Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podkurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podkurek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

Podkurek z kilometrami w gratisie

Jesień w pełni, więc czas na Podkurek. Jakoś ostatnio nie lubię chodzić na orientację, więc tylko wersja biegowa. Trasa jak zwykle najdłuższa jaką się dało. Na podkurku bywały scorealufy punktowe, zwykłe biegi ze stacjami SI, ale BnO z kartami papierowymi jak na FalIno – nie było widziane już dawno.


 

Przygotowałem kartę, okleiłem porządnie taśmą (bo pogoda niepewna), pobrałem mapę i start. Zanim zorientowałem się, gdzie jest pierwszy PK, pobiegłem ścieżką… w kierunku ostatniego PK. Niby przy karcie mogłem biec i w drugą stronę, ale gramy fair-play, więc zakręciłem tam gdzie powinienem.

Jedynka weszła. Dalej przez „wiosenny” las na PK 2 w wielkim dole. Dół zobaczyłem lekko po prawej. Dół bez lampionu biegowego – z lampionem płaskim. Rzut oka na mapę – wiem gdzie jestem „ o jeden dół za blisko”. 
Do PK 3 biegłem uważniej, jak pokazuje ślad - „po kresce”, więc szukania lampionu nie było. PK 4 – długi przebieg – wybrałem wariant drogami. Dobiegam na miejsce, szukam właściwego dołka i… lipa. Tzn. dołki są, ale jakoś tak bez lampionów. Miotam się po okolicy ze dwie minuty zanim znajduję lampion – jak pokazuje ślad, prawie się potknąłem o niego na samym początku poszukiwań;-) 

Następny lampion na wydmie. Na szczęście nie w dołku, więc widoczny z daleka. 

PK 6 i PK 7 to znowu wydmy, ale przy krótkich przebiegach na azymut łatwo trafić na właściwy dołek. 

W drodze na PK 8 z naprzeciwka biegną jacyś biegacze niezorientowani, tacy co biegają po wydmach. Machamy sobie. Znajduję ścieżkę, potem odbijam z niej w prawo, w kierunku lampionu. I nie trafiam. Pamiętam, że w tym miejscu już kilka razy błądziłem niczym we mgle. Niby biegłem w/g kompasu, ale ślad pokazuje co innego. I czemu tu wierzyć? Kompasowi czy zapisowi z systemu GPS? 

Na PK 9 dałem znowu ciała. Porządnie. Chciałem „obiec” wydmę i obiegłem. Znalazłem rów, ale nie mogłem znaleźć dołka z lampionem. Szukałem stanowczo za blisko i za długo… 

PK 11 w największej zielonej plamie na mapie. Teraz na jesieni ta zieleń może jest mniej intensywna, ale dalej teren ciężko przebieżny. Biegnę sobie po krzakach wyglądając lampionu lub charakterystycznych dołów, a tu z prawej wypada (nie wskażę kto) i woła z daleka, że lampion jest za nim. Niezbyt mi się to zgadza, więc pytam czy na pewno ten o kodzie 80? Tak, tak, słyszę w odpowiedzi. Więc skręcam w prawo i znajduję lampion z kodem 81. Czyli moją 12-stkę, a nie 11-stkę. Tak to jest słuchać podpowiedzi;-) 

Dalej to już bez większej historii – troszkę drogami, trochę na azymut. Dużych błędów nie ma, tu i ówdzie można by pobiec bardziej po prostej, ale nie ma problemów ze znalezieniem lampionu. 

Od ostatniego PK 16 do mety – mogłem pobiec lepiej – drogą zamiast po krzakach, ale różnica to niewielka. 


 

Udało mi się zdążyć przed deszczem – a to chyba najważniejsze – gdy bieganie ujdzie „na sucho”;-) 



Trasa miała mieć 6,2km.... mierzona na OOMapperze ma dobrze ponad 7... więc jak nic kilometr w gratisie;-) 

 

środa, 9 listopada 2022

Podkurek, czyli nikt mi nie będzie mówił, kiedy mam wracać!

Na Podkurek zapisałam się na trasę 45-minutową. Tomek do ostatniej chwili namawiał mnie, żebym zmieniła na 60-minutową, ale nie dałam się przekonać. Najpierw w ogóle nie chciało mi się biegać, a potem pomyślałam, że przecież i tak spędzę w lesie tyle czasu, ile sama zechcę (i ani minuty mniej, ani więcej) i w sumie nieważne jak mnie sklasyfikują. Nie lubię scorelaufu czasowego, bo nigdy nie potrafię sobie dobrać trasy do czasu i albo wracam za szybko, albo się spóźniam. No to olałam klasyfikację.
Już na dzień dobry minutową stratę otrzymałam w bonusie wraz z mapą, bo stacja bazowa startu leżała przy wydawaniu map i bez mojej wiedzy rozpoczęła mi naliczanie czasu. A tu jeszcze trzeba było mapę spakować do koszulki, rozebrać się z wierzchnich warstw, ogarnąć emocjonalnie i dopiero ruszać. Mi to akurat niespecjalnie robiło, ale słyszałam, że inni nie byli zachwyceni kiedy im czas niespodziewanie ruszył. 
 
Kurna, co teraz???
 
Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam, że nie muszę zaliczać punktów w określonej kolejności i odruchowo ruszyłam na jedynkę. Potrzebna mi ta jedynka była jak dziura w moście, szczególnie, że nie mogłam jej namierzyć. Może i dlatego, że mapa była w innej skali niż się spodziewałam. Szukałam jej do spółki z Jackiem, który wystartował chwilę przede mną, ale w końcu się poddałam i postanowiłam wziąć czwórkę, bo była w miarę blisko i wyglądała na łatwą do namierzenia. W międzyczasie zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka i chwilę znowu mi zeszło na walce z nim, szczególnie, że skubaniec nie mógł namierzyć satelity. Czwórkę zgarnęłam łatwo i z przykrością skonstatowałam, że warta jest tylko jeden punkcik. Trzeba było ruszyć gdzieś dalej. Wybrałam ósemkę, bo można było do niej dobiec drogą i wyglądała na prostą, no i była warta już 2 punkty. Trzymając się dalej drogi zaliczyłam dwunastkę za 3 punkty, a potem piętnastkę za 4. Nie bardzo wiedziałam co robić dalej. W pierwszej chwili chciałam pobiec na wschód, ale zniechęciły mnie duże niebieskie obszary, bo a nóż widelec rzeczywiście będzie tam mokro... Nie, wschód nie był dobry. Postanowiłam więc zaszaleć i wziąć osiemnastkę za 5 punktów.  Tak mi się trochę zaczęło wydawać, że w limicie to raczej się nie zmieszczę biegnąc tak daleko, ale co tam limity - nikt mnie nie będzie żadnymi limitami ograniczał. A poza tym nie popatrzyłam na zegarek ruszając, więc i tak nie wiedziałam dokładnie ile czasu już zużyłam.
Po osiemnastce planowałam wziąć czternastkę, ale nie azymutem, tylko wygodnie ścieżkami i drogą. Rezygnacja z azymutu była moją najmądrzejszą decyzją tego dnia, bo ktoś przestawił punkt i stał tuż przy drodze, którą biegłam. Co prawda byłam z lekka zszokowana widząc czternastkę w tym miejscu, bo chyba nawet najgłupsza jełopa nie ustawiłaby punktu tak idiotycznie w stosunku do tego, co miałam na mapie, no ale skoro był, kod się zgadzał, to podbiłam i poleciałam dalej. W zasadzie to powinnam już biec jak najszybciej na metę, ale po drodze zaliczyłam jeszcze jedenastkę, a przed siódemką ledwo się powstrzymałam. Kawałeczek przed metą jeszcze mignął mi w lesie jakiś lampion, a ponieważ mogła to być tylko jedynka, więc postanowiłam jej nie odpuścić, szczególnie, że miałam z nią porachunki z początku trasy. Spod jedynki było już widać bazę, więc do mety było blisko. 
Po sczytaniu czipa okazało się, że przekroczyłam i limit 45-minutowy i 60-minutowy, ale kij mu w oko, hak mu w smak - fajnie było, to zostałam ciut dłużej. Gdybym wiedziała, że Tomek nie wystartował zaraz po mnie i muszę na niego czekać, to pewnie jeszcze dłużej zabawiłabym w lesie.

Po biegu.
 
Po części biegowej przewidziane były jeszcze inne atrakcje - ognisko, rzut jajem, podsumowanie sezonu w BnO, ciasto, kiełbasa i te sprawy. Niestety, musielibyśmy na to wszystko czekać ponad godzinę, a nie bardzo mieliśmy czas, więc wszystko nas ominęło. Może następnym razem...


Początek trasy dorysowany tak mniej więcej - pewno bardziej błądziłam szukając jedynki.

środa, 24 listopada 2021

Podkurkowe rozbieganie

Następnego dnia po Hale nie zostało nic innego jak pobiegać na rozruszanie. Oczywisty wybór to Podkurkowy scorelauf czasowy. Taki "prawie rogaining" – PK o różnej wadze rozmieszczone wg prostego klucza – bardziej odległe - więcej warte. 

Start nad jeziorem Parów Karski w dobrze znanym Domku Myśliwskim. Niby miejsce dobrze znane ale… okazało się, że nie ma gdzie zaparkować – poprzedni organizatorzy zadbali o wykoszenie trawy, czy choćby uzdatnienie poboczy – tu wszystko nie dość, że zarośnięte, dodatkowo było zawalone świeżo ściętymi gałęziami. Zresztą za samym domkiem po horyzont rozpościerało się „ściernisko” po świeżo skoszonym lesie… 

Rżysko po skoszonym lesie

Na start dotarłem w miarę wcześnie i większej kolejki do startu nie było. W las ruszały niedobitki tras turystycznych, w sekretariacie widać było słodkości, obok płonęło ognisko. Tak typowa turystyczna sielanka. 

Jak na BnO mapa była „nietypowo” – z dwoma lidarami, z tego jeden do dopasowania. Ten fakt sprawiał niemałe problemy typowym biegaczom BnO, bo jak to biegać na mapie nietypowej, a najwięcej radości dostarczało tłumaczenie przez Andrzeja o co chodzi z tym dopasowaniem:


Pobrałem mapę odpipałem start i ruszyłem.

Start

Szczerze mówiąc ruszyłem trochę bezmyślnie: przez najbliższy PK 34 (chwilę go szukałem) , PK 38, PK 42 do wysoko punktowanego PK 50 – tego na pierwszym lidarze. Bezmyślnie, bo z przyzwyczajenia liczyłem wagę PK po pierwszej cyfrze, a nie umiejscowienia ich w konkretnym okręgu. PK 34 było więc nie za 3, a za 1 punkt, PK 38 za 2 punkty, PK 43 za trzy i dopiero PK 50 miał właściwą wagę. Tyle że do końca biegu nie załapałem tych prawidłowości i sugerowałem się pierwsza cyfrą numeru PK. Więc z PK 50 poleciałem na północ. Trochę czasu zeszło mi na PK 49 – szukałem go o górkę za wcześnie. Dalej okrążałem start przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, zgodnie z regułami polując na te wartościowe PK. W tym kawałku PK 55, 48 i 53 miały wagę zgodną ze swoim numerem. Niestety, po tym zestawie poleciałem na PK 42 za 3 punkty, PK 37 w nieprzebieżnym młodniku za 2 punkty i PK 33 za jeden punkt na granicy rżyska po wyciętym lesie. Nie spojrzawszy dokładnie na mapę, tego ostatniego szukałem w złym miejscu – kolejne minuty w plecy;-( 

Zostało niewiele czasu, więc poleciałem na kolejne, wartościowe w/g moich kalkulacji punkty: PK 36 (za 2 punkty) i PK 41 (za 3 punkty). Za tym ostatnim zacząłem wracać w złym kierunku i się pogubiłem. Znów minuty w plecy;-( 

Na koniec PK na lidarze do dopasowania – tuż obok mety. W efekcie spóźnienie jednominutowe. 

Teraz gdy patrzę na mapę pobiegłbym zupełnie inaczej: nie brałbym jedynek i skupił się na piątkach, czwórkach i trójkach. Wymiarowanie na mapie pokazuje, że taki wariant przy tym samym przebiegniętym dystansie w czasie godziny (ponad 7 km) dałby mi uzysk 60 punktów, a nie 50 jakie uzyskałem. Ot mądry człowiek po szkodzie;-) 

Tak było

A tak mogło być...

 

Po biegu od razu zabrałem się do domu – nie czekałem na konsumpcję jubileuszowego tortu – szkoda byłoby jeść takie działo sztuki:-)

Nie szkoda jeść coś takiego?

poniedziałek, 5 listopada 2018

Podkurek z luźną metą

Podkurek w tym roku już nie był w randze Pucharu Polski, a jedynie jako 12 runda Konkursu o Tytuł Mistrza Warszawy i Mazowsza, ale za to odbywał się wspólnie z podsumowaniem sezonu 2018 w BnO na Mazowszu i XIV finałową rundą Pucharu Warszawy i Mazowsza w RJnO - jednym słowem uczestniczyliśmy w sporej multiimprezie i na starcie pojawił się tłum uczestników. Co ciekawe - impreza odbyła się  w Centrum Edukacji Leśnej Nadleśnictwa Celestynów, co w kontekście napięć na linii organizator-nadleśnictwo w ubiegłych latach wywołało u nas klasyczny opad szczeny:-)
Etap pierwszy zadziwił nas nie mniej niż miejsce bazy. Dostaliśmy po pierwsze pełną mapę, po drugie kółeczka oznaczające miejsca PK były w ogóle niepodpisane. Autor twardo twierdził, że tak ma być, więc nie dyskutowaliśmy, tylko mapę w zęby i w las. Opis wyjaśnił nam, że nazwą punktu są numery ze słupków ZPK, które to słupki znajdują się w miejscach oznaczonych na mapie kółkami, a kodem są oznaczenia zdjęć, które mieliśmy dopasować w danym miejscu. No dobra, to dawało się jakoś wyjaśnić, ale znaczenia pełnej mapy na TZ za nic nie mogliśmy pojąć. Nie żebym narzekała, bo przynajmniej wiedziałam gdzie iść i nie wymagało to na dodatek ode mnie żadnego wysiłku intelektualnego, ale bardzo ciekawiło mnie, co w takim razie dostało TP????? Tacy byliśmy hop do przodu z tą pełną mapą, że zupełnie straciliśmy czujność i polegliśmy na... zadaniu. Mieliśmy policzyć ilość oznaczeń zielonego szlaku na zaznaczonym odcinku i żadnemu z nas nie wpadło do głowy, że znaki mogą być po dwóch stronach drzewa, słupka, tablicy, czy gdzie tam jeszcze były namalowane. Liczyliśmy tylko to, co mieliśmy przed oczami, czyli wyszło nam o połowę mniej:-( No to już chyba wiem do czego była ta pełna mapa - do odwrócenia uwagi!

 Tu nie było problemu z dopasowaniem zdjęcia.

Dobiegając do mety już z daleka zobaczylismy spory tłumek, za to już na miejscu nie udało się nam wypatrzyć żadnego organizatora, żadnej ciepłej herbatki w termosie i żadnych słodyczy. Mnie bolało szczególnie to ostatnie. Jednym słowem - mety nie było. Każdy spisał sobie czas z zegarka i nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. W końcu Tomek zadzwonił do kierownika imprezy i co się okazało? Meta była, tylko w zupełnie innym miejscu niż zaznaczono na mapie. "Metowy" w końcu przyszedł po nas i zaprowadził do swojej wersji mety, a kolejnym przybywającym zostawił kartkę z informacją gdzie mają się kierować. I w sumie meta była najatrakcyjniejszym elementem pierwszego etapu, bo przynajmniej coś się działo:-)

Nowa meta była zaopatrzona zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Etap drugi był już poważniejszy. "Wesoły wiatrak" składał się z poskładanych wstążeczek, które trzeba było sobie w wyobraźni rozwinąć oraz z poobracanych skrzydeł. I to wszystko trzeba było jeszcze jakoś ze sobą pożenić. Nie chcąc nadwyrężać wyobraźni, od razu wyciągnęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i zrobiliśmy sobie wygodniejszą wersję mapy. Tę wygodność zakłócały nam tylko zlustrowane fragmenty, przy których trzeba było się bardziej pilnować. Już po kilku pierwszych punktach na trasie spotkaliśmy Anię z Darkiem, którzy szli w TU, ale mapę mieli taką samą, tylko punkty się inaczej nazywały. Kurcze, to czym te mapy się różniły od siebie??? Dalszą część trasy pokonaliśmy już razem gubiąc naszych towarzyszy gdzieś na ostatnich punktach, kiedy nam się zebrało na bieganie, bo zegarek nieubłaganie wskazywał koniec limitu podstawowego.

Kooperacja na trasie.

Jako, że ja szłam z mapą nieposkładaną, to jedynie w obrębie wycinka wiedziałam co się dzieje, a za każdym przejściem na kolejny, musiałam zaglądać Tomkowi przez ramię, dokąd to nas prowadzi. Tym sposobem obraz etapu mam mocno poszatkowany, ale jedno muszę przyznać - etap był na poziomie. Najpierw poziom złapałam ja - gdzieś na rowie, usiłując go przeskoczyć, potem poziom łapała Ania - w plątaninie poszycia, a na koniec spoziomował się Tomek - na prostej drodze, aczkolwiek co nieco błotnistej i wyboistej. I tylko Darek tak trochę odstawał od grupy. Sztywniak.
Mimo pośpiechu na końcówce trasy jednak załapaliśmy się na lekkie minuty, ale przynajmniej wszystkie PK mieliśmy dobre.
Po marszach Tomek postanowił jeszcze pobiegać, ja nad bieganie przedłożyłam ognisko z kiełbaskami i pyszne ciasta. W końcu po to na trasie traciłam kalorie, żeby móc potem najeść się bez wyrzutów sumienia. A żeby jeszcze bardziej uspokoić sumienie postanowiłam zrobić trino, co to je Tomek zaczął czekając na start swojego biegu. Co prawda cała trasa miała tylko 800 metrów, ale lepsze to niż nic.

Sztuczne żeremie jako atrakcja turystyczna.

Muszę powiedzieć, że Podkurek niepucharowy, bez presji wyniku, z łatwymi mapami i nawet z zaginioną metą był bardzo przyjemną, rekreacyjną, luzacką,  niezobowiązującą i w pięknych okolicznościach przyrody imprezką. Coraz bardziej przemawia do mnie postulat niektórych osób, żeby zlikwidować PP :-)

środa, 29 października 2014

Podkurek (cz. 3)

Trzeci etap zaskakuje nas mapą. To znaczy brakiem mapy. Budowniczy musiał być strasznie zaaferowany przed zawodami, bo omyłkowo zamiast mapy skserował czyjś wykres EKG.
Dla tezetowskich wyjadaczy to pewnie żaden problem, oni wiadomo- trafią i z pustą kartka, ale dla nas to jakby lekkie utrudnienie. Do tego od razu zaczynam martwić się o właściciela tych wyników badań, bo ewidentnie widać, że człowiek jest poważnie chory.
Pierwsza trudność to trafienie z miejsca wydawania "map" na miejsce startu. Niby trasa  oznaczona wstążeczkami, ale i tak udaje nam się pobłądzić. D..y nie inowce jednym słowem.
W końcu odnajdujemy start, ustalamy kierunek marszu (za tym migającym światełkiem!) i ruszamy. Włazimy na wydmę i od razu natykamy się na jakiś PK w dołku. Niby pasuje dołkiem, ale umiejscowieniem już mniej. Czeszemy zbocze po prawej, po lewej, wyżej, niżej.  Oprócz nas czeszą ze dwie ekipy. W końcu, z braku innych punktów, bierzemy ten niepasujący, bo co będzie się marnował.
Kolejny PK odnajdujemy bez trudu, co wyraźnie podbudowuje nasze morale. Z mapy wynika, że powinniśmy teraz wdrapać się na wydmę, jest tylko jeden drobniutki problemik - wydmy nigdzie nie ma. Wracamy w okolice PK 1. Zauważamy radiowóz i przemyka nam nieśmiała myśl, że może policja wyłapuje nam konkurencję ...
Chwila medytacji nad mapą i eureka! - musimy przecież przejść przez kanałek. Wracamy w okolice PK 2, przechodzimy  kanał, idziemy, idziemy i ... nic nie pasuje. Szybka decyzja - wracamy do miejsca, gdzie przynajmniej wiemy gdzie jesteśmy. Tym sposobem kręcimy się między PK 1 i PK 2, a kilometry włażą nam w nogi. Spotykamy ekipę sprzątającą trasę - T. G. oraz drugiego kolegę (z powodu ciemności bliżej niezidentyfikowanego). Oni także utknęli i nie mogą wydostać się z tej czarnej dziury. We czwórkę kilkakrotnie defilujemy między znalezionymi wcześniej dwoma punktami i oprócz rosnącego zmęczenia i zniechęcenia, nic z tych marszy nie wynika. W końcu decydujemy się złamać rutynę i pójść trochę dalej za kanałek. Trafiamy na coś wydmopodobnego, a na szczycie znajdujemy lampion. Bierzemy go jako trójkę i ruszamy po piątkę. Napotykamy wesołą ekipę radomską idącą w przeciwnym kierunku, ale za to po ten sam punkt. Poza tym stojąc obok nas teoretycznie są w zupełnie innym miejscu niż my. Cóż, bywa i tak - nocą czasoprzestrzeń jest bardziej nieoznaczona niż dniem.
Radom idzie w swoją stronę, T. G. w swoją, a nasza trójka miota się to tu, to tam. Wraca T. G. z nową koncepcją, która jednak nijak ma się do zastanej rzeczywistości (a przynajmniej tak się nam wydaje).
Ja się poddaję. Kategorycznie żądam powrotu do bazy! Na szczęście jest to realne, bo litościwy autor etapu zamieścił normalną mapkę topograficzną całej okolicy (maleńką, ale przydatną). Pod groźbą rozwodu T. ustawia w kompasie azymut 315 i zaczynamy iść w jedynym słusznym kierunku (słusznym o tyle, że do cywilizacji zawsze nim dojdziemy). Po drodze znajdujemy jakiś lampion i metodą losową podpisujemy go PK 11, ot tak, żeby na karcie startowej było bardziej kolorowo. Rozochoceni przeczesujemy jeszcze młodnik, bo nóż - widelec budowniczy coś tam schował. Nagle w bezpośredniej bliskości słyszymy jakiś hałas i głośne chrumkanie. Dziki! Dziki! - drę się scenicznym szeptem żeby ostrzec towarzyszy, a jednocześnie nie naprowadzić dzików na nasz ślad. Siły wracają mi w błyskawicznym tempie i niczym młoda łania gnam rączo pod górę. Parafrazując słynną reklamę - dzik doda ci skrzydeł!
Z tego dodania skrzydeł T. znów chce jeszcze szukać jakichś punktów, więc muszę mu delikatnie napomknąć o ewentualnym rozwodzie.
W końcu udaje nam się dotrzeć na metę, która prawdę mówiąc bardziej przypomina wojenny obóz jęczących, stękających i kulejących weteranów.
To jednak jeszcze nie koniec atrakcji. Baza oddalona jest od mety o ponad półtora kilometra, więc organizatorzy sprytnie wykorzystują tę okoliczność i wciskają nam w ręce mapy dojściówek. Wszyscy idą już kupą i tylko nieliczne jednostki spisują kody dla siebie i dla tych co już nie mogą.
W bazie już tylko niezbędne czynności przybliżające do spania i wreszcie wyciągam się na materacu. I tu następuje katastrofa - zamiast błogiego snu czeka mnie walka ze skurczami i niemożność ułożenia ciała w jakiejkolwiek niebolesnej pozycji. Wreszcie nieco ulgi daje mi znienawidzona pozycja "na wznak". Zasypiam przeklinając w duchu pomysł wzięcia udziału w tej imprezie.

Reasumując: tak spektakularnej porażki nie ponieśliśmy jeszcze w żadnych zawodach. Ma to jednak i tę dobrą stronę, że teraz musi być już tylko lepiej!

wtorek, 28 października 2014

Podkurek (cz. 2)

Z niecierpliwością czekamy na etapy nocne - to zawsze największa atrakcja. Upału nie ma, więc wyciągamy czapki, rękawiczki, ciepłe spodnie, czyli wszystko co nas może uratować w razie błąkania się do rana:-)
Jeszcze musimy coś zjeść, bo obiad już dawno poszedł w zapomnienie.
- Nie wiem czy zjeść drugą bułkę, bo jak będziemy biegać to mi będzie ciężko - zastanawia się T.
- No co ty! Na pierwszym etapie nie będziemy biegać, bo będziemy oszczędzać siły na drugi, a na drugim nie będziemy biegać, bo już nie będziemy mieć sił - rozwiewam jego wątpliwości.

Organizatorzy wsadzają nas w autobus i wywożą w nieznane. Jedziemy może z pół godziny, cały czas przeliczając, ile czasu może nam zająć powrót. Na miejscu z autobusu wychodzą kolejne osoby (zgodnie z przyznanymi minutami startowymi), reszta siedzi, patrzy i komentuje co dzieje się na zewnątrz. Mija pięć, dziesięć, piętnaście minut - na starcie przybywa uczestników, ale jakoś nikt nie idzie w las. Nie napawa to optymizmem. Przychodzi nasza kolej. Bierzemy mapę i szybko oddalamy się do najbliższego PK. Nie żebyśmy byli tacy genialni co to rzut okiem i idą, o nie. Wolimy po prostu myśleć w spokoju, bez konkurencji nad głową. Niestety, inni chyba pomyśleli tak samo i przy PK 5 robi się tłoczno.
Udaje nam się dopasować następny wycinek, ruszamy więc po czternastkę, zgarniamy ją i idziemy na zachód w nadziei, że coś tam będzie. Niestety - na zachodzie bez zmian, nic tam nie ma:-( Wracamy do czternastki i próbujemy na północ. W najgorszym przypadku dojdziemy do bieguna. Wydaje nam się, że gdzieś tam powinna być ósemka. T. ustawia mnie w umówionym miejscu jako świecący znacznik, a sam zaczyna krążyć po bliższej, dalszej i coraz dalszej (nie zostawiaj mnie samej!!!) okolicy. Jedynym znaleziskiem jest tramwaj, do którego podpinamy nasz wagonik. Podwiezieni w słusznym kierunku zgarniamy PK 8 i hurtem toczymy się do 12-tki. Przystanek pod amboną wywołuje w nas odruch podbicia tego co wszyscy (i tak tez robimy), po chwili jednak nachodzi nas refleksja, że chyba nie o to nam chodziło. Zawracamy więc i usiłujemy znaleźć jakąś lepszą dwunastkę. Coś znajdujemy, ja znowu robię za znacznik, a T. sprawdza okolicę. Po chwili woła z oddali, że bierzemy jego znalezisko. Znowu oprócz PK trafia nam się tramwaj (ten sam, z którego chwilę wcześniej wysiedliśmy), a że jedzie w słusznym kierunku podążamy za nim.
15-tka i 16-tka stosunkowo proste do znalezienia, ale już dotarcie do nich po bagnie bez strat w ludziach i sprzęcie to wyczyn nie lada. Chyba nie wszystkim udała się ta sztuka bo znajdujemy całkiem dobrą, świecącą latarkę. Przyda się na trasie, a na mecie może znajdzie się i właściciel.
Teraz ruszamy na południe - my drogą, tramwaj bagnem. W końcu, co kto lubi. Spotykamy się przy jedenastce i dalej dajemy się dowieźć do trójki. Bierzemy pierwszy napotkany przepust, nie przejmując się już czy to ten właściwy, czy nie. W duchu błogosławię instytucję pt. "tramwaj" - nie wydaje mi się żebyśmy całkiem samodzielnie wyszli z tego etapu przed świtem.
Przy 9-tce spędzamy długie minuty. Szukamy polany - trawa po piersi, bruzdy półmetrowej głębokości. P., który czesze razem z nami kilkakrotnie gwałtownie znika nam z pola widzenia. Znikanie zachodzi na osi góra-dół. Reszta tramwaju leży na ścieżce i myśli. W końcu natrafiamy na coś, co przy dużej dozie dobrej woli można nazwać polaną, a ponieważ są tam jakieś PK, bierzemy jeden z nich już nie wnikając czy właściwy.
Rzut oka na zegarek uświadamia nam, że pora na metę bez względu na ilość zgarniętych PK. Znajdujemy drogę ze szlakiem rowerowym, która wg. organizatorów powinna wszystkich zagubionych doprowadzić do cywilizacji i ruszamy szybkim (?) marszem. Po drodze jeszcze zgarniamy szóstkę i jedynkę (bo nie trzeba ich jakoś specjalnie szukać) i wreszcie w oddali widzimy czerwone światełko zegara startowego.
Na mecie czeka  ciepły napój (o jak dobrze!) i drożdżówki, jak się okazuje w chwili próby wbicia w nie zębów, lekko podmarznięte. Czekolada z powodu temperatury ma nieokreślony smak, ale zawsze to jakieś kalorie.
Jeszcze oddajemy latarkę uszczęśliwionemu właścicielowi i padam na ziemię.  Zastanawiam się czy wciąż jeszcze mam ochotę na kolejny etap...

poniedziałek, 27 października 2014

Podkurek (cz.1)

PROLOG

Z pewną taką nieśmiałością zapisaliśmy się ponad miesiąc temu na Podkurek. Nasza  nieśmiałość wynikała z braku w regulaminie kategorii średniozaawansowanej. Pozostawało TS albo TP; na TJ jesteśmy za starzy:-(.  T. po krótkim namyśle wysmażył maila do organizatorów w tej sprawie, ale mail przepadł w czeluściach internetu i nie doczekaliśmy się odpowiedzi. 
Im bliżej imprezy, tym szerszą akcję dezinformacyjną rozwijali organizatorzy. Regulamin zmieniał się co parę dni, komunikat techniczny pojawił się dziurawy jak ser szwajcarski, a dzień przed imprezą nagle i niespodziewanie pojawiła się kategoria TU.
Byliśmy już zapisani na TS, opłaceni na TS, nastawieni psychicznie na TS. W końcu postanowiliśmy już na miejscu zobaczyć jak wygląda sytuacja ze zmianą kategorii i czy ktoś oprócz nas też woli TU. No bo jeśli sami, to co to za rywalizacja...

SOBOTA

Budzik dzwoni o barbarzyńskiej 6.30. Kolejny weekend kiedy nie nadrobimy zaległości w spaniu, mało tego - przewidujemy ich namnożenie. Zasadniczo jesteśmy spakowani, wystarczy dobudzić się do końca, zjeść śniadanie i można ruszać.
Bez problemów i bez błądzenia (jak przystało na "orientalistów") trafiamy do szkoły w Lucynowie, rejestrujemy się i pędzimy zająć miejscówkę na sali gimnastycznej. Pamiętając twardą podłogę z poprzedniej imprezy, zabieramy tym razem po dwie karimaty na osobę. Tymczasem dzięki siostrom M. łapiemy się na materac gimnastyczny. Zdecydowanie poprawia nam to poranny humor. Humor poprawia też propozycja M., który chce mi pokazać jaja. Zaniepokojony T. uspakaja się po dodatkowej informacji, że chodzi o smocze jaja..
Robimy szybkie rozeznanie w sprawie zmiany kategorii, ale ponieważ nasi tradycyjni konkurenci z TU pozostają w TS-ach, więc i my podejmujemy wyzwanie.

Mamy dość odległą minutę startową, ale i tak niecierpliwość wygania nas do lasu sporo przed czasem. Obserwujemy jak każdy po odebraniu płachty mapy (spore dofinansowanie do papieru musieli dostać) siada, kuca lub stoi i liczy, liczy, liczy. Usiłujemy wypatrzyć, w która stronę wszyscy ruszają po skończeniu obliczeń.

W końcu nadchodzi nasza kolej. Na początek klasówka z fizyki - maszyny proste - dźwignia dwustronna. Jako, że jest mi to zagadnienie zupełnie obce, nawet nie próbuję przeszkadzać T. w zrozumieniu zadania. Sprawia wrażenie jakby wiedział o co chodzi, a przynajmniej robi mądry wyraz twarzy. Niestety, przyjmuje błędne założenie wstępne, co uniemożliwia sensowne rozwiązanie całości. Dodatkowo mierzy pedantycznie co do milimetra odległości ramion dźwigni, podczas gdy budowniczy pozwolił sobie na  błąd pomiaru w zakresie niemal centymetra. W końcu drobna podpowiedź autora mapy pozwala ruszyć z miejsca. Ponieważ chęć pomocy ze strony autora narasta, a to myli nam obliczenia, postanawiamy dyskretnie oddalić się z linii startu. Jako, że tradycyjnie chodzimy pod prąd, ruszamy w przeciwnym kierunku niż pozostali uczestnicy. Na górce, w słoneczku rozkładamy mini biuro rachunkowe i staramy się uściślić gdzie czego szukać. Z fizyki może i jestem tępa, ale arytmetykę opanowałam w stopniu zadawalającym, więc przeliczam co tam mi T. podyktuje. W końcu rozgryzamy mapę i możemy ruszyć. Jednakowoż jako humanistka czuję się z lekka potraktowana z trepa. Nie mogła być zamiast dźwigni poezja na przykład????

Dopasowanie wycinków mapy, a odnalezienie ich w terenie to dwie różne sprawy. Na wycinkach same warstwice, co niepokojąco przypomina nam WIMnO. Mimo to udaje nam się odnaleźć punkt 6, potem 5, 2, 1, 7, 4. Mówiąc uczciwie - udaje się to T., ja służę tylko do liczenia odległości i pilnowania odnalezionego PK, podczas gdy T. krąży po okolicy sprawdzając, czy to aby nie stowarzysz. Po drodze spotykamy tramwaje nadjeżdżające z naprzeciwka (bo my wiadomo - pod prąd) i od niektórych udaje się wyszarpnąć przydatne informacje, a w zasadzie potwierdzenia, że idziemy w słusznym kierunku.

Sielanka trwa do PK 9. Nie ma go tam gdzie powinien być, ustalamy więc, że poszukamy tam, gdzie go nie powinno być. Znajdujemy punkt na paśniku. Przy drugim nawrocie w to miejsce postanawiamy go spisać z założeniem, że może na PS-a się chociaż nada. W ostatniej chwili powstrzymują nas napotkani M. i A., którzy zwracają naszą uwagę na PK C. Faktycznie, tak jesteśmy zaaferowani PK 9, że na nic innego nie patrzymy. Nieszczęsnej dziewiątki postanawiamy poszukać razem. We czwórkę czeszemy młodnik miotając się chaotycznie to w lewo, to w prawo. Mało efektywna metoda poszukiwań, ale efektowna na pewno!
Napotykamy ekipę szukającą w młodniku paśnika (?!). Pokazujemy im właściwy kierunek, w zamian oni naprowadzają nas na tę nieszczęsną dziewiątkę.

Po resztę punktów ruszamy znów razem z M. i A. Zbieramy PK A i PK B (jak się okaże jest to stowarzysz - coś nam nie wyszło z azymutem) i ruszamy na poszukiwanie LOP-ki. Coś lopkopodobne znajdujemy niezupełnie tam gdzie się spodziewamy, ale bierzemy co jest, bo coraz mniej czasu na dokładne poszukiwania. PK D nie ma nigdzie. Rozdzielamy się w jego poszukiwaniu, w końcu bierzemy cokolwiek stojące na skrzyżowaniu w nadziei na PS-a chociaż. PK E odpuszczamy, bo już jesteśmy w ciężkich minutach. Po długim etapie nie mam siły żeby biec na metę, minuty mnożą się więc jak króliki w Australii.

Na mecie od razu wstępne sprawdzenie karty. Kolejne punkty mamy odhaczane jako prawidłowe, sprawdzający mruczy pod nosem coś o geniuszu, zwłaszcza gdy dowiaduje się, że to nasz pierwszy start w kategorii TZ. Kiedy dochodzi do podliczenia czasu, kwestia geniuszu upada z wielkim hukiem. Kilkanaście ciężkich, w połączeniu z brakiem PK E i chyba trzema stowarzyszami, daje trzycyfrowy wynik karnych punktów.

Po etapie wpadamy do szkoły po trasy TRInO i bloczki obiadowe, bo jak głosi regulamin imprezy, obiad jest na kartki i w restauracji dają od tyłu. Od przodu, czy od tyłu okazuje się mniej istotne, gorzej, że dają po bardzo długim oczekiwaniu. W końcu jednak nadchodzi upragniony posiłek, skwitowany przez T. słowami - "damska porcja" i po zaspokojeniu pierwszego głodu, razem z siostrami M., ruszamy robić TRInO (a nawet dwa trina równolegle).
Tym sposobem zaliczam ostatni brakujący mi punkt do złotej OInO (małej jak na razie), oddaję książeczkę do weryfikacji i wreszcie mogę chwilę odpocząć przed etapami nocnymi.



 

piątek, 24 października 2014

Dialogi z lewej nogi

T. ogląda mapę terenu gdzie odbędzie się Podkurek i głośno wizualizuje sobie możliwe warianty przejścia i sposoby pokonania trasy.

- Ty to chyba chcesz mnie zgubić w lesie - rzucam zalęgłą w mej głowie myśl.

- To może pójdziemy w dwóch zespołach?

- Wtedy to sama się zgubię! Nawet nie będziesz się musiał męczyć ...