Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jesienna Hała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jesienna Hała. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 października 2020
niedziela, 17 listopada 2019
piątek, 9 listopada 2018
Nieźle nam Hała w kość dała
Niewiele brakowało a Jesienna Hała przeszłaby nam koło nosa. Organizator w pierwszej wersji wybrał dość abstrakcyjny termin, kiedy wszyscy wybierali się na GeZnO, a przecież nie rozdwoimy się żeby być i tu i tu. Od razu więc oprotestowałam ten termin, a ponieważ protestujących było dużo więcej, więc ostatecznie Hała przesunęła się na 3 listopada.
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna. Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.
Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.
Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!
Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.
Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.
Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.
Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.
L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28. W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.
Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna. Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.
Ruszamy!
Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.
W drodze na peron, jeszcze uśmiechnięci:-)
Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!
Pozował jak rasowy model.
Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.
Chyba najładniej położony punkt
Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.
Przekraczamy strumyk starym jazem, żeby dojść do grobli.
Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.
Fotka z zabytkiem obowiązkowa!
Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.
L 68 - urokliwa rzeczka, w której Tomek testował wodoszczelność kamery (patrz film).
L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28. W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.
Hurrra! Baza!
Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!
niedziela, 12 listopada 2017
Hałowe imieniny
Mógł mnie Tomek na imieninowy spacer zaprosić na Gezno, ale nie. Bał się, że może to zostać potraktowane jako próba zabójstwa z premedytacją, bo wiecie, stawy, nadciśnienie - jednym słowem: pesel. Ale żeby nie było, że tak nic, to zabrał mnie na inną imprezę - niskobudżetową (jakieś 8 zł wpisowego) i totalnie hałową.
Ponieważ w sobotę mieliśmy imprezę rodzinną, więc do Jeruzala pojechaliśmy w niedzielę rano. Start zamówiliśmy sobie na 8.44, bo organizator taki bardziej frontem do klienta, to i w minutach startowych można było wybierać. W Jeruzalu zrobiliśmy drobne zakupy, bo coś w lesie trzeba jeść i przy okazji obejrzeliśmy ciekawą scenkę, jak tubylcy wskazywali uczestnikowi drogę na punkt. Życzliwi ludzie:-)
Na trasę wyszliśmy nawet jakieś 15 minut wcześniej, bo akurat nikt nie startował jak dotarliśmy, to co mieliśmy stać jak te kołki i czekać. Od razu ruszyliśmy biegiem, bo założyliśmy, że ostro biegamy. O ile mój trucht można nazwać ostrym bieganiem. Zaczęliśmy od PK W - elegancko drogą, tylko na końcówce kawałek przez las. Wyszliśmy na skraj, odległość pasowała, załom lasu był - wbiliśmy i polecieli dalej. Do PK N znowu wygodną drogą, a więc biegiem i dopiero przy rzece po chaszczach. Z daleka było widać lampion oraz ludzi kręcących się przy nim. Ponieważ ja nie jestem specjalnie ortodoksyjna w wyborze lampionów, więc byłam skłonna wbijać bez szukania lepszego, ale Tomkowi za nic nie pasowało. W końcu wyszło, że właściwy jest na drugim brzegu, a ten to podpucha. Tylko jak przejść przez rzeczkę? Moczyć się na początku trasy za nic nie chcieliśmy i w końcu namówiłam Tomka na tego stowarzysza, z zastrzeżeniem, że ewentualnie wracając zrobimy przebitkę. Do Z nie opłacało się iść brzegiem rzeki, choć na pozór był to najlepszy wybór, ale chaszcze i mokradła skutecznie odstraszały od takiego wariantu. Wycofaliśmy się więc na północ i dalej polecieliśmy drogą. PK Z był bardzo malowniczy i aż przypomniało mi się, że przecież trzeba dokumentować trasę, czyli trzaskać fotek ile się da. No to sobie trzasnęliśmy.
Następny punkt to cmentarz protestancki. Prawdę mówiąc, gdyby nie opis na mapie, w życiu bym się tego nie domyśliła, bo poza ewidentnie prostokątnym obrysem terenu, niczym nie różnił się od reszty lasu. PK U obiecywał mokre atrakcje, ale udało nam się tak sprytnie podejść do lampionu, że nie zmoczyliśmy nawet dużego palca u nogi. Na punkcie spotkaliśmy pierwszą znajomą osobę - Jacka.
Z PK O do H udało się dojść drogami, z których połowy nawet nie było na mapie, a bajorkowatą dziurę w ziemi znaleźliśmy idąc tyralierą, o ile da się zrobić tyralierę we dwie osoby:-)
Ponieważ w sobotę mieliśmy imprezę rodzinną, więc do Jeruzala pojechaliśmy w niedzielę rano. Start zamówiliśmy sobie na 8.44, bo organizator taki bardziej frontem do klienta, to i w minutach startowych można było wybierać. W Jeruzalu zrobiliśmy drobne zakupy, bo coś w lesie trzeba jeść i przy okazji obejrzeliśmy ciekawą scenkę, jak tubylcy wskazywali uczestnikowi drogę na punkt. Życzliwi ludzie:-)
Na trasę wyszliśmy nawet jakieś 15 minut wcześniej, bo akurat nikt nie startował jak dotarliśmy, to co mieliśmy stać jak te kołki i czekać. Od razu ruszyliśmy biegiem, bo założyliśmy, że ostro biegamy. O ile mój trucht można nazwać ostrym bieganiem. Zaczęliśmy od PK W - elegancko drogą, tylko na końcówce kawałek przez las. Wyszliśmy na skraj, odległość pasowała, załom lasu był - wbiliśmy i polecieli dalej. Do PK N znowu wygodną drogą, a więc biegiem i dopiero przy rzece po chaszczach. Z daleka było widać lampion oraz ludzi kręcących się przy nim. Ponieważ ja nie jestem specjalnie ortodoksyjna w wyborze lampionów, więc byłam skłonna wbijać bez szukania lepszego, ale Tomkowi za nic nie pasowało. W końcu wyszło, że właściwy jest na drugim brzegu, a ten to podpucha. Tylko jak przejść przez rzeczkę? Moczyć się na początku trasy za nic nie chcieliśmy i w końcu namówiłam Tomka na tego stowarzysza, z zastrzeżeniem, że ewentualnie wracając zrobimy przebitkę. Do Z nie opłacało się iść brzegiem rzeki, choć na pozór był to najlepszy wybór, ale chaszcze i mokradła skutecznie odstraszały od takiego wariantu. Wycofaliśmy się więc na północ i dalej polecieliśmy drogą. PK Z był bardzo malowniczy i aż przypomniało mi się, że przecież trzeba dokumentować trasę, czyli trzaskać fotek ile się da. No to sobie trzasnęliśmy.
Następny punkt to cmentarz protestancki. Prawdę mówiąc, gdyby nie opis na mapie, w życiu bym się tego nie domyśliła, bo poza ewidentnie prostokątnym obrysem terenu, niczym nie różnił się od reszty lasu. PK U obiecywał mokre atrakcje, ale udało nam się tak sprytnie podejść do lampionu, że nie zmoczyliśmy nawet dużego palca u nogi. Na punkcie spotkaliśmy pierwszą znajomą osobę - Jacka.
Tylko tak groźnie wygląda, ale buty wciąż suche.
Do PK M już się nie dało ścieżkami, tempo zatem mocno nam spadło - jak to przy marszu na azymut. Tak prawdę mówiąc, wcale na to nie narzekałam, bo mogłam trochę odzipnąć - nogi zaczynały mi z lekka odpadać, bo już na zawody pojechałam z bolącymi i nasmarowanymi maścią przeciwbólową. Ale obiecałam sobie, że nie będę narzekać i marudzić, więc biegałam bez słowa skargi. Przy M organizator usiłował nas złapać na dwa stowarzysze, ale nie daliśmy się.
Oczywiście, że spisuję ten dobry!
Z M przebiliśmy się do drogi i znowu musiałam biec, ale w sumie jeszcze całkiem dobrze mi szło. Kapliczkę wzięliśmy niemal w locie, bo nie trzeba było jej specjalnie szukać i od razu pognaliśmy do zapory przy młynie. W biegu doszłam już do takiej wprawy, że nawet pod górkę nie przechodziłam do marszu, tylko najwyżej zwalniałam (o ile można zwolnić trucht). Tak dla wyjaśnienia - pod górę dla mnie to jest takie coś, czego Tomek nawet nie zauważa. Mój organizm zauważa od razu i to dość boleśnie. Po L zaczęło się dopasowywanie wycinków. Na ogół mi wychodzi to lepiej, ale dzisiaj miałam jakieś totalne zaćmienia i nic mi do niczego nie pasowało. Do tego wszystkiego mapa była wielkości małego obrusu i jak ją poskładałam, to miejsce na wycinek miałam z jednej strony, a wycinki z drugiej. No to jak w takich warunkach coś z czymś spasować? Na szczęście Tomek miał dobry dzień do składanek i ogarnął. Tak więc w pierwsze wolne miejsce weszło nam K. Przy czesaniu skarpy spotkaliśmy Krzysztofa i Pawła, a po wspólnej konferencji dotyczącej zebranych już punktów, wyszło, że mamy stowarzysza na W. Trochę trudno nam było w to uwierzyć, więc postanowiliśmy w drodze powrotnej, jeśli będzie czas, sprawdzić to.
Z K drogami pobiegliśmy na P. Tam wprawiliśmy w zdziwienie jakiegoś szybkobiegacza, który wciąż nam się przewijał po trasie i cały czas wyglądało, że w życiu za nim nie nadążymy. Zrobił duże oczy na nasz widok, bo był pewien, że zostawił nas daleko w tyle. Ale chyba było tak, że on lepiej biegał, a my lepiej nawigowaliśmy i szanse się wyrównały. Spotkaliśmy się znowu na kolejnym punkcie:-) Z PK B chcieliśmy sobie skrócić drogę i nie wracać do asfaltu i staliśmy się klasycznym dowodem prawdziwości przysłowia: "kto drogi skraca, ten do domu nie wraca". Władowaliśmy się w jakieś bajora, pokrzywy i inną nieprzyjazną roślinność, musieliśmy się wycofać, obejść i w sumie nic nie naśpieszyliśmy.
Tak sobie idziemy przed siebie.
A jak już wyszliśmy na porządniejszą drogę, czułam się w obowiązku znowu biec i nie marudzić.
PK A był na grobli, tylko najpierw musieliśmy znaleźć coś mokrego, co w ogóle usprawiedliwiałoby istnienie grobli. Jakoś się udało nawet. Do PK N (autor mapy dwa punkty nazwał tak samo!) było strasznie daleko, w porównaniu do dotychczasowych odległości między punktami. Za to cały czas po drogach. Trochę już wymiękałam, bolały mnie plecy, nogi właziły mi do d... i biec mi się już nie chciało. A jak zobaczyłam, że do lampionu trzeba wspiąć się na konkretną górkę, to ogłosiłam strajk, oflagowałam się, a że nie był to strajk głodowy, to wyjęłam kanapkę i ogłosiłam, że tak wysoko nie idę. Tomek samotnie wdrapał się podbić kartę, za to ja wzmocniłam organizm i mogłam znowu lecieć. Z jednego grodziska pobiegliśmy na drugie, ale tu już wlazłam na szczyt, bo w sumie to szkoda tak nie pójść. Przy tym punkcie był "słoik skarbów", czyli coś jakby kesz, ale na tym to ja się jeszcze nie znam.
Punkt na skraju dziury.
Do wycinka z PK E przemieszczałam się już na rezerwie, na prochach przeciwbólowych na okoliczność pleców, a do kompletu zaczęła mnie boleć kostka. Ale na asfalcie, gdzie spotkaliśmy Tomka G., jeszcze wykrzesałam z siebie jakieś siły, ale chyba tylko dlatego, że było w dół. E nie mogliśmy znaleźć. Albo nie pasowało nam ukształtowanie terenu, a jak już pasowało, to odległość była od czapy. Oj, nachodziliśmy się trochę zanim udało się znaleźć co trzeba. Chyba za bardzo uczepiliśmy się początkowo drogi i dopiero po porzuceniu jej zaczęło wszystko pasować.
Do PK G poszliśmy na azymut, czyli praktycznie na północ, ale po ciężkim terenie. Już wiem, że bardzo nie lubię chodzić po zaoranym polu. Już niemal przy samym punkcie mało nie straciłam oka, bo wbiła mi się w nie jakaś mała gałązeczka. Głupie uczucie jak coś sterczy z oka, brrr. Wyjęłam tę gałązkę i tylko patrzyłam, czy coś wypływa, ale jak widać oko wcale nie jest takie delikatne jak to się mówi i przeżyło. Ale na punkt popatrzyłam tylko z daleka, bo już bałam się włazić w gęstwinę. Coś w tym jest, że z punktem G zawsze jakieś kłopoty...
Został nam już ostatni punkt S, była więc nadzieja, że jakoś dotrę do mety. A punkt był całkiem przyjemny - koniec jaru, ale nie takiego jaru wielkiego i głębokiego, tylko małego jarku.
Tak uczciliśmy ostatni punkt trasy.
Od S mogliśmy albo wrócić do bazy, albo sprawdzić ten PK W, co to nam Paweł z Krzysztofem zasiali ziarno niepewności. Oczywiście postanowiliśmy nadłożyć trochę drogi i sprawdzić. Tym razem odmierzyliśmy się dokładnie - ja poszłam ze skrzyżowania na azymut, Tomek drogami na odległości i wyszliśmy oboje w tym samym miejscu, ale nie było to miejsce, gdzie za pierwszej bytności znaleźliśmy lampion. Zrobiliśmy przebitkę. Był jeszcze ten nieszczęsny punkt N za rzeką, ale Tomek albo zapomniał o nim, albo nie miał odwagi namawiać mnie na wyprawę na drugi brzeg, albo już też miał dość, więc wróciliśmy na metę. Ponieważ lubię mieć efektowny finisz, więc zebrałam jeszcze tę resztkę sił, co to się gdzieś tam we mnie kołatały i pobiegłam. Na ostatnich metrach z innej drogi wybiegł jakiś nieznany mi szybkobiegacz i ewidentnie chciał dolecieć przed nami. A nie powiem, zasuwał nieźle. Wiadomo, że nic tak nie wpływa na przyspieszenie jak inny, wyprzedzający biegacz, więc zerwałam się do lotów i niemal przeszłam do sprintu (no dobra, to mi się tak wydawało). Oczywiście, że nie dogoniliśmy go, ale za to mamy lepszy wynik, niż mielibyśmy bez niego:-) I wiecie co? Mamy drugi czas! Miejsce zajęliśmy trzecie, bo stowarzysz i przebitka, ale ja jestem bardzo zadowolona.No i te endorfiny na widok mety:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)















