Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2024

WesolInO, czyli jak drgnęło w kondycji.

W soboty to my tak na przemian - raz FalInO, raz WesolInO. Ostatnio wypadło WesolIno. W sobotni poranek pogoda była tak wredna, że tylko naciągnęłam kołdrę  na głowę i zaczęłam wymyślać jakiś dobry pretekst, żeby nigdzie nie jechać. Jakoś nie miałam przekonania do biegania w deszczu. Tomek wykorzystał kilkuminutowe przejaśnienie i zmobilizował mnie do wstania. Na miejscu jednak wciąż miałam wątpliwości.
 
Naprawdę muszę wysiadać?
 
Na szczęście deszcz trochę zmniejszył intensywność, więc i humor od razu mi się poprawił. Poza tym z cukru nie jestem. Podobno.

Już na starcie.
 
Pierwszy punkt mieliśmy z Tomkiem ten sam i wspólnie opracowaliśmy strategię. Ja ruszyłam pierwsza, Tomek chwilę po mnie.

Start!
 
W sumie to prawie na samo miejsce biegło się ścieżką i tylko na końcówce trzeba było na chwilę zejść w las. Tomek dogonił mnie jeszcze na ścieżce i razem podbijaliśmy jedynkę.

PK 1.
 
Trasa okazała się zadziwiająco łatwa.  Trochę azymutem, trochę ścieżkami i jakoś poszło. Z siódemki na ósemkę miałam ochotę sobie pobiegać (bo przez las trochę się boję jeśli teren nierówny lub zagałęziony) dlatego nadłożyłam drogi i zrezygnowałam z azymutu. Kto bogatemu zabroni? 
Przed dziewiątką miałam krótką chwilę zagapienia się, ale na szczęście z szybką refleksją. Wynik czasowy może nie rewelacyjny, ale po raz pierwszy od dłuuugiego czasu czułam moc i miałam wrażenie, że samo się biegnie. Może to znak, że zacznie wracać kondycja? 
No co? Pomarzyć nie można?


 

sobota, 8 lipca 2023

Wawel Cup - Bronaczowa Południe - deszczowa i ujarana.

Czwartego dnia zawodów pogoda zmieniła się diametralnie. Już w nocy ciut się ochłodziło i zaczęło padać. Niby prognozy ostrzegały przed deszczem, ale ostrzegały już od dawna, a potem odwoływały, więc przestałam im wierzyć.
Jeju, jak mi się nie chciało wstawać rano i wychodzić za próg. A gdzie tam tym bardziej biegać. No ale pojechaliśmy, bo co? Etap odpuszczę?

Miny ciut nietęgie.
 
Mieliśmy wczesne minuty startowe, więc nie było opcji, że deszcz przejdzie, więc tylko pocieszaliśmy się, że przynajmniej się nie spocimy:-) Dobrze, że start był z polany i nie trzeba było daleko iść. Najpierw wystartował Tomek, ja kilka minut po nim.

Tomek rusza na trasę.
 
Przez ten deszcz, to byłam tak dość mało zmotywowana, a spora zieloność na mapie tuż za startem demotywowała mnie jeszcze bardziej. Przelazłam przez to zielone zbierając na grzbiet wszystkie krople osiadłe na gałęziach, ale miało to i tę dobrą stronę, że mogłam przestać przejmować się deszczem, bo bardziej i tak nie dało się zmoknąć.
Zanim trafiłam do jedynki, zaliczyłam jedenastkę, bo jakoś tak mi było po drodze, a dopiero potem wlazłam we właściwy jar z jedynką, leżący kawałek dalej. Może nie wyszłam idealnie na punkt, ale znalazłam co trzeba.

Do jedynki przez jedenastkę.
 
Teren zawodów okazał się strasznie "ujarany" i gdyby nie deszcz, to jeszcze ekscytowałabym się, że podmokły, ale w zaistniałej sytuacji nie robiło to różnicy.
Dwójka na nosku, ale tak praktycznie na zboczu jaru, podobnie trójka, czwórka, piątka... Z trójki na czwórkę praktycznie szłam dnem wąwozu, po wodzie, ale za to nie musiałam się jakoś specjalnie namierzać. 
Na trasie kilkakrotnie spotykałam zawodniczkę w pelerynie przeciwdeszczowej, z kijkami w ręku i wciąż przy moich punktach. Szła sobie statecznie, często odchodząc od punktu w inną stronę niż ja, a potem... znowu się spotykałyśmy. Ja usiłowałam podbiegać jak tylko był płaski kawałek lub w dół, kombinowałam jak by najmniej nadłożyć drogi, wysilałam się, sprężałam i jakoś nie mogłam tej konkurencji zgubić. W końcu stwierdziłam, że najwyraźniej jestem cienias nad cieniasy i przestałam się przejmować, bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Po jakimś czasie zorientowałam się, że konkurencji w pelerynie już nie spotykam, za to inna zawodniczka wciąż pojawia się przy "moich" punktach. Ale gdy była potrzebna kiedy nie mogłam znaleźć ósemki, to jakoś się nie ujawniała:-(

Tak obchodziłam i obchodziłam tę gęstwinkę....
 
W końcu spotkałyśmy się koło tej ósemki, może ciut za nią (nie pamiętam dokładnie), w każdym razie od słowa do słowa postanowiłyśmy iść razem, bo co dwie głowy to nie jedna, co cztery oczy, to szybciej lampion wypatrzą. Sprężałam się jak mogłam, żeby nadążyć za nią, zwłaszcza pod górę i błogosławiłam miły chłodzący deszcz, bo w upale pewnie nie dałabym rady.
Po dziesiątce obie byłyśmy tak wykończone (choć założę się, że ja bardziej), że do jedenastki postanowiłyśmy pójść naokoło, ścieżką.
Z jedenastki do ostatniego punktu znowu ścieżką, do drogi, ale za to po górę. Na tym podejściu straciłam co najmniej trzy życia i kilka razy musiałam siadać, bo inaczej i tak bym się przewróciła ze zmęczenia. Moja nowa koleżanka stwierdziła, że tak blisko mety to już jakoś dotrę i "pognała" przodem.  Kiedy już dotarłam do drogi mogłam trochę przyspieszyć, a ponieważ od dwunastki do mety było w dół, to nawet pobiegłam. Niestety, koleżanki nie dogoniłam - wpadłam na metę tuż za nią. Na mecie dopełniłyśmy wzajemnej prezentacji, bo na trasie jakoś nie było okazji i dowiedziałam się, że współpracowałam z Moniką.

Finisz.

Oczywiście kiedy już dotarłam na metę deszcz znacząco się zmniejszył i tylko trochę pokapywało. Ci co startowali później mieli już całkiem znośne warunki. Za to my mieliśmy już etap za sobą, mogliśmy przebrać się w suche ciuchy i jechać na kwaterę relaksować się.
 
Cały przebieg.

wtorek, 13 października 2020

Na ślepo - czyli Warsaw Orient Race E7

Czy nosisz okulary? Czy biegałeś w okularach w deszczu po ciemku? Właściwie to w BnO po nocy, szczególnie w deszczu, powinien być stosowany handicap. Przykładowo – wszyscy zakładają okulary (jak nie masz wady to zerówki) i start;-). Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki;-) 

Pamiętam Wawel Cup krakowski, gdzie gwałtowna burza tak zalała mi okulary, że po prostu się zgubiłem. Dzisiaj było podobnie. Może nie burza, ale ciągłe opady i noc. 

Renata oczywiście zdezerterowała. Bo mokro, ciemno i nieprzyjemnie. Właściwie to ją rozumiem…Ja się nie dałem. Na start poszliśmy razem z Michałem (Agnieszka poszła w ślady Renaty, tyle, że została z laptopem w aucie na parkingu i Michał miał motywację, by szybko z biegu wrócić;-) Wiadomo jak to jest, gdy kobieta czeka w zaparowanym samochodzie, a mąż spóźnia się biegając gdzieś po deszczu;-) A jak jeszcze bateria w laptopie padnie… 

Biuro zawodów - wszyscy grzecznie w maseczkach

Wracając do rzeczy, znaczy do biegu, tak troszkę poetycko: „targani huraganowymi porywami wiatru i smagani zimnymi strumieniami deszczu udaliśmy się na strat”. Bardziej banalnie: „brodząc po kostki w kałużach i klnąc pod nosem przeszliśmy te 20 m na start”. Kolejki dużej nie było. Michał ruszył od razu, ja przepuściłem jednego „rozebranego” do krótkich spodenek i krótkiej koszulki (bo by bardziej zmarzł na starcie) i ruszyłem na trasę. Tak bez rozgrzewki. 

Kolejek na starcie nie było...
Jedynka dość daleko, ale teren znajomy z ostatniego Street-O, więc jakoś szło. Dwójka, trójka, czwórka. W miarę dawało się biec, a deszcz nie zapadał całkiem okularów, to nawet wiedziałem gdzie biegnę;-) PK 5 był podchwytliwy – na górze schodów i dodatkowo schowany za PK 21, ale nie dałem się nabrać;-) Ale na PK 6 dałem się nabrać i obiegłem wszystko naokoło;-( 

Po PK 8 przegonił mnie Mateusz – ale on ma prawo mnie przeganiać (uprzedzając fakty zajął trzecie miejsce) – starałem się dotrzymywać mu kroku (czyli nie tracić z zasięgu wzroku). 

Na przebiegu do PK 12 przechodnie (wyraźnie zorientowani o co chodzi w BnO) dopingowali , a nawet wskazywali drogę. Koło PK 13 dopadłem Michała. Kolejne punkty przeplataliśmy się aż do PK 17, gdzie byłem przed nim. Niestety, deszcz padał coraz bardziej. W efekcie widoczność przez zapadane okulary na metr, a i mapę ciężko dojrzeć. Zakręciło mnie i pobiegłem na PK 18 w złą stronę. Minuta w plecy;-( I niestety cały dalszy bieg już w zwolnionym tempie. Ciężko biegać, gdy nie widzisz co jest pod nogami;-( I tu właśnie przydałby się ten handicap. 

Już po sczytaniu chipa rozpadało się na całego, a wiatr chciał porwać namiot obsługi i zawodników

 Co tu dużo mówić – powinno być ze dwie minuty szybciej, a tak.. wyszło jak zwykle;-) 


 

poniedziałek, 5 października 2020

Przemoczone Warsaw Orient Races

Po ubiegłosobotnim Orient Races organizatorzy poszli za ciosem i już następnego dnia zaserwowali kolejny odcinek zabawy. Tym razem mieliśmy biegać w Parku Arkadia. W niedzielę od rana padało, mniej, bardziej, ale nie wyglądało, żeby chciało przestać. Co prawda prognozy uparcie twierdziły, że koło południa ma się przejaśnić, ale pogoda najwyraźniej nie czyta prognoz.
Tym razem wybraliśmy się we trójkę, z Agatą. Tradycyjnie na miejsce dotarliśmy za wcześnie, siedzieliśmy więc w samochodzie i obserwowali deszcz. Powoli zaczynałam mieć wątpliwości, czy bieganie w takich warunkach ma sens, ale skoro już przyjechałam... 
Tym razem mieliśmy minuty startowe w miarę na początku stawki, więc nie było potrzeby kombinować. Jedynym naszym problemem było: co z siebie zdjąć żeby się nie zgrzać w biegu, albo co założyć, żeby nie zmoknąć. Wybrałam wariant pośredni - kurtkę przeciwdeszczową zdjęłam, ale kamizelkę i rękawki zostawiłam.
Z naszej trójki ja ruszałam jako pierwsza.

Trzy, cztery, staaaart!!!

Nawet dość szybko udało mi się znaleźć trójkącik i ustalić kierunek biegu. Biegłam wzdłuż skarpy i musiałam jakoś znaleźć się u jej podnóża. W pierwszej chwili optymistycznie pomyślałam, że zejdę sobie od razu na dół i dalej, na punkt pobiegnę ścieżką. Spojrzałam w dół: trochę stromo. No nic, może dalej będzie lepiej. Co prawda mapa sugerowała, że nie będzie, ale człowiek to się zawsze łudzi. Kilkakrotnie sprawdzałam nachylenie stoku i wciąż było tak samo. Dopiero pod koniec, już za punktem, który był gdzieś tam w dole, udało mi się nawet bezstratnie ześlizgnąć do niższej alejki i stamtąd pomknąć na punkt.
Od jedynki, alejkami, dobiegłam do ulicy i już chciałam ładować się w krzaki żeby do dwójki pobiec przy samym stadionie, ale przystopował mnie widok Małgosi, która dalej pobiegła ulicą. Spojrzałam na mapę. Nooo, w sumie to lepszy wariant. Wiele się nie nadkłada, a jak wygodnie. Pobiegłam i ja ulicą. Za dwójką dopadła mnie jakaś kobitka z tradycyjnym orientalistycznym zawołaniem: "Ale gdzie ja właściwie jestem???" No jak tu nie pomóc? Zatrzymałam się i pokazałam na mapie.
Trójka, czwórka i piątka były w plątaninie kortów (czy co to tam było za ogrodzeniem), a piątka była tak sprytnie powieszona, ,że przebiegłam obok niej, nie zauważając lampionu. Musiałam kawałek wrócić i dokładnie obejrzeć każde podejrzane miejsce. Znalazłam.
Szóstka była na szczycie kolejnej skarpy - stromo i ślisko. Sapiąc niczym mała lokomotywa jakoś wdrapałam się na górę. Siódemka była tuż obok, tylko trzeba było dobrze popatrzeć na mapie jak tam dobiec, żeby się nie zgubić w plątaninie ogrodzeń.
Ósemka była w połowie wysokości skarpy (miałam w dół, hurra!) i prowadziła do niej ścieżka - naokoło i przez PK 9, ale co tam. Przy okazji od razu wiedziałam, gdzie jest dziewiątka. Do dziesiątki był trochę dłuższy przebieg, bo trzeba było ominąć teren ogrodzony, ale nawigacyjnie - bułka z masłem.
A potem zaczęły się schody... A nawet nie tak. Bo gdybym faktycznie z dziesiątki pobiegła na schody, zeszła nimi na dół i pobiegła za narożnik ogrodzenia, gdzie wisiał lampion to wszystko byłoby ok. Ja oczywiście aż tak dokładnie mapy nie obejrzałam, schodów nie zauważyłam, pobiegłam wzdłuż stadionu, zobaczyłam drzewka co to na jednym z nich spodziewałam się lampionu i stanęłam przed dylematem - jak się tam dostać?? Ponieważ stadion w praktyce jest opuszczoną i mocno zarośniętą ruiną, więc nie było co liczyć na cywilizowane zejście. Próbowałam kilka razy przedrzeć się na rympał przez krzaki, ale kiedy mało nie wpadłam do pierońskiego rowu, który nagle i niespodziewanie pojawił się tuż pod moimi nogami, odpuściłam. Dopiero kiedy skarpa zrobiła się niższa, już kawał za punktem udało mi się sforsować krzaki, rów i już przy ogrodzeniu wróciłam do drzewek z lampionem.

Zabawa z jedenastką.

Żeby dostać się do dwunastki po raz drugi musiałam pokonać rów, tym razem w innym miejscu, jak się okazało trudniejszym. Jakoś dałam radę. Dobrze, że dwunastka była przy źródełku, bo po tych okołojedenastkowych przeprawach cała byłam w błocie, mogłam więc umyć chipa i kompas.
Do trzynastki nie chciało mi się biec naokoło. Stwierdziłam, że jak dałam radę z jedenastką, to wdrapanie się na skarpę będzie drobnym spacerkiem. Taka zadziorna się zrobiłam. Niestety, nie doceniłam roślinności - krzaków, powalonych drzew, gałęzi pod nogami. Omijałam i omijałam te przeszkody coraz bardziej oddalając się od celu... Ale na szczęście wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija, więc i skarpa w końcu się skończyła i wyszłam do cywilizacji. Punkty od 13 do 16 były już w terenie typowo miejskim - proste, łatwe i przyjemne.
Siedemnastka była w połowie skarpy, przy alejce. Można było polecieć na azymut, ale schodzić ze skarpy po niewiadomoczym, albo polecieć naokoło - na dół schodami, a potem pod górę, ale alejkami. Miałam już dość łażenia po skarpowych krzakach, więc wybrałam wariant dłuższy. Okazało się, że kompletnie bezsensownie, bo po tej skarpie schodziła bym kawałeczek i bez żadnych krzaczastych problemów. No szkoda, szkoda...
Osiemnastka była już na płaskim, przy placu zabaw chyba, blisko bloku, więc znowu wyszliśmy do cywilizacji. Fajna była dziewiętnastka i dwudziestka - w żywopłotach pozakręcanych tak fikuśnie, że punkt był na wyciągnięcie ręki, tylko żywopłot nie wpuszczał.
 
Przy PK 19 (fot. z FB organizatora)
 
Jak widać na fotce, do mety dobiegłam w postaci zmokłej kury i praktycznie można mnie było wykręcać. Dobrze, że część ubrań zostawiłam w namiocie i mogłam się chociaż od góry przebrać w suche. Dłuższą chwilę czekałam na powrót Tomka, a potem oboje wypatrywaliśmy Agaty. Byłam pewna, że Agata odpuści część punktów, a ta skubana przyniosła wszystkie i jeszcze na jedenastkę poszła inteligentniej niż ja. Za to ja byłam szybsza:-)
I co? Myślicie, że mi się nie podobało, bo ciężko i pogoda do d....? Ha! Wręcz przeciwnie! To były jedne z fajniejszych zawodów, w jakich brałam udział.

sobota, 11 lipca 2020

Wawel Cup - etap 2. Nawadnianie zawodników.

W drugi dzień zawodów od rana zmagałam się z dylematami - co na siebie włożyć, czy może raczej czego nie wkładać, żeby nie zmokło? Namydlić się przed startem, czy raczej polać szamponem? Biec z parasolem, czy może wziąć kurtkę przeciwdeszczową? Po przyjeździe na parking usytuowany przy mecie zdecydowałam - ściągam kurtkę, nie mydlę się i nie szamponię, parasol zostawiam w samochodzie.  Po dojściu z parkingu na start (prawie 2 km) byłam już przemoczona do cna. No dobra, na starcie miałam jeszcze suche majtki. Dobrze, że mapę dostaliśmy zafoliowaną, bo niby nieprzemakalna, ale kto to wie. Mapa była w ogóle wyjątkowa, bo w skali 1: 17500.


Całe szczęście, że ten fakt zauważyłam dopiero po zawodach, bo kto wie gdzie bym zawędrowała:-) Podczas zawodów byłam pewna, że biegam na 1:7500.
Ruszyłam w strugach deszczu i znowu miałam sytuację z jedynką jak poprzedniego dnia - ścieżka, która ma się rozgałęzić i ja w prawą odnogę. Z niepokojem wyczekiwałam tego rozgałęzienia - będzie, czy nie będzie? Tuż przed nim jakieś młode zawodniczki wyskoczyły z krzaków z tradycyjnym inockim okrzykiem:
- Gdzie my jesteśmy?
Razem znalazłyśmy rozgałęzienie i dziewczęta widząc moje nawigacyjne sukcesy postanowiły iść ze mną na jedynkę i od niej namierzyć się na swój punkt. Od razu ostrzegłam je, że chodzenie za mną jest przedsięwzięciem dość ryzykownym i nie gwarantuje sukcesu, ale jeśli chcą....  Najwyraźniej były spragnione sukcesów, bo odpuściły.
W miejscu gdzie spodziewałam się jedynki krążyły już dwie zawodniczki i od razu ustaliłyśmy, że szukamy tego samego. Jakieś zaćmienie na mnie spadło, bo uporczywie szukałam tuż pod pasem zielonego, zamiast niżej. I w ogóle nie przyszło mi do zakutego łba, żeby namierzyć się od tej zieleni skoro już byłam blisko. Zauważam, że obecność innych ludzi odbiera mi zdolności logicznego myślenia i zdaję się na nich. Chyba powinnam biegać z dużą tabliczką: NIE ZBLIŻAĆ SIĘ!!! Dołek udało się znaleźć przedstawicielowi  którejś ze starszych męskich kategorii.
Dwójka była banalna - wzdłuż krótszego boku tej nieszczęsnej zieleni, kawałek pod górkę i dużą skałę było widać z daleka. Nawet na mapie sobie doczytałam, że lampion będzie pomiędzy dwoma skalami. Nie wiedziałam tylko co oznacza tajemnicze 6 (a przy innych punktach inne liczby), ale jakoś dałam radę bez tej wiedzy.
Trójka i czwórka tuż obok weszły spokojnie, a na piątkę był dłuższy przelot. Na szczęście po drodze było sporo charakterystycznych miejsc i to mnie uspokoiło. Wyszłam idealnie na skrzyżowanie przed piątką i wystarczyło tylko wspiąć się na zbocze ze skałą. Wspinaczka - ta oraz poprzednie wcale nie były takie uciążliwe, bo deszcz aczkolwiek moczył, to jednocześnie przyjemnie chłodził i orzeźwiał. W sumie to w tym deszczu było mi dużo przyjemniej niż w upale poprzedniego dnia. Dodatkowo zbliżałam się do połowy trasy i nigdzie jeszcze się nie zgubiłam. No to właśnie w złą godzinę to sobie pomyślałam. To znaczy nie żebym się całkiem zgubiła jak ja to potrafię, bo nawet wyszłam na właściwe skałki gdzie miała być szóstka, ale lampion był tak sprytnie schowany, a roślinność tak gęsta, że nie mogłam na niego trafić. Dodatkowo akurat nadbiegła zawodniczka z innej kategorii, ale szukająca tego samego lampionu i wiadomo - od razu przestałam myśleć. We dwie zaczęłyśmy czesać okolicę, a na koniec okazało się, że lampion wisiał kilka metrów niżej od miejsca gdzie się spotkałyśmy.
Między szóstką a siódemką na mapie narysowany był kubeczek - znaczy się organizatorzy przewidzieli punkt nawadniania. Kiedy dotarłam na zaznaczone skrzyżowanie, faktycznie zobaczyłam butelki z wodą i stos kubeczków. Ponieważ na trasie byłam już jakieś 50 minut czułam się bardzo, bardzo dokładnie nawodniona i tym razem nie skorzystałam z propozycji organizatorów.
Ósemka była łatwa do namierzenia się, bo w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się dojść do niej po abstrakcyjnych zygzakach wychodząc zupełnie niepotrzebnie na łąkę, a potem przedzierając się przez gęsty zagajnik żeby i tak wyjść ciut za daleko.

Ślad rysowany z pamięci, bo zapomniałam włączyć zapisywanie trasy.

Do dziewiątki odruchowo ruszyłam po kresce, tyle że po drodze były gęste i bardzo, bardzo kolczaste zarośla. Oczywiście usiłowałam je sforsować, no bo azymut, ale po kilku bolesnych zadrapaniach w końcu odpuściłam i obeszłam dookoła. Pięknie wyszłam na pierwsze dołki, te tuż za drogą i niewiele brakowało żebym sobie znowu dała zrobić wodę z mózgu przez kolejną spotkaną zawodniczkę, która na mój widok oznajmiła, że  nie może znaleźć punktu. Nie, nie zaczęłam razem z nią czesać w miejscu gdzie stałyśmy, tylko twardo parłam dalej, bo mapa mówiła, że jeszcze kilkadziesiąt metrów. Do dziesiątki była już wydeptana porządna inostrada, pilnowałam więc tylko, czy aby na pewno trzyma kierunek. Trzymała. Tuż za dziesiątką dopadł mnie zapłakany chłopaczek, bo zgubił się w drodze na swój pierwszy punkt. Pokazałam mu gdzie jest, ale chyba niespecjalnie wiedział co dalej z tą wiedzą zrobić. Biegł za mną pochlipując. No i co tu robić? Czas ucieka, meta blisko, jest szansa na przyzwoity wynik, a tu ta mała kupka nieszczęścia.... Doprowadziłam dzieciaka do rowu, którym mógł w najgorszym przypadku wrócić na metę i pognałam na swój ostatni punkt. Na dobiegu do mety zrobiłam rekord swojej kategorii, bo jacyś młodzianie zaczęli mnie wyprzedzać i uniosłam się ambicją. Oczywiście, że wyprzedzili, ale dzięki nim miałam fajny finisz.
Wbrew obawom związanym z pogodą, okazało się, że biegało mi się dużo, dużo lepiej w deszczu niż poprzedniego dnia w upale. Przede wszystkim w ogóle biegałam i to sporo, w ogóle się nie spociłam :-), deszcz skutecznie wypłukiwał mi pomysły na głupie warianty i ogólnie miałam dużą frajdę z dzisiejszego etapu.
Ale nie, nie znaczy to, że na jutro zamawiam taką samą pogodę. Absolutnie!

piątek, 31 stycznia 2020

Smok w sypialni Muranowa

Na Muranowie było już kilka imprez. Na jednej z nich, doszło prawie do demolacji samochodu organizatora, któremu wyładowała się bateria od pilota, a kluczykiem auto było nieotwieralne. Jako, że w bagażniku były mapy i wszelakie inne dobra, tłum uczestników próbował samochód podnieść, potrząsnąć, przewrócić, a potem zaczął wyskubywać uszczelkę od szyby, by dostać się do środka. W ostatniej chwili zdążył wrócić właściciel auta z zapasowym kluczykiem, ale uszczelka i tak już była mocno nadwyrężona.
Chyba w tym samym miejscu co opisywane powyżej zdarzenia zalągł się start drugiego pierwszego etapu Oswoju Smoka 2020. Tyle, że tym razem jak to w zimę – start był po ciemku i w deszczu. Samochodu do włamywania się nie było. Było za to do zdobycia 60 PP z 4 wycinków.

Zapisy na starcie - jeszcze jesteśmy susi
Trzy z tych wycinków były łatwe do rozszyfrowania – nazwy ulic nawet niezorientowanym uczestnikom pozwoliły łatwo je połączyć. Niestety, ostatni z wycinków nie przypominał niczego. Sami wiecie jak to jest w deszczu i w świetle latarki wykonywać arcyciężkie zadania logiczne, takie jak rozwiazywanie łamigłówek z wycinkami. Po prostu się nie daje. Po dłuższej chwili bezskutecznego myślenia złożyliśmy parasol (bo na wietrze i tak przeszkadzał) i poszliśmy zebrać choć to, co było oczywiste. Oczywisty był niewielki wycinek z ulicą Dzielną i parkiem w stronę ul. Jana Pawła II. Lekkim zygzakiem, pomijając jeden punkt koło startu (bo tak się rozpędziliśmy, że przeszliśmy ten lampion) doszliśmy na drugą stronę kościoła, gdzie powinna być ulica Nowolipie z kolejnego małego wycinka. Owszem była ulica ale… Nowolipki. Może nieduża różnica literowa, ale zawsze. Przez plątaniny Muranowa przebiliśmy się wreszcie na ulicę właściwą, ale coś nam się nie zgadzało. Konkurencja brała lampion z miejsca, gdzie nic nie miało być! Ale gorzej, bo jakoś mapa przestałą się zgadzać i jakoś nie było dojścia do PK 41! Po chwili zastanowienia, obróciliśmy mapę o 180 stopni i wszystko zaczęło się zgadzać. To co brała konkurencja, to był PK 21! Teraz wszystko jasne, ale musimy się wrócić do PK 11, koło którego przed chwilą przechodziliśmy;-(

PK 31 był na zielonej kropce....

Przedostaliśmy się na drugą stronę Al. JPII. Karta startowa była coraz bardziej mokra, podobnie jak i my. Przy PK 41 nagle dostrzegłem jakieś podobieństwo terenu do wycinka, którego nie mogliśmy wcześniej dopasować. PK 41 okazał się punktem podwójnym! (przy okazji punktem całkiem dobrze rozmoczonym z kredką odczepioną od lampionu, tak że w pierwszej wersji zacząłem wpisywać BK). Obeszliśmy wokoło Muranów i Pałac Mostowskich, aż porządnie przemoczeni wróciliśmy w okolice startu.

PK12 - ostatni na trzecim wycinku
 Zostało nam jeszcze kilka brakujących lampionów z ostatniego wycinka ze startem. Lampionów był spory nadmiar, więc nawet nie musieliśmy się dużo nachodzić. Niestety, wcześniejsze błądzenia spowodowały, że lekko przekroczyliśmy podstawowy limit czasu.

Wyczekiwana meta
 Ale jak nie patrzeć: dłużej na trasie, więcej kroków i więcej spalonych kalorii;-) Przez większość trasy podziwialiśmy Anię, która cały czas siedziała na starcie w deszczu – my przeszliśmy, poszliśmy do domu, a ona została czekając na bardziej marudnych uczestników… (nie mówiąc o przemoczonych smutnych lampionach wiszących gdzieś na Muranowie).

Nasz smok wyszedł dosyć kanciasty, a Wasz?

poniedziałek, 19 października 2015

Oniryczny wieloryb.

Pomimo ciężkich przeżyć na "Czołóweczkach" oraz wyjątkowo wrednej pogody, na "Jesień idzie" chciało mi się ruszyć zadnicę. Głównie dlatego, że w nazwie nie było nic o bieganiu, a czas i miejsce akcji były przyjaźniejsze - blisko i w dzień. Jedynym mankamentem była odległość startu od mety, nieco kłopotliwa dla przyjeżdżających samochodami. Przezornie autko zostawiliśmy na mecie, a na start podjechaliśmy autobusem. Była to dobra decyzja, bo w odwrotnym kierunku chyba by nas wyrzucono z autobusu za sam wygląd.
Na starcie tradycyjnie stała już kolejka do biura, bo impreza służy studentom do zaliczania wuefu, więc poświęcają się i raz w roku idą na InO. Odczekawszy swoje w deszczu, który nie chciał odpuścić, wreszcie dorwaliśmy się do map. Oniryczny wieloryb  na trudnego nie wyglądał, raz, dwa  wytypowaliśmy położenie wycinków i stwierdziwszy, że daleka droga przed nami - ruszyliśmy.
Jak mówi definicja oniryzmu: "Zwykle dzieło ma wtedy charakter irracjonalny, absurdalny, sprzeczny z zasadami prawdopodobieństwa. Zacierają się związki przyczynowo-skutkowe i logiczne następstwa wydarzeń." Tak też było z otrzymaną mapą. PK 1 jeszcze może był mało oniryczny, ale już następne jak najbardziej.Wycinek mapy z PK 8 nie miał logicznych następstw w postaci lampionu i nikomu  z wieloosobowego tłumu nie udało się go znaleźć. Przy PK 6 także nie natrafiliśmy na związki przyczynowo (mapa)-skutkowe (lampion), co już wzbudziło nasze lekkie zaniepokojenie. Azymut do PK 4  był sprzeczny z zasadami prawdopodobieństwa, bo prowadził w gąszcz, w jakim żadnemu budowniczemu nie chciałoby się wieszać lampionu. Zresztą lampion stał przy drodze, na zupełnie innym azymucie. Kolejny punkt - PK 3 miał charakter irracjonalny i stał na niczym, bo o drodze zaznaczonej na mapie nawet najstarsi górale już nie pamiętają. Mimo to, niektórym udało się zaznaczyć właściwy lampion, a niektórym niewłaściwy - jak to w InO bywa. PK 5 spełniał wymogi absurdalności, bo na jednym drzewie wisiały dwa lampiony - każdy z innym kodem. Oba oczywiście dotyczyły tego samego wycinka.
Po wyczerpaniu definicji oniryzmu, reszta lampionów, siłą faktu, musiała zawisnąć już w lokalizacjach bardzo zbliżonych do tych określonych na mapie, co niestety zepsuło trochę zabawę, bo zrobiło się nudno. Rozrywkę postanowił zapewnić  więc T. i w drodze na PK 9 zorganizował wycieczkę krajoznawczą "Szlakiem Piasku Kopalnego". Grupa, która się w międzyczasie ukonstytuowała, miała niezapomnianą okazję obejrzeć każdy kilometr kwadratowy największej kuwety Warszawy. Kiedy już nasyciliśmy wzrok hałdami piasku, T. gładko wyprowadził nas na punkt od strony przeciwpołożnej spodziewanemu kierunkowi. Stamtąd już tylko prostą drogą na metę, na mecie punkt podsumowujący imprezę, ciepła herbata, tradycyjne bicie autora i szybki powrót do autka czekającego nieopodal.

Przez całą drogę deszcz nie odpuszczał, ale mimo wyglądu zmokłych kur, bawiliśmy się dobrze, co widać po naszych minach:-)