Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PInO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PInO. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 grudnia 2015

Rzeźbimy PInOkia - cz.3

Po polsko-włoskim obiedzie dostaliśmy całą godzinę wolnego. Pełen luzik. Od razu pomyślałam o wyprawie do sklepu, żeby kupić coś na porost mózgu. Jak wiadomo mózg żywi się glukozą, czyli cukrem, czyli słodyczami. Ponieważ na egzaminy był nam potrzebny duuuży mózg, musieliśmy go dobrze odżywić. Przy okazji mieliśmy okazję podlizać się części komisji egzaminacyjnej, podwożąc tę część do sklepu. Podwózka niestety nie przyniosła efektów w postaci przecieków pytań. Twarda komisja.
Po przerwie na odżywianie mózgu znowu zasiedliśmy przed kominkiem i staraliśmy przyswoić sobie kolejne regulaminy i zasady budowy tras. Najbardziej jednak czekaliśmy na powrót B. i D. żeby dowiedzieć się jak nam poszła budowa i przejście budowanej przez nas trasy. Tymczasem B. i D. pojechali sobie beztrosko na "InO u Piotra", wzbudzając tym w nas zazdrość. Też byśmy chcieli!
Dopiero późnym wieczorem dowiedzieliśmy się, co "wandal" zrobił z naszą trasą i dlaczego nie mogliśmy nic znaleźć:-) Poćwiczyliśmy sprawdzanie naszych kart startowych, co przy kilku PK i doborowym składzie uczestników nie było trudne. Trudne za to okazało się zadanie domowe, jakie prowadzący zostawili nam na odchodne. Po ostatnim wykładzie usiłowaliśmy sprawdzić fikcyjne karty startowe, ale na trzeźwo ani rusz nie szło. Próbowaliśmy z winem, ciastem (pokarm dla mózgu), kawą, herbatą i nie było lekko. Każdemu wychodziło co innego i nikt niczego nie był pewien. Kiedy uznałam, że już nic nowego nie wymyślę, postanowiłam przynajmniej się wyspać. Niektórzy planowali kucie do bladego świtu, ale ja tak nie daję rady.

W niedzielny poranek każdy udawał wyluzowanego, ale podskórnie czuło się napiętą atmosferę.
Zaczęliśmy od egzaminu pisemnego z regulaminów. Regulaminy zawsze były postrachem kursantów, bo przez nie najłatwiej oblać. Pierwsze spojrzenie na pytania mnie zmroziło. Nie wiem, nie wiem, nie wiem - powtarzałam w myślach czytając każde kolejne pytanie. W końcu dotarłam do "wiem". Takich "wiem" znalazłam nawet kilka, ale to wciąż było za mało żeby zdać.
- Ale obciach - pomyślałam.
- Nie, no. Weź się w garść - pomyślałam znowu.
Przeczytałam pytania kolejny raz. Pojawiło się kilka wiemów. Wpisałam. Obejrzałam sufit. Wiadomo, dane bierze się z sufitu, ale ten był pusty. Puściuteńki.
- No, skoncentruj się! - napominałam sama siebie.
Znowu wyszukałam kilka wiemów. Obejrzałam ściany. Poszukałam natchnienia za oknem, patrząc tęsknie w dal. W końcu postanowiłam improwizować. Wybrałam najbardziej prawdopodobne odpowiedzi i zakreśliłam. I wtedy okazało się, że nie mieliśmy zakreślać na karcie z pytaniami, tylko na osobnej małej karcie odpowiedzi. Trudno, przepisałam. Sprawdziłam. Sprawdziłam drugi raz, bo przy przepisywaniu łatwo o pomyłkę. Sprawdziłam trzeci. Uznałam, że nic więcej już nie zrobię i przeszłam do kolejnego testu. Pytania wprawiły mnie w osłupienie. Niemal na każde miałam odpowiedź, jakiej nie było w ogóle wymienionej. Cóż, postanowiłam myśleć jak T. D., czyli autor testu. Co chciał osiągnąć? Jakie były jego intencje? Dopiero kiedy to udało mi się zrozumieć, szybko machnęłam test i poprosiłam o kolejny zestaw pytań.
Spojrzałam na pierwszy test i ciarki przeszły mi po plecach - historia. Na samą myśl o historii doznaję natychmiastowej amnezji i totalnego zaćmienia umysłu. Mam to w genach po mamusi:-) Nieuleczalne. Odłożyłam karteczkę na potem i wzięłam się do sprawdzania karty startowej. Ciężko jak cholera, bo karta chyba odebrana jakiejś niemocie ale przy sędziowaniu przynajmniej są jakieś zasady i logika postępowania. Machnęłam pierwszy przykład i utknęłam na drugim. Ciężki przypadek. Jakoś go powoli rozgryzałam, kiedy zauważyłam, że w sali oprócz mnie zostały jeszcze dwie osoby. No, ładnie - tu jeszcze nie skończyłam, a drugi test leży całkiem odłogiem. Szybko podliczyłam punkty na karcie i z najwyższa niechęcią jeszcze raz przeczytałam pytania historyczne. Na dwa znałam odpowiedź, resztę wpisałam niemal losowo coś tam pewnie trafiając i w duchu już godziłam się z żółtymi papierami. Oddałam test nie sądząc, że coś można wymyślić więcej.
Za drzwiami czekał już T. z nowiną, że zdałam regulaminy. Hurrrrrra! Tylko dwa błędy. On za to bezbłędnie. Kujon!
Po części pisemnej miały odbyć się indywidualne rozmowy o autorskich mapach.  Pierwsza szła B. P., a po niej ja, T. i A. K. Przy omawianiu map T. wyszło na jaw, że część map mamy wspólnie robionych, toteż zostałam zaproszona do stolika i "egzamin" zdawaliśmy razem. Ponieważ mapy mieliśmy przyzwoite, a we wzorcówkach idealny porządek, nie było się do czego przyczepić. Mało tego, dostaliśmy same pochwały, które niemal unosiły nas pod sufitem. Przynajmniej mentalnie.
Spod sufitu gwałtownie opadłam na ziemię, kiedy po wyjściu B. Sz. zawezwała mnie na rozmowę o moim historycznym teście.  Wciąż znałam odpowiedzi na te same dwa pytania, ale kiedy zaproponowała, żeby wziąć temat na logikę, okazało się, że w ten sposób znacznie łatwiej przypasować kolejność. No bo na przykład skoro taka Komisja InO ZG PTTTK wymyśla sobie jakieś puchary, to raczej trudno żeby to robiła przed swoim powstaniem, nieprawdaż? Idąc tym tropem całkiem poprawnie można było ustalić chronologię, co ze wstydem musiałam przyznać i posypać głowę popiołem. B. najwyraźniej w mojej logice zauważyła jakiś potencjał i zaliczyła mi egzamin.
Po niedługim czasie pierwsza czwórka, która zdała już ustny została poproszona do pokoju przesłuchań i ku naszej ogromnej radości oznajmiono nam przyjęcie do grona PInOkiów i wręczono blachy. Mało się nie rozpękłam z dumy! I szczęścia. Bo przecież gdybym nie zdała, to wstydziłabym się wrócić do domu i przyznać do porażki dzieciom. A gdzie bym się podziała późną jesienią, kiedy za oknem mróz, deszcz i śnieg?
Kolejna grupa po zaliczeniu ustnego została uhonorowana blachami i tym sposobem ilość PInOkiów na metr kwadratowy gwałtownie podskoczyła. Kilka osób dostało żółte papiery, ale Stowarzysze w całości zapinoczyli. Trzeba będzie to jakoś uczcić!

poniedziałek, 30 listopada 2015

Rzeźbimy PInOkia - cz.2

Sobotnie zajęcia zaczynały się o nieludzkiej 7.30. Kto nie chciał iść na nie w piżamie i na głodniaka, musiał wstać oczywiście odpowiednio wcześniej.
Prawdę mówiąc za nic nie mogę sobie przypomnieć kto i o czym mówił na porannym wykładzie, bo cała moja uwaga była skupiona na planowanym wyjściu do lasu. Punkt dziesiąta ruszyliśmy. Każdy dwuosobowy zespół dostał do powieszenia dwa lampiony i miał dla nich wybrać miejsce w wyznaczonym rejonie.  Ja i B. P., z którą byłam w zespole, miałyśmy za zadanie wyznaczyć LOP-kę. Wydawało się banalnie proste. Po dotarciu w wyznaczony rejon postanowiłyśmy  sprawdzić liczne (na mapie) przecinki i któreś z nich wybrać na naszą trasę. Jak zwykle okazało się, że mapa sobie, a rzeczywistość sobie i nic się nie zgadza. Nie byłyśmy pewne czy to, co narysowałyśmy na naszych mapach jest tym, co widzimy w terenie i zachowawczo powiesiłyśmy lampiony tylko w początkowej i końcowej części LOPki, których położenia byłyśmy pewne. W tym układzie środek LOP-ki mógł się zgadzać albo nie zgadzać z tym co na mapie i nie miało to większego znaczenia. Jako, że B. od jakiegoś czasu jest przejściową inwalidką, własną ręką powiesiłam oba lampiony pracowicie wbijając pinezki. Przy okazji dowiedziałam się, że sosna do pinezek jest lepsza od brzozy.
W drodze powrotnej uświadomiłyśmy sobie, że czas się nam niebezpiecznie skurczył, bo oglądanie przecinek chwilę się przedłużyło. Odetchnęłyśmy z ulgą, kiedy zobaczyłyśmy w pewnej odległości  wyłaniających się z krzaków kolegów M. P. i ...  nie wiem czyje były drugie plecy. W bazie okazało się, że jeszcze kilka osób jest w lesie, więc takie ostatnie sieroty nie byłyśmy:-)
Kiedy już wszyscy wrócili, odczekaliśmy piętnaście minut (żeby wandale zdążyli popsuć naszą pracowicie rozstawioną trasę) i ruszyliśmy w las, tym razem jako uczestnicy, a nie organizatorzy. Każdy szedł indywidualnie, tylko ja z B. znowu zostałyśmy sparowane, jako, że miałam robić za jej prawą rękę. Jak to dobrze mieć w grupie inwalidkę i sprawiać wrażenie osoby opiekuńczej i odpowiedzialnej:-)
Już przy pierwszym punkcie objawiły się niszczycielskie zapędy "wandala" - ukradł kredkę! B. trochę się zdziwiła, bo początkowo w wandala nie wierzyła, ja miałam przecieki z ubiegłorocznego kursu, więc spodziewałam się wszystkiego. Najgorszego, oczywiście:-)
Do dwójki poszłyśmy ścieżką, która wyprowadziła nas na rów. Snułyśmy się po tym rowie, bo nie wiedzieć czemu ubzdurałyśmy sobie, że gdzieś tam ma być lampion. Oczywiście miał być nie tam, tylko nad stawem, ale i tak go nie było, więc co za różnica. Przy nieobecnym lampionie utworzył się pierwszy tramwaj, bo jednak większość bardzo starała się znaleźć, to czego nie ma, a kolejni dochodzili. Kiedy wspólnie ustaliliśmy bepeka, trudno było nagle zacząć iść osobno, skoro wszyscy w tę samą stronę.
Przy PK 3 czekał już kolejny wagonik gotowy do przyłączenia się. Wspólnie podumaliśmy nad dziurą w ziemi i uznawszy, że zadawala nasze wymagania (aczkolwiek odległościowo nie do końca), spisaliśmy kod z lampionu. W drodze na czwórkę tramwaj zaczął się nieco rozszczepiać na mniejsze elementy. My z B. wybrałyśmy ścieżkę, inni drogę, jeszcze inni poszli na przełaj. Lampion zastany w przewidywanych okolicach na mój gust stał trochę za blisko. Wlazłam w krzaki i kawałek dalej znalazłam górkę idealnie pasującą do mapy. Niestety, wszystkie wagoniki, które w międzyczasie dotarły do nas, optowały za wzięciem tego, co oznaczone lampionem. Uległam sile perswazji i wzięłam to, co wszyscy.  Czyli PS-a. Zdecydowanie muszę popracować nad asertywnością.
W drodze na piątkę tramwaj znowu poszedł w rozsypkę i potworzyły się drobniejsze grupki. Jako, że czwórkę wzięłyśmy niewłaściwą, namierzenie się od niej wypadło słabo. W efekcie zniosło nas na trójkę, co miało i tę dobrą stronę, że wiedząc gdzie się jest, łatwiej wyznaczyć dalszą trasę. Na piątkę doszłyśmy bardzo mało optymalnie. Co ciekawsze, w naszej grupce szła M., która wieszała lampion i wcale trafienie na miejsce  razem z nią nie było łatwiejsze:-)
Po piątce przyszła kolej na naszą LOP-kę. Najwyraźniej ktoś ją wzbogacił o lampiony, przed i w trakcie  jej przebiegu. Z rozpędu mało nie wzięłyśmy za dużo punktów z LOP-ki, bo tak zasugerowałyśmy się tym, że wieszałyśmy dwa lampiony, że gotowe byłyśmy również zebrać dwa. Na szczęście B. w porę się zorientowała, że mamy wziąć jeden.
Do szóstki było łatwo i daleko. Niektórzy pobiegli przez las, ale B. ani nie nadawała się ani do biegania, ani do przedzierania się przez krzaki. Wiadomo - inwalidka. A przecież partnerki z zespołu nie mogłam zostawić. Poszłyśmy więc spacerowo, głównymi drogami.  W miejscu docelowym lampionów było w bród. Do wyboru, do koloru. Drzewa obwieszone były nimi jak choinki bombkami. Wybrałyśmy sobie najładniejszy oczywiście:-).
Do bazy wróciłyśmy bynajmniej, wcale nie ostatnie, choć w lekkich minutach, a do obiadu miałyśmy jeszcze czas na chwilę odpoczynku.

c. d. n.

niedziela, 29 listopada 2015

Rzeźbimy PInOkia - cz.1

W piątek urwałam się z roboty godzinę wcześniej, żeby na spokojnie nakarmić dzieci, spakować niezbędne rzeczy i dojechać do Radości na kurs. Oczywiście omal się nie spóźniliśmy, bo korki ciągnęły się wzdłuż, wszerz i w poprzek Warszawy i okolic. I tak okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych, bo pozostałych uczestników również dotknęły plagi komunikacyjne.
Na miejscu poddaliśmy się procesowi zakwaterowania, który przebiegł w dwóch etapach: najpierw panie na prawo, panowie na lewo (ale my z T. jesteśmy razem spakowani!), a potem panie na prawo, panowie na lewo, a ja i T. pośrodku (ale z dziewczynami już było tak fajnie!).
Punktualnie o 18-tej, przy niewielkiej jeszcze frekwencji, nastąpiło oficjalne rozpoczęcie kursu. Atmosfera była chłodna i żeby temu zaradzić postanowiliśmy na wykłady przenieść się do sali kominkowej. Roztropnie wzięłam ze sobą koc. Kominek kominkiem, a ciepło być musi.
Od pierwszych chwil usiłowaliśmy wycisnąć z prowadzących jakieś konkrety dotyczące egzaminu (typu - czy prawidłowo będzie C A D B, czy raczej C D B A?), nakłanialiśmy mniej i bardziej dyplomatycznie do ujawnienia jeśli już nie odpowiedzi, to chociaż pytań, a oni niezmiennie:
- Na wykładach będzie wszystko powiedziane, słuchajcie i zapamiętujcie.
No, ale jak to? Mamy się uczyć? Tak jak w szkole? - dziwiła się w duchu starsza i dużo starsza część grupy stanowiąca większość na tegorocznym kursie.
W. F. i Z. T. robili co mogli, żeby umilić nam piątkowy wieczór, z nieznanych powodów przyjmując za pewnik, że regulaminy i zasady budowy tras wywołają w nas ekscytację i dostarczą niezapomnianych
wrażeń. Przez grzeczność słuchaliśmy z wypiekami na twarzy, niektórzy nawet posunęli się do tego, że zadawali mniej lub bardziej inteligentne pytania. Z opresji wybawił nas klubowy kolega T. D. dobijając się do drzwi wejściowych. Panowie prowadzący wykłady ustąpili mu miejsca przy rzutniku i .... tu srodze się zawiedliśmy na T. :-( Zamiast po koleżeńsku podyktować nam odpowiedzi na pytania egzaminacyjne, ten zaczął wykład o organizacji imprez. A bo to jedną imprezę mu pomagaliśmy organizować? A kto na ubiegłorocznym "Smoku" nie spał dwie doby? No, kto? Ale - nie! Pytań nie zdradzi! Zabiliśmy go spojrzeniami i odesłali do domu. Po zakończeniu wykładu oczywiście.
Koło północy wreszcie mieliśmy czas na odrobienie zadań domowych.  Czujecie to? ZADAŃ DOMOWYCH! My to mieliśmy do domu jeszcze blisko, ale taki kolega znad morza... W akcie solidarności postanowiliśmy zadania zamiast w domu, zrobić na miejscu. Stowarzysze stowarzyszyli się w naszym pokoju i tu nastąpiła burza mózgów. Burza podsycana była specjalnie spreparowanym ryżem w płynie z owocowymi dodatkami o mocy rozsądnej, acz nie byle jakiej. Zadanie rozpaliło nas do żywego, bo ilość absurdów zgromadzonych na jednej kartce formatu A4 była nieprawdopodobna. Tak nas wciągnęło, że dopiero po długiej chwili uświadomiliśmy sobie co my wyrabiamy - uczymy się! Niestety, było już za późno:-( Wiedza została przyswojona:-(
Z niesmakiem odłożyliśmy nasze zadania domowe, dojedliśmy "ryż", "zakanszając" słodyczami, od których już nas mdliło i towarzystwo zaczęło powoli wymiękać. Kolejny dzień mieliśmy spędzić w lesie i lepiej było się wyspać.

c. d. n.

Pinokio

- Chcesz piwo? - zapytał dzisiaj w sklepie T. pokazując mi różne fajne buteleczki z egzotycznymi dla mnie zawartościami różnych małych browarów.
- Nie, nie mam ochoty - skłamałam i poczułam z zadowoleniem jak mój nos robi się coraz dłuższy.

Tak, od dzisiaj jestem PInOkiem!!!!

c. d. n.

czwartek, 19 listopada 2015

Opowieści z cyklu: "Jak (nie)zostałam PInOkiem" (2)

Wpruwam odznaki. I już w trzecim punkcie pierwszego paragrafu widzę błąd.

3. OInO jest ustanowiona w pięciu kategoriach:
 
I – popularnej OInO (bez stopni),
II – małej OInO w stopniu brązowym, srebrnym i złotym,
III – dużej OInO w stopniu brązowym, srebrnym i złotym,
IV – „Za wytrwałość” (trzy stopnie: I, II, III),
V –„Dla najwytrwalszych” (cztery stopnie: I, II, III, IV).

A gdzie szósta kategoria - Andrzej Krochmal?????!!!!

wtorek, 17 listopada 2015

Opowieści z cyklu: "Jak (nie)zostałam PInOkiem"

Zaczynam na poważnie uczyć się do egzaminu. Lekko nie jest, bo w związku z galopującą sklerozą, co się nauczę, to za chwilę zapominam. Ale nie poddaję się!

Przyswajam teraz honorowego Pinokia. Główne warunki: ukończone 50 lat lub odznaka "25 lat w PTTK", 20 lat udokumentowanej działalności przodownickiej InO.

Generalnie idzie o to, że taki pięćdziesięcioletni starzec stojący nad grobem to ma już problem z pełnieniem funkcji, uczestniczeniem, propagowaniem, upowszechnianiem i wszystkim tym, czego  regulamin od PInOkia wymaga.
Do lasu na imprezę nie ma sił się doczołgać, a już o wypełnieniu drżącą ręką sprawozdania nie ma mowy. To się mu daje honorowca i chłopina (lub babina) ma spokój.
Nie mogę się tylko nigdzie doczytać, czy dają też pośmiertnie, bo 50 lat już skończyłam, ale drugi z warunków spełnię najwcześniej za 20 lat.
Mogę nie doczekać.