Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marysin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marysin. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 kwietnia 2021

Jesteśmy i nawet GPS-O się trafiło po drodze.

Żyjemy, żyjemy, tylko jakoś mi nie po drodze było na bloga, a i zawodów mniej niż zwykle. 
Tydzień przed świętami odpuściliśmy sobie Sosnowe Klimaty i Hałę bo Tomek spędzał sobotę na fotelu dentystycznym, a ja jeździłam na szmacie, żeby chałupę ciut ogarnąć.  W niedzielę nie chciało nam się nigdzie jechać, więc żeby się nie zastać, zrobiliśmy dyszkę po naszym poligonie. We wtorek powtórzyliśmy ten sam manewr, zmieniając tylko troszkę trasę, więc w sumie wybiegani to byliśmy.
W Wielką Sobotę, kiedy byliśmy już ze wszystkim ogarnięci, postanowiliśmy nadrobić zaległości w GPS-O i pojechaliśmy na Marysin. Tomek wydrukował mi mapę w wersji dla niedowidzących, w skali zbliżonej do 1:3000 i tak uzbrojona ruszyłam w las. 
Pierwszy punkt wydawał się banalny - ścieżką do skrzyżowania, potem w lewo, kolejne skrzyżowanie i przy nim dołek. Ścieżka okazała się wąziutką ścieżynką, pomna mapy skali co chwilę rozglądałam się za skrzyżowaniem, a tu nic. W krzakach po lewej widziałam pomykającego Tomka,bo on wybrał wersję na azymut. Niby miało być blisko, a skrzyżowania ani śladu. Już myślałam, że może to nie o tę ścieżkę chodzi i zaczęłam wracać, ale w końcu schowałam honor do kieszeni i pobiegłam za Tomkiem. Tym sposobem już przy pierwszym punkcie byłam poirytowana i nabuzowana. 
Na dwójkę poszłam już na azymut, a i tak trafiłam na stowarzyszony dołek. Nie podbudowało to mojego morale, ale wciąż miałam nadzieję, że dalej będzie lepiej. Trójka była usytuowana na końcu ścieżki biegnącej pod linią wysokiego napięcia i jednocześnie na początku rowu, więc wydawało się, że już nic prostszego być nie może. Nooo, wydawało się. Ścieżka to nawet się i skończyła, ale rowu ani śladu. Telefon, który zazwyczaj pikał już z daleka, uporczywie milczał i nie wiedziałam, czy jestem za daleko od punktu, czy tylko ma taką fanaberię, żeby ręcznie wymuszać zaliczenie punktu. Połaziłam więc chwilę po krzakach tam i z powrotem i wreszcie piknęło. Rowu i tak nie znalazłam, a i Tomek twierdzi, że go nie widział. 
 
 
Kolejne problemy pojawiły się przy szóstce. Z miliona dołków musiałam wybrać ten właściwy, więc zanim mi pipnęło, zaliczyłam ich chyba ze sto, a i tak nie miałam pewności, czy w dalszą trasę namierzam się z właściwego, bo na punktach nie było znaczników, a dokładność GPSa jest taka sobie. Na szczęście siódemka była na tyle charakterystyczna, że dołkowa odchyłka nie miała znaczenia.
Na ósemkę planowałam dobiec ścieżkami, ale w połowie drogi mi się odmieniło i skróciłam sobie zaliczając po drodze powtórnie dwójkę. Na dziewiątkę haniebnie zniosło mnie w prawo i tylko cudem trafiłam na punkt, za to dziesiątka i jedenastka jakoś weszły. Na dwunastkę wyszłam idealnie, ale niestety nie wiedziałam o tym, oddaliłam się więc od niej do najbliższego skrzyżowania żeby się zlokalizować i dopiero wróciłam z powrotem. W sumie to ciekawe dlaczego mi nie pipnęlo jak za pierwszym podejściem byłam już tak blisko. Trzynastka i czternastka z leciutkimi odchyłkami w prawo, ale nie na tyle, żeby stanowiło to problem, piętnastkę musiałam obejść w kółko zanim GPS zorientował się, że to już. Ślad pokazuje, że albo mapa jest niedokładna, albo GPS jest niedokładny bo wygląda jak bym krążyła po skrzyżowaniu, a nie wokół dołka:-)
 
 
Szesnaście znowu pipnęło gdzie indziej niż jest zaznaczone na mapie, nawet dołka żadnego nie widziałam, ale grunt, że pipnęło i mogłam lecieć dalej. Siedemnaście, osiemnaście i dziewiętnaście o dziwo były bezproblemowe, a na dwudziestce poległam. Punkt miał być tuż przy skrzyżowaniu, dobiegłam więc do skrzyżowania, weszłam w las, znalazłam dołek i... nic. Uparłam się, że jak do tej pory pikało, to i teraz musi, więc łaziłam dokoła dołka do upadłego. No, ale ile można? W końcu wymusiłam podbicie i poleciałam dalej. Ślad GPS pokazuje, że na mapie w ogóle nie było tej ścieżki i skrzyżowania, przy którym szukałam punktu, bo z tymi ścieżkami to i w innych miejscach było różnie - mapa sobie, teren sobie. 
 
 
PK 21 był łatwy, a 22 dobił mnie całkowicie. To był ten sam dołek co PK 16, co to pipało bez dołka. Teraz nadchodziłam od drugiej strony i prawdę mówiąc nawet nie zauważyłam, że to punkt podwójny. Tym razem natrafiłam na dołek, ale telefon nie zareagował. W zasięgu wzroku innego dołka nie było, więc dla pewności połaziłam po okolicy. Nic. Tymczasem z krzaków wyłoniło się dwoje młodych ludzi, wyraźnie pod wpływem i zaczęli komentować moje poczynania. Czym prędzej zeszłam do drogi, wróciłam do skrzyżowania żeby się upewnić czy szukałam w dobrym miejscu i w tym momencie poczułam, że mam dość. Mam dość i trochę, po dziurki w nosie, przestało mnie bawić, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, do domu daleko i wcale, ale to wcale nie mam ochoty zaliczać kolejnych siedemnastu punktów, z których przynajmniej polowa będzie problematyczna. Szybciutko sprawdziłam na mapie którędy najbliżej do mety i w try miga uciekłam z trasy.

Podczas gdy ja się kotłowałam z pierwszą połową trasy, Tomek zaliczył już całość i przynajmniej kiedy wróciłam, mogliśmy od razu wracać do domu.
Ja to się teraz tak zastanawiam - jak to się dzieje, że na trasach Andrzeja, a ostatnio notorycznie i Michała zawsze coś musi mi pójść nie tak. A na innych - nie.  Podejrzana sprawa.

piątek, 28 czerwca 2019

10xSolo

Tak sobie przeplatamy biegi marszami, więc 10xSolo akurat nam bardzo przypasowało i terminem i formułą. I miejscem, bo po naszej stronie Wisły, w sumie niedaleko, bo na Marysinie. Zastanawialiśmy się gdzie my tam będziemy chodzić, bo przecież nie po rezerwacie, ale okazało się, że jest też kawał "cywilnego" lasu.

Zapisy - Tomek udaje, że płaci:-)

Mapa w pierwszej chwili niespecjalnie mi się spodobała, bo prawie cała była lidarowa, ale okazało się, że to tylko taki straszak, bo w sumie była łatwa do odczytania.
Bez problemu zebraliśmy PK 1 i 2 i bylibyśmy poszli dalej bez dwunastki, bo tak zasugerowaliśmy się opisem na mapie - "fragmenty mapy mogą być obrócone lub (i) zlustrowane", że w ogóle nie braliśmy pod uwagę, że nie są na swoich miejscach. Dopiero specyficzny układ dołków na mapie głównej i wycinku oraz sugestie spotkanego Kazika uzmysłowiły nam, że wycinki to jednak trzeba dopasować, a nie tylko obracać czy lustrować.
PK o nazwie AK był punktem specjalnym i w ogóle nie był liczony do ogólnej puli, ale oczywiście nikt nam o tym nie powiedział i myśleliśmy, że trzeba go normalnie zaliczyć, jak inne. Jako jedni z nielicznych polecieliśmy więc na cmentarz, jak się okazało na grób zmarłego dwa lata temu Andrzeja Kędziorka. No i w sumie to był najlepszy punkt na całej trasie, bo inaczej pewnie nigdy byśmy tam nie trafili.

Pokazaliśmy Andrzejowi mapę i naszą kartę startową.

Trójka i czwórka weszły bezproblemowo, a kolejny punkt - B, w pobliżu oczka wodnego był przeuroczy. I mokry, co przy panującym upale miało znaczący walor. W sumie to najchętniej zostałabym tam na trawce na brzegu, co jakiś czas tylko schładzając się wodą. Ale gdzie tam - Tomek pozwolił jedynie na krótką przerwę na cyknięcie selfika i zmoczenie czapeczki.

Szybka fota ...

... i rytualne moczenie czapeczki.

Punkty 7, 8, 9 i 5 nie były trudne i już cieszyliśmy się, że jeszcze weźmiemy tylko dziesiątkę i pędzimy na metę. Szóstkę planowaliśmy odpuścić, bo jeden punkt był nadmiarowy. Nieźle byśmy się wpakowali. PK 10 leżał na terenie rezerwatu, a na mapie jak wół było napisane, że wchodzenie na  teren rezerwatu będzie karane 90 punktami. Na szczęście znowu spotkaliśmy Kazia, który właśnie zorientował się, że nie może wziąć dziesiątki i wracał po któryś odpuszczony wcześniej punkt i nie omieszkał podzielić się z nami tą informacją. Najwyraźniej Kazio przynosił nam tego dnia szczęście:-) My nie musieliśmy nigdzie wracać, bo szóstka, którą mieliśmy w zapasie leżała niedaleko dziesiątki i była prawie po drodze. Wydawało się, że raz dwa ją weźmiemy i koniec. Tymczasem na mapie były zaznaczone trzy dołki, a w terenie było ich ze trzydzieści. Do tego w żadnym nie było lampionu, nawet jednego. Po chwili zebrało się już kilka  osób i rozpoczęliśmy ogólnopolskie czesanie lasu. Ostatecznie znaleźliśmy jakiś lampion, ale w całkiem innym miejscu i nawet już nie dociekaliśmy - dobry, czy nie - grunt, że w ogóle był. O dziwo, lampion okazał się być tym właściwym, ale czesanie lasu zajęło nam dużo czasu i na metę już musieliśmy biec. No i nie dobiegliśmy - zabrakło nam czterech minut i w ten sposób zajęliśmy ostatnie miejsce, chlip, chlip.