Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morsko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morsko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2020

Wawel Cup - etap 3. Wiecznie młoda.

Miało być tak pięknie... Nawet pogoda stanęła na wysokości zadania - przestało padać, ale nie zrobiło się zbyt gorąco. Wszystko zapowiadało pełen sukces.
Na start planowo pojechaliśmy trochę wcześniej, bo epidemia epidemią, ale spotkać się ze znajomymi trzeba. Nawet jeśli się ich nie widziało tylko kilka dni:-)) Trafiliśmy na Chrumkającą Ciemność - mieli minuty startowe tuż po nas. Tomek poleciał pierwszy, ja kilka minut po nim.

 Silna, zwarta i gotowa.
 
 W blokach startowych zdziwiłam się trochę, że jestem ostatnią osobą z kategorii, a w przegródce jeszcze kilka map, które skleiły mi się i wyciągnęłam wszystkie. Oswobodziłam się z nadmiaru z pomocą startowaczy. Tym razem pamiętałam żeby włączyć zegarek, bo zależało mi na zapisie trasy. Lubię mieć. Przez chwilę pamiętałam nawet, że północ nie jest w tym samym kierunku co nazwa kategorii, a dla pewności kategorię od razu podwinęłam sobie pod spód kartki.
Ruszyłam. Kawałek pobiegłam ścieżką, która zaraz miała się kończyć, potem na azymut. Punkt miał być na małej skałce za dużą skałą. Czyli spoko, trudno nie trafić. Znalazłam dużą skałę, wlazłam na jej końcówkę żeby się z góry rozejrzeć po czym zjechałam na tyłku w dół ostro lądując na kupie liści i ziemi. Potłuc się nie potłukłam, ale to hamowanie nadwyrężyło mi kolano i biodro i czułam je przez resztę trasy. Po dużej skale znalazłam jakieś dwie mniejsze, ale lampionu ani śladu. No co jest? Znowu problem z jedynką? Może kawałek dalej? Może jeszcze dalej? Dalej była już droga i najwyższa pora zawrócić. Wróciłam pod dużą skałę, po drodze dla pewności oglądając każdy większy kamień i zaczęłam od nowa. Ufff, udało się. Tyle, że na wstępie kilkanaście minut w plecy:-(


 Pracowite poszukiwania jedynki.

Na szczęście dalej poszło już lepiej. Co prawda dwójka nie chciała mi zapipać, ale akurat dzień wcześniej dowiedziałam się, że w takim przypadku należy sobie mapę przedziurkować perforatorem sprytnie ukrytym pod pipaczem. Gdyby Tomek na poprzednim etapie nie miał takiego przypadku, stałabym bezradnie nad lampionem i nie wiedziała co zrobić.
Z każdym kolejnym punktem robiło się jakby cieplej, szczególnie na podejściach. Zaczęłam tęsknić za pogodą z poprzedniego dnia, szczególnie za miłym chłodkiem, ale nawet i deszcz brałabym w ciemno. Przy podchodzeniu pod czwórkę kilka razy wręcz musiałam się zatrzymać, bo nie dawało rady.
Siódemka była trochę schowana w krzakach, ale w miarę szybko ogarnęłam gdzie jest, a po ósemce zrobiłam numer godny nowicjusza - ustawiłam kompas odwrotnie i ruszyłam dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam. Akurat tak się złożyło, że w obu kierunkach miała być najpierw ciemna zieleń na mapie, a potem jasna, więc ściana roślinności przez którą zaczęłam się przebijać, nie wzbudziła żadnych moich podejrzeń. Dopiero po jasnej zieleni coś mnie tknęło - gdybym szła we właściwą stronę, powinnam zobaczyć skałkę, tymczasem ja wyszłam na jakieś łąki. Że już w ogóle nie wspomnę o tym, że skałka miała być na górze, a ja schodziłam coraz niżej. Kiedy zorientowałam się w czym tkwi problem, normalnie osłabiło mnie i odechciało mi się wszystkiego. Musiałam znowu przebić się przez gąszcz, potem drugi - ten słuszny, a wszystko to dodatkowo pod górę. Wszystko mi opadło i nic tylko siąść i płakać. No nie, nie siadłam, poszłam po tę cholerną dziewiątkę. No bo co było robić? I tak była między mną, a metą:-)

Bo trzeba umieć posługiwać się kompasem!

Na szczęście z końcówką trasy już nie miałam żadnych żałosnych przygód. Przed dwunastką spotkałam Tomka i dla pewności spytałam gdzie jestem i gdzie mój punkt, ale byłam już i tak kilka metrów od niego, więc pytanie było bardziej dla nawiązania kontaktu. Tradycyjnie postarałam się o szybki finisz, bo w zasadzie to jest jedyna rzecz, która mi dobrze wychodzi, pod warunkiem, że nie jest pod górkę:-)
Tomek czekał na mecie i poszliśmy się sczytać. Od razu zgłosiliśmy potwierdzenia perforatorowe i o ile u Tomka system wszystko łyknął, to u mnie pojawiły się problemy. Dwa razy wtykałam czipa do puszki i ciągle wychodziło coś dziwnego - brak większości punktów. No przecież byłam na wszystkich! W końcu doszliśmy w czym rzecz - pobiegłam z mapą nie swojej kategorii. No ale jak to? To ja mam już więcej niż 50 lat??? Może nie uwierzycie, ale byłam autentycznie zdumiona tym faktem. Na starcie z pełną świadomością brałam mapę W50 i dałabym się poćwiartować za to, że to ta właściwa. Po prostu czułam się jak młody bóg, a nie ponad pięćdziesięciopięcioletnia stateczna starsza pani. Prawdę mówiąc, to aż dziw, że nie wzięłam mapy W35.
I pomyśleć, że aby zająć trzecie miejsce w kategorii i otrzymać pamiątkową statuetkę wystarczyło dotrzeć na metę choćby z najgorszym możliwym czasem, byle z wszystkimi punktami. Ale co tam - co pobiegałam, to moje. Nawet nie czuję się jakoś specjalnie zawiedziona, bo przez te trzy dni bawiłam się świetnie, nawet jeśli na trasie miałam chwile zwątpienia i czystej rozpaczy. Na mecie zapomina się o tym od razu:-)


Gdyby mnie sklasyfikowano w tej kategorii, nawet nie byłabym ostatnia.

A po zawodach zasłużony, pyszny obiad U Rumcajsa w Złotym Potoku - polecamy!

Niebo w gębie!

sobota, 11 lipca 2020

Wawel Cup - etap 2. Nawadnianie zawodników.

W drugi dzień zawodów od rana zmagałam się z dylematami - co na siebie włożyć, czy może raczej czego nie wkładać, żeby nie zmokło? Namydlić się przed startem, czy raczej polać szamponem? Biec z parasolem, czy może wziąć kurtkę przeciwdeszczową? Po przyjeździe na parking usytuowany przy mecie zdecydowałam - ściągam kurtkę, nie mydlę się i nie szamponię, parasol zostawiam w samochodzie.  Po dojściu z parkingu na start (prawie 2 km) byłam już przemoczona do cna. No dobra, na starcie miałam jeszcze suche majtki. Dobrze, że mapę dostaliśmy zafoliowaną, bo niby nieprzemakalna, ale kto to wie. Mapa była w ogóle wyjątkowa, bo w skali 1: 17500.


Całe szczęście, że ten fakt zauważyłam dopiero po zawodach, bo kto wie gdzie bym zawędrowała:-) Podczas zawodów byłam pewna, że biegam na 1:7500.
Ruszyłam w strugach deszczu i znowu miałam sytuację z jedynką jak poprzedniego dnia - ścieżka, która ma się rozgałęzić i ja w prawą odnogę. Z niepokojem wyczekiwałam tego rozgałęzienia - będzie, czy nie będzie? Tuż przed nim jakieś młode zawodniczki wyskoczyły z krzaków z tradycyjnym inockim okrzykiem:
- Gdzie my jesteśmy?
Razem znalazłyśmy rozgałęzienie i dziewczęta widząc moje nawigacyjne sukcesy postanowiły iść ze mną na jedynkę i od niej namierzyć się na swój punkt. Od razu ostrzegłam je, że chodzenie za mną jest przedsięwzięciem dość ryzykownym i nie gwarantuje sukcesu, ale jeśli chcą....  Najwyraźniej były spragnione sukcesów, bo odpuściły.
W miejscu gdzie spodziewałam się jedynki krążyły już dwie zawodniczki i od razu ustaliłyśmy, że szukamy tego samego. Jakieś zaćmienie na mnie spadło, bo uporczywie szukałam tuż pod pasem zielonego, zamiast niżej. I w ogóle nie przyszło mi do zakutego łba, żeby namierzyć się od tej zieleni skoro już byłam blisko. Zauważam, że obecność innych ludzi odbiera mi zdolności logicznego myślenia i zdaję się na nich. Chyba powinnam biegać z dużą tabliczką: NIE ZBLIŻAĆ SIĘ!!! Dołek udało się znaleźć przedstawicielowi  którejś ze starszych męskich kategorii.
Dwójka była banalna - wzdłuż krótszego boku tej nieszczęsnej zieleni, kawałek pod górkę i dużą skałę było widać z daleka. Nawet na mapie sobie doczytałam, że lampion będzie pomiędzy dwoma skalami. Nie wiedziałam tylko co oznacza tajemnicze 6 (a przy innych punktach inne liczby), ale jakoś dałam radę bez tej wiedzy.
Trójka i czwórka tuż obok weszły spokojnie, a na piątkę był dłuższy przelot. Na szczęście po drodze było sporo charakterystycznych miejsc i to mnie uspokoiło. Wyszłam idealnie na skrzyżowanie przed piątką i wystarczyło tylko wspiąć się na zbocze ze skałą. Wspinaczka - ta oraz poprzednie wcale nie były takie uciążliwe, bo deszcz aczkolwiek moczył, to jednocześnie przyjemnie chłodził i orzeźwiał. W sumie to w tym deszczu było mi dużo przyjemniej niż w upale poprzedniego dnia. Dodatkowo zbliżałam się do połowy trasy i nigdzie jeszcze się nie zgubiłam. No to właśnie w złą godzinę to sobie pomyślałam. To znaczy nie żebym się całkiem zgubiła jak ja to potrafię, bo nawet wyszłam na właściwe skałki gdzie miała być szóstka, ale lampion był tak sprytnie schowany, a roślinność tak gęsta, że nie mogłam na niego trafić. Dodatkowo akurat nadbiegła zawodniczka z innej kategorii, ale szukająca tego samego lampionu i wiadomo - od razu przestałam myśleć. We dwie zaczęłyśmy czesać okolicę, a na koniec okazało się, że lampion wisiał kilka metrów niżej od miejsca gdzie się spotkałyśmy.
Między szóstką a siódemką na mapie narysowany był kubeczek - znaczy się organizatorzy przewidzieli punkt nawadniania. Kiedy dotarłam na zaznaczone skrzyżowanie, faktycznie zobaczyłam butelki z wodą i stos kubeczków. Ponieważ na trasie byłam już jakieś 50 minut czułam się bardzo, bardzo dokładnie nawodniona i tym razem nie skorzystałam z propozycji organizatorów.
Ósemka była łatwa do namierzenia się, bo w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się dojść do niej po abstrakcyjnych zygzakach wychodząc zupełnie niepotrzebnie na łąkę, a potem przedzierając się przez gęsty zagajnik żeby i tak wyjść ciut za daleko.

Ślad rysowany z pamięci, bo zapomniałam włączyć zapisywanie trasy.

Do dziewiątki odruchowo ruszyłam po kresce, tyle że po drodze były gęste i bardzo, bardzo kolczaste zarośla. Oczywiście usiłowałam je sforsować, no bo azymut, ale po kilku bolesnych zadrapaniach w końcu odpuściłam i obeszłam dookoła. Pięknie wyszłam na pierwsze dołki, te tuż za drogą i niewiele brakowało żebym sobie znowu dała zrobić wodę z mózgu przez kolejną spotkaną zawodniczkę, która na mój widok oznajmiła, że  nie może znaleźć punktu. Nie, nie zaczęłam razem z nią czesać w miejscu gdzie stałyśmy, tylko twardo parłam dalej, bo mapa mówiła, że jeszcze kilkadziesiąt metrów. Do dziesiątki była już wydeptana porządna inostrada, pilnowałam więc tylko, czy aby na pewno trzyma kierunek. Trzymała. Tuż za dziesiątką dopadł mnie zapłakany chłopaczek, bo zgubił się w drodze na swój pierwszy punkt. Pokazałam mu gdzie jest, ale chyba niespecjalnie wiedział co dalej z tą wiedzą zrobić. Biegł za mną pochlipując. No i co tu robić? Czas ucieka, meta blisko, jest szansa na przyzwoity wynik, a tu ta mała kupka nieszczęścia.... Doprowadziłam dzieciaka do rowu, którym mógł w najgorszym przypadku wrócić na metę i pognałam na swój ostatni punkt. Na dobiegu do mety zrobiłam rekord swojej kategorii, bo jacyś młodzianie zaczęli mnie wyprzedzać i uniosłam się ambicją. Oczywiście, że wyprzedzili, ale dzięki nim miałam fajny finisz.
Wbrew obawom związanym z pogodą, okazało się, że biegało mi się dużo, dużo lepiej w deszczu niż poprzedniego dnia w upale. Przede wszystkim w ogóle biegałam i to sporo, w ogóle się nie spociłam :-), deszcz skutecznie wypłukiwał mi pomysły na głupie warianty i ogólnie miałam dużą frajdę z dzisiejszego etapu.
Ale nie, nie znaczy to, że na jutro zamawiam taką samą pogodę. Absolutnie!