Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bochotnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bochotnica. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 października 2019

Dożynki, czyli kiedy 8 godzin rogainingu to jeszcze za mało.

Na "Dożynki" wcale się nie zapisywałam, ale na liście startowej przy moim nazwisku jak wół widniało słowo - TAK. Najwyraźniej nikt nie dopuszczał nawet myśli, że mogłabym nie pójść:-) Uznałam więc, że nic nie będę korygować i jak dam radę, to pójdę, a jak nie dam rady, to nie pójdę. Proste. O dziwo w niedzielny poranek obudziłam się rześka i wcale nie obolała. Co prawda wizja poleżenia do południa trochę kusiła, ale tam przecież wąwozy czekały!
Dożynki odbywały się na tej samej mapie co Smok, tylko dostaliśmy nowe wagi. Zdecydowaliśmy, że znowu pójdziemy na północ, a nawet drugi raz pójdziemy na te same punkty, tylko na niektóre mądrzej niż dzień wcześniej:-)
Na pierwszy punkt ruszyliśmy niespiesznie z ekipą wrocławskiego Orientopu. To miejsce znaliśmy z Hały, więc żadnej nawigacji nie musieliśmy stosować. Do kolejnego - 442 poszliśmy "na skróty", czyli po linii prostej, a że po drodze było góra-dół, no to co? Inni poszli naokoło drogami i zeszło im dłużej. A potem nie dogadaliśmy się, gdzie idziemy i ja prowadziłam na 438, a Tomek spodziewał się dojść na 408. W efekcie musieliśmy zawrócić, bo w sumie szkoda było by odpuścić tego 408, szczególnie, że znaliśmy go z sobotniej trasy.
Kolejny punkt - 438 - też znajomy i tak jak dzień wcześniej, zamiast górą, poszliśmy dnem wąwozu. Plan był inny, ale wyszło jak wyszło. Jedynie na zbocze wspięliśmy się w mniej stromym miejscu.

Tuż przed 438.

Żeby iść dalej bez nadkładania drogi, musieliśmy pokonać wąwóz w poprzek, czyli od punktu najpierw zejść, a potem wdrapać się na górę.  Chyba tylko my wybraliśmy taki karkołomny wariant. Z tym wdrapywaniem się to u mnie było już ciężko. Znowu przerzuciłam się na raczkowanie, bo dwie kończyny to było stanowczo za mało przy moim ograniczonym zasobie sił. Na szczęście potem było już mniej więcej płasko, a lampion wisiał na granicy kultur za linią wysokiego napięcia.
Dalsza część trasy była jeszcze fajniejsza, bo cały czas zbiegaliśmy w dół, aż do zabudowań i asfaltu. Nawet pobiegliśmy trochę tym asfaltem uznawszy, że należy nam się odrobina luksusu. Od asfaltu na PK 400 poszliśmy szlakiem. Było co prawda pod górę, ale przynajmniej nie pionowo, a widoki w zupełności rekompensowały wysiłek. Najpierw był wąwóz przecudnej urody, a potem panoramka spod trzech krzyży na szczycie. Przy tych krzyżach to też byliśmy na Hale. Fajnie tak wracać w znajome miejsca.
447 podbijałam już na siedząco, bo znowu było trochę wspinaczki, a do tego jakiś kryzys mi się przyplątał.

W drodze na 447 przysiadałam, gdzie się dało.

Powoli zaczynaliśmy się zbliżać do połowy limitu czasu i dalsze punkty trzeba było wybierać rozważnie, żeby nie przedobrzyć. Uznaliśmy, że damy radę zrobić szybki wypad na wschód po PK 426 i 393. Do 426 było dosyć daleko, ale większa część trasy wygodną drogą i dopiero końcówka wąwozem. Lampion wisiał na grzbiecie rozdzielającym dwa jary i oczywiście musieliśmy się do niego wspiąć. Wejście było mordercze, ale zejście było jeszcze bardziej abstrakcyjne i w końcu uznaliśmy, że jedyną metodą jest zjazd na tyłku. I tak też zrobiliśmy.
393 był stosunkowo blisko, ale złośliwie postawiony podobnie jak 426 - na wysokościach, ze stromym podejściem. Na pewno autor trasy nie chciałby wiedzieć, co wtedy sobie na jego temat myślałam.
Na powrót do bazy została nam godzina. Do kolejnego punktu (398) było daleko, ale drogami i po równym, więc poszło sprawnie. Wyjątkowo punkt nie był w wąwozie i jeszcze znaliśmy go z poprzedniego dnia. Same pozytywy! Do 413 w linii prostej był rzut beretem i postanowiliśmy pójść po prostej, nie przewidzieliśmy jednak dwóch spowalniaczy jakie napotkamy po drodze. Pierwszy z nich to plantacja malin. Boszsz,... jakie tam były cudowne maliny - wielkie jak pięść, dojrzałe, soczyste i makabrycznie brudne, co niestety skonstatowałam dopiero napchawszy się nimi po kokardę. Wtedy też dodatkowo uświadomiłam sobie, że te maliny były czyjąś własnością i żrąc je dokonałam czynu karalnego. Mam tylko nadzieję, że  zostałoby to uznane za drobne wykroczenie ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu. Druga przeszkoda była już natury technicznej i nieprzekraczalnej - płoty. Musieliśmy wrócić do drogi i w sumie nic nie skróciliśmy.
Z 413 postanowiliśmy już lecieć drogami w kierunku bazy zbierając tylko to, co po drodze, czyli 449 i 444. Do 449 szliśmy chyba najdłuższym wąwozem, bo prawie kilometr. Sam punkt wisiał sobie na końcu jednej z odnóg głównego jaru w malowniczej dziurze.

Idealne miejsce na schowanie lampionu:-)

444, podobnie jak dzień wcześniej, był ostatnim punktem zebranym na trasie. Do bazy pobiegliśmy już rozsądniej niż w sobotę, bez nadkładania drogi, tyle że po większej stromiźnie, na szczęście w dół. Na mecie byliśmy osiem minut przed końcem limitu. Niby to były tylko 3 godziny, ale nie powiem - dostałam porządnie w kość.
W bazie kręciły się już tylko niedobitki dożynkowe czekające na podliczenie wyników. Większość pozostałych uczestników imprezy, szczególnie uczestnicy tras marszowych, rozjechała się już do domów. Po podliczeniu wyników obydwu rogainingów (sobotniego i niedzielnego) okazało się, że zostałam Wielką Smoczycą. W sumie to nie wiem, czy oprócz mnie i Małgosi jeszcze jakaś dziewczyna zaliczyła obydwie trasy, więc tak naprawdę rywalizowałyśmy ze sobą tylko we dwie. W nagrodę dostałam misia uszytego przez właścicielkę Muzeum Torebek i Misiów w Bochotnicy. Niestety - muzeum nie zdążyliśmy zwiedzić. Ponieważ jednak teren zawodów ma wielki potencjał, to myślę, że nie raz jeszcze tam pojedziemy i do misiów kiedyś zajrzymy.

Wielki Smok i Wielka Smoczyca oraz Organizatorzy.

Kto nie był na Przejściu Smoka niech żałuje i szykuje się na przyszłoroczną edycję - warto, naprawdę warto!

Nocny killer

Co robi orientalista po 8 godzinnym dziennym rogainigu? Oczywiście z niecierpliwością czeka na noc, by wystartować w kolejnych zawodach. Nie było w  planach nocnego rogainingu (a byłoby to ciekawe), więc zostają „zwyczajne” MnO .
Do wyboru były trasy od TP do TZ. TP – nudne i za łatwe. TT właściwie tak samo. Drogą eliminacji zostaje TU lub  TZ. Znając zawody rangi PP można podejrzewać, że TZ może uczestnika wpędzić we frustrację lub wręcz czarną rozpacz (o ile to etap nocny), a że nie przyjechaliśmy się tu stresować, zostaje TU.
Renata po powrocie z rogainingu, zassaniu prawie schabowego na obiadek wpełzła do śpiwora i stanowczo odmówiła jego opuszczania. Miałem iść sam, ale okazało się, że Ula po utracie połowy karty na rogainingu postanowiła się odegrać i wyruszyć także na nocne MnO. Wstępnie celowała niżej - w TT, ale wiadomo nocą w zespole jest raźniej i łatwo dała się przekonać na TU . Odgrażała się, że będzie tylko użyczać światła, a ja mam prowadzić. No, nie wiem – dawno już nie startowałem w MnO, więc mogło być różnie. Choć budowniczy – Paweł – zawsze robi fajne etapy nocne.
Dostaliśmy (losowo dobraną)  40 minutę startową – tak gdzieś w środku stawki. Nie będąc na etapach dziennych nie byliśmy żadną konkurencją dla reszty, ale wiadomo -  na zawodach w randze PP musza być zachowane jakieś tam zasady.
Na start oddalony jakiś kilometr od bazy poszliśmy z większą grupą uczestników. Trochę wcześnie – musieliśmy sporą chwilę poczekać na swój start. Przyszła nasza kolej. Mapa jak mapa – liniówka prowadząca główną drogą z kółkami do dopasowania. Żadnych luster i wyjątkowo mało obrotów. Coś tam próbowałem wyskalować mapę na pierwszym odcinku do końca zabudowań. Skala wyszła jakoś tak 1:9000, czy coś takiego. Pierwszy punkt miał być na zakręcie skarpy, czy właściwie jakiejś dziury w ziemi. Coś na kształt dziury w lesie było. I mrowie latarek  czeszących las. Nawet skarpa się znalazł i jej zakręt… ale lampionu żadnego nie widać. Przeszliśmy tu i tam, wróciliśmy na drogę, znaleźliśmy kilka innych dziur i skarp i zero lampionów. Trochę głupio, bo zwykle pierwszy PK jest łatwy prosty i przyjemny – tak by zachęcać uczestników, a tu kicha… Wreszcie mnie coś tknęło by przez krzaki wdrapać się na górę skarpy – i proszę lampion się znalazł!
Dobra, idziemy na drugie kółeczko. Gdy w nocy idzie się drogą w ponad metrowym zagłębieniu właściwie nic poza tą drogą nie widać. Snuliśmy się drogą w tą i w tamtą trochę bezładnie nie mając pomysłu co przypasować – to co pasowało „drogą dedukcji” jakoś nie zgadzało nam się z terenem. Aż z lasu wypadł tramwaj TZ-ów, którzy tyralierą przeczesywali las.  Zadaliśmy im pytanie  „co jest charakterystycznego po tej stronie drogi z której przyszli” – dostaliśmy odpowiedź, że jest kilka rówów. I wtedy wszystko stało się jasne - rowy były na jedynym wycinku. Trochę dziwnie te rowy były narysowane - kreskami nie kropkami, więc w pierwszej chwili nawet nie skojarzyłem co te kreski oznaczają. Ale tak – kompas w dłoń – w poprzek przez jeden rów, potem drogę, jeszcze kawałek i prosto na punkt. TZ-ty chodząc metodycznie tyralierą, w której co chwila przybywało uczestników, także znaleźli ten sam lampion.
Teraz przed nami prawdziwe wyzwanie: PK 3 – zaznaczony na mapie głównej „ w szczerym polu”. Założyliśmy, że dojdziemy do niego jakąś drogą. Kompas w dłoń i szukamy czegoś biegnącego we właściwym kierunku. Jest droga – idziemy. Droga się kończy dochodząc do dróżki poprzecznej, przed nami dołek z lampionem i znowu tyraliera TZ-ów. Akurat oni szukają dołka nie krzyża, ale ponoć ktoś widział jakąś mogiłkę z krzyżem, tyle że nikt nie potrafi pokazać w jakim kierunku.  Nic próbujemy. Idziemy w prawo, ale wyraźnie droga prowadzi w złym kierunku. Idziemy w lewo i nagle się odnajdujemy na wycinku. Tu widać na obrzeżu drogę która powinna doprowadzić do tego krzyża. Udało się. PK 3 zaliczony!
Jak na razie idzie nam fatalnie – 3 punkty kontrolne zajęły nam masę czasu, a przed nami jeszcze 11 lampionów!
Tramwaj TZ-ów idzie w inną stronę, my wracamy na główną drogę i idziemy na kolejny wycinek. Nie mamy pojęcia jaki. Po obu stronach drogi pojawiają się wysokie urwiska. Po obu stronach, wysoko słychać głosy i widać światła latarek. Nawet w pewnej chwili ktoś zjeżdża po prawie pionowej ścianie wąwozu. Mamy jeden wycinek z PK 8. ale nie pasują kierunki i zakręty drogi. Miotamy się bezradnie tam i z powrotem. W akcie desperacji nawet wycinam wycinek (Ula protestuje, bo chce zachować niepociętą mapę dla potomności), ale nijak nie idzie go wpasować w kółko na mapie gdzie jesteśmy.

Mapa i nożyczki
Spotykamy jakiś innych zagubionych uczestników z trasy TU – twierdzą, że także bezskutecznie szukają ósemki, ale wcześniej była 13 i 14.  Wycinek z 13 i 14 ma do siebie to, że… nie pasuje do niczego. Na orto widać gęsty las i dwie polanki. Nigdzie drogi, która tworzy mapę główną. A w terenie jest porządna i szeroka betonowa droga w wąwozie.  Ale cofamy się, idziemy sprawdzić na boki czy będą jakieś polanki. Z krzaków wypełza Tomek G. i mówi, że rzeczywiście – tam trochę dalej jest jakaś polanka. Idziemy tam – coś zaczyna się zgadzać. No, może nie do końca, bo lampion powinien być na  rogu granicy kultur. Wskazuje to miejsce, ale rogu jakoś nie widzę, a lampionu tym bardziej. Pojawiają się grupa zdezorientowanych TZ-ów i  nasi konkurenci z TU. Obchodzę jeszcze raz polankę, a Ula woła mnie z daleka. Lampion był tam gdzie pierwotnie wskazałem, ale tak zmyślnie ukryty, że mój wzrok przyzwyczajony do lampionów biegowych nie dostrzegł go! Idziemy szukać 14-tki. Nie napisałem, ale coś nam się przestała zgadzać skala mapy, którą wyznaczałem na początku – raz wydaje się tak jak obliczyłem, drugi raz zupełnie inna. Powinna być droga i druga polanka. Nie wiemy dokładnie w jakiej odległości. Jakaś droga jest, zaczynają się lampiony, a po pewnym czasie polanka. Tyle, że bez lampionu. Trochę zdezorientowani plączemy się wokoło. Las ciemny, żadnych innych latarek, chyba zostaliśmy sami w lesie. Po długich dyskusjach wbijamy lampion „niedaleko” polanki – nie pasuje idealnie, ale zawsze lepszy stowarzysz niż BePeK. Wracamy do głównej drogi i…. coś zaczyna się zgadzać. Ta 14-stka była tuż obok głównej drogi – widać lampion i jest coś na kształt polanki. Przebijamy wpis.
Zawsze twierdziłem, że kobiety są lepsze w dopasowywaniu fragmentów mapy. Szybciej wyłapują podobne szczegóły. Tak więc Ula głównie zajmowała się dopasowywaniem fragmentów, a ja doprowadzaniem na miejsce. Ósemkę mieliśmy wyciętą i spasowała się idealnie z następnym kółkiem. Na punkt trzeba było iść ścieżką nad drogą, tam gdzie wcześniej widzieliśmy światła na wysokiej skarpie. Czy to po rogainigu, czy z innego powodu, nie mierzymy dokładnie odległości. Wprawdzie liczę kroki, ale niestarannie i ciągle nie jesteśmy pewnie skali mapy.  Ósemka jest na końcu jakieś poprzecznej skarpy (uskoku?) . Po prawej pokazuje się uskok. Chyba trochę blisko – idę szukać czy jest lampion. Nie ma. Gdyby był, na pewno wbilibyśmy jako dobry. Dołącza do nas Maciek – także szuka ósemki i także w tym miejscu. Idziemy dalej i oczywiście pojawiają się właściwe uskoki i znajdujemy lampion. Ufff. Pozostałe wycinki mamy dopasowane – są oczywiste, PK 7, PK 6 (no, trochę krzaków tu było), PK 9 (tu krzaków było znacznie więcej niż trochę) i idziemy do PK 11. Po drodze zadanie – kolory szlaków. W nocy kolor niebieski wygląda jak zielony i na odwrót. Mamy wątpliwości jaki  to kolor. Wpisujemy zielony, skreślamy wpisujemy niebieski, aż znajdujemy drzewo gdzie są dwa szlaki na raz niebieski i zielony!
PK 11 powinien być na charakterystycznym drzewie „na środku ścieżki”. Na mapie drzewo jest jedno, w terenie za trzy. Nie widzimy lampionu. Dopadamy naszą konkurencję i pytamy czy znaleźli PK 11. TAK - wisi na spróchniałym pniu, który wcześniej dokładnie oglądaliśmy. Wracamy i rzeczywiście – coś nam ten rogaining negatywnie wpłynął na spostrzegawczość – to już drugi lampion którego nie zauważamy!
Grupowo idziemy na zamek. Prowadzi Wojtek – mi się mapa jakoś nie zgadza z terenem. Ale zamek ciężko przeoczyć. Na zamku jakaś impreza harcerska i  stowarzyszony lampion biegowy. Jeszcze szybko do mety i ostatni PK 12 – pytanie o numer domu. W nocy wszystkie domy są takie same, wpisuję to co inni. Jak się okazuje numerek niewłaściwy, ale jak widać z wyników większość także się pomyliła.
Mapa po przejściach (smoka)
Jak się później okazało…. wygraliśmy etap nocny! No cóż, tym razem Paweł zaszalał i zbudował prawdziwego killera zarówno dla TU i dla TZ, choć na papierze etap wydawał się dziecinnie prosty;-)

sobota, 26 października 2019

Smok w krainie lessowych wąwozów.

Przejście Smoka jest jedną z flagowych imprez naszego klubu i na ogół odbywa się w randze Pucharu Polski lub/i Pucharu Polski Młodzieży w turystycznych marszach na orientację, a przynajmniej jako impreza ogólnopolska. W tym roku jednak organizatorzy poszli po całości i oprócz wspomnianych pucharów dołączyli jeszcze Puchar Maratonów na Orientację.  Chociaż... w sumie to jeszcze się trochę ograniczyli bo mogli przecież dołączyć PP w wyciskaniu sztangi leżąc, czy PP w akrobacji samolotowej, że nie wspomnę o piłce.
Bardzo, bardzo chcieliśmy iść na rogaining 8 godzinny, ale wiadomo, że przy takim nagromadzeniu imprez to wszystkie ręce na pokład, więc z bólem serca zgłosiliśmy organizatorom naszą chęć pomocy. Nasz ból musiał być bardzo widoczny, bo Pani Prezes oddelegowała nas do.... robienia frekwencji  w PMnO. Nasza impreza w tym pucharze debiutowała, więc ważne było zebranie tych przepisowych dwudziestu kilku uczestników. A przy nowej, nisko punktowanej imprezie to nigdy nie wiadomo czy ludzie się zapiszą. Ostatecznie okazało się, że i bez nas by się obyło, ale przecież wiadomo, że my nie obylibyśmy się bez tego startu.
Do Bochotnicy ruszyliśmy w piątek po pracy. Tak gdzieś godzinę drogi od domu zorientowałam się, że zapomniałam wziąć swoich leków na nadciśnienie, więc od razu zdenerwowałam się co będzie jak mi w sobotę rano skoczy i nie będę w stanie iść na trasę? I tak już byłam w marnej kondycji po grypie, więc zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że mogę nie wystartować. W bazie nawet nie wyjmowałam z torby kawy i piwa, żeby sobie nie zaszkodzić i jako jedna z pierwszych położyłam się spać. Oczywiście uprzednio zaliczając Mini InO, no bo bez przesady. Mini InO wyglądało prześmiesznie, bo co chwilę grupy ludzi obmacywały okoliczną roślinność, co wyglądało jak by czule obejmowali tuje, cyprysy, czy co to tam rosło. Do dziś zastanawia mnie PK 23, który trzeba było potwierdzić na pandzie. Zastanawialiśmy się czy musimy potwierdzić punkt siedząc na pandzie (jedyna znaleziona panda to była huśtawka), czy wyryć nożem potwierdzenie na obiekcie? Na wszelki wypadek siedząc na pandzie wpisałam do karty słowo "potwierdzam" i dodatkowo na taśmie, którą huśtawka była poklejona dopisałam numer punktu :-)
W dniu przyjazdu otrzymaliśmy wszyscy mapy na sobotni rogaining. Mapa była wielką płachtą w formacie A-2 i skali 1:15000, czyli bardzo nietypowa jak na imprezę PMnO. Ale jaka to była piękna mapa! Wyraźna, czytelna, pełna szczegółów - istne arcydzieło sztuki kartograficznej. Mapę od podstaw wykonał Michał i chwalę nie dlatego, że Michał jest moim kolegą (duma, duma, duma), ale uroda mapy stanowi fakt obiektywny.
Otrzymanie mapy dzień przed startem niczego nikomu nie ułatwiło, bo wagi punktów mieliśmy poznać dopiero w sobotę na odprawie. Ale przynajmniej mogliśmy oczy nacieszyć:-)
Startowy poranek powitał nas dość chłodno, ale wiedzieliśmy, że za chwilę rozgrzejemy się aż nadto. Po otrzymaniu rozpiski z wagami poszliśmy popodpisywać sobie nimi punkty i ustalić jak idziemy. W zasadzie mieliśmy dwa pomysły - albo na północ, albo na południe. Na północ rozciągały się szersze perspektywy, bo więcej punktów było w tej części mapy, więc wybraliśmy północ. Oczywiście wiadomo było, że i tak nawet z połowy mapy nie zbierzemy wszystkiego. Moje samopoczucie na szczęście było całkiem dobre, więc żwawo ruszyliśmy. To znaczy żwawo do pierwszego podejścia, które zaczynało się niedaleko bazy.

To gdzie idziemy? (Fot. B. Szmyt)

Zaczęliśmy od 391, ale zamiast zaraz od startu wejść do wąwozu, polecieliśmy drogami, najpierw nabierając wysokości, potem gwałtownie ją tracąc schodząc na dno jaru. Bo wiecie - mieliśmy taki bezsensowny plan, że nie łazimy wąwozami, tylko drogami. Skąd nam się to wzięło - nie wiem, bo teren znaliśmy z ubiegłorocznej Hały i powinniśmy pamiętać jak chodziliśmy.
Przy drugim punkcie niedokładnie popatrzyliśmy na mapę i zamiast szukać charakterystycznego drzewa, uparliśmy się na granicę kultur. Doszliśmy niemal do samego punktu i zawróciliśmy na drogę. Odległość była nieduża, ale za to roślinność na tym odcinku - wyższa ode mnie.

Cztery razy przeszliśmy przez te chabazie w tle.

Wąwóz którym szliśmy do 438 był przecudnej urody, tyle tylko, że lampion nie wisiał na dnie wąwozu, a na grzbiecie rozdzieląjącym kilka jarów. Oczywiście na górę wdrapaliśmy się w najbardziej stromym miejscu, nie dość ze czterokończynowo, to jeszcze Tomek mnie wciągał kiedy zaczynałam się osuwać w dół. Do drogi wróciliśmy już górą - było szybciej i łatwiej.
413 uczciwie stało na dnie jaru, którego jedną odnogą weszliśmy, a drugą wyszliśmy. Punkt 398 był wyjątkowy, bo wyobraźcie sobie - nie w jarze, a w szczerym pole, na samotnym drzewie. Dziwne - prawda?:-)
Potem już były jary i jary i jary i w końcu przestałam je rozróżniać, bo w zasadzie jedyne co je różniło to mniej lub bardziej bujna roślinność.
 Punkt 421 okazał się najbardziej niebezpiecznym. Weszliśmy do jaru jak normalnie, Tomek leciał przodem, biegł, bo w dół i nagle stanął jak wryty - przejście się kończyło, a po prawej stronie ziała wielka, głęboka na co najmniej kilkanaście metrów dziura. Gdyby zrobił jeszcze ze dwa kroki, jak nic spadłby na dno. Aż mi ciarki przeszły po kręgosłupie kiedy to sobie uświadomiłam.  Ponieważ w żaden bezpieczny sposób nie dawało się ominąć dziury, nie pozostało nam nic innego jak wdrapać się po niemal pionowej ścianie na brzeg wąwozu i dalej iść górą. Tak po prawdzie to od razu powinniśmy iść górą i zejść dopiero do punktu, ale mądry Polak po szkodzie.

431 - po raz trzeci nie w wąwozie!

 Po PK 431 w polu, kolejne trzy PK - 404, 415 i 407 były znowu w jarach. Jedyne co pamiętam, to że było pięknie i ciężko. A jak już wyszliśmy z jarów, to udało nam się zabłądzić. Na serio - mimo tak dokładnej mapy i w sumie prostego terenu. Straciliśmy czujność przy obchodzeniu nieprzebieżnego jaru i zamiast po wyjściu na pole iść jeszcze 200 metrów na wschód, my uczepiliśmy się pierwszej napotkanej granicy kultur. Coś nam się wydawało, że za długo idziemy do jej końca, ale dopiero kiedy nie znaleźliśmy lampionu, a tego co widzieliśmy dookoła w ogóle nie było już na mapie, zaczęliśmy coś podejrzewać.



Przy PK 450 spotkaliśmy Mateusza i Tomka, którzy wspólnie biegli po zwycięstwo. My nadeszliśmy od północy, oni od południa i spotkaliśmy się przy płocie.To nawet nie był płot, tylko ogrodzenie z siatki z cienkiego drutu, z dużymi okami i jeszcze do tego mało stabilny. I my i oni byliśmy po złej stronie ogrodzenia i musieliśmy zamienić się miejscami. Usiłowałam jakoś wdrapać się na siatkę, ale cała konstrukcja kiwała się na boki i ciężko było złapać choćby ciut stabilności. Widząc, że marnie mi idzie, panowie postanowili mnie wspomóc - Tomek pchał z jednej strony, Mateusz ciągnął z drugiej. Jakoś dotarłam do krawędzi, po czym błyskawicznie znalazłam się po drugiej stronie ogrodzenia. Romantycznie byłoby powiedzieć, że wpadłam w ramiona Mateusza, ale prawda jest taka, że zwaliłam się na niego jak worek cementu. Jak przystało na dżentelmena, którym jest (niech was jego startowy wygląd i ksywka nie zmylą), udawał, że ale co tam, ale lekko to mu na pewno nie było. Tomka w każdym razie już nie chciał łapać:-)
Od jakiegoś czasu, to na punktach, to gdzieś w terenie, co chwilę spotykaliśmy patriotyczną, biało-czerwoną parkę (on biały, ona czerwona). Uśmiechaliśmy się do siebie, coś tam zagadywaliśmy i w końcu przy kolejnym punkcie postanowiliśmy dopełnić formalności i dokonać kurtuazyjnej prezentacji. Akurat było to spotkanie na szczycie, więc i okoliczności jakby oficjalne:-) Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie, wymienili wizytówkami, wypili bruderszafta - wiecie, te rutynowe czynności zapoznawcze.

PK 410 - Dominika i Marek

Kolejne punkty niby były w jarach, ale autor trasy wykazał się wyjątkową złośliwością, bo co doszliśmy na miejsce, to okazywało się, że lampion wisi owszem - w jarze, czy na rozwidleniu jarów, ale w najwyższym możliwym punkcie, na który trzeba się wspiąć i z powrotem zleźć do wąwozu. Nie powiem - trasa była bardzo widowiskowa, oczy latały mi dookoła głowy, żeby nic z widoków nie przegapić, ale ciężko było cholernie.W pewnym momencie nawet niewielkie wzniesienia i niezbyt strome zbocza pokonywałam na czworaka, bo po prostu nie miałam siły robić tego w pozycji wyprostowanej. Czułam się mniej więcej tak:


Z każdego kolejnego punktu pamiętam coraz mniej. Po 424 weszliśmy na złą drogę, która co prawda doprowadziłaby nas do mety, ale ominęlibyśmy dwa punkty. Nadłożyliśmy jakieś 400 metrów w jedną stronę i drugie czterysta żeby wrócić na rozwidlenie. Całe szczęście, że w miarę po równym, a nie pod górę.
Przed 418 spotkaliśmy Ulę i tak już do mety szliśmy w bliskiej odległości. Przy PK 444 przejechaliśmy się jej po ambicji i wzięła ten punkt, chociaż twierdziła, że go pominie. Ale jak my bierzemy, to ona też:-) Punkt na szczęście był łatwy, ale tuż przed metą, to już z siłami krucho.  Jeszcze na ostatnim rozwidleniu zamiast polecieć prosto, my skręciliśmy w lewo i do bazy pobiegliśmy naokoło. Na szczęście było w dół i po porządnej utwardzonej drodze.

Meta w zasięgu wzroku (Fot.: M. Kamiński)

Kilka minut przed końcem limitu oddaliśmy karty startowe i już. Koniec. Tomek od razu co prawda zaczął namawiać mnie na TRInO i na marszowe etapy nocne, ale jedyne gdzie zgodziłam się pójść to do restauracji gdzie mieliśmy zamówione obiady. Po obiedzie szybka kąpiel i od razu zaszyłam się w śpiworze, a Tomek... zaczął przygotowywać się na nocne wyjście do lasu.

C.D.N.

czwartek, 24 maja 2018

Ujarani.

Z Rymanowa pojechaliśmy prosto do Bochotnicy na następną imprezę, tym razem już normalną, czyli z punktami kontrolnymi:-) Po drodze grzmiało, lało, praskało żabami i chwilami w ogóle nie było widać drogi przed nami. Od razu wyobraziłam sobie jak będzie następnego dnia wyglądała nasza trasa i aż mną wstrząsnęło z grozy.
Dojechaliśmy dość późno i praktycznie nie pozostało nic innego, jak od razu kłaść się spać.  Tomek aczkolwiek psychicznie czuł się jak zwycięzca i bohater, to fizycznie zaczął odczuwać skutki przebieżki po górach i coraz to nowe fragmenty człowieka zaczynały go boleć. Zrobiłam mu więc masaż bohaterskich części ciała i poszliśmy spać.
Rano zadeklarowaliśmy organizatorowi wczesne wyjście i po tradycyjnych przygotowaniach plecaków i nóg ruszyliśmy jako drugi zespół.

 Ruszamy na trasę.

Od razu pojawił się dylemat - od czego zacząć? PK W był tak trochę od czapy i po obejrzeniu go na mapie postanowiliśmy zostawić go na koniec. PK N był daleko od bazy, a my chcieliśmy już, natychmiast coś znaleźć. Nie pozostało więc nic innego jak iść na PK 55. Doszliśmy bezproblemowo na miejsce i zaczęliśmy czesać w poszukiwaniu lampionu. Po pół godzinie bezowocnych poszukiwań byliśmy gotowi wpisać BPK-a i wtedy Tomek przypomniał sobie, że część punktów jest bezlampionowa i trzeba tylko odpowiedzieć na pytanie. Z tego wszystkiego nie doczytaliśmy dokładnie ile gatunków nietoperzy zimuje, ale też i pytanie było nieprecyzyjne, bo przecież nietoperze nie odlatują na zimę do ciepłych krajów. A może odlatują? W każdym razie już na pierwszym punkcie zaliczyliśmy stowarzysza, ale ostatecznie nazwa klubu do czegoś zobowiązuje, nieprawdaż?

 Tak się bierze stowarzysza.

Trasa wiodła głównie jarami, wąwozami, a punkty były umieszczone albo na początku, albo na końcu jaru i albo na górze, albo na dole - tak dla urozmaicenia. Ale jakie te wąwozy są piękne! Przez pierwsze jakieś dwadzieścia punktów aż pojękiwałam z zachwytu i cieszyłam się na każdy kolejny  (no dobra, trochę koloryzuję), potem zaczęło mnie to z lekka nudzić i "jaki cudowny wąwóz" zastąpiłam "znowu wąwóz??" To trochę tak jak z oglądaniem zdjęć - kilkanaście można obejrzeć z zainteresowaniem, ale już przy setnym człowiek ma ochotę zamordować pokazującego.
Po drodze liczyliśmy też krzyże, ilość nóg jakie posiadają krzyże (kto by przypuszczał?), były pytania o napisy i kolory.

 Kolor drabiny.

Dużo czasu straciliśmy na PK 77 - trochę nas zniosło z azymutu, a ponieważ aktualność mapy sięgała lat 80-tych ubiegłego wieku, więc drogi kompletnie się nie zgadzały z tymi na mapie. Nawet dwie górki były jakieś takie rozmyte i niewyraźne, że nijak nie mogliśmy się zlokalizować. Ja widziałam już tylko dwa rozwiązania - olać punkt, albo zostać tam na wieki i czesać, czesać, czesać... A tymczasem rozwiązanie nadeszło samo - natrafiliśmy na przypiętą do drzewa kartkę kierującą do grobu partyzanta. Założyliśmy, że chodzi o tego "naszego", bo w końcu ile tych mogiłek  może być w lesie (choć jak mówi doświadczenie z innych imprez, czasem może być dużo).

 Józef Jeżewski "Szczyt"

Kolejnym punktem, który nas zatrzymał na dłużej był "lampion na szafie". Na mapie wyglądało, że szafy mamy szukać kawałek za ruinami domu. Minęliśmy więc jedną ruinkę, drugą i zaczęliśmy przeszukiwać krzaki, dziury, jary - czyli wszystkie miejsca, gdzie można ukryć szafę. Tymczasem na mapie była jeszcze jedna ruinka, ale autor zakrył ją czerwoną kropką środka kółeczka z punktem i choć na odległość się wszystko zgadzało, to wizualnie nic. Mi nawet do głowy nie przyszło żeby włazić do walącego się domu, bo to jest po prostu niebezpieczne, a zakładałam rozsądek u autora trasy. Tymczasem szafa stała w jednym z pomieszczeń i znalazł ją Tomek, bo jak wiadomo faceci mają mniejszą wyobraźnię i nie widzą od razu przed oczami trupa przywalonego osuniętym sufitem.

 Szafa  znaleziona - można iść dalej.

Z ciekawostek przyrodniczych - w życiu nie widziałam tak wielkich i w takiej ilości skrzypów jak w niektórych wąwozach. I w życiu tak długo nie przedzierałam się przez niekończące się pola dorodnych pokrzyw. Tłumaczyłam sobie (i Tomkowi), że to dla zdrowotności, ale jeszcze dwa dni po imprezie drapaliśmy nogi.
Wariant, który wybraliśmy na pokonanie trasy chyba był mało popularny, bo ani my nie dogoniliśmy wychodzącego przed nami zespołu, ani nas nikt nie dogonił. Dopiero w drugiej części trasy zaczęliśmy spotykać innych uczestników, ale wszyscy szli w przeciwnym kierunku. Znaczy się - wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu:-)
Na sam koniec został nam PK W i oczywiście poszliśmy do niego całkiem naokoło, mijając po drodze metę. Pewnie, że można było dostać się tam krótszą trasą, ale my przecież nie idziemy na łatwiznę. Punkt umiejscowiony był w ruinach Zamku Esterki i nie dziwię się, że autor koniecznie chciał nas tam doprowadzić, mimo że całkiem nie po drodze, bo miejsce piękne i klimatyczne.

 "Okienko" w zamku.

Na metę dotarliśmy prawie godzinę po pierwszym limicie czasu, ale na trasie Tomek jakoś mnie specjalnie nie poganiał i w ogóle nie wyrywał się z bieganiem. Jakiś zmęczony po tej Jadze-Korze był, czy co?
Po tych ośmiu godzinach na trasie byliśmy kompletnie ujarani, brudni i głodni. Na szczęście w szkole działały prysznice z ciepłą wodą, a już w trzeciej odwiedzonej restauracji załapaliśmy się na obiad.
A tak w ogóle, to impreza wcale nie była taka (c)hałowa, jak to autor w nazwie insynuuje:-)
Polecam gorąco kolejne edycje!

 Ujarany Tomek.

Film wkrótce!