Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Choszczówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Choszczówka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

Podkurek z kilometrami w gratisie

Jesień w pełni, więc czas na Podkurek. Jakoś ostatnio nie lubię chodzić na orientację, więc tylko wersja biegowa. Trasa jak zwykle najdłuższa jaką się dało. Na podkurku bywały scorealufy punktowe, zwykłe biegi ze stacjami SI, ale BnO z kartami papierowymi jak na FalIno – nie było widziane już dawno.


 

Przygotowałem kartę, okleiłem porządnie taśmą (bo pogoda niepewna), pobrałem mapę i start. Zanim zorientowałem się, gdzie jest pierwszy PK, pobiegłem ścieżką… w kierunku ostatniego PK. Niby przy karcie mogłem biec i w drugą stronę, ale gramy fair-play, więc zakręciłem tam gdzie powinienem.

Jedynka weszła. Dalej przez „wiosenny” las na PK 2 w wielkim dole. Dół zobaczyłem lekko po prawej. Dół bez lampionu biegowego – z lampionem płaskim. Rzut oka na mapę – wiem gdzie jestem „ o jeden dół za blisko”. 
Do PK 3 biegłem uważniej, jak pokazuje ślad - „po kresce”, więc szukania lampionu nie było. PK 4 – długi przebieg – wybrałem wariant drogami. Dobiegam na miejsce, szukam właściwego dołka i… lipa. Tzn. dołki są, ale jakoś tak bez lampionów. Miotam się po okolicy ze dwie minuty zanim znajduję lampion – jak pokazuje ślad, prawie się potknąłem o niego na samym początku poszukiwań;-) 

Następny lampion na wydmie. Na szczęście nie w dołku, więc widoczny z daleka. 

PK 6 i PK 7 to znowu wydmy, ale przy krótkich przebiegach na azymut łatwo trafić na właściwy dołek. 

W drodze na PK 8 z naprzeciwka biegną jacyś biegacze niezorientowani, tacy co biegają po wydmach. Machamy sobie. Znajduję ścieżkę, potem odbijam z niej w prawo, w kierunku lampionu. I nie trafiam. Pamiętam, że w tym miejscu już kilka razy błądziłem niczym we mgle. Niby biegłem w/g kompasu, ale ślad pokazuje co innego. I czemu tu wierzyć? Kompasowi czy zapisowi z systemu GPS? 

Na PK 9 dałem znowu ciała. Porządnie. Chciałem „obiec” wydmę i obiegłem. Znalazłem rów, ale nie mogłem znaleźć dołka z lampionem. Szukałem stanowczo za blisko i za długo… 

PK 11 w największej zielonej plamie na mapie. Teraz na jesieni ta zieleń może jest mniej intensywna, ale dalej teren ciężko przebieżny. Biegnę sobie po krzakach wyglądając lampionu lub charakterystycznych dołów, a tu z prawej wypada (nie wskażę kto) i woła z daleka, że lampion jest za nim. Niezbyt mi się to zgadza, więc pytam czy na pewno ten o kodzie 80? Tak, tak, słyszę w odpowiedzi. Więc skręcam w prawo i znajduję lampion z kodem 81. Czyli moją 12-stkę, a nie 11-stkę. Tak to jest słuchać podpowiedzi;-) 

Dalej to już bez większej historii – troszkę drogami, trochę na azymut. Dużych błędów nie ma, tu i ówdzie można by pobiec bardziej po prostej, ale nie ma problemów ze znalezieniem lampionu. 

Od ostatniego PK 16 do mety – mogłem pobiec lepiej – drogą zamiast po krzakach, ale różnica to niewielka. 


 

Udało mi się zdążyć przed deszczem – a to chyba najważniejsze – gdy bieganie ujdzie „na sucho”;-) 



Trasa miała mieć 6,2km.... mierzona na OOMapperze ma dobrze ponad 7... więc jak nic kilometr w gratisie;-) 

 

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Korona Mazowsza etap 2 czyli drugi MP

Coś nie mam szczęścia do map Karola. Ostatnio nie mam, bo kiedyś to nie było problemu. A było to tak: 
Wtorek, Korona Mazowsza 2025 Etap 2, Choszczówka, trasa najdłuższa, czyli Chojrak. Teren znany i lubiany, właściwie jak wszystkie podwarszawskie tereny. Fajne wydmy, dalej trochę krzaków, czyli wszystko jak być powinno. Do zaliczenia 29 PK przy nominalnych 7,6km, więc ponad godzina biegania i coś bliżej 9-ciu niż 7 km. 

Czekając na start - jeszcze w dobrym humorze

Pierwszy PK – wiadomo rozgrzewka i wstrzelenie się w mapę. Nie trafiłem w punkt za pierwszym podejściem, ale drobna korekta i udało się go znaleźć. Do kolejnego PK 2 to już prawie wzorcowo. I tak powinno być do końca. Ale niestety. Na PK 3 mnie zniosło. Niby niedużo, w przebieżnym lesie powinienem zobaczyć lampion, ale nie zobaczyłem. Kopczyki także były mocno „umowne”. Zmyliło mnie coś na kształt rzadkiego młodnika z polankami, który był w miejscu białego lasu, dalej za PK. Szukałem więc punktu za daleko. Wreszcie „po rowie” znalazłem co trzeba. Sam lampion był schowany za drzewem, więc nic dziwnego, że go nie zobaczyłem, bo teren mało przypominał ten narysowany na mapie. 

Poszukiwania PK3 i PK 4

Na PK 4 ruszyłem uważnie. Już wiedziałem, że mnie znosi w lewo. Buszując w zaroślach znalazłem chyba wszystkie dołki w okolicy, zanim trafiłem na ten właściwy z lampionem. 

Mając już skalibrowaną poprawkę na azymut, kolejne lampiony znajdowałem bezproblemowo. Nawet gdy dotarłem do PK 9 w gęstych zaroślach, znalazłem go bezproblemowo. PK 10 wydawał się bułką z masłem – niedaleko, rząd dołków, trudno przeoczyć nawet w krzakach. Ustawiłem dokładnie azymut i ruszyłem w krzaki. Teraz gdy patrzę na przebieg to wydaje mi się oczywiste, gdzie trafiłem, ale w lesie, krążąc po krzakach byłem przekonany, że jestem we właściwych dołkach, a tych na wschód wcale nie brałem pod uwagę. No cóż… zamiast 2 minut wyszło 7…. 

Gdzie jest ten PK 10?

Porażka podbudowuje, więc kolejne 2 PK poszły bardzo dobrze. 

PK 13… Nie trafiłem. Odbiłem się prawie od drogi na zachodzie. Przy PK przegonił mnie Kacper biegnąc także od wschodu. Popatrzyłem jeszcze na mapę – nierówny teren z dołkiem, w młodniku i założyłem, że był to PK 14. Ustawiłem kompas i ruszyłem w kierunku PK 15. Troszkę mi się nie zgadzała odległość i kierunek w jakim znalazłem ścieżkę. Trochę dziwiło mnie, że Kacper pobiegł bardziej na północ niż ja – ale widocznie woli dobrą drogę niż bieganie po wertepach. 

Czy PK 13 nie może być PK 14?

Dalej znowu szło dobrze. Może poza PK 19 – byłem tuż obok, ale nie widziałem, czy iść rowem w prawo czy w lewo. Oczywiście wybrałem źle… 

Na koniec Karol postanowił nas zamęczyć. Punkt u zachodniego podnóża wydmy – góra – punkt na wschodnim zboczu wydmy i tak 3 razy! Niby ta wydma to tylko kilkanaście metrów w górę, ale trzy razy daje już zauważalne przewyższenie. 

Dobiegam do mety, idę sczytać chipa i… MP. Ominąłem PK 14. Coś nie mam szczęścia do tych map Karola…. Ale został jeszcze trzeci etap i czwarty… 


 

 

środa, 8 grudnia 2021

Choszczówka odczarowana

Lubię ZZK-i, ale biegania na Choszczówce nie lubię. Ile razy były tam zawody, to zawsze, ale to zawsze coś skopałam, pogubiłam się, zeszłam z trasy i wszystkie inne możliwe przypadłości.  No to do sobotnich zawodów podchodziłam jak pies do jeża. Jak zobaczyłam mapę, to tylko utwierdziłam się w swoim przekonaniu, że nie da się. Początkowe punkty wydawały mi się niemożliwe do znalezienia, takie w środku niczego. No, ale skoro już przyjechałam, to wiadomo, że pobiegnę.
 
Idziemy na start.

I ruszyła...

Dynamicznie, bo do zdjęcia:-)

Już pierwszy punkt był dosyć daleko od startu i nic do niego nie prowadziło - wszystkie drogi były w poprzek. Wiedziałam więc, że muszę dokładnie współpracować z kompasem, bo inaczej przepadnę. Kiedy wybiegłam na pierwsze skrzyżowanie, ucieszyłam się, że lecę dokładnie azymutem. Potem natrafiłam na zakręt kolejnej ścieżki i uznałam, że jest nieźle, a potem bezproblemowo znalazłam punkt. Hurrraaa!!!
Dwójka była jeszcze bardziej w środku niczego, bo po drodze nie było ani jednej drogi, ani pół górki, a na azymucie jedynie koniec ścieżki, na który nawet nie natrafiłam. A jednak dobiegłam do tego jedynego dołka w całej okolicy. Fakt, że kręciło się przy nim już kilka osób, w tym Tomek, bo był to pierwszy punkt dla trasy najdłuższej. 
 
Gdzie dalej?

No to lecę...
 
Bezproblemowe znalezienie tych dwóch punktów trochę mnie uspokoiło i do trójki biegłam już na luzie. Ciut zniosło mnie w lewo, ale to nawet dobrze, bo wyszłam z lasu dokładnie na skrzyżowanie, od którego było bardzo poręcznie się namierzyć. Czwórka była blisko i łatwa, a do piątki było nie dość, że daleko, to jeszcze za wydmą. Po drodze miałam kilka poprzecznych ścieżek, wiec przynajmniej jako tako dawało się określić, gdzie się jest. W sumie większym problemem okazały się górki niż nawigacja i szło powoli, ale skutecznie. Do szóstki też jakimś psim swędem trafiłam, a na siódemce poległam. Siódemka to dołek przy wykrocie, więc niby był jakiś punkt orientacyjny, ale tylko niby. W lesie były głównie wykroty, jeden przy drugim, jak okiem sięgnąć.  Gdzieś w oddali zobaczyłam innych zawodników i zamiast trzymać się azymutu, ruszyłam w ich kierunku. Po chwili zniknęli mi z oczu, a ja zostałam w środku lasu - bez lampionu, bez azymutu, bez punktu odniesienia. Próbowałam czesać trochę w prawo, trochę w lewo, zaleciałam niemal pod ósemkę i wreszcie - ta dam! - między drzewami zobaczyłam ludzi, a wśród nich Tomka. No, to wiedziałam, że jestem uratowana, bo przecież mnie tak nie zostawi.
 
Walka z siódemką.
 
Z tego strachu, że mogę się znowu zgubić, w dalszej części trasy porządnie pilnowałam azymutu i absolutnie nie zwracałam uwagi na innych zawodników, żeby mnie znowu nie podkusiło lecieć za nimi. Tym sposobem  aż do ostatniego punktu przemieszczałam się niemal po kresce, ale oczywiście ciągłe patrzenie na kompas znacznie spowalniało moje tempo. Zresztą, tam gdzie było pod górkę i tak szłam, a chwilami wręcz lazłam. Ale w sumie, co z tego? Do mety to już sobie pozwoliłam olać kreskę i lecieć zygzakiem. Tak się strasznie cieszyłam, że zebrałam komplet punktów, nie zniechęciłam się i nie zrezygnowałam z żadnego punktu i jeszcze na dodatek daleko mi było do ostatniego miejsca. Normalnie Choszczówka w końcu mi odpuściła!

Poza siódemką, to w sumie całkiem nieźle.

wtorek, 9 marca 2021

Pożegnanie z ZZK

Nie byłam pewna czy po Prymulku Tomek będzie w stanie jechać na ostatnie ZZK, bo w nocy spał na baczność, żeby go skurcze nie łapały. O dziwo, wstał w całkiem niezłej formie i pojechaliśmy do Choszczówki. Szkoda, że nie byłam na sobotnim Dystansie Stołecznym, bo miałabym teren na świeżo obcykany, ale trudno.
Zaparkowaliśmy między startem a meta, Tomek szybko pobrał mapy i mogliśmy ruszać.

 
Start spod linii wysokiego napięcia.

Podbiłam start, ruszyłam i od razu zatrzymała mnie ściana lasu. Jak by nie kombinował, wszędzie było gęsto, więc wdarłam się na wprost, jak wskazywał azymut. Na szczęście punkt był blisko, a gęstwina kończyła się na nim. Tomek biegnący na swoja jedynkę zdążył uchwycić mnie w obiektywie kiedy odbiegałam już od lampionu.

 
PK 1

Jak już zaczęłam tym azymutem, tak dalej trzymałam się tej sprawdzonej metody, dzięki czemu z punktu na punkt leciałam po kreskach i jedyne co mnie wstrzymywało przed wygraniem tych zawodów to wydma, która skutecznie zaniżała moje tempo do truchtu, marszu, a chwilami wręcz pełzania.
W międzyczasie dogoniłam Beatkę i Konrada, którzy startowali tuż przede mną i o ile Becia zaliczała trasę w trybie spacerowym, to Konrad utrzymywał tempo zbliżone do mojego i wciąż wchodziliśmy sobie w drogę. To jedno było pierwsze na kolejnym punkcie, to drugie. Nie przepadam za takimi tandemami, alei uciec się nie dało, a specjalnie zostawać w tyle też nie chciałam. Gdzieś koło szóstki udało mi się go zgubić, więc starałam się przyspieszyć, żeby zniknąć z horyzontu.
PK 10 bardzo mnie rozczarował, bo spodziewałam się jakiegoś urokliwego oczka wodnego, a zastałam dziurę pełną błota i brudnej wody. No i tak byłam tym zdegustowana, że aż rzuciło mi się na mózg i zamiast jak cywilizowany człowiek pobiec na kolejny punkt wygodną droga, to ja władowałam się w las z wycinką, gdzie trup ścielił się gęsto tuż pod moje nogi. Cóż, honor nie pozwolił mi się wycofać do drogi i brnęłam dalej. Tam, gdzie zrobiło się już przyjaźniej pod nogami, postanowiłam jednak pobiec drogą. Ot, taki mały bunt przeciw rzeczywistości. A jedenastki nie mogłam znaleźć. Tuż przed punktem z nieznanych powodów nagięłam w prawo, doszłam do rowu, zawróciłam i... w oddali zobaczyłam Konrada. Dopadł mnie, ale przy okazji wskazał miejsce ukrycia lampionu.

 
PK 10 i 11

Kolejne punkty nie przyniosły żadnych niespodzianek, znowu "ścigałam" się z Konradem, a na ostatniej prostej wykrzesałam z siebie resztkę sił, żeby chociaż dobieg do mety mieć szybki. W sumie pomogło, bo nie jestem taka całkiem ostatnia w wynikach:-)

  
Po biegu.

W tym wszystkim tylko jednego żal - to był ostatni ZZK w tym sezonie. Szkoda.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Dystans Stołeczny 7, czyli klątwa Choszczówki

Nie znoszę Choszczówki! Ile razy tam biegam, to zawsze coś musi pójść nie tak. Dlatego w sobotę pojechałam tam tylko i wyłącznie z sympatii do Dystansu Stołecznego, który pokochałam od pierwszego etapu miłością bezwarunkową. Dodatkowo byłam ciekawa nowej formuły: sztafety jednoosobowej. Co prawda kilka lat temu biegłam coś takiego w Kielcach, ale to było dawno temu i nieprawda:-)

 Sprawdzamy co to za lampiony wiszą w okolicy biura.

Start miał być tym razem masowy, choć dla każdej kategorii odrębny. Organizator twierdził, że każdy będzie miał inny wariant dlatego mapy były podpisane, co przy okazji jest fajną pamiątką. Start był kawałek oddalony od bazy zawodów i dodatkowo utajniony. Znaleźliśmy tylko lampiony clear i check i nic więcej. Staliśmy więc całą grupą jak te sieroty i dopiero Karol zawołał nas w miejsce gdzie leżały mapy.

Każdy ustawia się nad swoją mapą.

Staaaart!

Pierwszy punkt jeszcze mieliśmy wspólny, ale że jestem jełopa, to zamiast od razu lecieć za wszystkimi, podbiegłam do lampionu oznaczającego trójkącik na mapie (niektórzy pominęli ten punkt programu), pracowicie ustawiłam kompas i dopiero ruszyłam od razu zapewniając sobie ostatnią pozycję. Ponieważ wciąż było pod górę i do tego ślisko, to nawet nie miałam jak kogokolwiek przegonić.
Dwójka była blisko, ale za to na zboczu, zbocze śliskie, więc do lampionu schodziłam powolutku i ostrożnie. Udało się nie zjechać na dół.
No, a potem zaczęła się już klątwa Choszczówki. Ustawiłam azymut i ruszyłam na trójkę. Szłam, szłam, szłam i doszłam do lampionu, tylko nie swojego. Wiedziałam, że mój musi być gdzieś o rzut beretem, postanowiłam pokręcić się po okolicy, bo może rzuci się w oczy. No, nie rzucił. Wróciłam w okolice dwójki, ale nie podchodząc do lampionu. Namierzyłam się od nowa i... trafiłam w to samo miejsce. Prawdę mówiąc nawet się za bardzo nie zdziwiłam, przecież to Choszczówka, więc nie może się udać. Znowu połaziłam po okolicy i nawet przez myśl przemknęło mi, że to nie ma sensu i lepiej wrócić do samochodu, posiedzieć, poczekać na Tomka. W końcu od startu minęło już tyle czasu, że za chwilę powinnam zacząć spotykać tych, którzy zaczynają drugą pętlę. Przynajmniej takie miałam odczucia. Tymczasem wokół zaroiło się od Chojraków. którzy startowali 15 minut po nas. Zebrałam się w sobie i postanowiłam ćwiczyć cierpliwość i konsekwencję. Czyli wróciłam na dwójkę (choć prawdę mówiąc byłam już tak skołowana, że ledwo do niej trafiłam) i namierzyłam się po raz trzeci. Dokładnie tak samo jak poprzednio. Z tą drobną różnicą, że tym razem trafiłam we właściwe miejsce.  No i czy można to jakoś logicznie wytłumaczyć?

Szesnaście minut spędzone na poszukiwaniu trójki.
 
Na czwórce spotkałam Tomka, więc mam pamiątkową fotkę, a i raźniej na duszy mi się zrobiło.

PK 4

Na czwórce byłam już tak umęczona, że wizja wdrapywania się na wydmę była dla mnie przerażająca, postanowiłam więc do piątki pobiec asfaltem i dopiero dalej wbić się w las. W sumie to nawet chyba był lepszy wariant, a najważniejsze, że skuteczny.
Od piątki cały czas biegło przede mną jakieś dziewczę mające najwyraźniej identyczny układ punktów. Trochę mnie to deprymowało, bo człowiek tak z automatu zaczyna podążać tropem, a w każdej chwili punkty mogły się nam rozejść. Przed ósemką moja towarzyszka schyliła się, żeby zawiązać buta, a kiedy wstała, nie pamiętała z jakiego punktu na jaki biegnie. Czyżby i ją dopadła klątwa Choszczówki? Usiłowałam jej pokazać na mapie gdzie jesteśmy i gdzie mamy dojść, co było o tyle utrudnione, że z uporem maniaka usiłowałyśmy zlokalizować się na mapie drugiej, zamiast pierwszej. W końcu spłynęło olśnienie. Teraz dla odmiany to ja się zdekoncentrowałam i... ruszyłam w przeciwnym kierunku. Po chwili widząc, że koleżanka biegnie gdzie indziej, zastanowiłam się, która z nas ma racje i zawróciłam.

 Chwila dekoncentracji.
 
Kolejną głupotę zrobiłam w okolicy jedenastki. Punkt podbiłam i ruszyłam na dwunastkę. Przedarłam się przez gęstsze zarośla (wiadomo - azymut rzecz święta) i natknęłam się na kolejny lampion. Oczywiście nie mogła być to dwunastka, bo miała być dużo dalej, ale tak jakoś stanęłam nad lampionem i zgłupiałam. Ktoś z Chojraków widząc, że zawiesiłam się, pokazał mi na mapie gdzie jestem. 
- O, to mój punkt jest po drugiej stronie gęstwiny! - ucieszyłam się i wróciłam na jedenastkę. Po co? Też bym chciała wiedzieć. Nawet się nie zezłościłam, bo bardziej chciało mi się śmiać z samej siebie.
 

Jedenastkę zaliczyłam dwa razy.
 
Dalsza część trasy, z nieznanej mi przyczyny, poszła jak z płatka i bezproblemowo udało się mi dotrzeć do końca pierwszej mapy. W międzyczasie pogoda zaczęła się pogarszać, zaczęło padać, a moje buty były całkowicie przemoczone. Bliskość ostatecznej mety tak bardzo kusiła... Postanowiłam jednak być twarda i nie poddać się. Mój pech chyba uznał, że dość już mi namieszał i zaczął odpuszczać. Na kolejne punkty trafiałam już bez żadnych przygód, choć może częściowo była to też zasługa wydeptanych w śniegu ścieżek. Ale wybranie właściwej ścieżki też w sumie jest swego rodzaju sztuką, nieprawdaż? 
Od połowy drugiej pętli byłam już kompletnie przemarznięta, nóg nie czułam wcale i co chwilę pojawiała mi się myśl, żeby odpuścić i najkrótszą drogą wrócić na metę. Ale nie poddałam się! Zaliczyłam wszystko co było do zaliczenia i choć zajęło mi to ponad dwie godziny, to i tak nie byłam ostatnia. Tylko przedostatnia:-)) Dużo osób z mojej trasy pominęło punkty - nie wiem czy przypadkiem, czy celowo.
Na mecie od piętnastu minut czekał Tomek, który startował później i na dłuższej trasie, a i tak się wyrobił szybciej niż ja.

Ukochana meta!
 
Na mecie skończyła się już gorąca herbata więc musiałam zadowolić się zimną wodą, ale ostało się jeszcze kilka ciastek, więc skorzystałam. W końcu przez dwie godziny to trochę tych kalorii wytłukłam.
Byłam głodna, przemarznięta, zdołowana swoimi osiągnięciami i w sumie jedyną satysfakcją był fakt, że się nie poddałam.
Z Choszczówką nadal mam na pieńku!

piątek, 5 lipca 2019

InO Świetojańskie

Za oknem zimno i pada deszcz, a ja jeszcze w gorących klimatach, bo wspominam InO Świętojańskie. Znowu powalający upał, a impreza niemal w samo południe. Wbiłam się w krótkie gacie, bez względu na ewentualne krzalowanie oraz leśne żyjątka. Trudno, jakoś trzeba przeżyć.
Liczyłam na to, że trasa będzie krótka i łatwa i... przeliczyłam się.

Jeszcze nie wiemy co nas czeka.

Okazało się, że do pokonania mieliśmy prawie 5 kilometrów, co w normalnych warunkach pewnie nie zrobiłoby na mnie wrażenia, no ale upał. Żeby nie było za łatwo, cała mapa była poszatkowana na kilkuelementowe kwadraty i prostokąty, które musieliśmy wpasować w schemat. Bohatersko postanowiliśmy nie ciąć mapy i ruszyliśmy na pierwszy element, żeby w terenie go zidentyfikować.
W zasadzie już od startu nic się nie zgadzało, szczególnie układ ścieżek, ale twardo szliśmy na wycinek. Kilka osób coś tam spisywało z pierwszego napotkanego lampionu, ale nam do niczego nie pasowało umiejscowienie punktu. Postanowiliśmy wrócić na metę i zacząć jeszcze raz.  W akcie desperacji zajrzeliśmy do mapy Beaty, którą spotkaliśmy idąc na ten start i jedynie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie należy brać tego, co inni wzięli. W końcu zdobyliśmy nasz pierwszy punkt i teraz trzeba było wydedukować jaki wycinek będzie następny. I następny. I następny. Oczywiście skończyło się na tym, że w końcu pocięliśmy cała mapę:-) Był tylko drobny problemik - nie mieliśmy kleju ani taśmy klejącej i co chwilę musieliśmy od nowa składać wycinki, żeby zobaczyć gdzie iść dalej.

Mamy już dwa punkty!

Największy problem mieliśmy z wycinkiem z PK 1 i 2, bo jakoś wmówiliśmy sobie, że jedynka musi być zlustrowana. Oczywiście nie była, ale zanim się zorientowaliśmy, trochę musieliśmy połazić tam i z powrotem i posprawdzać całą okolicę.
Z czasem jakoś układ wycinków ułożył się nam w głowach i doszliśmy do wniosku, że w sumie to trasa jest łatwa i zupełnie niepotrzebnie traciliśmy czas na wycinanki. Ale z drugiej strony... bo ja wiem...

PK 10

Na drogę wzięliśmy ze sobą tylko jedną małą butelkę wody i pod koniec trasy lecieliśmy już o suchym pysku. Czułam się jak wyschnięty wiórek i w końcu zakręciło mi się w głowie, aż musiałam usiąść. Na szczęście byliśmy już przy przedostatnim punkcie i do mety było blisko.

 Podbijam ostatni punkt!

Wizja dostępu do wody tak mnie zmotywowała, że ostatni odcinek pokonaliśmy biegiem, mimo że dopiero co przewracałam się na trasie:-) A jak już dopadłam butli z wodą.... Ania mi tylko dolewała i dolewała.
Znowu zabrakło nam podstawowego czasu i na metę dotarliśmy po pierwszym limicie. To na pewno przez ten PK 1! Teraz czekamy na wyniki i jak znam życie, to chwilę zejdzie.
A tak w ogóle, to strasznie męczący jest ten relaks i wypoczynek:-)