Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaszewiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaszewiec. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2019

Grillokowy niedzielny spacer.

W niedzielny poranek obudziłam się i nic mnie nie bolało. Słonko świeciło, deszcz nie padał. Nie było żadnej racjonalnej wymówki, żeby nie iść do lasu. Zostały nam (a właściwie Tomkowi) jeszcze dwa etapy do kompletu, więc faktycznie szkoda byłoby nie pójść. Dostaliśmy w garść po dwie mapy i ruszyliśmy. Tradycyjnie pod siłownię, bo tak wyszło, że to tam rozgryzaliśmy każdorazowo kolejne mapy.
Abstrakcyjne tytuły: "Gilanko kaszanki" i "Piklowane pukle pudla w pudrze" mogdy zwiastować dosłownie wszystko. Ale jednak nie było tak źle. Połączenie dwóch wycinków hipso od razu biło w oczy, nad resztą trzeba było troszkę pomyśleć. Myślenie oczywiście skończyło się cięciem mapy, bo wyobraźnię, nawet do spółki, mamy zdecydowanie za małą, żeby składać mapy w głowie.
Kilka pierwszych punktów z mapy lidarowej umiejscowionych było na dziwnych, regularnych, prostokątnych obiektach. Wyglądało to jak jakieś osiedle z blokami, no ale w środku lasu??? Okazało się, że to jakieś okopy, które w naturze wcale nie wyglądały tak idealnie równo, jak na mapie. I tak się ma teoria do praktyki:-)

Gdzieś na trasie.

Im dalej wchodziliśmy w las, tym robiło się przyjemniej. Po pierwsze dlatego, że w końcu trafił się etap na którym wiedzieliśmy gdzie iść i co z czym się składa, a po drugie - las był przepiękny. Muszę Wam to pokazać, choć film nie oddaje tego klimatu. Tam po prostu trzeba było być.

Prawda, że ładnie?

Tak się zajęłam podziwianiem i filmowaniem lasu, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na mapę i jedynie podbijałam punkty wskazane przez Tomka.

Starałam się być pożyteczna:-)

Etap drugi tradycyjnie zaczęliśmy od wycinanek, bo stało się to już naszą nową świecką tradycją. Może i nie było to niezbędne, ale rytuał, to rytuał:-)

Przygotowania do etapu drugiego.

Ponieważ na wycinku startowym było aż 5 punktów, wyrwałam się na prowadzenie, żeby się jakoś wykazać, póki ogarniam, bo potem mogło nie być okazji. Szczególnie, że nie przemawiał do mnie "rzut liniowy granic kultur". Usiłowałam go poprowadzić od kropki na starcie i nic mi się nie zgadzało. Na szczęście Tomek jakoś dopatrzył się tych pasujących granic na ortofotomapie, więc ja już nie zawracałam sobie tym głowy.
Moim szczytowym osiągnięciem na tym etapie było zgubienie kamerki. Ale to wcale nie była moja wina, bo Tomek kazał mi porównać wycięty fragment z rzutem kultur do kolejnego wycinka, a sam wrócił po przegapiony punkt podwójny. A ja przecież nie mam tylu rąk żeby trzymać mapę, wycinek, długopis i jeszcze kamerę! No to odłożyłam, to co było zbędne, a potem poszliśmy dalej. Na szczęście szybko zorientowałam się w stracie, kiedy chciałam po drodze coś uwiecznić i wróciliśmy na poszukiwania. Jak mamy jakieś lekkie czy ciężkie minuty, to właściwie organizatorzy mogą nam je odpisać, bo nie były przeznaczone na pracę z mapą, czy szukanie punktów, tylko na odzyskiwanie straty. Kamerka na szczęście leżała grzecznie przy PK 167.
Resztę etapu spędziłam na pilnowaniu dobytku, nie zawracając sobie głowy oglądaniem mapy, bo sami widzicie do czego to prowadzi. Zresztą etap był łatwy, więc Tomek nie potrzebował wsparcia:-)

Tadam! Meta!

Po powrocie do bazy usiłowaliśmy zjeść obiad w knajpce, ale kiedy okazało się, że czas oczekiwania na posiłek może być dłuższy niż czas dojazdu do domu, poddaliśmy się. Spieszyło nam się, bo po powrocie musieliśmy zrobić szybkie pranie, szybkie pakowanie, szybkie spanie i szybki wyjazd do Krakowa następnego dnia na kolejną imprezę.
W tym roku wyjątkowo Grilloki wcale nie okazały się ulubioną imprezą sezonu, tylko najbardziej irytującą imprezą roku:-( No bo żeby z 10 etapów tylko dwa okazały się do przejścia??? Nie wiem, czy to my tak podupadliśmy umysłowo, czy autorzy trochę polecieli po bandzie. Czekam na komplet wyników żeby zobaczyć jak wyglądamy na tle innych osób. Tylko co będzie, jak okaże się, że jesteśmy ostatnie tłumoki i nic nie ogarniamy????





poniedziałek, 22 lipca 2019

W drugą noc składamy broń

Dobrze, że na drugą noc zaplanowaliśmy tylko jeden etap, bo pogoda zrobiła się mało wyjściowa, a nasz poziom frustracji etapami (zwłaszcza u Tomka) wzrósł do niebezpiecznego poziomu. Żeby nie stresować się jeszcze bardziej postanowiliśmy pójść na łatwiznę i wybraliśmy etap TO. Mapa składała się z trzech wycinków - jeden z warstwicami i drogami (ale jakiś stary), drugi z samymi warstwicami (ale nowy i z innym cięciem), a trzeci to hipsometria. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało groźnie. Od razu dziarsko ruszyliśmy, ale przy bramie wyjściowej z ośrodka postanowiliśmy jednak rzucić dokładniej okiem  na mapę, chociażby żeby wiedzieć jak zacząć.

Niby proste, a jednak ci dwaj wojowie nas pokonali.

Logika podpowiadała nam, że wojowie powinni być tylko rozsunięci, ale układ poziomnic temu przeczył. W końcu wyszło nam, że łączą się na głowie pierwszego albo w okolicy PK 38, albo 36 drugiego. Postanowiliśmy sprawdzić to już w terenie. Dopuściliśmy także możliwość olania drugiego woja i zebranie punktów tylko z pierwszego. Bo w sumie to już i tak nam nie zależało. Wycinka z hipso nawet nie próbowaliśmy ogarniać, bo etap i tak wyglądał na stracony.
Bez większych problemów (choć odległości ciut nam nie pasowały) doszliśmy do PK 25 i zaczęliśmy kombinować z drugim wojem. Znaleźliśmy jakąś skarpę, poniżej domostwo z ujadającymi psami, tylko lampionu nigdzie nie było. Po półgodzinnym błąkaniu się po okolicy, zarządziliśmy odwrót i powrót do bazy przez resztę jeszcze nie zebranych punktów z pierwszego woja. Chwilkę zatrzymał nas PK 29, bo po ciemku ciężko było trafić na właściwą granicę kultur, ale jakąś znaleźliśmy. Do ostatniego naszego punktu Tomek musiał wracać, bo zapomniał wpisać w kartę startowa jego numer.
Do bazy wróciliśmy źli i zdegustowani do tego stopnia, że w środku nocy musieliśmy się zalkoholizować - na szczęście mieliśmy w lodówce dyżurne piwo. Cóż, niektórych etapów na trzeźwo nie razbierjosz...

niedziela, 21 lipca 2019

Tarcza przed nisko przelatującymi samolotami....

Moja Druga Połowa zaniemogła, więc z opóźnieniem ruszyłem na etap potrójny. Z opóźnieniem, bo maniacy InO wyszli o ósmej.
Zaczynało się od dojściówki. Jeśli uda się pokonać ją szybko, to zyskam kilka minut extra. Pognałem więc na start etapu nr 5 o wdzięcznie zagmatwanej i wiele mówiącej nazwie Buzdyganowy budziszek. Dostałem mapę główną i do dopasowania wycinki map różnawej treści, skali i stopniu zlustrowania. Na mapie wskazane były miejsca dopasowania, gdzie te małe wycinki miały dopasowywać się środkiem dolnej „krótkiej” części piór jak wynikało z opisu. Po podbiciu pierwszego PK próbowałem coś dopasować. Niby coś mi świta, ale nijak nie idzie! Siedzę, biedzę się i nie wiem. Coś tam dopasowałem, ale chyba jeden kawałek. Minął mnie tramwaj wrocławski, wyraźnie biorąc lampion z pobliskiej górki. Na wycinkach owszem jest lampion na górce, ale w żaden sposób zgodnie z instrukcją tak dopasować wycinków się nie daje. Dobra, coś podbijam bez przekonania i idę w kierunku tramwajowym. Dopytuję się czy oni wszystko dopasowali i dowiaduję się, że dopasowanie nie zgadza się z opisem. Skoro tak siadam, nożyczki w dłoń i udaje mi się złożyć całą mapę. Wystarczył dobry opis na mapie i byłby to fajny etap, a tak jestem znowu zniesmaczony – tym razem wyraźnie z winy autora – któremu inwencja poszła w wymyślanie tytułów, a nie sprawdzenie mapy przed wydrukiem;-(
Na etapie 7 znalazłem swój lampion

Bez większych problemów (no, może jakaś mało wyraźna górka w terenie) dotarłem na metę.

Tak wyglądało moje dzieło stworzone przy użyciu nożyczek i taśmy klejącej
Czas na etap nr 6. Samoloty. Tak konkretnie „Nalot bombowy”, ale samoloty zawsze kojarzą się wszystkim z etapem Pawła z samolotami. Ciekawostką jest wydruk ze skazami wynikającymi z braku tonera. Akurat w moim przypadku dzięki temu jeden wycinek stawał się ciężki do znalezienie, bo … na mapie nie było wiadomo na czym jest PK!
Nauczony doświadczeniem zacząłem od skalowania się w terenie i nożyczek. Pierwszy PK w planie mapy, pierwszy samolot do dopasowania łatwizna. Trochę kłopotów sprawiają różne skale samolotów i mapy podkładowej, oraz mnogość elementów terenowych na mapach i w terenie. Drugi samolot – mniej więcej wiem gdzie powinien być PK110, tyle że wydruk nie pokazuje na czym ten PK jest postawiony. Chwilę szukam bezskutecznie „nie wiem czego”  i decyduje się na „obejście” tematu – najpierw PK 117 i 109, a potem na azymut już daje się trafić gdzie trzeba. Tyle , że naokoło;-( Kolejny samolot ma być gdzieś na wschód. Nie mam wtedy dopasowanych wszystkich, ale nie ma dużego pola wyboru. Udaje się sprawnie znaleźć PK 113. I dalej nawigowanie od dołka do dołka do PK 112. Tyle że gdzieś te dołki mi się mylą. Jak docieram na miejsce, to okazuje się… że zgubiłem kartę. Wrrr. Cofam się po śladach do 113 i karta zostaje znaleziona. Jeszcze raz znajduję PK 112 – wychodzi mi inny dołek. Zakładam, że lepszy;-) Ale czasu znowu zeszło dużo.
Zygzakiem wracam się na PK 108 i PK 104,. Coś mi się nie zgadza, ale już nie mam siły utwierdzać się czy to dobry, czy stowarzyszony dołek w otoczeniu kilkudziesięciu innych. Zostały już tylko 3 samoloty. Jeden oczywisty, choć miejscami teren mało przebieżny – po wycince jakieś gałęzie i kłody walają się pod nogami. Gdzieś w niedalekiej oddali grzmi.  Na szczęście kończy się tylko na grzmieniu. Znajduję ostatnie punkty i uff – etap zaliczony.

Chyba zostanę mistrzem wycinanek kurpiowskich
Został jeszcze etap trzeci tego potrójnego zestawu. Tarcze. Czytam opis: trzy układy, linie wskazują miejsca łączenia. Dobra tylko jakie układy. Wyciąłem trzy układy i łącze…. Meta wypada mi zaraz koło startu. A meta miała być niedaleko bazy - coś się nie zgadza. Kombinuję na wszystkie sposoby – nie daje się. Czytam jeszcze raz opis: „Mapa składa się z siedmiu tarcz. Ich układ został pocięty na trzy części. Miejsca styku układów zaznaczono kolorowymi liniami (różową i niebieską)”. Hmmm, a może jeden układ tworzą mapy jednego rodzaju?  Próbuję - także nie pasuje. Mając 7 tarcz mam sporo możliwości podziału na 3 układy. A że jeszcze tarcze są pozamieniane miejscami , polustrowane to….. nie mam pojęcia gdzie jest meta. Daję sobie spokój – taki opis po prostu jest bez sensu. Jestem totalnie zdegustowany. Analizuję mapy pierwszych 2 etapów – wiem w jakim kierunku jest meta. Postanawiam podbić PK z pierwszej i ostatniej tarczy, a może po drodze znajdę jakiś lampion pasujący.

Może tak złożyć? tylko gdzie ta meta wychodzi????
Ruszam i…. mam dylemat. Ten etap jest po tej czy po drugiej stronie drogi??? Logika mówi, że po drugiej, ale zaćmienie umysłowe spowodowane liczeniem możliwych wariantów układu tarcz powoduje umysłowe zaćmienie (jak widać w powyższym zdaniu). Chwilę sprawdzam zanim się upewnię, że jednak po drugiej stronie. Pierwsza tarcza, pierwszy PK na górce….otoczonej uprawą leśną. Bez legalnego dojścia. Wiem, jestem wkurzony, ale młodnik kilkumetrowy, a takie malizny to pewna różnica…. Aż kusi wpisać na karcie BPK – brak dojścia! Po dwóch PK idę w kierunku bazy – wzdłuż drogi krajowej. Usiłuję iść lasem w nadziei, że spotkam jakiś teren z tarczy. Owszem, jest jakiś lampion, ale zupełnie nie pasujący do niczego (wszystkie mam na dołkach), widzę także gdzieś uczestnika trasy TO – więc to pewno jego lampion. Daję za wygrana i idę na asfalt. Ale tu nie jest miło, spory ruch jak to na DK, więc jak widzę drogę niewiele odbijającą w las, skręcam w nią. Ostatni wycinek to linia WN, więc wiem, że nie przejdę mety. Czas się dłuży, znowu jakiś lampion na skrzyżowaniu. W oddali górki, ale nie czuję chęci wdrapywania się na nie. Po długim czasie dochodzę do linii WN, znajduję ostatnie 2 PK i wracam na metę. Wkurzony i zniesmaczony. Jak tak można zepsuć etap nie dbając o szczegóły? Bezprodukcyjnie w etapie 7 przeszedłem ponad 8 km (łącznie 3 etapy ponad 22km).
22 km jak nic
Aby nie za bardzo obić autorów pobiegłem sobie na BnO. Tu także płot się „przesunął” znacznie na mapie  i górka w PK 16 okazała się trudna do odnalezienia….
I jeszcze samotnie zaliczyłem E1, by Mojej Drugiej Połowie, co właśnie odżyła, dorównać….

sobota, 20 lipca 2019

A w sobotę nici z planów

Po zbyt krótkim śnie (no bo dwa etapy nocne) i zmianie pogody na deszczową, w sobotę obudziłam się z bólem głowy i ogólną niemocą. "Obudziłam się" nie do końca oddaje stan rzeczywisty, bo ja jedynie zwlokłam się z łóżka i trwałam w letargu, marząc żeby ktoś mnie dobił. Oczywiście o zaplanowanym potrójnym etapie w ogóle nie było mowy, więc Tomek poszedł sam, a ja czekałam na cud. Cud nastąpił kolo południa i udało mi się podnieść do pozycji pionowej. Żeby mi się dzień nie zmarnował postanowiłam iść z Agatą chociaż na jeden etap, tylko nie w TZ-tach, a w TO. Poprosiłyśmy o lekki, łatwy i przyjemny i dostałyśmy "Zbrojne ramię nieuzbrojonego Siemka", o długości prawie 4 km. Z kawałkiem znienawidzonego lidara. Na szczęście do złożenia były tylko dwa wycinki, co dawało lekką nadzieję na sukces:-)
Było dobrze - wiedziałam, w którą stronę ruszyć od startu:-) Planowałyśmy wziąć PK 2 i PK 1, a potem martwić się o resztę. Po drodze widziałyśmy jakieś lampiony i nawet ludzie je spisywali, ale jeszcze nic mnie nie tknęło. Idąc usiłowałyśmy znaleźć jakiś punkt wspólny wycinków i w końcu Agata wypatrzyła na skraju ortofotomapy kawalątko asfaltu - tego, którym szłyśmy po drugim wycinku. Od razu stało się jasne co wcześniej spisywały spotkane osoby. Ominęłyśmy PK 14 i 15, ale mogłyśmy wziąć ósemkę.

 W drodze na dziewiątkę.

Teraz sprawa wyglądała klarownie i wystarczyło iść i zbierać kolejne PK. No to szłyśmy i zbierałyśmy aż do PK 10. Pewnym krokiem podeszłyśmy do wytypowanego krzaczora, a tam nic. No dobrze, mogłyśmy się pomylić, więc dla pewności obejrzałyśmy sąsiednie zarośla i drzewa. Dalej nic. W akcie desperacji obejrzałyśmy całą roślinność między PK 9 a PK 11 i ... dalej nic. Z lekką obawą wpisałyśmy w kartę BPK.

 Na trasie.

Dalej szło nieźle i zatrzymał nas dopiero punkt osiemnasty. Doszłyśmy do jeziorka, namierzyły się od niego i... doszłyśmy do kolejnej wody. Miałyśmy dylemat - które jeziorko jest właściwe do namierzania się? Pierwsze czy drugie? Jakieś totalne zaćmienie na mnie spadło i nie mogłam ogarnąć sytuacji. Łaziłyśmy po okolicy - nie powiem - dość ładnej, ale czas uciekał, a my nic. W końcu blokada umysłowa puściła, dopasowałyśmy jeziorko z mapy to właściwego w terenie i znalazłyśmy lampion. A tuż obok lampionu znalazłyśmy Anię i Zuzę, które robiły tę samą trasę, ale w przeciwnym kierunku. Miało to tę korzyść, że mogłyśmy się wzajemnie wymienić radami, rozwiać wątpliwości i wskazać sobie następne PK. PK 6 leżącego tuż przy PK 18 szukałyśmy chyba z 10 minut, bo kolejne zaćmienie umysłowe nie pozwoliło skojarzyć punktu na górce, który wcześniej odwiedziłam, z punktem na końcu wału. Na szczęście każde zaćmienie kiedyś się w końcu kończy:-) Zostały nam jeszcze tylko trzy punkty do mety i wszystkie musiałyśmy wziąć, żeby nie lecieć od startu do czternastki i piętnastki. I tak nam się udało, że autor mapy w ogóle przewidział punkty nadliczbowe. Do piątki szłyśmy najtrudniejszym z dostępnych wariantów - przez podmokłe krzaczory, zamiast wygodnym asfaltem lub poboczem, ale przecież nie byłyśmy tam dla przyjemności.
 
 Nasza wesoła ekipa.

W końcu udało się zebrać wymagane 16 punktów i nawet trafić na metę. A potem już tylko grillowanie połączone z nieudaną próbą spalenia domku. I czekanie na Tomka, który już od kilku ładnych godzin błąkał się gdzieś po lesie....

Kulą w płot, czyli przegrana bitwa pod Narwią

Po pierwszej porażce przyszedł czas na etapy nocne. Formuła, że ten sam etap może być nocny i dzienny nie zwiastowała nic dobrego. No bo na etapie nocnym inaczej wybiera się punkty charakterystyczne, tak by były widoczne w nocy - w nocy wiadomo wszystkie górki są takie same, delikatnych granic kultur nie widać i chodzi się na odległości, a nie na ogląd. Zaś w dzień widzi się więcej i wybiera się punkty tak, by taki większy zasięg wzroku specjalnie nie ułatwiał.
Etap 3 z armatami. Typowa szwajcarka z dopasowaniami. I dla utrudnienia - lustro mapy głównej. Pierwszy zgrzyt przed pierwszym PK – droga z mapy (rysowanej specjalnie na zawody) odchodzi w innym miejscu niż powinna. Więc czy jesteśmy tu gdzie trzeba, czy nie? Czesanie (bo nie daje się sięgnąć wzrokiem i trzeba nogami) i wreszcie pierwszy PK zaliczony (no, czy właściwy to nie jestem pewny). Z obawami idziemy na pierwsza kulę do dopasowania. O dziwo, udaje się od pierwszego kopa – rów jak byk i lampion o numerze 52 zaliczony. Kolejną kulę z literką B także daje się łatwo zaliczyć. I zaczyna się problem. Idziemy na kulę oznaczoną literką C. I nic nie pasuje. Albo pasuje za dużo. Błąkamy się w jedną i w drugą stronę, a nawet wracamy do poprzedniego PK. Wreszcie bez przekonania dopasowujemy PK 53, by cokolwiek z tego wycinka podbić, bo ile można się pałętać w koło!
Dobra, dalej już łatwiej - armata z PK 43 i kula D z oczywistym oczkiem wodnym. I znowu mordęga, a kulą armatnią E – w nocy wszystkie dziury wyglądają tak samo – strzelamy…. Ciekawe czy kulą w płot (podejrzewam stowarzysza);-) I dalej dramat z kulą F. Jak się odmierza ze stowarzysza to…. Można szukać do rana. No, może nie do rana, ale zwiedziliśmy okolicę, coś dopasowaliśmy (przeglądając Geoportal sam nie wiem co, ale lampion był i teren podobny) i próbowaliśmy się dostać  na PK 44 będący w planie mapy. Uparcie droga znosiła nas w maliny. Chodziliśmy w tę i we wtę i nic się nie zgadzało. Dopiero Święty Azymut pomógł i udało się trafić mniej więcej tam gdzie trzeba;-) Właściwie w miejsce gdzie przechodziliśmy kilka razy i nie zauważyliśmy drogi. Tak to jest z etapami dzienno-nocnymi….
Dobra, poszliśmy na kulką G. Co tu dużo pisać o punkcie G, każdy wie: dziura jak się patrzy i nic znaleźć nie można! Przeczołgaliśmy się, wbiliśmy jeden z lampionów i poszliśmy szukać miejsca oznaczonego literką H. Tu znaleźliśmy jakiś dołek i przy okazji spotkaliśmy tramwaj wrocławski – jak się chwalili po raz kolejny wbijali ten sam wycinek, bo wszędzie im pasował.  No cóż, skoro lubią… można wszystkie dopasowania obskoczyć jednym wycinkiem;-) Podbudowało nas, że nie tylko my mamy takie problemy;-)
W literce J nic nie znaleźliśmy (ale wycinków okazało się mniej niż kul) i potem się „zgubiliśmy”. Tzn., wiedzieliśmy w jakiej części świata jesteśmy, ale wyrzuciło nas daleko od optymalnej trajektorii, bo okazała droga  z mapy okazała się mało drogę przypominająca granica kultur. W nocy właściwie niedostrzegalną. Potem szukaliśmy ostatniej kuli, ale był to strzał bardzo niecelny - nic nie znaleźliśmy, choć ślad GPS mówi, że przeszliśmy prawie przez lampion, tyle, że wycinek ten dopasowaliśmy wcześniej i nie przyszło nam do głowy szukać lampionów w tym miejscu.
Etap 3 i nasze dopasowania. PK 50 nie dopasowaliśmy nigdzie...

Wkrótce rozszczekały się psy i dotarliśmy do międzystartu na etap 4 powrotny. Po chwili patrzenia na mapę, spojrzeniu na zegarek powiedzieliśmy: dość. 19 małych rozłącznych wycinków do dopasowania, wszystkie poobracane, a część zlustrowana. Nie jest to pomysł na etap nocny. Wzięliśmy pierwsze dwa PK, potem jeszcze jeden w dołku, ale bez pewności czy dobry i podeptaliśmy w stronę mety zakładając, że po drodze może jeszcze jakiś lampion znajdziemy. Powoli robiło się coraz jaśniej, odzywały się pierwsze poranne ptaszki. Po drodze znaleźliśmy jeszcze lampion pasujący do PK 66 i tyle. Tzn. droga (wygodna i szeroka) zaczęła nas co nieco znosić na wschód. Las nie wyglądał zachęcająco by się przez niego przedzierać, więc dalej szliśmy drogą. Wreszcie jakieś odbicie na zachód, ale i tak wyszliśmy na asfalt hektar od mety. Zniesmaczeni – jako jedni z ostatnich (zdaje się, że tylko tradycyjnie Przemek chodził non-stop) dotarliśmy do mety. Dobrze, że autorzy poszli spać, bo byłoby bicie.  Jeden, dwa punkty nie do znalezienia – OK. Także gdy trzy razy dopasowujesz ten sam wycinek. Ale ta nadnarwiańska bitwa….. na pewno nie na etap nocny. Przeszliśmy ponad 17 km na 2 etapach bez jakiś rewelacyjnych efektów – to mówi samo za siebie.



środa, 17 lipca 2019

Grilloki - zakuty etap.

Tegoroczny urlop spędziliśmy tak intensywnie, że teraz padam na pysk i mam lekki InOwstręt. A zaliczyliśmy raptem dwie imprezy - Grillowanie Kosmatych InOków i Wawel Cup.
Na Grillowanie pojechaliśmy w piątek (nie ostatni, tylko jeszcze poprzedni), ale nie udało nam się wyjechać jakoś wcześniej, bo Tomek normalnie pracował. Postanowiliśmy zacząć od pojedynczego etapu dziennego, potem zrobić podwójny nocą, w sobotę potrójny w dzień, potem jeden nocny, a w niedzielę wszystko pozostałe. Bardzo ambitny plan, ale wykonalny.
Pierwszy etap wybrali nam organizatorzy, zapewniając, że będzie najlepszy na początek. Mnie przeraził już sam opis przekształceń: perspektywa, aksonometria, wypukłość, wklęsłość. I oczywiście obroty, ale to już mały pikuś. Do tego żaden z czterech wycinków nie pochodził z typowej mapy, tylko hipsometria i cieniowany lidar. Jak by tego wszystkiego było mało, wycinki były w różnych skalach i to już do reszty gmatwało sytuację. Autorem takiego wariactwa mógł być tylko Darek:-)
Już na początku osiągnęliśmy sukces, bo udało nam się połączyć ze sobą dwa wycinki, z czego jeden był startowym. Tym sposobem mogliśmy w ogóle zacząć trasę. Przez chwilę wydawało nam się, że dwa pozostałe też łączą się ze sobą, ale już w żaden sposób jedna para nie chciała połączyć się z drugą. Postanowiliśmy zrobić tę część trasy, którą ogarnęliśmy, a potem kombinować dalej.

 W końcu mamy jakiś punkt.

Zebraliśmy większość punktów z dwóch pierwszych wycinków i wciąż nie mieliśmy pomysłu jak przyłączyć te kolejne. Nawet pocięliśmy mapę, żeby było wygodniej je przykładać do siebie, ale wciąż nie mogliśmy znaleźć tych obiecanych w opisie pokrywających się miejsc. Zaczęliśmy chodzić metodą: chodź zobaczymy co jest za tą górką, zakrętem, łąką, skrzyżowaniem... Mieliśmy nadzieję, że w końcu trafimy w jakieś charakterystyczne miejsce, które rozpoznamy na mapie. Tym sposobem trafiliśmy nad Narew i mimo, że nic tam nie znaleźliśmy, to warto było, bo widoki mieliśmy przepiękne.

 Nad Narwią też nic nie było:-(

Niemożność znalezienia punktów z niedopasowanych wycinków wywoływała w nas coraz większą frustrację. No bo jak to tak? Wrócić z połową punktów? Już nawet mieliśmy pomysł żeby pierwszą napotkaną dziurę z lampionem wbić jako wszystkie brakujące dołki i obniżenia, ale ograniczyliśmy się do jednego, który najbardziej pasował terenowo.

Znalezisko.

Czas płynął nieubłaganie i w końcu stało się jasne, że dalszy pobyt w lesie tylko pogarsza naszą sytuację, bo oprócz bepeków biją nam lekkie, a potem ciężkie minuty. Do bazy wróciliśmy bardzo zdegustowani i nawet się dziwiłam, że Tomek od razu nie zagryzł autora mapy. Ale nie, zachował zimną krew.
Już po powrocie do domu, w niedzielę, Tomek od razu rzucił się do map i komputera, żeby zobaczyć jak to się składało i nawet z takimi pomocami naukowymi nie poszło od pierwszego kopa. Bardzo jestem ciekawa czy to my tylko takie gapy, czy inni też mieli jakieś problemy z tym etapem. Czekam z niecierpliwością na wyniki.