Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legionowo Przystanek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legionowo Przystanek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 lutego 2024

ZZK Legionowo Przystanek z mocą, choć bez oczekiwanego wyniku.

Na ZZK w Legionowie mieliśmy obsadzić trzy trasy A, B i C, ale w sobotę po południu Tomek tak się zintegrował ze swoją nową firmą, że oddał jej nawet jedną nogę, a bez nogi biegać trudno. Cóż, w pewnym wieku fikanie na trampolinach i szaleńcze wyścigi na torze przeszkód nie są już odpowiednią rozrywką.  Pomimo kontuzji Tomek uznał, że samochód prowadzić da radę, zawiezie nas, a sam sobie przynajmniej popatrzy na las i biegaczy.

Jak obiecał, tak zrobił i dowiózł nas na start.

Wystartowałam pierwsza i ruszyłam nie czekając na Agatę, bo już od startu miałyśmy różne punkty. Moja trasa była lewoskrętna, a Agaty prawoskrętna.

Najpierw ja...

... potem Agata.

Zaczęło się wygodnie, ścieżką w bliskie okolice punktu. Jeszcze tylko przedrzeć się przez mokradlaną roślinność i punkt zaliczony. Dwójka i trójka już na azymut i podobnie jak jedynka na rowie, a tych w okolicy nie brakowało.
Czwórka była z dość długim dobiegiem i w zasadzie opłacało się pobiec ścieżkami wcale wiele nie nadkładając, a za to ułatwiając sobie życie, ale nie ze mną te numery.  Podobnie jak poprzedniego dnia czułam w sobie moc i parłam do przodu nie zawracając sobie głowy ułatwieniami. Piątka blisko. Ciut mnie zniosło w prawo podczas przeprawy przez bagnisko, ale dałam radę. Po piątce złamałam się i pobiegłam ścieżką, bo w sumie to jednak głupio biec równolegle do ścieżki przez krzaki. Można raz, dwa, ale przecież nie za każdym razem. Sześć, siedem, osiem i dziewięć stały na wydmie o bardzo urozmaiconej rzeźbie, ale znalazłam wszystko jak trzeba.
Kolejne punkty były przy moich ulubionych nasypach, na szczęście nie na ich szczytach, tylko w dole. Z trzynastką był lekki problem wynikający ze źle wrysowanej szkółki. Według mapy wyglądało, że punkt już dawno powinien być i wszyscy szukali dużo za wcześnie. Ponieważ była nas spora grupa, więc w końcu ktoś natknął się na właściwy dołek i wieść lotem błyskawicy obiegła teren.
Do mety zostały jeszcze tylko dwa łatwe punkty, za to na dobiegu do mety zniosło mnie wyjątkowo w lewo podczas omijania różnych przeszkód pod nogami.

Meta.
 
Biegło mi się równie dobrze jak poprzedniego dnia, czułam w sobie moc i prawdę mówiąc spodziewałam się trochę lepszego wyniku. Najwyraźniej jednak moje rywalki i rywale również poczuli moc i wyszło jak wyszło. Ale i tak wydaje mi się, że powrót do w miarę regularnego biegania powoli daje efekty. Bo przyjemność to na pewno!

Taki przebieg.

środa, 27 lipca 2022

Przystanek z rozpędu

Jak się biegało w sobotę, to trzeba i w niedzielę. Tak z rozpędu, by nie wyjść z wprawy. Tym razem… także z PUKSami, tyle, że w Legionowie, na mapie „Przystanek”. Swoją drogą często te nazwy map są bardzo abstrakcyjne. Tu Przystanek, tam jedna Niewiadoma, druga Niewiadoma i inne takie…. 

Renata dalej niedysponowana, więc samotnie. Miejsce startu takie „mniej typowe”. Wąska droga, trudno zaparkować, gęsty las, a start w środku krzaków. Na tym Przystanku fajne są takie powojskowe nasypy i rowy – pamiętam je z jakiegoś pierwszego w życiu treningu PUKsowego i nieustannie mnie zachwycają – tyle, że tym razem będą gdzieś daleko od startu.

Organizatorzy ze sławnym pudełkiem "KLUCZE"

Na start idę za kilkoma osobami. Ma być przy paśniku, gdzie urywa się ścieżka. Pierwsze wyzwanie to znaleźć ten paśnik. Po chwili udaje się. Reszta biegnie na wariant B, więc pipam i startuję. Lecę w największe krzaki. Co tam wiele mówić, mało tego „lecenia”, raczej mozolne przedzieranie się przez gęstwinę. Wreszcie wypełzam z krzaków, trafiam na rów, który ma mnie doprowadzić do lampionu. I doprowadza. 

Do startu gotowy!

Las mało przebieżny – sporo krzaków i gałęzi leżących na ziemi – więc rowem, a potem drogą do kolejnego PK. Do PK 3 na krechę przez jakieś bagno. Środek lata, upały więc na szczęście bagno suche, zostały tylko pokrzywy i krzale. 

Koło PK 5 poznaję teren – kiedyś się tu gubiłem. Tym razem także coś mi się nie zgadzają drogi i lekko naokoło docieram do punktu. 

Podobnie jak w sobotę, twardo trenuję bieganie na azymut bez kręcenia pierścieniem kompasu. Idzie znośnie! 

PK 6 – tu zawsze się gubiłem, ale tym razem udaje się – bez skuchy! I odkąd pamiętam jest to obszar gdzie „od zawsze” leży masa gałęzi i biegać się nie daje. 

Do PK 7 ścigam się z zagraniczną konkurencją (tak, tak – trening międzynarodowy normalnie!) poziomu Elita. I co tu dużo pisać, mój azymut jest lepszy – pomimo 2 razy mniejszej prędkości biegu jestem pierwszy przy lampionie! Ale tylko na chwilę – konkurencja zaraz znika w sinej dali… 

PK 8 ma być koło paśnika. Sęk w tym, że paśnika nie ma. Znaczy jest, ale tylko na mapie. Dołka z lampionem nie widać. Wskazuje mi go litościwie grzybiarz – okazuje się, że o kilka kroków ode mnie, ale tak ukryty… 

Zamiast paśnika powinien być narysowany "Grzybiarz"

PK 9, 10,11,12… Do PK 13 postanawiam ciut podbiec drogami. Znajduję lampion, ale ma się on nijak do terenu. Mapa Przystanek jest specyficzna – nawet bardziej niż Niewiadoma – nie daje jej się zupełnie dopasować do terenu. Trzeba by jakoś nieliniowo dla fragmentów zmieniać skalę. Lampion na pewno stał nie tam, gdzie powinien (widomo trzynastka) – stąd do kolejnego PK ciut zbaczam. 

Pechowa 13-ka nie tam gdzie trzeba;-)

 Do PK 15 zaczynam biec na azymut a tu.. ściana krzaków. Skręcam i obiegam drogami. 

Na kolejnych lampionach PK 15, 16, 17 już byłem wcześniej, ale i tak udaje mi się coś zboczyć z dobrego kierunku na PK 17 – czyżby zmęczenie? 

Zostaje dłuuuugi przebieg do PK 18 (tożsamego z PK 1) i przedzieranie się krzakami na metę. 


 Wyszło coś ponad 8 km (nominalnie 7,1 km) i pozwoliło się całkiem miło zmęczyć. Na mecie coś tam o kolejnym treningu było już słychać…. Pracowite lato mnie czeka! 


 

wtorek, 22 lutego 2022

Pedzić niczym wiatr...

Skoro na zewnątrz huragan, powalone drzewa tarasują dojazd do domu (w którym co chwila brak prądu), nie zostaje nic innego jak udać się bezpośrednio z FallInO do Legionowa na kolejny trening z serii ZZK. Niestety, Renata wymiękła i „wyrzuciłem ją” z pojazdu pod domem.
W drodze do Legionowa – brak świateł na skrzyżowaniach, wiele powalonych drzew w lesie, przez który biegła droga, a na asfalcie mniejsze lub większe gałęzie. Ot, takie obrazki jak z filmu katastroficznego. W Falenicy było całkiem, całkiem ale tam jest ładny „wypielęgnowany” las, niezbyt wysokie drzewa i nie miało co się przewracać.. W Legionowie zaś… nie wiadomo co. W każdym razie jechałem „z duszą na ramieniu”. 

Po drodze próbowałem kupić jakiś napój, by uzupełnić zapas płynów, ale gdzie nie zajechałem to „nieczynne, bo brak prądu”. Fajnie… 

Wreszcie nawigacja skierowała mnie na drogę gruntową. Wokół falujący las, sporo powalonych drzew, w oddali jakieś postacie z mapą przebiegające przez drogą, a wszędzie pełno zielonych, świeżo zwianych z drzew gałęzi. Po drodze trzeba było jechać zygzakiem. 

Widok na start

Wreszcie widać samochody. Na szczęście znalazłem miejsce przy jakiś mniejszych drzewach, które nie powinny dosięgnąć auta, gdyby runęły.
Biorę kompas i idę po mapę. Spotykam Hanię, która ostrzega, że w lesie rzuciło się na nią jakieś drzewo i nawet zahaczyło ją gdzieś pod okiem. Na starcie zaś rozważania co robić, gdy jakieś drzewo będzie chciało przewrócić się na jedno z zaparkowanych aut. Jak twierdzą organizatorzy z obserwacji – drzewo na tyle wolno się przewraca, że można przepchnąć auto, byle było na luzie…. Słowem - horror!

Selfie z organizatorką Natalią, która dzielnie pilnowała naszych aut;-)

Nie ma co gdybać – mapę do ręki, kompas w dłoń i w las. W Falenicy wyszło prawie 10 km, tu zapowiada się podobnie – nominalnie 7,1 km. Szukam PK 1. Powinien być jakiś dołek koło paśnika. Wszędzie powalone drzewa, więc raczej marsz niż bieg. Tyle, że paśnika nie ma. Zwiało go? Po dłuższej chwili krążenia trafiam na dołek z lampionem leżącym na dnie pod jakąś gałęzią. Dobry początek;-( 

Do następnych PK już trafiam bezbłędnie, choć tempo raczej marne – teren ciągle mało przebieżny. I znowu po drodze brakuje 2 paśników. Jakaś plaga kradzieży tych budowli, czy co? 

Kolejne PK – ciągle mało biegania i przedzieranie się przez ciężkie podłoże, ale znajdowane bez problemu. Idzie dobrze aż do PK 10. Nie mogę znaleźć lampionu. Niby rowy podobnie jak na mapie, ale nie do końca. Zastanawiam się, czy dobrze trafiłem. Dopiero po dłuższej chwili poszukiwań znajduję lampion. Mam wrażenie, że jest nie tam gdzie trzeba. Analiza śladu GPS post factum, pokazuje, że lampion był we właściwym miejscu tylko mapa ma zupełnie inny układ rowów i dołków niż to, co znajduje się w terenie. 

Czas na PK 11. Jest to kawałek terenu, w którym zawsze się gubię. Tym razem także. Najpierw wystraszyło mnie drzewo pękające gdzieś „nad głową”, potem omijałem wiatrołomy, w efekcie zniosło mnie z azymutu w prawo. Szukałem lampionu nie w tym miejscu co trzeba – miejscu gdzie praktycznie nie ma poziomnic na mapie, a w terenie są wyraźne góry i doliny. Po raz kolejny dałem się na to nabrać;-( 

Przy PK 11 miga mi jakiś biegacz – dzisiaj strasznie pusto w lesie. 

Okolice PK41 tak wyglądał las wszędzie gałęzie i wiatrołomy

Kolejne spotkanie z człowiekiem przy PK 19. Wyraźnie trasa rodzinna. Spacerowicze, a nie biegacze. Jeszcze ostatni PK 20 i meta. Godzina i 20 minut na trasie, 9 km w nogach. Większość chodzenia. Zostały już na starcie tylko nieliczne auta - nie widać żadnego zgniecionego przez przewracające się drzewo – znaczy wszystkim się udało. No, jeszcze organizatorka musi zabrać lampiony, więc wszystko może się zdarzyć;-) 

Zrzut ekranu zachowany dla potomności;-)

Z powodu huraganu frekwencja nie była zbyt wysoka, ale jest mały plus – uplasowałem się na 3-ciej (historycznej) pozycji na trasie C, choć nogi nie niosły jak trzeba po falenickim bieganiu, a i po przewróconych gałęziach biegam bardzo wolno i ostrożnie po przykrym przypadku skręcenia kostki rok temu. Kto nie był niech żałuje;-) 

Na mapie, poza PK 11 nie wyglądało to nawet tak źle;-)

 

 

czwartek, 30 grudnia 2021

Na przystanek 3!

Renata znowu znalazła wymówkę przed bieganiem. A bo to okna, ciasta, pierogi, barszczyk… Każda wymówka dobra!

Lampion startowy
 
Na starcie raczej kameralnie. Niewiele aut, żadnego tłumu… Pewno dlatego, że w sobotę zaanonsowały się trzy „konkurencyjne” imprezy i nie dało się wszystkich obskoczyć. Trasa C – prawie 7 km. Do pierwszego punktu – krzale, leżące gałęzie po niedawnej wycince – słowem niefajnie;-( Jedyny plus, że teren podmokły okazał się raczej suchy. Do PK 2 nawet znalazłem kawałek drogi. Niestety, nie biegła w idealnie dobrym kierunku i musiałem z niej zrezygnować gdzieś tak w połowie odległości do lampionu. 

Do PK3 daleeeeko. Tu już nie pchałem się przez to pobojowisko ściętych gałęzi i ile się da drogami. PK 4 i PK 5 po kresce, przez krzaki, bo niedaleko, zresztą trochę się przejaśniło w poszyciu lasu. Do PK 6 pioruńsko daleko. Ponad kilometr. Najpierw „wpław” przez wyschnięte mokradło, potem drogami, których nie ma na mapie. W pewnym miejscu „zakręciłem się”: w terenie drogi jak byk, na mapie niespecjalnie coś tu powinno być. W efekcie trafiłem na lampion z PK 12. Gdyby go tam nie było, pewno dłużej lokalizowałbym miejsce swojego pobytu. 

PK 7 przebiegłem. Ot, taki „dupny” kopczyk w terenie, na mapie oznaczony był mizerną kropką, a taki na mapie oznaczony dwoma poziomnicami w terenie prezentował się mizernie. Dlatego szukałem lampionu znacznie dalej. Pamiętam, że już kiedyś w tej okolicy także miałem trudności z namierzeniem się na punkt - widać mapa musi być tu dość „specyficzna”. Oczywiście ósemki, która była niedaleko, także dłuższą chwilę poszukałem;-( 

Przy PK 9 pojawił się jakiś taki dwuosobowy tłum z krótszych tras, przemieszczający się w przeciwną stronę niż ja. 

Na dziesiątkę udało się sprawnie trafić – bądź co bądź to punkt podwójny i byłem na nim wcześniej. I zaczynamy zabawę z „rodzynkiem” czyli PK 11. Samotny dołek na zielonym. Może nieduży obszar do przeczesania, ale zielone na mapie sugeruje słabą widoczność. I tak jest w praktyce. O dziwo, nie było aż tak źle – owszem, najpierw znalazłem „ten drugi” samotny dołek, ale wtedy już wiedziałem gdzie szukać tego właściwego, z lampionem. 

PK 12 – już wcześniej odwiedziłem, więc „bułka z masłem”. PK 13 i znowu powrót na dołek znany z PK 11 – tym razem „bezbłędnie”. PK 15 ciężko przeoczyć, bo u podnóża nasypu wysokiego na kilka pięter. Może przeoczyć niełatwo, ale znowu nie wszedłem na punkt „czysto”. Niby te 20-30 metrów różnicy, ale człowiek musi zwolnić, rozejrzeć się, a nieraz nawet zatrzymać i zerknąć w mapę. Zawsze to dobre kilkanaście sekund straty… 

Przedostatni PK 17 miał być na końcu mokradła. Biegnę drogą, przecinam mokradło i za mokradłem w lewo (najlepiej ścieżką zaznaczoną na mapie) prosto na punkt. Tak mówi mapa. Więc się rozpędzam, przebiegam przez obniżenie z mokradłem, droga w lewo to skręcam. Przebiegam te 100m i na wszelki wypadek zbiegam na brzeg obniżenia, gdzie ma być lampion. Tyle, że lampionu nie ma. I to mokre obniżenie wcale się nie kończy jak powinno! Może jestem za blisko? Biegnę dalej obserwując mokradło. Nie – jestem stanowczo za daleko, mokradło znowu się pogłębia- tak być nie miało! Zatrzymuję się i studiuję mapę. Chwila… to mokradło się rozdziela na mapie przed drogą którą je przecinałem i powinienem przebiec dwa mokradła i dopiero skręcić w lewo! Ok, wiem gdzie jestem ale strata czasowa znacząca;-( Znajduję po chwili właściwe miejsce i lampion. 

Jeszcze ostatni PK 18 ukryty w rowie i dobieg na metę. Dodam, że meta „trudnozajdowalna”- takie miejsce łatwe do przeoczenia – bez spektakularnego miejsca na finisz (byli tacy, co nie odbili mety, jak widać w wynikach). I w dodatku daleko od punktu sczytywania chipów. Truchtam do sczytania naokoło – tak, by dobić do 10 km – zawsze to ładniejszy dystans widoczny na Stravie;-) 


 

Coś ostatnio się rozkalibrowałem – takie głupie wpadki jak z PK 18 czy PK 7 i to nagminne nietrafianie w lampion i straty czasu na jego poszukiwanie. 


 

środa, 23 grudnia 2020

ZZK - Legionowo Przystanek

Przez cały tydzień uczciwie się opierniczałam i nawet raz nóżką nie ruszyłam, żeby chociaż imitować bieg. Ale bo to człowiek ma czas na trenowanie? Święta idą przecież. Tomek to się przynajmniej nachodził szykując UrodzInO, rozwieszając, a potem zbierając lampiony. (O UrodzInO będzie jak się Tomek ogarnie z napisaniem relacji) Na sobotni trening miałam więc zastane wszystkie kości i mocne postanowienie takiego biegania, żeby odpracować zaległości.
Tyle luda przyjechało na ten trening, że musieliśmy zaparkować daleko, daleko od biura. Niesamowicie wyglądał chyba z kilometrowy sznur samochodów zaparkowanych na poboczu. Jak za starych przed epidemicznych czasów.
 
I tak się to ciągnęło w nieskończoność....
 
Pogoda była mało zachęcająca - mglisto, pochmurnie, depresyjnie. I nikogo to nie odstraszyło:-)
Na start musieliśmy kawałek podejść, a potem poczekać w kolejce chętnych do odbicia się. Obydwoje mieliśmy ten sam pierwszy punkt, na mojej trasie był to jednocześnie najdłuższy przebieg. Przez chwilę zastanawialiśmy się jakim wariantem pobiec i w końcu ruszyłam jako pierwsza.

Pierwsze kroki na trasie.

Ja postanowiłam pobiec naokoło drogą, Tomek na azymut. Akurat przy starcie las był dość gęsto zakrzaczony i mało zachęcający i już wolałam nadłożyć niż przedzierać się i tracić siły na samym początku. Nie wiem ile minut po mnie ruszył Tomek, ale spotkaliśmy się kawałek przed jedynką i dalej pobiegliśmy razem.

Tak rączo pomykałam do PK 1:-)

Dwójkę, trójkę i czwórkę mieliśmy też takie same, ale Tomek pobiegł szybciej. Mi jakoś nie szło. Chyba ten tydzień lenistwa zrobił swoje. Poza tym , że źle mi się biegło, to jeszcze znosiło mnie na prawo. Niby korygowałam, ale głównie patrzyłam dokąd biegną inni, albo skąd odbiegają. Dobra, głównie patrzyłam gdzie biegnie Piotrek, który mnie dogonił, chwilę biegł obok i w końcu przegonił. Wiem - słabo.
Między piątką a szóstką wszystko mi się pokićkało - pojawiły się jakieś ścieżki, których nie było na mapie, zaczęłam dziwnie zmieniać kierunek, mimo że wciąż patrzyłam na kompas. Piotrek zniknął, a napotkane osoby też miały problem ze zlokalizowaniem punktu. Jakiś Trójkąt Bermudzki normalnie. W końcu się udało. 
 
Mam wrażenie, że albo piątka źle stała, albo mapa słabo narysowana.
 
Na kolejne punkty biegłam za, przed, obok zawodniczki z Team 360 (w zależności od tempa jej i mojego). Miałam nadzieję, że w końcu przyspieszy i zniknie mi z pola widzenia, bo zamiast na mapę, to patrzyłam głównie na jej poczynania. No, niestety, obie miałyśmy takie samo tempo. Akurat przy dziesiątce to dobrze na tym wyszłam, bo znowu zniosło mnie w prawo i koleżanka widząc, że idę na manowce, zawołało mnie i pokazało gdzie stoi punkt. Poczułam się jak ostatnia sierota, ale skorzystałam, no bo co...
Na pozostałe dwa punkty biegłam już drogami, więc trudno było wymyślić coś głupiego. Na ostatniej prostej jeszcze dałam z siebie wszystko żeby o parę sekund poprawić wynik i tym sposobem zamiast 31 miejsca zajęłam 30 miejsce, ex aequo zresztą.
Wyjątkowo źle mi się biegało - i nawigacja do d..., i samo bieganie marne, i żadnej radości z tego wszystkiego. Czasem nawet jak nie idzie to mam frajdę z samego uczestnictwa, a tym razem czułam się jak bym pańszczyznę odrabiała. Najwyraźniej jakiś słaby dzień się trafił.