Po zdobyciu bunkra mieliśmy okazję zwiedzić jego wnętrze, oczywiście z mapą w reku, w ramach mini gry terenowej. A potem już tylko ostatni etap...
I tu nastąpił drobny zgrzyt. Okazało się, że jest mało map i przypada po jednaj na zespół. No to w związku z tym, chcąc mieć dwie mapy, postanowiliśmy się stramwaić z A. M., D. M. i A. K. Po kolei obejrzeliśmy HallowInOwe sowy, dynie i nietoperze i zastygliśmy w zdziwieniu. Niby proste, a nikt nie ogarnął o co biega. Szczególnie nietoperze stanowiły dla nas zagwozdkę - latały po kartce chaotycznie i nie bardzo było wiadomo co z nimi zrobić. W końcu uznaliśmy, że w najgorszym wypadku zbierzemy tylko dziewięć z wymaganych czternastu punktów, bo tyle było zaznaczonych na schemacie dróg między startem a metą. Większość z tych punktów była na niczym, czyli na dowolnym odcinku ścieżki i trochę nas to irytowało. Kiedy straciliśmy już dużo czasu na przekazywaniu sobie map z rąk do rąk ruszyliśmy.
Szybko ogarnęło mnie zniechęcenie. Zasadniczo to ja działam na baterie słoneczne i nocą wyłączam się. Czasem jeszcze aktywuje mnie mapa, ale z braku takowej szłam za grupą niczym cielę majowe. Sądząc po minach współtowarzyszy, nie byłam jedyną osobą zdegustowaną po czubek kokardy.
Przy punkcie H zaskoczyło. Wreszcie dopatrzyliśmy się zależności między prawym i lewym fragmentem schematu i nietoperzami. A kiedy rozcięliśmy mapę i połączyli rozsunięte części, to już całkiem byliśmy w domu. Od razu wyszło też na jaw, że najlepiej to wrócić na początkowe punkty i zebrać te sprzężone z nimi, czyli powiązane nietoperzami. Przy okazji wreszcie dowiedzieliśmy się na czym autor mapy poumieszczał punkty, bo to wynikało dopiero z oglądu wycinków.
Oczywiście to, że rozgryźliśmy metodę, nie oznaczało jeszcze, że znajdziemy wszystkie potrzebne lampiony. Szczególnie PK 5 dał nam się we znaki - postawiony w środku młodnika, który zaciekle bronił dostępu do swojego wnętrza. Razem z grupą tezetów z J. W. na czele zaciekle atakowaliśmy to z jednej, to z drugiej strony, wreszcie odnieśliśmy sukces. Co prawda był on okupiony zadrapaniami, poszarpaną odzieżą i wyrwanymi kępami włosów, ale tym bardziej cenny.
W miarę zdobywania kolejnych punktów, nasz tramwaj podzielił się na dwie wyspecjalizowane ekipy - pierwsza wyszukiwała lampiony i spisywała kody, druga szła w stronę mety. Tym to sprytnym sposobem znaleźliśmy wszystkie wymagane punkty i mogliśmy spokojnie zakończyć etap.
W bazie czekał na nas jeszcze mini bno dookoła szkoły. Pomimo biegu w nazwie etap zaliczyłam bardzo powoli, bo bez czołówki trudno się biega, a tej jakoś nie pomyślałam wziąć ze sobą. Ale co tam, pośpiech to potrzebny jedynie w łapaniu pcheł, biegać można i spacerkiem.
Po zaliczeniu wszystkich przewidzianych przez organizatora atrakcji, szybko wsiedliśmy w samochód, bo czekała nas jeszcze impreza imieninowa znajomego. Co prawda kiedy dotarliśmy na miejsce solenizant był już w fazie mocno schyłkowej, ale jeszcze nas rozpoznał, a nawet udało mu się wstać żeby nas powitać. Po jednym drinku poczułam się dokładnie tak jak on i szybko ewakuowaliśmy się do domu, do łóżka. Dobrze, że zmiana czasu pozwalała pospać dłużej, bo świtkiem zerwaliśmy się żeby wrócić na Podkurek na ogłoszenie wyników. Rano odebraliśmy sms-a, że mamy drugie miejsce, więc nie mogliśmy nie odpuścić.
c. d. n. n.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODKUREK 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODKUREK 2015. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 października 2015
poniedziałek, 26 października 2015
Yрppаaaaaa!!!!
Po szczęśliwym powrocie z etapów dziennych z zapałem zjedliśmy obiad (i jakby był drugi, to pewnie też bym pochłonęła) i biegiem rzuciliśmy się do samochodu żeby pojechać do Celestynowa zrobić trino. Do samochodu tak dokładnie to rzuciłam się ja z T., a A. M. rzuciła się do roweru. W wersji ekspresowej odwiedziliśmy wszystkie PK, bo spieszyło nam się z powrotem. Mieliśmy iść na zebranie Wysokiej Komisji od Przyznawania Pucharu Polski Niepoślipce, żeby w razie potrzeby własną piersią bronić Niepoślipki przed odrzuceniem. Jak się okazało pierś była niepotrzebna i MAMY PUCHAR!
Po zebraniu chwila odpoczynku i start etapów nocnych. Jak przystało na zbliżający się halloween start był przy cmentarzu. Podjechaliśmy samochodem, bo i meta ostatniego etapu tam miała być.
Organizatorzy w ramach mapy wręczyli nam jakiegoś poradzieckiego starocia, do tego z opisem po rosyjsku. Dla mnie akurat to pestka, bo rosyjski znam przyzwoicie, ale słyszałam jak inni usiłowali czytać cyrylicę:-)))) Na szczęście dostaliśmy też bardziej współczesny schemat dróg i kawałeczek opisu po polsku - pewnie żeby nie wytracić uczestników przed drugim etapem nocnym.
Do pierwszego punktu dotarliśmy bez przeszkód, podobnie jak masa innych zespołów, zwłaszcza młodszych kategorii i przy lampionie zrobił się zator, a do spisania kodu kolejka jak za najgłębszej komuny po papier toaletowy. Potem było już łatwiej. Łatwiej w sensie swobodnego poruszania się, bo w temacie namierzania PK 2 to tak jakby ciut trudniej. Wzdłuż drogi i równolegle do niej, w lesie, szły ławą zespoły TU/TJ czesząc równo cały teren. Ochoczo włączyliśmy się w tę akcję, ale po kilkunastu minutach zwątpiliśmy - rowu ani śladu. Postanowiliśmy więc najpierw znaleźć PK 3 i PK X i od nich namierzyć się na tę nieszczęsną dwójkę. Szliśmy, szliśmy, szliśmy i szliśmy, a spodziewanych punktów ani śladu. Ani śladu też skrzyżowania, na który miał stać X. Po przejściu wielu, wielu kilometrów postanowiliśmy jednak wrócić widząc, że dalszy marsz prowadzi nas tylko na manowce. Może i cudne, ale jednak manowce. Jak wracać to konkretnie - aż do PK 1. Po kilkukrotnym przestudiowaniu mapy okazało się, że błąd popełniliśmy już na początku i PK 2 szukaliśmy wzdłuż złej drogi. Teraz poszło już łatwiej i okazało się, że dwójka wcale nie jest tak mityczna, jak się wydawało. Kiedy już ustaliliśmy położenie dwójki, namierzyć resztę było łatwo. To znaczy dla mnie może i byłoby łatwo, ale w dzień. Nocą zdałam się całkowicie na T.
PK 4 był mocno hardkorowy - tarnina broniła dostępu do lampionu i mój hart ducha był wystawiony na trudną próbę. Ogólnie to hart mi nieco podupadł. Szłam za T., ale myślami byłam jak najdalej od lasu. Pod jego światłym przewodnictwem zbieraliśmy kolejne punkty i nawet udało mi się samodzielnie znaleźć dziewiątkę ( w czasie gdy T. poleciał po siódemkę), czego oczywiście nie poczytuję sobie za jakiś szczególny sukces, bo trzeba by być ślepym albo kompletnym niedojdą żeby go nie znaleźć:-)
I tak wyzwaniem porównywalnym do znalezienia PK 2 było znalezienie mety. Zwłaszcza, że na mapie była zaznaczona w innym miejscu niż była w rzeczywistości. Co prawda z daleka widzieliśmy światło, ale założyliśmy, że to jakieś zabudowania i nawet się tam nie pchaliśmy. W końcu jednak, mocno naokoło, udało się nam dojść do mety i gromko mogliśmy krzyknąć: urrraaaaaaa!!!!!
c. d. n.
Po zebraniu chwila odpoczynku i start etapów nocnych. Jak przystało na zbliżający się halloween start był przy cmentarzu. Podjechaliśmy samochodem, bo i meta ostatniego etapu tam miała być.
Organizatorzy w ramach mapy wręczyli nam jakiegoś poradzieckiego starocia, do tego z opisem po rosyjsku. Dla mnie akurat to pestka, bo rosyjski znam przyzwoicie, ale słyszałam jak inni usiłowali czytać cyrylicę:-)))) Na szczęście dostaliśmy też bardziej współczesny schemat dróg i kawałeczek opisu po polsku - pewnie żeby nie wytracić uczestników przed drugim etapem nocnym.
Do pierwszego punktu dotarliśmy bez przeszkód, podobnie jak masa innych zespołów, zwłaszcza młodszych kategorii i przy lampionie zrobił się zator, a do spisania kodu kolejka jak za najgłębszej komuny po papier toaletowy. Potem było już łatwiej. Łatwiej w sensie swobodnego poruszania się, bo w temacie namierzania PK 2 to tak jakby ciut trudniej. Wzdłuż drogi i równolegle do niej, w lesie, szły ławą zespoły TU/TJ czesząc równo cały teren. Ochoczo włączyliśmy się w tę akcję, ale po kilkunastu minutach zwątpiliśmy - rowu ani śladu. Postanowiliśmy więc najpierw znaleźć PK 3 i PK X i od nich namierzyć się na tę nieszczęsną dwójkę. Szliśmy, szliśmy, szliśmy i szliśmy, a spodziewanych punktów ani śladu. Ani śladu też skrzyżowania, na który miał stać X. Po przejściu wielu, wielu kilometrów postanowiliśmy jednak wrócić widząc, że dalszy marsz prowadzi nas tylko na manowce. Może i cudne, ale jednak manowce. Jak wracać to konkretnie - aż do PK 1. Po kilkukrotnym przestudiowaniu mapy okazało się, że błąd popełniliśmy już na początku i PK 2 szukaliśmy wzdłuż złej drogi. Teraz poszło już łatwiej i okazało się, że dwójka wcale nie jest tak mityczna, jak się wydawało. Kiedy już ustaliliśmy położenie dwójki, namierzyć resztę było łatwo. To znaczy dla mnie może i byłoby łatwo, ale w dzień. Nocą zdałam się całkowicie na T.
PK 4 był mocno hardkorowy - tarnina broniła dostępu do lampionu i mój hart ducha był wystawiony na trudną próbę. Ogólnie to hart mi nieco podupadł. Szłam za T., ale myślami byłam jak najdalej od lasu. Pod jego światłym przewodnictwem zbieraliśmy kolejne punkty i nawet udało mi się samodzielnie znaleźć dziewiątkę ( w czasie gdy T. poleciał po siódemkę), czego oczywiście nie poczytuję sobie za jakiś szczególny sukces, bo trzeba by być ślepym albo kompletnym niedojdą żeby go nie znaleźć:-)
I tak wyzwaniem porównywalnym do znalezienia PK 2 było znalezienie mety. Zwłaszcza, że na mapie była zaznaczona w innym miejscu niż była w rzeczywistości. Co prawda z daleka widzieliśmy światło, ale założyliśmy, że to jakieś zabudowania i nawet się tam nie pchaliśmy. W końcu jednak, mocno naokoło, udało się nam dojść do mety i gromko mogliśmy krzyknąć: urrraaaaaaa!!!!!
c. d. n.
niedziela, 25 października 2015
Pyton w kropki.
Etap drugi to lopka ciągnąca się niczym pyton z jednej strony mapy na drugą, a w tę lopkę musieliśmy jeszcze dopasować kilka wycinków. Niby nic trudnego - mapa zorientowana, skala podana, miejsca łączenia się wycinków z lopką zaznaczone - nic tylko iść i podbijać punkty. Do pierwszego nielopkowego lampionu daleko - prawie kilometr, ale w nagrodę punkt łatwy do znalezienia - wystarczyło pójść kawałek rowem. Już się nam michy zaczęły śmiać, że tak dobrze idzie, "już był w ogródku, już witał się z gąską".
Zdychać zaczęło przy pierwszej kropce. Już z daleka zobaczyliśmy spore skupisko luda medytującego nad swoimi mapami. Zobaczyć inowca bezradnie wpatrującego się w mapę - zły znak!
Stanęliśmy i my (jak wszyscy, to wszyscy - babcia też!) i zaczęli kombinować. T. po obejrzeniu mapy poleciał w krzaki obwąchać teren, ja postanowiłam wleźć na pobliską górkę, bo to i widoki lepsze i perspektywy szersze. Poza tym inni też tam szli, to ja co? Gorsza? Na szczycie górki dumnie, niczym sztandar powiewał lampion. No dobra, nie powiewał, bo był porządnie przypięty, ale od czego wyobraźnia? Rozentuzjazmowana, z niecierpliwością wypatrywałam T., a kiedy wreszcie nadszedł, to zamiast się ucieszyć - zaczął wybrzydzać. Ot, tak żeby nie wyjść z wprawy, bo punkt oczywiście wziął.
Musieliśmy zdecydować co dalej - iść do drugiej kropki, czy szukać PK Y. Ponieważ Y postawiony był na niczym (czysta biel kartki), łatwiejsze wydało nam się pójście dalej lopką. Co niektórzy, sądząc, że wiemy co robimy, postanowili iść naszym śladem. Nie wiedzieli jednak - podobnie, jak i my - że liczenie odległości zaczęliśmy ze złego miejsca i nie było szans, żeby dojść dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Nic się nam nie zgadzało. Wytypowany wycinek za nic nie chciał się wpasować w zastany krajobraz, pozostałe wycinki nie pasowały jeszcze bardziej. Ganialiśmy po rowach, co to widać było, że świeżo wykopane, a w głowie wciąż tłukły nam się słowa organizatorów, że aktualność map przeminęła z wiatrem wieki temu. W końcu spisaliśmy kod z jakiegoś lampionu, który był najbardziej prawdopodobny, bo jedyny napotkany. T. jednak wciąż coś nie dawało spokoju i krążył po okolicy niczym pies myśliwski. Ponieważ po każdym okrążeniu wracał w to samo miejsce nie latałam za nim, tylko siadłam na rowie i wpatrywałam się w mapę, czekając na olśnienie, czy inny cud. Cud długo nie chciał nastąpić. Czas leciał, a my wciąż w lesie. W końcu jednak T. zarządził żebym tym razem poszła za nim, przegnał mnie po lesie to w prawo, to w lewo, to przed siebie, to z powrotem, po czym gładko wyprowadził na jedyny właściwy i słuszny lampion. Jak to zrobił? Nie wiem!
Postanowiliśmy iść na trzecią kropkę i trochę zdziwiliśmy się, kiedy przed nami wyrosła góra z kropki pierwszej. No, ale skoro już tam byliśmy to nie pozostało nam nic innego jak namierzyć się na igreka, co to nie wiadomo na czym miał być. Z igreka zeszliśmy do trzeciej kropki. Tam rozeszliśmy się w dwie przeciwne strony żeby zbadać teren, a kiedy już wiedzieliśmy, że droga ciągnie się i w prawo i w lewo (co nie było jakąś specjalną niespodzianką) zaczęliśmy dopasowywać wycinek. Drogą eliminacji wyszło nam, że to musi być E. T. bohatersko wlazł w zarośla, ja pilnowałam drogi żeby ktoś nie ukradł, bo gdzie by wtedy wrócił?
Zet na niczym udało się upolować, a punkt przy czwartej kropce był już tak jednoznaczny, że nie ma się co nad nim rozwodzić.
Na koniec, już na terenie miejskim, zostały nam kropki 5 i 6, do których łatwo dopasowaliśmy nazwy punktów - H i B oraz numery transformatorów. Organizatorom poszło trochę gorzej i dopasowali je na odwrót, a ponieważ nie dali sobie przetłumaczyć pomyłki, wszyscy jak jeden mąż dostaliśmy w wynikach punkty za opis :-).
Po znalezieniu ostatniego punktu z lopki zostało nam jeszcze tylko zadanie: podaj azymut z drugiego PK na LOP do PK 5. Zadanie właściwie było niewykonalne, bo punkty na lopce można zbierać w dowolnej kolejności i punkt drugi dla każdego mógł być inny, a do tego wszystkiego w ogóle nie było PK 5. Owszem, była kropka oznaczona cyfrą 5, ale punkt nazywał się H (lub B w wersji organizatorskiej). Prześledziliśmy więc proces myślowy jaki musiał zajść w głowie autora zadania i mimo oporów wewnętrznych podaliśmy dość dokładny azymut.
Jak na etap pucharowy to punkty na niczym, abstrakcyjny opis zadania i upór w kwestii PK B i H trochę (mocno) nas zdziwiły i czując, że mamy pełne podstawy do tradycyjnego "bicia autora" czuliśmy się bardzo zawiedzeni jego nieobecnością. Trudno, nastukamy mu innym razem.
c. d. n.
Zdychać zaczęło przy pierwszej kropce. Już z daleka zobaczyliśmy spore skupisko luda medytującego nad swoimi mapami. Zobaczyć inowca bezradnie wpatrującego się w mapę - zły znak!
Stanęliśmy i my (jak wszyscy, to wszyscy - babcia też!) i zaczęli kombinować. T. po obejrzeniu mapy poleciał w krzaki obwąchać teren, ja postanowiłam wleźć na pobliską górkę, bo to i widoki lepsze i perspektywy szersze. Poza tym inni też tam szli, to ja co? Gorsza? Na szczycie górki dumnie, niczym sztandar powiewał lampion. No dobra, nie powiewał, bo był porządnie przypięty, ale od czego wyobraźnia? Rozentuzjazmowana, z niecierpliwością wypatrywałam T., a kiedy wreszcie nadszedł, to zamiast się ucieszyć - zaczął wybrzydzać. Ot, tak żeby nie wyjść z wprawy, bo punkt oczywiście wziął.
Musieliśmy zdecydować co dalej - iść do drugiej kropki, czy szukać PK Y. Ponieważ Y postawiony był na niczym (czysta biel kartki), łatwiejsze wydało nam się pójście dalej lopką. Co niektórzy, sądząc, że wiemy co robimy, postanowili iść naszym śladem. Nie wiedzieli jednak - podobnie, jak i my - że liczenie odległości zaczęliśmy ze złego miejsca i nie było szans, żeby dojść dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Nic się nam nie zgadzało. Wytypowany wycinek za nic nie chciał się wpasować w zastany krajobraz, pozostałe wycinki nie pasowały jeszcze bardziej. Ganialiśmy po rowach, co to widać było, że świeżo wykopane, a w głowie wciąż tłukły nam się słowa organizatorów, że aktualność map przeminęła z wiatrem wieki temu. W końcu spisaliśmy kod z jakiegoś lampionu, który był najbardziej prawdopodobny, bo jedyny napotkany. T. jednak wciąż coś nie dawało spokoju i krążył po okolicy niczym pies myśliwski. Ponieważ po każdym okrążeniu wracał w to samo miejsce nie latałam za nim, tylko siadłam na rowie i wpatrywałam się w mapę, czekając na olśnienie, czy inny cud. Cud długo nie chciał nastąpić. Czas leciał, a my wciąż w lesie. W końcu jednak T. zarządził żebym tym razem poszła za nim, przegnał mnie po lesie to w prawo, to w lewo, to przed siebie, to z powrotem, po czym gładko wyprowadził na jedyny właściwy i słuszny lampion. Jak to zrobił? Nie wiem!
Postanowiliśmy iść na trzecią kropkę i trochę zdziwiliśmy się, kiedy przed nami wyrosła góra z kropki pierwszej. No, ale skoro już tam byliśmy to nie pozostało nam nic innego jak namierzyć się na igreka, co to nie wiadomo na czym miał być. Z igreka zeszliśmy do trzeciej kropki. Tam rozeszliśmy się w dwie przeciwne strony żeby zbadać teren, a kiedy już wiedzieliśmy, że droga ciągnie się i w prawo i w lewo (co nie było jakąś specjalną niespodzianką) zaczęliśmy dopasowywać wycinek. Drogą eliminacji wyszło nam, że to musi być E. T. bohatersko wlazł w zarośla, ja pilnowałam drogi żeby ktoś nie ukradł, bo gdzie by wtedy wrócił?
Zet na niczym udało się upolować, a punkt przy czwartej kropce był już tak jednoznaczny, że nie ma się co nad nim rozwodzić.
Na koniec, już na terenie miejskim, zostały nam kropki 5 i 6, do których łatwo dopasowaliśmy nazwy punktów - H i B oraz numery transformatorów. Organizatorom poszło trochę gorzej i dopasowali je na odwrót, a ponieważ nie dali sobie przetłumaczyć pomyłki, wszyscy jak jeden mąż dostaliśmy w wynikach punkty za opis :-).
Po znalezieniu ostatniego punktu z lopki zostało nam jeszcze tylko zadanie: podaj azymut z drugiego PK na LOP do PK 5. Zadanie właściwie było niewykonalne, bo punkty na lopce można zbierać w dowolnej kolejności i punkt drugi dla każdego mógł być inny, a do tego wszystkiego w ogóle nie było PK 5. Owszem, była kropka oznaczona cyfrą 5, ale punkt nazywał się H (lub B w wersji organizatorskiej). Prześledziliśmy więc proces myślowy jaki musiał zajść w głowie autora zadania i mimo oporów wewnętrznych podaliśmy dość dokładny azymut.
Jak na etap pucharowy to punkty na niczym, abstrakcyjny opis zadania i upór w kwestii PK B i H trochę (mocno) nas zdziwiły i czując, że mamy pełne podstawy do tradycyjnego "bicia autora" czuliśmy się bardzo zawiedzeni jego nieobecnością. Trudno, nastukamy mu innym razem.
c. d. n.
Podkurek na okrągło, czyli etap pierwszy.
Przed Podkurkiem postanowiliśmy wyspać się we własnych łóżkach, więc do Nowej Wsi (Starej, ale dla mnie nowej, bo nie znałam wcześniej:-) wyruszyliśmy dopiero w sobotę rano. Miało to tę zaletę, że byliśmy wypoczęci i tę wadę, że straciłam całą integracyjną część imprezy ze śpiewami na czele, co to się na nie tak nastawiałam. Buuuu:-( Co prawda gdy po przyjeździe zobaczyłam małą, wypełnioną po brzegi ludźmi salę gimnastyczną, to mój żal trochę zmalał. Ale tylko trochę.
Na otwarciu, które nie było tak uroczyste jak przy poprzednich edycjach (bez przemówień lokalnych oficjeli, których nie było) dowiedzieliśmy się, że w zasadzie to impreza jest nie do końca legalna, przebywamy niemal w lokalu wyborczym i w związku z tymi okolicznościami powinniśmy być bezwonni, niesłyszalni i niewidzialni. Po wizycie w sali gimnastycznej od razu wiedziałam, że największy problem może być z bezwonnością:-)
Po otrzymaniu map na pierwszy etap, każdy chyłkiem wymykał się do lasu, starając się nie zwracać na siebie uwagi lokalnej ludności. Mieliśmy nadzieję, że nasz turystyczny look (odzież, plecaki) oraz mapy w rękach nie zostaną zauważone i skojarzone z Podkurkiem.
Mapa składała się z samych kółek. Autor musiał być nieźle zakręcony przy jej robieniu. Do kółka wchodziło się jedną strzałką, a wychodziło inną, a czasem nawet była możliwość dwoma. Do pierwszego punktu wszyscy doszli bezproblemowo, bo trzeba by dużo samozaparcia, żeby tam nie dojść, ale po spisaniu kodu z lampionu trzeba było podjąć decyzję, w która stronę ruszyć, bo wyjścia z kółeczka były dwa. Jedno wyjście kusiło, a drugie nęciło:-) Zrobiliśmy kilka kroków w jednym kierunku, zawróciliśmy, spróbowaliśmy w drugim i wciąż nie mogliśmy podjąć decyzji. W końcu postanowiliśmy iść drogą, bo wygodniej. Wytypowaliśmy sobie kolejny wycinek i bardzo staraliśmy się dopasować rzeczywistość do mapy. Razem z nami usiłował tego dokonać M. G. z tezetów, bo ich mapa była niemal identyczna, tylko kółeczek więcej i inaczej ponazywane. Po kolejnej nieudanej próbie, w końcu wpadliśmy na pomysł zmienienia kółeczka i od razu było lepiej. Kolejność potwierdzania punktów miała być naprzemienna - punkt oznaczony literą, punkt oznaczony liczbą i tak na zmianę. Trochę nas zdziwiło gdy po A1 znaleźliśmy się na A2, więc po krótkiej naradzie postanowiliśmy iść dalej. Przy dwójce było już tłoczno, ale dopchaliśmy się do lampionu.
Nie przyszło nam do głowy, że autor dla ułatwienia ustawił kolejność: 1-A-2-B-3-C i tak dalej, więc kombinowaliśmy z wycinkami jak koń sołtysa pod górę. Niektóre rozpoznawaliśmy od razu, niektóre w żaden sposób nie chciały nam nigdzie spasować, szczególnie przy próbach wstawienia ich w złe miejsce. Punkt 4A w żaden sposób nas nie przekonywał, ale ponieważ wszyscy brali (szczególnie ci wszyscy, którzy zwykle wygrywają), więc i my, mimo wewnętrznych oporów spisaliśmy kod.
Niektóre wycinki dostarczały nam szczególnych wrażeń za sprawą roślinności i urozmaiconego w dziury, korzenie i gałęzie podłoża. Szczególnie T. poddał się ich urokowi i co jakiś czas przypadał nagle do ziemi, chyba zainteresowany jakimś szczególnym sposobem ukształtowania terenu. Co prawda po powstaniu minę miał zawsze zbolałą, ale może dlatego, że kontakt z ziemią , aczkolwiek intensywny, to jednak widocznie był za krótki i wywoływało to jakiś niedosyt wrażeń.
Na zakończenie i deser etapu dostaliśmy lopkę. Tak gdzieś po przejściu 3/4 zorientowaliśmy się, że idziemy lopką stowarzyszoną. Już prawie po dojściu na metę T. stwierdził, że wróci i przebije pierwszy punt lopkowy. Ja zostałam już na mecie i chwilę po jego odejściu zorientowałam się, że właściwie to stoję pod ostatnim lampionem lopki i T. nic do przebicia nie znajdzie. Niestety, plecak z jego telefonem trzymałam w ręku i nie miałam jak go odwołać z trasy. Tym sposobem nabiliśmy trochę chudych minut i wysiłek włożony w cały etap poszedł w krzaki.
A miało być tak pięknie....
c. d. n.
Na otwarciu, które nie było tak uroczyste jak przy poprzednich edycjach (bez przemówień lokalnych oficjeli, których nie było) dowiedzieliśmy się, że w zasadzie to impreza jest nie do końca legalna, przebywamy niemal w lokalu wyborczym i w związku z tymi okolicznościami powinniśmy być bezwonni, niesłyszalni i niewidzialni. Po wizycie w sali gimnastycznej od razu wiedziałam, że największy problem może być z bezwonnością:-)
Po otrzymaniu map na pierwszy etap, każdy chyłkiem wymykał się do lasu, starając się nie zwracać na siebie uwagi lokalnej ludności. Mieliśmy nadzieję, że nasz turystyczny look (odzież, plecaki) oraz mapy w rękach nie zostaną zauważone i skojarzone z Podkurkiem.
Mapa składała się z samych kółek. Autor musiał być nieźle zakręcony przy jej robieniu. Do kółka wchodziło się jedną strzałką, a wychodziło inną, a czasem nawet była możliwość dwoma. Do pierwszego punktu wszyscy doszli bezproblemowo, bo trzeba by dużo samozaparcia, żeby tam nie dojść, ale po spisaniu kodu z lampionu trzeba było podjąć decyzję, w która stronę ruszyć, bo wyjścia z kółeczka były dwa. Jedno wyjście kusiło, a drugie nęciło:-) Zrobiliśmy kilka kroków w jednym kierunku, zawróciliśmy, spróbowaliśmy w drugim i wciąż nie mogliśmy podjąć decyzji. W końcu postanowiliśmy iść drogą, bo wygodniej. Wytypowaliśmy sobie kolejny wycinek i bardzo staraliśmy się dopasować rzeczywistość do mapy. Razem z nami usiłował tego dokonać M. G. z tezetów, bo ich mapa była niemal identyczna, tylko kółeczek więcej i inaczej ponazywane. Po kolejnej nieudanej próbie, w końcu wpadliśmy na pomysł zmienienia kółeczka i od razu było lepiej. Kolejność potwierdzania punktów miała być naprzemienna - punkt oznaczony literą, punkt oznaczony liczbą i tak na zmianę. Trochę nas zdziwiło gdy po A1 znaleźliśmy się na A2, więc po krótkiej naradzie postanowiliśmy iść dalej. Przy dwójce było już tłoczno, ale dopchaliśmy się do lampionu.
Nie przyszło nam do głowy, że autor dla ułatwienia ustawił kolejność: 1-A-2-B-3-C i tak dalej, więc kombinowaliśmy z wycinkami jak koń sołtysa pod górę. Niektóre rozpoznawaliśmy od razu, niektóre w żaden sposób nie chciały nam nigdzie spasować, szczególnie przy próbach wstawienia ich w złe miejsce. Punkt 4A w żaden sposób nas nie przekonywał, ale ponieważ wszyscy brali (szczególnie ci wszyscy, którzy zwykle wygrywają), więc i my, mimo wewnętrznych oporów spisaliśmy kod.
Niektóre wycinki dostarczały nam szczególnych wrażeń za sprawą roślinności i urozmaiconego w dziury, korzenie i gałęzie podłoża. Szczególnie T. poddał się ich urokowi i co jakiś czas przypadał nagle do ziemi, chyba zainteresowany jakimś szczególnym sposobem ukształtowania terenu. Co prawda po powstaniu minę miał zawsze zbolałą, ale może dlatego, że kontakt z ziemią , aczkolwiek intensywny, to jednak widocznie był za krótki i wywoływało to jakiś niedosyt wrażeń.
Na zakończenie i deser etapu dostaliśmy lopkę. Tak gdzieś po przejściu 3/4 zorientowaliśmy się, że idziemy lopką stowarzyszoną. Już prawie po dojściu na metę T. stwierdził, że wróci i przebije pierwszy punt lopkowy. Ja zostałam już na mecie i chwilę po jego odejściu zorientowałam się, że właściwie to stoję pod ostatnim lampionem lopki i T. nic do przebicia nie znajdzie. Niestety, plecak z jego telefonem trzymałam w ręku i nie miałam jak go odwołać z trasy. Tym sposobem nabiliśmy trochę chudych minut i wysiłek włożony w cały etap poszedł w krzaki.
A miało być tak pięknie....
c. d. n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
