strzelnicze są przy wejściu mogą być i dalej w środku, ale wolę nie sprawdzać – ja jestem jeden, a ich kilku i w jakichś bojowych nastrojach. Wpisuję to co znalazłem z zewnątrz i spadam liczyć betonowe stanowiska strzelnicze. 

Ten bunkier obchodzę z daleka

 Opuszczam umocnienia i na azymut idę dalej do PK 2. Niestety, zaczynają się krzaki. Na szczęście dalej drogą – a wręcz szlakiem pieszym. Nawet spotykam jakichś turystów idących z naprzeciwka! 

Po PK 3 ruszam biegiem na azymut w kierunku przedostatniego wycinka. Biegnę sobie biegnę i nagle łup… wpadam w ogrodzenie jakiejś uprawy leśnej. Dobrze, że teren nie pozwalał na rozwinięcie jakiejś zawrotnej prędkości… 

Okrążam płoty drogami, liczę drogi w lewo i skręcam w drugą. Przyspieszam. Coś daleko i teren nie zgadza się z poszukiwanym lidarem. Ale na drodze są jakieś ślady „naszych”. Wreszcie docieram do asfaltu, choć jakoś „za daleko”. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w mapę dociera do mnie, że ta „utwardzana droga na mapie” to wcale nie asfalt, tylko taka leśna dróżka którą przecinałem wcześniej, tego asfaltu przy którym jestem w ogóle nie ma na mapie, a w dodatku nie spojrzałem na kompas i poleciałem drogą, którą na mapie wziąłem za siatkę kilometrową… Słowem dwa kilometry extra… Nic, lecę tam gdzie trzeba i znajduję to co trzeba. 

 

Tak bywa gdy człowiek nie patrzy na kompas...

Został ostatni wycinek, w znanym mi miejscu z treningów ZZK –na górce pełnej jeżyn. Na szczęście łatwo tam dotrzeć drogami. No, prawie na miejsce, bo ostatnie 200m to walka z kolcami;-) 

Jest wreszcie most w Kosewku. 15 km i trzy godziny. Niby wszystko znalazłem, tylko że to… połowa trasy! Otwieram drugą mapę. Tu ciut trudniej dopasować wycinki, ale udaje się. Pierwszy PK 17 w dobrze znanym z ZZK jarze. Tam na treningach zawsze był PK;-) Zwykle przedzierałem się tam jak głupi górą na czworaka, ale postanowiłem tym razem zaatakować od dołu. Nie wiem co lepsze, bo krzaki naprawdę są w tym miejscu nieprzebieżne! Gdy podrapany dotarłem do wąwozu, widzę lampion, zerkam na mapę – zgadza się, spisuję, wykreślam wycinek jako zaliczony i ruszam dalej w górę wąwozu. Wiem, że na górze jest ścieżka i na kolejny wycinek lepiej zejść z góry. Tym razem udaje się zaliczyć oba lampiony całkiem sprawnie. 

Dalej w/g mapy powinna być jakaś ścieżka na dole skarpy. Idę więc. Trafiam na jakiś zagrodzony teren prywatny (ośrodek), ale zagrodzony zgodnie z przepisami. Można przejść brzegiem rzeki. Oczywiście ośrodek pusty, ale idę czujnie, bo zawsze mogą wypaść jakieś psy czy inne zwierzęta hodowlane… 

Kolejny wycinek. PK 14 – trzeba się wczołgać na górę. Udaje się. PK 15 zostawiam na powrót - trzeba iść na kolejny wycinek bardziej na północ. Coś mi się nie zgadza. Czemu ten wycinek mam już wykreślony??? Krótka analiza i wiem – wykreśliłem go gdy brałem 17-stkę, bo obydwa jary podobne! Zresztą chyba wpisując PK 11 patrzyłem na zły wycinek, bo wziąłem stowarzysza, który stał w miejscu takim względem głównego wąwozu jak PK 11;-) A najgorsze jest to, że tam gdzie jest PK 17 jest także PK 18! Chyba powinienem się wrócić! 

Lecę więc na 11-tkę – miejsce także znane z ZZK. I od 11-tki na skróty wracam się na pierwszy wycinek. Kolejne prawie 3 km extra;-) I właśnie zapadła ciemność, czyli czas na latarkę. Może nie pisałem, ale jak do tej pory wszystkie lampiony są „ukryte” – schowane po najbardziej nieoczywistej stronie drzewa i przez to zawieszone często nie w najbardziej oczywistym miejscu przy wskazanym obiekcie. Zobaczymy jak to będzie nocą… 

PK 15 znajduję na szczęście bez problemu (ale wolniej, bo po krzakach w nocy w jarze idzie znacznie wolniej). 

Za to z PK 16 zaczyna się zabawa. Przedzieram się po ciemku przez wszystkie zarośnięte wąwozy, aż jednoznacznie stwierdzam, który jest właściwy. „Tylko” 20 minut. Wracam na drogę – śnieg/woda zamarzła i robi się nieprzyjemnie ślisko. Zostały tylko jeden prosty punkt na górce i jeden wycinek przy mecie, tak ze 2,5 km. Znajduję właściwą przecinkę, podbiegam rozglądając się za PK 20. Staram się mierzyć odległość krokami, nie jestem pewien skali, ale nagle coś się nie zgadza. Jakieś spore skrzyżowanie, szlak pieszy skręca w lewo, a taki skręt miał być znacznie dalej. Może coś przebiegłem? Na mapie nic takiego nie ma! Trochę się wracam i wchodzę w las szukać górki. Coś znajduję, ale lampionu nie ma. Przechodzę górkę do końca – za blisko zabudowań, czyli jednak właściwa górka jest dalej. Tu już na azymut odnajduję właściwe wybrzuszenie terenu i lampion. Za dnia widziałbym co trzeba z drogi, a tak dodatkowy kilometr błądzenia. Na przyszłość trzeba zacząć od skali mapy, a nie zgadywać:-) 

Ostatni wycinek. To już teren parku w Pomiechówku. Jest dół z lampionem. Jeszcze pytanie o rybki. Wcześniej dopada mnie telefon małżonki zaniepokojonej moją przedłużającą się nieobecnością. Bo to z planowanych 200 minut i 15 km zrobiło się prawie 330 minut i 26 km! Szkoda tylko tych lekko bezsensownych pytań na liczenie(gdy jest czegoś więcej niż 5, to naprawdę ciężko się liczy!) i tej pomyłki przy PK 17, gdzie spojrzałem na zły wycinek. Ale za to pochwała organizacyjna za przesmaczne Hałowe jabłka. Dla tych jabłek warto było się dać sponiewierać w tych jarach;-)

czwartek, 24 maja 2018

Ujarani.

Z Rymanowa pojechaliśmy prosto do Bochotnicy na następną imprezę, tym razem już normalną, czyli z punktami kontrolnymi:-) Po drodze grzmiało, lało, praskało żabami i chwilami w ogóle nie było widać drogi przed nami. Od razu wyobraziłam sobie jak będzie następnego dnia wyglądała nasza trasa i aż mną wstrząsnęło z grozy.
Dojechaliśmy dość późno i praktycznie nie pozostało nic innego, jak od razu kłaść się spać.  Tomek aczkolwiek psychicznie czuł się jak zwycięzca i bohater, to fizycznie zaczął odczuwać skutki przebieżki po górach i coraz to nowe fragmenty człowieka zaczynały go boleć. Zrobiłam mu więc masaż bohaterskich części ciała i poszliśmy spać.
Rano zadeklarowaliśmy organizatorowi wczesne wyjście i po tradycyjnych przygotowaniach plecaków i nóg ruszyliśmy jako drugi zespół.

 Ruszamy na trasę.

Od razu pojawił się dylemat - od czego zacząć? PK W był tak trochę od czapy i po obejrzeniu go na mapie postanowiliśmy zostawić go na koniec. PK N był daleko od bazy, a my chcieliśmy już, natychmiast coś znaleźć. Nie pozostało więc nic innego jak iść na PK 55. Doszliśmy bezproblemowo na miejsce i zaczęliśmy czesać w poszukiwaniu lampionu. Po pół godzinie bezowocnych poszukiwań byliśmy gotowi wpisać BPK-a i wtedy Tomek przypomniał sobie, że część punktów jest bezlampionowa i trzeba tylko odpowiedzieć na pytanie. Z tego wszystkiego nie doczytaliśmy dokładnie ile gatunków nietoperzy zimuje, ale też i pytanie było nieprecyzyjne, bo przecież nietoperze nie odlatują na zimę do ciepłych krajów. A może odlatują? W każdym razie już na pierwszym punkcie zaliczyliśmy stowarzysza, ale ostatecznie nazwa klubu do czegoś zobowiązuje, nieprawdaż?

 Tak się bierze stowarzysza.

Trasa wiodła głównie jarami, wąwozami, a punkty były umieszczone albo na początku, albo na końcu jaru i albo na górze, albo na dole - tak dla urozmaicenia. Ale jakie te wąwozy są piękne! Przez pierwsze jakieś dwadzieścia punktów aż pojękiwałam z zachwytu i cieszyłam się na każdy kolejny  (no dobra, trochę koloryzuję), potem zaczęło mnie to z lekka nudzić i "jaki cudowny wąwóz" zastąpiłam "znowu wąwóz??" To trochę tak jak z oglądaniem zdjęć - kilkanaście można obejrzeć z zainteresowaniem, ale już przy setnym człowiek ma ochotę zamordować pokazującego.
Po drodze liczyliśmy też krzyże, ilość nóg jakie posiadają krzyże (kto by przypuszczał?), były pytania o napisy i kolory.

 Kolor drabiny.

Dużo czasu straciliśmy na PK 77 - trochę nas zniosło z azymutu, a ponieważ aktualność mapy sięgała lat 80-tych ubiegłego wieku, więc drogi kompletnie się nie zgadzały z tymi na mapie. Nawet dwie górki były jakieś takie rozmyte i niewyraźne, że nijak nie mogliśmy się zlokalizować. Ja widziałam już tylko dwa rozwiązania - olać punkt, albo zostać tam na wieki i czesać, czesać, czesać... A tymczasem rozwiązanie nadeszło samo - natrafiliśmy na przypiętą do drzewa kartkę kierującą do grobu partyzanta. Założyliśmy, że chodzi o tego "naszego", bo w końcu ile tych mogiłek  może być w lesie (choć jak mówi doświadczenie z innych imprez, czasem może być dużo).

 Józef Jeżewski "Szczyt"

Kolejnym punktem, który nas zatrzymał na dłużej był "lampion na szafie". Na mapie wyglądało, że szafy mamy szukać kawałek za ruinami domu. Minęliśmy więc jedną ruinkę, drugą i zaczęliśmy przeszukiwać krzaki, dziury, jary - czyli wszystkie miejsca, gdzie można ukryć szafę. Tymczasem na mapie była jeszcze jedna ruinka, ale autor zakrył ją czerwoną kropką środka kółeczka z punktem i choć na odległość się wszystko zgadzało, to wizualnie nic. Mi nawet do głowy nie przyszło żeby włazić do walącego się domu, bo to jest po prostu niebezpieczne, a zakładałam rozsądek u autora trasy. Tymczasem szafa stała w jednym z pomieszczeń i znalazł ją Tomek, bo jak wiadomo faceci mają mniejszą wyobraźnię i nie widzą od razu przed oczami trupa przywalonego osuniętym sufitem.

 Szafa  znaleziona - można iść dalej.

Z ciekawostek przyrodniczych - w życiu nie widziałam tak wielkich i w takiej ilości skrzypów jak w niektórych wąwozach. I w życiu tak długo nie przedzierałam się przez niekończące się pola dorodnych pokrzyw. Tłumaczyłam sobie (i Tomkowi), że to dla zdrowotności, ale jeszcze dwa dni po imprezie drapaliśmy nogi.
Wariant, który wybraliśmy na pokonanie trasy chyba był mało popularny, bo ani my nie dogoniliśmy wychodzącego przed nami zespołu, ani nas nikt nie dogonił. Dopiero w drugiej części trasy zaczęliśmy spotykać innych uczestników, ale wszyscy szli w przeciwnym kierunku. Znaczy się - wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu:-)
Na sam koniec został nam PK W i oczywiście poszliśmy do niego całkiem naokoło, mijając po drodze metę. Pewnie, że można było dostać się tam krótszą trasą, ale my przecież nie idziemy na łatwiznę. Punkt umiejscowiony był w ruinach Zamku Esterki i nie dziwię się, że autor koniecznie chciał nas tam doprowadzić, mimo że całkiem nie po drodze, bo miejsce piękne i klimatyczne.

 "Okienko" w zamku.

Na metę dotarliśmy prawie godzinę po pierwszym limicie czasu, ale na trasie Tomek jakoś mnie specjalnie nie poganiał i w ogóle nie wyrywał się z bieganiem. Jakiś zmęczony po tej Jadze-Korze był, czy co?
Po tych ośmiu godzinach na trasie byliśmy kompletnie ujarani, brudni i głodni. Na szczęście w szkole działały prysznice z ciepłą wodą, a już w trzeciej odwiedzonej restauracji załapaliśmy się na obiad.
A tak w ogóle, to impreza wcale nie była taka (c)hałowa, jak to autor w nazwie insynuuje:-)
Polecam gorąco kolejne edycje!

 Ujarany Tomek.

Film wkrótce!