Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PUKS Młode Orły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PUKS Młode Orły. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2022

W roli trenera - czyli Sterani z PUKSem

Od dłuższego czasu próbuję namówić ludzi biegających z Zielonce (w ramach treningów realizowanych przez OKiS) na biegi na orientację. Wreszcie mi się udało. Namówiłem Mariusza. Padło na PUKsowy trening na mapie Sterani. 

Sterani to genialny teren – górki kopczyki, mech, w miarę mało zielonego łapiącego za nogi. Szczególnie po deszczu wygląda to bajkowo. Mapa ma jedną „wadę” – rysowana jeszcze starymi metodami, w żaden sposób nie chce się nanieść na rzeczywiste ukształtowanie terenu. Na szczęście przy małych odległościach pomiędzy lampionami (mapa jest używana w skali 1:5000) błąd nie jest taki duży, gorzej gdy trafia się dłuższy przebieg na azymut… 

Czwartkowe popołudnie, upał, słońce. Dojechałem na miejsce równo z Mariuszem. Zaczęliśmy od krótkiego instruktażu: „To jest mapa, to kompas…”. Wiem, wiem wiele nowych pojęć dla początkującego…. 

Nie ma co gadać – trzeba w las. Do startu kawałek. Można pokazać w terenie co oznacza zielone, a co białe;-) 

Ostatnie zerknięcie w mapę i ruszamy

Ruszamy. Mariusz przodem (jak by co, biega szybciej), ja za nim patrząc gdzie się zgubi. Jak to na treningu, długi dobieg na pierwszy PK omówiliśmy wcześniej: ścieżką do końca, potem albo ominąć, albo przez zielona, a potem na azymut spory kawałek. Mariusz ruszył z werwą. Trochę przystopował gdy skończyła się ścieżka, ale dalej śmiało ruszył przez krzaki i dalej na azymut. Znosiło go w prawo, ale nie korygowałem i wybiegliśmy na PK 16 zamiast na PK 1. Ale i tak całkiem dobrze poszło jak na pierwszy raz!

Dobieg do PK1 - jak na pierwszy raz na azymut całkiem dobrze!

Na mapie mało dróg, więc w praktyce biega się na azymut. Oczywiście na PK 2 także wg wskazań kompasu. I tu dałem ciała. Byłem pewien, że znowu zniosło nas w prawo, ale okazało się, że lampion sprytnie schował się w dołu, na który wybiegliśmy. Ja byłem pewien, że jesteśmy przy dołkach bardziej na południe, więc niepotrzebnie szukaliśmy lampionu na północy. Normalnie wstyd;-)

Tak to bywa gdy lampion jest ukryty na dnie dołka...

Do PK 4 było łatwo trafić – bądź co bądź, przy brzegu pola uprawnego. Gorzej było dotrzeć do PK 5 – na drodze stanęło ogrodzenie i zabudowania, których nie ma na mapie! Tu pierwszy test rozdzielenia się – Mariusz pobiegł samodzielnie omijając krzaki z prawej, a ja jak typowy orientalista - po kresce. Z pewnymi problemami, ale szczęśliwie Mariusz dotarł do PK 5.

Bieganie przez krzaki jest szybsze niż naokoło - dzięki temu zrobiłem zdjęcie przy PK5;-)


Kolejne rozdzielenie się po PK 7. Lampion PK 8 w praktyce był widoczny z PK 7. Mariusz prowadził tym razem za bardzo w lewo – w krzaki. Ja po cichutko podbiegłem do lampionu i czekałem aż dotrze. Mija minuta, dwie - Mariusza ani śladu. Inni podbijają PK, a Mariusza dalej nie ma. Wreszcie coś zaczęło szeleścić w krzakach na północ od lampionu i po chwili pojawia się wyczekiwana czerwona koszulka Mariusza.

Sesja zdjęciowa przy PK8

Dalej nawiguje Mariusz i dalej znosi nas w prawo. Na dłuższym przebiegu do PK 15 znosi nas do drogi na skraj lasu. Mariusz biega szybciej, więc mówię biegnij i nie oglądaj się na mnie. Mariusz wybiera przebieg naokoło drogą, ja skręcam w las na azymut. Wkrótce się spotykamy – choć różnymi wariantami obaj przebiegliśmy punkt – tu wyszła ta rozbieżność mapy z terenem, o której wcześniej pisałem (w moim przypadku – wariantu azymutowego). 

W okolicach PK 17 dogania nas Marcin. O dziwo, na PK 18 nie wbiega na lampion idealnie- szuka go na innym kopczyku. Do mety niedaleko – sugeruję Mariuszowi, by spróbował utrzymać się za Marcinem – wiem że to nie jest takie łatwe. Bierze go ambicja i próbuje go gonić. Gdzieś za PK 21 znikają mi z oczu. Z wyników widać, że trzy kolejne punkty zdołał utrzymać się z Marcinem i odpadł dopiero przy dobiegu do mety. W każdym razie pierwsze przetarcie w BnO zaliczone. Jak było widać po biegu, kilka strat w postaci podrapanych nóg w ramach chrztu Mariusz zaliczył. Ciekawe czy da się wyciągnąć na jakiś kolejny trening. Na razie ze znajomych na FB mnie nie skasował!

Już na mecie - zasłużone ciasteczko i analiza wyników

 




czwartek, 28 lipca 2022

Trasa na czas Zarazy

W środę upał niemiłosierny. Coś mnie zaczęła pobolewać głowa. Zuzia okazuje się, że w weekend była na koronaweselu – jej chłopak ma Covida, ja lecę do apteki, by kupić dla nas testy. W tym czasie w pracy oficjalne ogłoszenie o zachorowaniu. Do końca tygodnia idziemy na pracę zdalną. Wyjmuję test i zaużywam w pracy. Nic nie wykazuje. Wszyscy powoli ulatniają się na pracę zdalną – ja zostaję do końca, bo o 17:30 niedaleko pracy kolejny trening. 

Przebrany docieram do Rajszewa. Organizator właśnie wrócił ze stawiania lampionów i organizuje biuro. Jestem trzeci w kolejce, biorę mapę, coś tam popijam i niechętnie ruszam w las. 32 stopnie to stanowczo nie jest temperatura do biegania! 

Start ukryty gdzieś w trawie

Jedynki szukam o jedno zagłębienie za wcześnie. Zły prognostyk. PK 2 w krzakach, których miało nie być! Skoro PK 3 jest na zielonym na mapie to…. Lepiej dotrzeć tam drogą! Niestety, droga także powinna być oznaczona kolorem zielonym;-) Pierwsze trzy PK przeplatam się z biegaczem z psem. Zawsze myślałem, że pies pomaga (czytaj prowadzi po tropie tego, co stawiał punkty, wprost do lampionu), tu jednak to mi idzie stanowczo lepiej;-) 

Ruszam się jak mucha w smole. Głowa nap… znaczy pobolewa i jakoś tak mi sucho w ustach i ogólnie jakoś marnie. 

Przebieg do PK 9 przez całą mapę. Także przez biuro. Normalnie powinien być tu punkt wodopojowy przy takich warunkach pogodowych! Po takim meczącym przebiegu do PK 10 mam zawahanie i szukam lampionu nie na tym szczyciku co trzeba. 

Ogólnie brakuje sił i powstają wtopy przy PK 13 (znowu PK 13???), którego szukam za bardzo na północ, a potem przy PK 19, którego szukam za wcześnie (coś mi tam mignęło kolorowego przed oczami, ale to chyba z przemęczenia jak widać). 

Teren ciężki – wysokie trawy ukrywające gałęzie, pieńki, dołki, ostre słońce świecące ciągle w oczy. Próba przyspieszenia zaraz skutkuje próbą skręcenia kostki. Temperatura i samopoczucie także niesprzyjające – słowem wlokę się, a nie biegnę. 

Na PK 20 znowu przebiegamy obok biura – normalnie autor trasy się nad nami znęca – aż chce się zakończyć bieg w tym miejscu i nie męczyć się dalej! Ale dam radę, zostały tylko 3 punkty! (no cóż takie dalekobieżne, ale tylko trzy!) 

Docieram na metę wycieńczony, wprawdzie z kiepskim czasem, ale dumny, że dałem radę. 

Jakiś taki trochę niewyraźny jestem

W domu samopoczucie coraz gorsze – następny dzień zaczyna się gorączka i... pozytywny wynik testu na koronowirusa. No cóż, czeka mnie dobry tydzień zesłania i odpoczynku od biegania….


 

środa, 27 lipca 2022

Przystanek z rozpędu

Jak się biegało w sobotę, to trzeba i w niedzielę. Tak z rozpędu, by nie wyjść z wprawy. Tym razem… także z PUKSami, tyle, że w Legionowie, na mapie „Przystanek”. Swoją drogą często te nazwy map są bardzo abstrakcyjne. Tu Przystanek, tam jedna Niewiadoma, druga Niewiadoma i inne takie…. 

Renata dalej niedysponowana, więc samotnie. Miejsce startu takie „mniej typowe”. Wąska droga, trudno zaparkować, gęsty las, a start w środku krzaków. Na tym Przystanku fajne są takie powojskowe nasypy i rowy – pamiętam je z jakiegoś pierwszego w życiu treningu PUKsowego i nieustannie mnie zachwycają – tyle, że tym razem będą gdzieś daleko od startu.

Organizatorzy ze sławnym pudełkiem "KLUCZE"

Na start idę za kilkoma osobami. Ma być przy paśniku, gdzie urywa się ścieżka. Pierwsze wyzwanie to znaleźć ten paśnik. Po chwili udaje się. Reszta biegnie na wariant B, więc pipam i startuję. Lecę w największe krzaki. Co tam wiele mówić, mało tego „lecenia”, raczej mozolne przedzieranie się przez gęstwinę. Wreszcie wypełzam z krzaków, trafiam na rów, który ma mnie doprowadzić do lampionu. I doprowadza. 

Do startu gotowy!

Las mało przebieżny – sporo krzaków i gałęzi leżących na ziemi – więc rowem, a potem drogą do kolejnego PK. Do PK 3 na krechę przez jakieś bagno. Środek lata, upały więc na szczęście bagno suche, zostały tylko pokrzywy i krzale. 

Koło PK 5 poznaję teren – kiedyś się tu gubiłem. Tym razem także coś mi się nie zgadzają drogi i lekko naokoło docieram do punktu. 

Podobnie jak w sobotę, twardo trenuję bieganie na azymut bez kręcenia pierścieniem kompasu. Idzie znośnie! 

PK 6 – tu zawsze się gubiłem, ale tym razem udaje się – bez skuchy! I odkąd pamiętam jest to obszar gdzie „od zawsze” leży masa gałęzi i biegać się nie daje. 

Do PK 7 ścigam się z zagraniczną konkurencją (tak, tak – trening międzynarodowy normalnie!) poziomu Elita. I co tu dużo pisać, mój azymut jest lepszy – pomimo 2 razy mniejszej prędkości biegu jestem pierwszy przy lampionie! Ale tylko na chwilę – konkurencja zaraz znika w sinej dali… 

PK 8 ma być koło paśnika. Sęk w tym, że paśnika nie ma. Znaczy jest, ale tylko na mapie. Dołka z lampionem nie widać. Wskazuje mi go litościwie grzybiarz – okazuje się, że o kilka kroków ode mnie, ale tak ukryty… 

Zamiast paśnika powinien być narysowany "Grzybiarz"

PK 9, 10,11,12… Do PK 13 postanawiam ciut podbiec drogami. Znajduję lampion, ale ma się on nijak do terenu. Mapa Przystanek jest specyficzna – nawet bardziej niż Niewiadoma – nie daje jej się zupełnie dopasować do terenu. Trzeba by jakoś nieliniowo dla fragmentów zmieniać skalę. Lampion na pewno stał nie tam, gdzie powinien (widomo trzynastka) – stąd do kolejnego PK ciut zbaczam. 

Pechowa 13-ka nie tam gdzie trzeba;-)

 Do PK 15 zaczynam biec na azymut a tu.. ściana krzaków. Skręcam i obiegam drogami. 

Na kolejnych lampionach PK 15, 16, 17 już byłem wcześniej, ale i tak udaje mi się coś zboczyć z dobrego kierunku na PK 17 – czyżby zmęczenie? 

Zostaje dłuuuugi przebieg do PK 18 (tożsamego z PK 1) i przedzieranie się krzakami na metę. 


 Wyszło coś ponad 8 km (nominalnie 7,1 km) i pozwoliło się całkiem miło zmęczyć. Na mecie coś tam o kolejnym treningu było już słychać…. Pracowite lato mnie czeka! 


 

Trening z Niewiadomą

Zawsze lubiłem treningi na Niewiadomej. Oczywiście chodzi o mapę „Niewiadoma”: kilka górek, dużo fajnego niezakrzaczonego sosnowego lasu, zielony mech… Taki trochę „bajkowy krajobraz”. 

Renatę z tej przyjemności wyłączyła jakaś angina, czy inna infekcja rzucająca się na gardło. 

Tam w oddali start

 
O właśnie na tym szlabanie

Sobota, sucho, gorąco – typowa letnia pogoda. Na starcie już trochę aut i nikogo oprócz organizatorów – znaczy wszyscy w lesie. Biorę mapę, pik (clear), pik (check) i pik (start). Co ja pisałem? Że mało krzaków? Chyba na wyrost! Od startu do PK 1 krzaki, aż nie chce się w nie zagłębiać. Obiegam naokoło – zawsze to trochę lepiej. Choć post factum widzę, że znacznie krócej i wygodniej było obiec z drugiej strony ścieżką, prawie pod sam lampion;-) 

A mogłem biec tą drogą po lewej...

Poprawiam się na kolejnych punktach. Las zaczyna być przebieżny i bajkowy. Jak trening to trening – próbuję biegać bez kręcenia tarczą na kompasie. Nawet wychodzi. No dobrze, przy PK 9 znosi mnie w lewo, ale i tak idzie dobrze jak na tę technikę nawigowania kompasem. Kolejna odchyłka przy długim przebiegu na PK 12 – pudłuję o „jedną dziurę” w lewo. Tu gdzieś zza krzaków wybiega Hania – a myślałem, że już nikogo w lesie nie spotkam! 

Przede mną PK 13 na samym północno-zachodnim skraju mapy. Na mapie – jeden jedyny dół gdzieś pod koniec wydmy. Jest koniec wydmy – jest dół – bez lampionu! Jest kolejny dół – bez lampionu! Cofam się – jest następny superdół (obniżenie) bez lampionu! Jestem skołowany. Niby granica młodnika wskazuje, że gdzieś tu powinien być lampion…. Zostaje odszukać ścieżki i od tej strony szukać lampionu. Jest wreszcie – niedbale rzucony na dno najmniejszego z przeszukanych dołów;-( 

Poszukiwania PK 13

 Dalej idzie bez problemów, no może poza przedzieraniem się po kresce przez największy gąszcz przed PK 17 (zamiast go obiec jak cywilizowany człowiek). 

Lampion z klubowym kodem 44 (podwójny PK 2/9) prawda, że bajkowo?

 Wyschnięty na wiór, lekko podrapany, docieram do lampionu „Meta”. Przy sczytywaniu chipa autor trasy narzeka, że mapa jest niezbyt dokładna, bo kreślona dawno temu i łączona z dwóch kawałków. Rusza mnie sumienie i obiecuję przeliczyć nowe poziomnice z najnowszych dostępnych danych lidarowych. Ciekawe czy następny trening będzie już na ulepszonej mapie? 

Już na mecie - spocony i lekko podrapany;-)


 

wtorek, 4 maja 2021

Puksowa Majówka - dzień 2

Na niedzielę pogoda zapowiadała się jeszcze gorsza niż była w sobotę. Zewsząd atakowały ostrzeżenia o nadchodzącym armagedonie i w końcu zaczęłam brać pod uwagę możliwość rezygnacji z wyjazdu na trening. Ustaliłam sama ze sobą, że jeśli rankiem będzie mi walić w okno (dachowe) żabami, to w ogóle nie wyłażę spod kołdry, jeśli będą lecieć małe płotki to przemyślę sprawę. W niedzielny poranek w okno nie waliło nic, nawet deszcz. No to pojechaliśmy, ale tylko we dwójkę tym razem. Padać zaczęło gdzieś w połowie trasy, najpierw kilka kropel, potem coraz więcej i więcej. Ale wciąż z rozsądkiem. Szybko pobraliśmy mapy i jak najszybciej ruszyliśmy w las.

 
Ostatnie przygotowania

 
Start!

Mapę dostałam w skali 1:5000, więc długi przebieg na mapie, w terenie okazał się krótki. Trochę ściągnęło mnie w prawo, ale wystarczyło się rozejrzeć, żeby wypatrzeć lampion na kopczyku. Kopczyków było bez liku, trochę górek i obniżeń i wszystko to tworzyło iście bajkowy krajobraz. Już biegaliśmy kiedyś w tym terenie, ale znów zrobił na mnie wielkie wrażenie. 
Dwójka była widoczna z jedynki, a trójka z dwójki, ale dla pewności za każdym razem sprawdzałam kod. Teren był przecież idealny do różnych zasadzek ze "stowarzyszonymi" lampionami. Czwórka, piątka i szóstka poszły dobrze i już się nawet zaczynałam cieszyć, ze spodziewanego sukcesu, ale na siódemce się zacięło. Ruszyłam bardziej w kierunku dziesiątki niż siódemki i zniosło mnie daleko w od punktu. Na szczęście ukształtowanie terenu było na tyle charakterystyczne, że szybko ogarnęłam gdzie jestem i raz dwa naprawiłam swój błąd. Ufff, udało się.

No i gdzie mnie tam poniosło?

Dla równowagi ósemka i dziewiątka weszły gładko, a z dziesiątką rozminęłam się o parę metrów. Zupełnie pogubiłam się w tych nierównościach terenu, kopczykach, dołeczkach itp. i dopiero Sylwia wyratowała mnie z opresji. Kiedy spotkałyśmy się, ona szukała dziewiętnastki, ja dziesiątki. Okazało się, że bliżej nam do dziewiętnastki, ale przynajmniej miałam się od czego namierzyć w dalszą drogę.

Gdzie ta dziesiątka?

Myślałam, że limit zagubień już wyczerpałam, a tymczasem po dziesiątce wylądowałam na dwunastce. To znaczy od razu wiedziałam, że lampion do którego podchodzę to nie jedenastka, bo był w dole skarpy, a nie na kopczyku, ale miałam nadzieję, że dowiem się dokąd mnie tym razem zniosło. Tym sposobem odbyłam rundkę z dwunastki na jedenastkę i z powrotem. Za to "z powrotem" miałam łatwo, bo znałam drogę:-)

 
10-12-11-12

Do trzynastki znowu poszłam naokoło, ale wypatrzyłam lampion na kopczyku, a potem... wszystko się naprawiło. Kolejne punkty wchodziły bezproblemowo, mimo że przebiegi były dłuższe niż dotychczas. A może właśnie to mi pomogło? A może deszcz, który coraz bardziej nabierał intensywności zmobilizował mnie do większej skuteczności? Bo co to za przyjemność gubić się w ulewie, nawet jeśli w terenie przecudnej urody.
Dla polepszenia samopoczucia po niezbyt udanym i mokrym biegu, na mecie nażarłam się ciastek i nawet nie zdobyłam się na wyrzuty sumienia. W niektórych sytuacjach ciastka się po prostu należą.

 
Mój przebieg.

Kiedy w domu zgraliśmy nasze gps-y i Tomek usiłował nanieść je na mapę, okazało się, że jest to praktycznie niemożliwe. Jak skala zgadzała się w pionie, to rozjeżdżała się w poziomie, a jak zgadzało się w poziomie, to pion się rozłaził. Jednym słowem biegaliśmy na totalnie niezgodnej z rzeczywistością mapie.  No i przynajmniej teraz wiem, że ja to biegłam dobrze, tylko mapa do bani. I niech mi nikt nie próbuje mówić, że było inaczej!

środa, 16 stycznia 2019

3 x pobiegane! Plus lokowanie produktu.

Kiedy w zeszłym roku zapisywaliśmy się na tegoroczny styczniowy Bieg Chomiczówki, wydawało mi się to wspaniałym pomysłem. Co prawda przez moment przemknęła mi myśl, że 15 km to trochę dużo, ale zaraz została zagłuszona szumnym staropolskim "co? ja? ja nie dam rady?" Dzisiaj pomysł tak długiego (dla mnie) biegu wydaje mi się absolutnie absurdalny, ale zapłacone - pobiec trzeba. W związku z tym oboje z Tomkiem podnieśliśmy nasze cztery litery z kanapy i ruszyliśmy trenować. Żeby jednak nie tracić kontaktu z orientacją postanowiliśmy pożenić jedno z drugim i tym sposobem zaliczyliśmy ostatnio dwa razy treningi PUKSa oraz FalInO.
Półtora tygodnia temu, w sobotę, wybraliśmy się do Rajszewa. Ja tak dość zachowawczo wybrałam krótszą trasę (4,9 km), Tomek poleciał na dłuższą. Biegaliśmy  na długim, wąskim pasie lasu między drogą a Wisłą, co od razu ograniczało możliwości zgubienia się:-) Okazało się jednak, że trasa była łatwiutka, przebiegłam bez żadnych problemów, kompas spisał się znakomicie i bezbłędnie doprowadzał mnie gdzie trzeba i jedynie pogoda była taka sobie. Już po pierwszym punkcie buty miałam dokładnie przemoczone, bo od dołu mieliśmy topniejący śnieg, a od góry mżawkę przechodzącą z czasem w lekki opad. Nie wiem ile zrobiłam w sumie kilometrów, ale zajęło mi to prawie godzinę. I tak na mecie czułam się jakaś taka niedobiegana, a ponieważ Tomek jeszcze był na trasie, pobiegałam sobie jeszcze tak rekreacyjnie. Przy okazji zauważyłam, że jak się biegnie z pustymi rękami, czyli bez mapy, kompasu i czipa, to człowiek się zdecydowanie mniej męczy. A niby to wszystko tak niewiele waży.

Na takiej mapie biegałam.

Tydzień później wybraliśmy się na FalInO. Mieliśmy do wyboru parkrun albo orientację, no i orientacja wygrała. Zresztą FalInO gwarantowało nam bieganie po wydmie, czyli jakby większy wysiłek niż po parkowych alejkach. A tu przecież siłę trzeba budować (czy jak to tam doświadczeni biegacze mówią:-))) Zapisałam się na najdłuższą kobiecą trasę, a i tak miała tylko niecałe 4 km. Przywiązanie do mojej kobiecości jakoś nie dopuściło myśli, że mogłabym pobiec na trasie męskiej, a przecież nikt by mi nie zabronił. W Falenicy biegałam już tyle razy, że nawet zastanawiałam się czy mapa jest mi w ogóle potrzebna, a jednak już na dzień dobry udało się autorowi mapy mnie zaskoczyć. Do tej pory pierwszy punkt był zawsze w lasku za Bartoszycką, więc odruchowo pobiegłam w tę stronę, dopiero jak zerknęłam na mapę, to aż mnie zastopowało. Pierwszy punkt zaznaczony był na boisku! Patrzyłam w tę mapę i nijak nie mogłam uwierzyć. Ale jak to???? W końcu odwróciłam się i jak przestraszony kot na ugiętych nogach nieśmiało zaczęłam przemieszczać się w stronę boiska. No, ale jak to? Jak to? Jak można było mi to zrobić? Duużo czasu straciłam na jedynce, bo choć widziałam lampion już z daleka, to wciąż nie mogłam uwierzyć w taki rozwój wypadków. Dopiero po podbiciu karty pozbierałam się w sobie i pobiegłam dalej. Szło dobrze do piątki a potem zrobiłam tak głupi błąd, że śmiech na sali - odwróciłam sobie mapę do góry nogami i zaczęłam się namierzać. Może nieco usprawiedliwia mnie fakt, że namierzałam się na szóstkę, która po odwróceniu mapy co prawda stała się dziewiątką, ale wciąż wyglądała jak normalna cyfra, więc nic nie wzbudzało moich podejrzeń. Pobliska ósemka także odwrotnie wciąż była ósemką. Jedyne co mi nie pasowało do koncepcji to teren dookoła - ścieżki w jakichś dziwnych kierunkach, szczyt wydmy po niewłaściwej stronie... W końcu zorientowałam się co robię, zaczęłam przekładać mapę i … znów miałam ją do góry nogami. Totalne zaćmienie. W międzyczasie dogoniła mnie Beatka, którą wyprzedziłam ze dwa punkty wcześniej, więc uznałam, że najlepiej będzie popatrzyć gdzie ona idzie, skoro i tak nie umiem ustawić mapy jak trzeba:-) Po podbiciu szóstki pobiegłam już samodzielnie i do końca trasy nie było żadnych niespodzianek. Tylko na mecie znowu niedobiegana byłam, bo dystans za krótki. Ponieważ mieliśmy z Tomkiem jeszcze dużo spraw do pozałatwiania tego dnia, cierpliwie czekałam na niego i nie szłam już do lasu na dodatkowa przebieżkę, bo moglibyśmy się rozminąć.
W Falenicy miałam też swoje pięć minut, bo Andrzej oficjalnie przekazał mi moją nagrodę za trzecie miejsce w PMnO (nie mogłam odebrać osobiście), więc teraz z dumą ją Wam tu prezentuję:

Dumna i blada:-)

Następnego dnia czekała nas kolejna orientacja, znowu z PUKSami, tym razem w Skierdach. O ile w Falenicy mieliśmy fajną pogodę, to niestety w niedzielę już się zepsuła i na start jechaliśmy w deszczu. Pogoda, dystans 5,5 km oraz mocno pofałdowany teren zapowiadał niezłą zabawę.

Zaraz, zaraz... to gdzie jest ten start?

Zaczęłam dobrze i punkty wpadały bezproblemowo. To znaczy bezproblemowo pod względem nawigacyjnym, bo kondycyjnie było już gorzej. Im mniej płasko, tym gorzej. Gdzieś obok mnie co chwilę pojawiał się Kamil, który może nie jest jeszcze orłem nawigacji (tak dla porządku - ja też nie jestem), ale za to szybko biega. No to próbowałam z nim trochę powalczyć sposobem - jak on biegł drogami, to ja w las i na azymut i tym sposobem aż do PK 8 co chwilę spotykaliśmy się w okolicach kolejnych lampionów. A na PK 8 dopadło mnie zaćmienie. Umysłowe zaćmienie. Zaczęłam lecieć na dziewiątkę i nagle ... zapomniałam z jakiego punktu ruszyłam i do jakiego chcę dotrzeć. W sekundę w głowie zrobiła mi się taka pustka, że tylko wiatr hulał tam i z powrotem. Jak się ma kartę do dziurkowania, to można sprawdzić co już podbite, ale my biegaliśmy z czipami:-( Niby mogłam pobiec za znikającym w oddali Kamilem, ale nie byłam pewna czy jesteśmy na tej samej trasie, a poza tym w końcu wymyśliłam, że jestem między siódemką a ósemką i dam sobie radę sama. Ponieważ wcale nie byłam tam, gdzie myślałam, że jestem, sprawy się nieco pokomplikowały. Błąkałam się więc tak po wydmie to idąc w prawo, to w lewo, ale tak ogólnie to bez celu i sensu. W końcu dotarłam do drogi w jarze i krzyża na górce. To akurat było na mapie i to dość blisko dziewiątki. Uznałam więc, że skoro jestem tak blisko, to może i faktycznie do dziewiątki miałam dotrzeć. Dalej poleciało już bez problemów, choć czułam trochę zniechęcenie tą dziwną przygodą. Na metę dotarłam po niemal osiemdziesięciu minutach i tym razem miałam dość. Jeszcze chwilę musiałam poczekać na Tomka, który też swoją trasę zaliczył z przygodami, ale czas oczekiwania spędziłam w zaciszu samochodu okutana we wszystko ciepłe, jakie wzięliśmy z domu.

A teraz uwaga! - lokowanie produktu!

Sobie popatrzcie na fotkę powyżej i na mój nowy zielony dupochron. To jest spódnica na miarę naszych czasów - chroni istotne części składowe kobiety, zapewnia komfort cieplny, świetnie wygląda, daje poczucie elegancji nawet w lesie, nie ogranicza ruchów,  wyróżnia w tłumie,  leczy kaca, nagniotki i zgagę, sprząta, gotuje, robi zakupy. No dobra, może się trochę zagalopowałam, ale przynajmniej połowę opisanych zalet posiada. Jak która chce takie cudo to lećcie do Kasi Karpy - http://snag.pl/

Koniec lokowania produktu.
I koniec relacji.