czwartek, 22 lutego 2024
WesolInO, czyli jak drgnęło w kondycji.
sobota, 8 lipca 2023
Wawel Cup - Bronaczowa Południe - deszczowa i ujarana.
wtorek, 13 października 2020
Na ślepo - czyli Warsaw Orient Race E7
Czy nosisz okulary? Czy biegałeś w okularach w deszczu po ciemku? Właściwie to w BnO po nocy, szczególnie w deszczu, powinien być stosowany handicap. Przykładowo – wszyscy zakładają okulary (jak nie masz wady to zerówki) i start;-). Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki;-)
Pamiętam Wawel Cup krakowski, gdzie gwałtowna burza tak zalała mi okulary, że po prostu się zgubiłem. Dzisiaj było podobnie. Może nie burza, ale ciągłe opady i noc.
Renata oczywiście zdezerterowała. Bo mokro, ciemno i nieprzyjemnie. Właściwie to ją rozumiem…Ja się nie dałem. Na start poszliśmy razem z Michałem (Agnieszka poszła w ślady Renaty, tyle, że została z laptopem w aucie na parkingu i Michał miał motywację, by szybko z biegu wrócić;-) Wiadomo jak to jest, gdy kobieta czeka w zaparowanym samochodzie, a mąż spóźnia się biegając gdzieś po deszczu;-) A jak jeszcze bateria w laptopie padnie…
![]() |
| Biuro zawodów - wszyscy grzecznie w maseczkach |
Wracając do rzeczy, znaczy do biegu, tak troszkę poetycko: „targani huraganowymi porywami wiatru i smagani zimnymi strumieniami deszczu udaliśmy się na strat”. Bardziej banalnie: „brodząc po kostki w kałużach i klnąc pod nosem przeszliśmy te 20 m na start”. Kolejki dużej nie było. Michał ruszył od razu, ja przepuściłem jednego „rozebranego” do krótkich spodenek i krótkiej koszulki (bo by bardziej zmarzł na starcie) i ruszyłem na trasę. Tak bez rozgrzewki.
![]() |
| Kolejek na starcie nie było... |
Po PK 8 przegonił mnie Mateusz – ale on ma prawo mnie przeganiać (uprzedzając fakty zajął trzecie miejsce) – starałem się dotrzymywać mu kroku (czyli nie tracić z zasięgu wzroku).
Na przebiegu do PK 12 przechodnie (wyraźnie zorientowani o co chodzi w BnO) dopingowali , a nawet wskazywali drogę. Koło PK 13 dopadłem Michała. Kolejne punkty przeplataliśmy się aż do PK 17, gdzie byłem przed nim. Niestety, deszcz padał coraz bardziej. W efekcie widoczność przez zapadane okulary na metr, a i mapę ciężko dojrzeć. Zakręciło mnie i pobiegłem na PK 18 w złą stronę. Minuta w plecy;-( I niestety cały dalszy bieg już w zwolnionym tempie. Ciężko biegać, gdy nie widzisz co jest pod nogami;-( I tu właśnie przydałby się ten handicap.
![]() |
| Już po sczytaniu chipa rozpadało się na całego, a wiatr chciał porwać namiot obsługi i zawodników |
Co tu dużo mówić – powinno być ze dwie minuty szybciej, a tak.. wyszło jak zwykle;-)
poniedziałek, 5 października 2020
Przemoczone Warsaw Orient Races
sobota, 11 lipca 2020
Wawel Cup - etap 2. Nawadnianie zawodników.
Całe szczęście, że ten fakt zauważyłam dopiero po zawodach, bo kto wie gdzie bym zawędrowała:-) Podczas zawodów byłam pewna, że biegam na 1:7500.
Ruszyłam w strugach deszczu i znowu miałam sytuację z jedynką jak poprzedniego dnia - ścieżka, która ma się rozgałęzić i ja w prawą odnogę. Z niepokojem wyczekiwałam tego rozgałęzienia - będzie, czy nie będzie? Tuż przed nim jakieś młode zawodniczki wyskoczyły z krzaków z tradycyjnym inockim okrzykiem:
- Gdzie my jesteśmy?
Razem znalazłyśmy rozgałęzienie i dziewczęta widząc moje nawigacyjne sukcesy postanowiły iść ze mną na jedynkę i od niej namierzyć się na swój punkt. Od razu ostrzegłam je, że chodzenie za mną jest przedsięwzięciem dość ryzykownym i nie gwarantuje sukcesu, ale jeśli chcą.... Najwyraźniej były spragnione sukcesów, bo odpuściły.
W miejscu gdzie spodziewałam się jedynki krążyły już dwie zawodniczki i od razu ustaliłyśmy, że szukamy tego samego. Jakieś zaćmienie na mnie spadło, bo uporczywie szukałam tuż pod pasem zielonego, zamiast niżej. I w ogóle nie przyszło mi do zakutego łba, żeby namierzyć się od tej zieleni skoro już byłam blisko. Zauważam, że obecność innych ludzi odbiera mi zdolności logicznego myślenia i zdaję się na nich. Chyba powinnam biegać z dużą tabliczką: NIE ZBLIŻAĆ SIĘ!!! Dołek udało się znaleźć przedstawicielowi którejś ze starszych męskich kategorii.
Dwójka była banalna - wzdłuż krótszego boku tej nieszczęsnej zieleni, kawałek pod górkę i dużą skałę było widać z daleka. Nawet na mapie sobie doczytałam, że lampion będzie pomiędzy dwoma skalami. Nie wiedziałam tylko co oznacza tajemnicze 6 (a przy innych punktach inne liczby), ale jakoś dałam radę bez tej wiedzy.
Trójka i czwórka tuż obok weszły spokojnie, a na piątkę był dłuższy przelot. Na szczęście po drodze było sporo charakterystycznych miejsc i to mnie uspokoiło. Wyszłam idealnie na skrzyżowanie przed piątką i wystarczyło tylko wspiąć się na zbocze ze skałą. Wspinaczka - ta oraz poprzednie wcale nie były takie uciążliwe, bo deszcz aczkolwiek moczył, to jednocześnie przyjemnie chłodził i orzeźwiał. W sumie to w tym deszczu było mi dużo przyjemniej niż w upale poprzedniego dnia. Dodatkowo zbliżałam się do połowy trasy i nigdzie jeszcze się nie zgubiłam. No to właśnie w złą godzinę to sobie pomyślałam. To znaczy nie żebym się całkiem zgubiła jak ja to potrafię, bo nawet wyszłam na właściwe skałki gdzie miała być szóstka, ale lampion był tak sprytnie schowany, a roślinność tak gęsta, że nie mogłam na niego trafić. Dodatkowo akurat nadbiegła zawodniczka z innej kategorii, ale szukająca tego samego lampionu i wiadomo - od razu przestałam myśleć. We dwie zaczęłyśmy czesać okolicę, a na koniec okazało się, że lampion wisiał kilka metrów niżej od miejsca gdzie się spotkałyśmy.
Między szóstką a siódemką na mapie narysowany był kubeczek - znaczy się organizatorzy przewidzieli punkt nawadniania. Kiedy dotarłam na zaznaczone skrzyżowanie, faktycznie zobaczyłam butelki z wodą i stos kubeczków. Ponieważ na trasie byłam już jakieś 50 minut czułam się bardzo, bardzo dokładnie nawodniona i tym razem nie skorzystałam z propozycji organizatorów.
Ósemka była łatwa do namierzenia się, bo w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się dojść do niej po abstrakcyjnych zygzakach wychodząc zupełnie niepotrzebnie na łąkę, a potem przedzierając się przez gęsty zagajnik żeby i tak wyjść ciut za daleko.
Do dziewiątki odruchowo ruszyłam po kresce, tyle że po drodze były gęste i bardzo, bardzo kolczaste zarośla. Oczywiście usiłowałam je sforsować, no bo azymut, ale po kilku bolesnych zadrapaniach w końcu odpuściłam i obeszłam dookoła. Pięknie wyszłam na pierwsze dołki, te tuż za drogą i niewiele brakowało żebym sobie znowu dała zrobić wodę z mózgu przez kolejną spotkaną zawodniczkę, która na mój widok oznajmiła, że nie może znaleźć punktu. Nie, nie zaczęłam razem z nią czesać w miejscu gdzie stałyśmy, tylko twardo parłam dalej, bo mapa mówiła, że jeszcze kilkadziesiąt metrów. Do dziesiątki była już wydeptana porządna inostrada, pilnowałam więc tylko, czy aby na pewno trzyma kierunek. Trzymała. Tuż za dziesiątką dopadł mnie zapłakany chłopaczek, bo zgubił się w drodze na swój pierwszy punkt. Pokazałam mu gdzie jest, ale chyba niespecjalnie wiedział co dalej z tą wiedzą zrobić. Biegł za mną pochlipując. No i co tu robić? Czas ucieka, meta blisko, jest szansa na przyzwoity wynik, a tu ta mała kupka nieszczęścia.... Doprowadziłam dzieciaka do rowu, którym mógł w najgorszym przypadku wrócić na metę i pognałam na swój ostatni punkt. Na dobiegu do mety zrobiłam rekord swojej kategorii, bo jacyś młodzianie zaczęli mnie wyprzedzać i uniosłam się ambicją. Oczywiście, że wyprzedzili, ale dzięki nim miałam fajny finisz.
Wbrew obawom związanym z pogodą, okazało się, że biegało mi się dużo, dużo lepiej w deszczu niż poprzedniego dnia w upale. Przede wszystkim w ogóle biegałam i to sporo, w ogóle się nie spociłam :-), deszcz skutecznie wypłukiwał mi pomysły na głupie warianty i ogólnie miałam dużą frajdę z dzisiejszego etapu.
Ale nie, nie znaczy to, że na jutro zamawiam taką samą pogodę. Absolutnie!
piątek, 31 stycznia 2020
Smok w sypialni Muranowa
Chyba w tym samym miejscu co opisywane powyżej zdarzenia zalągł się start
![]() |
| Zapisy na starcie - jeszcze jesteśmy susi |
![]() |
| PK 31 był na zielonej kropce.... |
Przedostaliśmy się na drugą stronę Al. JPII. Karta startowa była coraz bardziej mokra, podobnie jak i my. Przy PK 41 nagle dostrzegłem jakieś podobieństwo terenu do wycinka, którego nie mogliśmy wcześniej dopasować. PK 41 okazał się punktem podwójnym! (przy okazji punktem całkiem dobrze rozmoczonym z kredką odczepioną od lampionu, tak że w pierwszej wersji zacząłem wpisywać BK). Obeszliśmy wokoło Muranów i Pałac Mostowskich, aż porządnie przemoczeni wróciliśmy w okolice startu.
![]() |
| PK12 - ostatni na trzecim wycinku |
![]() |
| Wyczekiwana meta |
| Nasz smok wyszedł dosyć kanciasty, a Wasz? |
poniedziałek, 19 października 2015
Oniryczny wieloryb.
Na starcie tradycyjnie stała już kolejka do biura, bo impreza służy studentom do zaliczania wuefu, więc poświęcają się i raz w roku idą na InO. Odczekawszy swoje w deszczu, który nie chciał odpuścić, wreszcie dorwaliśmy się do map. Oniryczny wieloryb na trudnego nie wyglądał, raz, dwa wytypowaliśmy położenie wycinków i stwierdziwszy, że daleka droga przed nami - ruszyliśmy.
Jak mówi definicja oniryzmu: "Zwykle dzieło ma wtedy charakter irracjonalny, absurdalny, sprzeczny z zasadami prawdopodobieństwa. Zacierają się związki przyczynowo-skutkowe i logiczne następstwa wydarzeń." Tak też było z otrzymaną mapą. PK 1 jeszcze może był mało oniryczny, ale już następne jak najbardziej.Wycinek mapy z PK 8 nie miał logicznych następstw w postaci lampionu i nikomu z wieloosobowego tłumu nie udało się go znaleźć. Przy PK 6 także nie natrafiliśmy na związki przyczynowo (mapa)-skutkowe (lampion), co już wzbudziło nasze lekkie zaniepokojenie. Azymut do PK 4 był sprzeczny z zasadami prawdopodobieństwa, bo prowadził w gąszcz, w jakim żadnemu budowniczemu nie chciałoby się wieszać lampionu. Zresztą lampion stał przy drodze, na zupełnie innym azymucie. Kolejny punkt - PK 3 miał charakter irracjonalny i stał na niczym, bo o drodze zaznaczonej na mapie nawet najstarsi górale już nie pamiętają. Mimo to, niektórym udało się zaznaczyć właściwy lampion, a niektórym niewłaściwy - jak to w InO bywa. PK 5 spełniał wymogi absurdalności, bo na jednym drzewie wisiały dwa lampiony - każdy z innym kodem. Oba oczywiście dotyczyły tego samego wycinka.
Po wyczerpaniu definicji oniryzmu, reszta lampionów, siłą faktu, musiała zawisnąć już w lokalizacjach bardzo zbliżonych do tych określonych na mapie, co niestety zepsuło trochę zabawę, bo zrobiło się nudno. Rozrywkę postanowił zapewnić więc T. i w drodze na PK 9 zorganizował wycieczkę krajoznawczą "Szlakiem Piasku Kopalnego". Grupa, która się w międzyczasie ukonstytuowała, miała niezapomnianą okazję obejrzeć każdy kilometr kwadratowy największej kuwety Warszawy. Kiedy już nasyciliśmy wzrok hałdami piasku, T. gładko wyprowadził nas na punkt od strony przeciwpołożnej spodziewanemu kierunkowi. Stamtąd już tylko prostą drogą na metę, na mecie punkt podsumowujący imprezę, ciepła herbata, tradycyjne bicie autora i szybki powrót do autka czekającego nieopodal.
Przez całą drogę deszcz nie odpuszczał, ale mimo wyglądu zmokłych kur, bawiliśmy się dobrze, co widać po naszych minach:-)
























